30.11.2018

Margaret Atwood "Opowieść Podręcznej"


Autor: Margaret Atwood
Tytuł: Opowieść Podręcznej
Tytuł oryginału: The Handmaid's Tale
Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 347

Freda żyje w Republice Gileadu - miejscu skrajnie nieprzyjaznym dla kobiet. Płeć ta traktowana jest tu jak rzecz - dlatego zresztą mówi się o Podręcznych, będących dosłownie pod ręką, na zawołanie. Oprócz gotowości do spełniania rozkazów osób wyżej postawionych, Podręczne muszą przystosować się do rzeczywistości najeżonej wręcz zakazami. Im nie wolno już nawet czytać. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś istniał inny świat...

Wiecie, żyjemy w ciekawych czasach. Do niedawna jeszcze dało się zauważyć zaciekłą wojnę pomiędzy zwolennikami książek a tymi, którzy wolą telewizję. Dzisiaj coraz częściej wydaje mi się, że te dwa światy nie dość, że się przenikają, to jeszcze dość fajnie ze sobą współpracują. Zaobserwowałam to już przy okazji premiery Serii Niefortunnych Zdarzeń na Netfliksie. Realizacja tego projektu przełożyła się na to, że w bibliotekach na cykl książek o tym samym tytule trzeba było robić rezerwację, inaczej trudno było je dostać. 
Ba, ja sama o istnieniu niektórych pozycji dowiadywałam się dopiero wtedy, kiedy natrafiłam na jej ekranizację. Czad, tak powinno być!

Pewnie już zgadliście, że przydarzyło mi się tak między innymi z Opowieścią Podręcznej. Nie dane mi było obejrzeć nawet jednego odcinka, ale wszyscy o tej produkcji mówili, wielu się zachwycało, więc trzeba było sprawdzić, o co ten cały szum. A że ja najpierw sięgam po książkę...

Dziewczyny i kobiety, czy wyobrażacie sobie świat, w którym nie możecie o sobie decydować? W którym inni ludzie nie widzą w Was istot żywych, dla których jesteście przedmiotem? I od razu mówię: odłóżmy na chwilę rozmowę o równouprawnieniu. Nie pytam tu o rywalizację o stanowisko między kobietą a mężczyzną, nie pytam o różnicę w zarobkach na tej samej posadzie. Pytam o coś dużo gorszego: o sytuację, w której nie mogłybyście swobodnie się wypowiedzieć, wybierać sobie garderoby, czytać czy nawet iść na spontaniczny spacer. O sytuację, w której o Waszej wartości decyduje to, czy możecie zajść w ciążę. Nie wyobrażacie sobie? Ja też nie mogłam. I dlatego lektura powieści Atwood tak mnie bolała.

Historia głównej bohaterki nie chwyta za serce. Nie wzbudza gorących uczuć - poza dezorientacją i przerażeniem, że można tak traktować żywego człowieka. Brak tu fajerwerków. Przeciwnie: słowa Fredy są nijakie, tak jak mdła jest egzystencja, która przypadła jej w udziale. Każdy dzień wygląda tak samo. Dokładnie rozdzielone obowiązki, stała obserwacja. Do tego ciągle towarzyszący Podręcznym lęk o to, że ktoś posądzi je o zdradę. Lęk, który jest tak silny, tak obezwładniający, że najlepiej jest zapomnieć na tych kilka godzin, że jest się istotą z krwi i kości. Robić to, co zrobić trzeba, automatycznie, bez zastanowienia. Bo od myślenia, od refleksji i cichego buntu jest noc. Noc, podczas której można robić wszystko, dopóki zachowuje się cicho i leży w łóżku.

Sama Freda zaś jest bohaterką tajemniczą. Kobietą, która przystosowała się do tego, co zgotował jej los, dokładnie tak, jak zostało to wspomniane wyżej. Szukanie wrażeń? To nie dla niej, pozwala sobie co najwyżej na cicho wymieniane uwagi z dziewczyną, która towarzyszy jej w robieniu zakupów. Nie buntuje się. Nie płacze. Nie próbuje uciec. Nie planuje odnaleźć męża i córeczki - jedynie zastanawia się, czy jej bliscy w ogóle jeszcze żyją. Działa jak robot: wypełnia obowiązek po obowiązku, nie zabiera niepotrzebnie głosu. Ale to, że milczy, nie znaczy jeszcze, że akceptuje to, co ją spotyka. Kartka po kartce dowiadujemy się, że ta jej uległość jest jedynie sposobem na przetrwanie. Że dla własnego dobra emocje najlepiej zostawić na czas, kiedy gaśnie światło. Że nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swoich krewnych, ale jeśli spróbuje postąpić naprzeciw narzuconym jej regułom, straci nawet to ulotne być może.

Nie jest to pozycja lekka. Nie będziecie się przy niej dobrze bawić. Jeśli szukacie opowieści, w której tempo wydarzeń jest zawrotne lub czegoś "do poduszki", wybierzcie co innego. Ale nie skreślajcie Opowieści Podręcznej całkowicie. Jeśli nie teraz, sięgnijcie po nią kiedy indziej. Bo warto. Warto, żeby móc wyrazić swoją opinię. Warto, żeby zobaczyć, do jakich dramatów może doprowadzić sprawowanie władzy. A wreszcie: warto, żeby przekonać się, czego tej drugiej osobie nie należy robić.

01.11.2018

Podsumowanie października 2018 i plany na listopad


Dzień dobry w czwartek!

A więc, moi drodzy, listopad. Najgorszy miesiąc roku. Taka niby jesień, ale jednak już trochę zima. Okres, gdy wstajemy rano i jest ciemno, a kiedy wracamy do domu z pracy/szkoły/uczelni, to też jest ciemno. Nic to - dłuższe wieczory zawsze można przeznaczyć na czytanie, prawda? Ale zanim zaczniemy planować kolejne tygodnie, podsumujmy, co działo się ostatnio...

TAK BYŁO W PAŹDZIERNIKU...

Nie, nie udało mi się pokonać kryzysu czytelniczego. Nie udało mi się tak bardzo, że w ubiegłym miesiącu przeczytałam tylko jedną książkę. Drugą - zaczęłam. A tytuł tej, którą mogę wpisać na listę ogarniętych, to:

1. Kontratyp Remigiusza Mroza (recenzja).

Co to oznacza? Że plany, które miałam na październik, poszły w siną dal. Opowieść Podręcznej Margaret Atwood powoli, ale czytam. Niedługo powinna pojawić się recenzja, ale nie chcę rzucać konkretnymi terminami - moja obecna prywatno-zdrowotna sytuacja powoduje, że działam w zwolnionym tempie.

Z racji przeczytania tylko jednej książki, nie jestem w stanie w tym podsumowaniu pisać o najlepszych i najgorszych pozycjach. Kontratyp mi się podobał, był dobry. 

Najchętniej czytanym przez Was wpisem jest podsumowanie września i plany na październik.

Na Facebooku (na którym w październiku działo się o wiele więcej) zebrało się już 312 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 316 obserwatorów strony.

A TAK (MOŻE) BĘDZIE W LISTOPADZIE...

Znowuż powiem Wam, że spróbuję wziąć się do roboty i czytać więcej. Czy mi wyjdzie? Zobaczymy. W najbliższych tygodniach chciałabym opowiedzieć Wam o:

1. Opowieści Podręcznej Margaret Atwood;
2. Kliencie Johna Grishama;
3. Dumie i uprzedzeniu Jane Austen.

I proszę Was - trzymajcie kciuki, żeby się udało.

Ode mnie na dziś to tyle. Sami widzicie - nie mam się czym chwalić. Za to chętnie poczytam, co tam u Was się działo w październiku. Ile książek przeczytaliście? Która z nich zajęła specjalne miejsce w Waszym sercu, a która znudziła niemiłosiernie? A może nie jesteście molami książkowymi, ale macie inną pasję? Komentarze są do Waszej dyspozycji.

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

31.10.2018

Remigiusz Mróz "Kontratyp"


Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Kontratyp 
Tytuł oryginału: Kontratyp
Tłumaczenie: nie dotyczy
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 532

Zabójstwo - tak brzmi zarzut postawiony Klarze Kabelis. Według śledczych, kobieta, aby przeżyć wyprawę na Annapurnę, zabiła swoich współtowarzyszy. Wydawać by się mogło, że nie ma już dla niej ratunku przed wyrokiem skazującym. Wtedy do gry wchodzi wybitna prawniczka - Joanna Chyłka, która zrobi wszystko, by jej klientka została uniewinniona...

Znacie ten stan, kiedy o twórczości jakiegoś autora jest tak głośno, że przysięgacie sobie, że nigdy po nią nie sięgniecie? Prawdopodobnie znacie. I ja mogę powiedzieć to samo. Przez wiele długich miesięcy zarzekałam się, że nie, nie interesuje mnie, co pisze Mróz. Mówiło się o nim w moim środowisku tak wiele, że i bez próby zapoznania się z jego dorobkiem miałam go po dziurki w nosie. Ale jak to często bywa - plany planami, a życie życiem. Rok temu na urodziny dostałam jedną z części cyklu o Chyłce. Wtedy nie było już wymówek, postanowiłam: spróbuję. I wiecie co? To była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. No, przynajmniej jeśli mowa o wyborach książkowych. Okazało się, że wszystko, co z Chyłką związane, zajęło specjalne miejsce w moim serduchu.

Kontratyp jest już ósmą - i, jak na razie, ostatnią - częścią serii. Tym razem Mróz zaprasza nas na wspinaczkę górską. I nie, w żadne tam Tatry! Wybieramy się na Annapurnę, czyli jedną z najgroźniejszych gór świata. Brzmi niesamowicie, co? To pomyślcie sobie, że nie dość, że ta wyprawa sama z siebie nie będzie łatwa, po drodze czekają na nas jeszcze dodatkowe przeszkody. Jakie? Ano dwa trupy wspinaczy, którzy rzekomo zginęli z ręki swojej towarzyszki. Tylko że ta twierdzi, że jest niewinna, mimo że dowody są jednoznaczne. Co tu się dzieje? Przyjrzy się temu kobieta, dla której rozwiązanie tej zagadki jest kwestią "być albo nie być" dla jednego z członków jej rodziny.

Przyznaję bez bicia: ostatnie tygodnie były dla mnie bardzo słabe. Z powodów prywatno-zdrowotnych nie miałam ani siły, ani ochoty czytać. A jednak Mróz zdziałał cuda. Kiedy postanowiłam spróbować przeczytać Kontratyp, żeby w październiku odhaczyć chociaż jedną skończoną pozycję, okazało się, że... Nie mogę tego tomu odłożyć na półkę! Tak mnie wciągnął. Całość przeczytałam na 2 posiedzenia. Czy się nudziłam, czy się męczyłam? Ani trochę, ani przez chwilę. I za to pierwszy, ogromny plus.

Drugi zaś należy się temu autorowi za korzystanie w swojej prozie z aktualnych tematów. Akcja powieści krążąca wokół wspinaczki górskiej i śmierci dwóch himalaistów? Kto jest na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie, bez trudu skojarzy to sobie z tragedią, która rozegrała się na początku tego roku na Nanga Parbat. Wydaje mi się, że to między innymi te pomysły czerpane z rzeczywistości sprawiają, że historie pisane przez Mroza tak dobrze się czyta.

Jednak nawet najbardziej przemyślana fabuła  nie wystarczy do pełni szczęścia. Bo, moi drodzy, bez wyrazistych bohaterów ani rusz. Czy ktokolwiek - pytam teraz fanów twórczości Mroza - wyobraża sobie tę serię bez Chyłki? Ja nie. Pokochałam tę postać od pierwszego tomu. Ostra, samodzielna, umiejąca posługiwać się ironią i sarkazmem, mądra... Kobieta-ideał! 

Dla osób, które chcą "czegoś więcej", autor przygotował dość obszerny wątek poboczny - miłosny. Ja akurat nie zwracałam na niego większej uwagi, czasami mnie wręcz denerwował. Dla tych, którzy potrzebują jakiegoś wyraźnie zarysowanego tła, wydarzeń dodatkowych - niezwiązanych ze śledztwem - takie rozwiązanie jest jak znalazł. Tym bardziej, że to właśnie w tych wstawkach znajdują się najlepsze dialogi między bohaterami.

A więc: mamy umiejętnie zarysowaną fabułę, mamy główną bohaterkę, którą się albo kocha, albo nienawidzi - bo nie można obok niej przejść obojętnie... Czy coś jeszcze? TAK! Jakby tego całego dobra było mało, styl powieści jest bardzo przyjemny w odbiorze. Nie za trudny, nie za łatwy, miejscami dowcipny. Czego chcieć więcej?

Kontratyp będzie dobrym wyborem dla wszystkich tych, którzy chcą się podczas lektury dobrze bawić. Niezbyt wymagający styl pozwoli Wam się odprężyć, a wydarzenia, których bieg nie zwalnia, spowodują, że nie będziecie chcieli się z tym tytułem rozstać, dopóki nie poznacie zakończenia. Zakończenia, w które nie będziecie chcieli uwierzyć. W które do tej pory nie wierzę ja, chociaż znam je od jakichś 3 dni.

01.10.2018

Podsumowanie września 2018 i plany na październik


Dzień dobry w poniedziałek!

Za nami pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego. Pożegnaliśmy lato, które tego roku było wyjątkowo piękne, przywitaliśmy za to jesień. Nawet studenci muszą się powoli przyzwyczajać do szarej rzeczywistości. Ale hej, nie jest tak źle - może i szybciej robi się ciemno, może i jest zimno i mokro, ale za to czekają nas długie wieczory z czymś dobrym do picia, ciepłym kocem i ciekawą książką w ręce! To ma swój urok. A skoro już o "nowym początku" mowa, opowiem Wam, jak minął mi wrzesień...

TAK BYŁO WE WRZEŚNIU...

Przyznaję bez bicia - kryzys czytelniczy nadal się mnie trzyma, choć mam wrażenie, że już słabnie. W minionych tygodniach udało mi się przeczytać zaledwie dwie książki. Ich tytuły to:

1. Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda (recenzja);
2. Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa (recenzja).

Niby ubogo, ale i tak udało mi się spełnić w 2/3 swoje plany na wrzesień.

Najlepszą książką września zostaje Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa. To jedna z tych powieści, które udowadniają, że klasyka wcale nie musi być nudna ani trudna w odbiorze. Dumas stworzył przepiękną - pod każdym względem! - historię miłosną, od której po prostu nie można się oderwać.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni to Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda. Na mało której pozycji udaje mi się zawieść tak, jak na tej. Ubolewam nad tym bardzo, bo tematyka jest świetna i można było z tego zrobić kawał naprawdę dobrej literatury. Niestety jednak - nie wyszło, przynajmniej w moim odczuciu. Czytało mi się źle, całość wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Co ciekawe, ekranizacja tej książki to zupełnie inna bajka, oglądało się ją super.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Wielkiego Gatsby'ego F. Scotta Fitzgeralda.

Na Facebooku zebrało się już 240 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 243 obserwatorów strony.

A TAK BĘDZIE W PAŹDZIERNIKU...

Nie mówcie tego nikomu, ale... Na śmierć zapomniałam, że powinnam była iść w sobotę do biblioteki, żeby móc zrobić plany na najbliższe tygodnie. Dlatego też jestem w stanie powiedzieć tylko tyle, że już niedługo będziecie mogli przeczytać, co sądzę o:

1. Kliencie Johna Grishama;
2. Opowieści Podręcznej Margaret Atwood.

Co jeszcze wydarzy się na blogu w październiku? Pojęcia nie mam, wyjdzie w praniu ;) 

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej. W komentarzach podzielcie się ze mną tym, jak minął Wam pierwszy powakacyjny miesiąc. Ile książek przeczytaliście? Która pomogła ukoić Wam żal po pożegnaniu lata, a która wręcz przeciwnie - dobiła Was? Jeśli nie jesteście molami książkowymi, to może zajmujecie się czymś innym, ale równie ciekawym? Opowiedzcie mi o tym!

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

26.09.2018

Aleksander Dumas "Dama Kameliowa"


Autor: Aleksander Dumas 
Tytuł: Dama Kameliowa
Tytuł oryginału: Le Dame aux Camelias
Tłumaczenie: Stanisław Brucz
Wydawnictwo: Hachette 
Liczba stron: 214

Korzystanie z usług kurtyzan nie jest niczym dziwnym w XIX-wiecznym Paryżu. Robi to wielu mężczyzn - również młody, niezamożny Armand Duval. Jego sytuacja nie jest jednak typowa, bowiem od pierwszego wejrzenia pokochał przyzwyczajoną do luksusów Małgorzatę Gautier...

Gdybym zapytała Was, jakie macie skojarzenia ze słowem klasyka, jakie byłyby Wasze odpowiedzi? Jestem pewna, że spora część z Was zaczęłaby opowiadać o lekturach szkolnych, a więc kolejno o nudzie, przymusie i trudzie. A teraz kolejne pytanie: ilu z Was miało w sobie na tyle samozaparcia, by we własnym zakresie zagłębić się w te rejony literatury na tyle, by przekonać się, że takie odczucia nie dotyczą absolutnie każdej pozycji? Idę o zakład, że nie będzie dużego odzewu. Dlatego dziś opowiem Wam o jednej z takich książek. Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu chociaż jedna osoba da Damie Kameliowej szansę.

Aleksander Dumas nakreśla czytelnikom obraz XIX-wiecznej Francji jako miejsca przesiąkniętego hipokryzją i fałszem. To właśnie tu, w Paryżu, kurtyzanami publicznie się gardzi. Przyzwoitość nakazuje wręcz potępianie stylu życia tych kobiet. Cóż jednak z tego, skoro nietrudno znaleźć nie tylko mężczyzn utrzymujących kochanki, jak i damy, które na utrzymanki spoglądają z nieskrywaną ciekawością, graniczącą nawet z podziwem? Musicie wiedzieć, że ta rozbieżność jest bardzo dobrze i wyraźnie zarysowana, zwłaszcza pod koniec powieści. 

Jak pisałam wyżej - korzystanie z takich usług nikogo tu nie szokuje, choć zwykle jest to raczej, powiedzielibyśmy dzisiaj, relacja ściśle biznesowa. Mężczyzna płaci, kobieta wykonuje swoje zadanie i.. tyle. Żadnego przywiązania czy cieplejszych uczuć. Dumas obrał inną drogę. U niego kobieta upadła, pomimo że odarła się z godności i została odizolowana od szacownego towarzystwa, nadal zasługuje na miłość. I chyba właśnie dlatego tak dobrze czyta się jego dzieło.

Ale to nie koniec, autor idzie jeszcze dalej: nie tylko twierdzi, że nierządnicę można pokochać, ale i kreuje jej obraz jako człowieka nie do końca zdemoralizowanego. Owszem, Małgorzata przed poznaniem Armanda była próżna i zależało jej na luksusach. Tyle tylko, że Gautier "przed" Duvalem to zupełnie inna postać niż ta, która go poznaje i wchodzi z nim w interakcję. Ta druga bohaterka zaczyna dostrzegać, że świat nie kończy się na rzeczach materialnych. W jej głowie rodzą się myśli o tym, że zasługuje na to, by obdarzać ją ciepłymi uczuciami i je odwzajemniać. Chciałoby się powiedzieć: biedna dziewczyna, młoda jest, po prostu zboczyła na złą drogę. I nie wiem, jak Wy, ale ja jej autentycznie kibicowałam.

Sam Duval natomiast zyskał u mnie przydomek Drugi Werter. Tego młodzieńca miłość po prostu zaślepiła. Tu nie było mowy o przelotnym zauroczeniu, tylko o stanie, który trwał i, zamiast słabnąć, przybierał na sile. Pod jego wpływem Armand był gotów na wszystko: nawet na wyrzeczenie się krewnych i poświęcenie kariery. Liczyło się dla niego tylko jedno: jego zakazany związek.

Cała ta opowieść została napisana mistrzowskim wręcz stylem. Mamy tu połączenie absolutnie wszystkiego: odrobiny tandetnej ckliwości, górnolotnych słów, przytomności umysłu, również wyrażonej w słowach. Może dla kogoś z Was jest to mieszanka wybuchowa, ja jednak skłaniam się ku innemu określeniu: rozkosz dla umysłu.

Tylko jedna rzecz bolała mnie podczas lektury. Mianowicie - jakość wydania pozycji. Wiem, że zwykle nie zwracam na takie rzeczy uwagi, tym razem muszę. Moi kochani - okładka jest tak samo piękna jak zawartość książki. Szkoda tylko, że ta perełka literatury została "obdarzona" błędami wszelkiego rodzaju. I nie, nie chodzi o jedną czy dwie literówki, nie mam też na myśli pomyłek, które trudno zauważyć. Buble aż biły po oczach... Wstyd!

Dama Kameliowa to opowieść o tragicznej miłości. Ten niezbyt opasły tom swoją treścią próbuje wymusić na nas refleksje. Czy w imię uczucia jesteśmy gotowi na wyrzeczenia? Jeśli tak, to czy możemy zaryzykować stratę wszystkiego, co znaliśmy? Na ile sami sobie jesteśmy panami życia, a na ile kierujemy się tym, czego wymaga od nas społeczeństwo? To jednak tylko nieliczne przykłady spraw do przemyślenia - jest ich o wiele więcej, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę mnogość interpretacji utworu.
Ja się zachwyciłam Damą Kameliową. Wam też tego życzę.

15.09.2018

F. Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"


Autor: F. Scott Fitzgerald 
Tytuł: Wielki Gatsby 
Tytuł oryginału: The Great Gatsby
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Wydawnictwo: Libros
Liczba stron: 158

Wydawać by się mogło, że los wyjątkowo szeroko uśmiechnął się do Jaya Gatsby'ego. Postronny obserwator mógłby powiedzieć, że ma on wszystko: wielki majątek, piękną posiadłość i towarzystwo, które regularnie odwiedza go i bierze udział w hucznych, organizowanych przez niego przyjęciach. To jednak tylko pozory. Prawdę o tym człowieku odkryje jego sąsiad Nick Carraway...

Czy wspominałam Wam kiedyś, że uwielbiam oglądać filmy? Jest to dość świeża miłość - dopiero od kilku tygodni nie wyobrażam sobie nie obejrzeć przynajmniej jednej produkcji dziennie. Zawsze jednak bardzo lubiłam od czasu do czasu włączyć sobie jakąś ekranizację. Wielki Gatsby wydał mi się pozycją interesującą - a że nigdy nie oglądam filmu przed przeczytaniem książki, postanowiłam nadrobić zaległości...

Bywa czasem tak, że człowiek ma wobec konkretnego tytułu bardzo wysokie oczekiwania - bo się naczyta lub nasłucha, jaki to on wspaniały albo opis zamieszczony na tylnej okładce sugeruje prawdziwą literacką ucztę. Bywa również tak, że czasem te nadzieje pozostają niespełnione, a rzeczywistość jest przykra - powieść okazuje się być w najlepszym przypadku bardzo kiepska. I ja niestety przeżyłam takie rozczarowanie, kiedy sięgnęłam po Wielkiego Gatsby'ego.

Fizgerald opowiada swoim czytelnikom o tak zwanym straconym pokoleniu. O młodych ludziach, których system wartości jest wątpliwy. O umiłowaniu do wszystkiego, co wystawne, eleganckie, drogie. W świecie przez niego wykreowanym nie ma miejsca na coś tak "przyziemnego" jak szczere relacje międzyludzkie. Przyjaźnie trwają tak długo, jak długo nie kończą się środki potrzebne do zorganizowania kolejnej imprezy. Miłość? Miłość jest na pokaz, tak samo i instytucja małżeństwa - nikt jej nie szanuje ani nie bierze na poważnie.

Tytułowy Gatsby to młody mężczyzna, którego postępowanie doskonale pasuje do czasów, w których żyje. Jest to człowiek zamożny, szastający pieniędzmi, ale jednocześnie skryty. Choć w jego domu regularnie bawią się rzesze ludzi, on sam im nie towarzyszy. Bynajmniej nie dlatego, że uważa się za kogoś ponad to. W trakcie lektury dowiadujemy się, że jego zachowanie spowodowane jest ogromnym zawodem. Cierpieniem, którego być może by nie doświadczył, gdyby otaczający go ludzie nie przywiązywali tak dużej wagi do wszystkiego, co materialne.

Również kreacje pozostałych postaci zasługują na pochwałę - doskonale wpasowują się w określone, ważne dla tej powieści ramy. Właściwie nie da się obok nich przejść obojętnie, do każdego z tych bohaterów się coś czuje. Co czułam ja? W większości - niechęć i irytację.

Niestety jednak, o ile zamysł na fabułę brzmiał doskonale, o tyle samo wykonanie pozostawia już wiele do życzenia. Po raz pierwszy w życiu przeszkadzała mi w czytaniu narracja pierwszoosobowa - sama nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że akurat w tej książce ona nie pasuje, zawęża obraz, przez co całość pozostawia uczucie niedosytu.

Sam styl, którym posługuje się autor, także nie ułatwia przebrnięcia przez tę historię. Mimo że perypetie tytułowego bohatera wcale nie są jakieś zawiłe, ba - mogłabym zaryzykować tu określenie banalne, język, którymi zostały opisane, już taki nie jest. Cała książka składa się ze zdań napuszonych, ze sformułowań całkiem niepotrzebnie górnolotnych. To, co prawda, jedyna duża wada dzieła Fitzgeralda, ale dla mnie wystarczająca, by myśleć o nim bez cienia sympatii.

Wielki Gatsby to historia o niespełnionych podstawowych potrzebach człowieka w czasach, gdy na uwagę zasługiwało coś zupełnie innego. I to mógł być kawał dobrej literatury, bo Gatsby do roli bohatera tragicznego, niepasującego do otaczającej go rzeczywistości pasuje znakomicie. Niestety, nadmiernie wymuskany styl autora sprawił, że zamiast perełki literackiej mamy mały koszmarek. Choć może to tylko moje wydziwienia? Może nie dostrzegłam czegoś wow w takim, a nie innym operowaniu słowem? Nie mam pojęcia i pewnie już się tego nie dowiem. Pozostaje mi pogodzić się z tym, że tym razem trafiłam na coś kiepskiego i nadzieja, że ekranizacja wynagrodzi mi godziny spędzone nad książką.

01.09.2018

Podsumowanie sierpnia 2018 i plany na wrzesień


Dzień dobry w sobotę!

A więc stało się - mamy pierwszy dzień września. Do oficjalnego rozpoczęcia nowego roku szkolnego zostało raptem 48 godzin. Powoli musimy się też godzić z tym, że już niedługo odwiedzi nas nie do końca przyjemna Pani Jesień. Na razie jednak jeszcze powspominajmy. Opowiem Wam, jak minęła mi resztka wakacji.

TAK BYŁO W SIERPNIU...

Nie będę ukrywać - ostatnie tygodnie nie były łaskawe. Jeśli akurat nie miałam czegoś innego do roboty, to nie miałam natchnienia na czytanie - a wtedy po prostu odpuszczałam i zajmowałam się czymś innym. Nadrabiałam filmy. A książki? W sierpniu udało mi się przeczytać "tylko" 3. Ich tytuły to:

1. Afera Johna Grishama (recenzja);
2. Ostre przedmioty Gillian Flynn (recenzja);
3. Pamiętnik Nicholasa Sparksa (recenzja).

Tym sposobem plany, które miałam na sierpień, udało mi się zrealizować w 2/3, co uważam za wynik satysfakcjonujący.

Najlepszą książką sierpnia zostają Ostre przedmioty Gillian Flynn. Niezwykle rzadko natrafiam na tak klimatyczne, dobrze napisane i trzymające w napięciu debiuty literackie. I życzę samej sobie, żeby takich przypadków było coraz więcej.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni to Pamiętnik Nicholasa Sparksa. Chociaż wiecie co? Tym razem słowo "rozczarowanie" bardzo mi tu nie pasuje. Pamiętnik nie był zły, wręcz przeciwnie - do dziś dziwię się, że romansidło tak mi się spodobało. Ale to nadal TYLKO romans. Nie zapadnie mi w pamięć na zawsze. To po prostu był przerywnik, odskocznia od tego, co czytam na co dzień.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Pamiętnika Nicholasa Sparksa.

Na Facebooku zebrało się już 170 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 173 obserwatorów strony.

A TAK BĘDZIE WE WRZEŚNIU...

W najbliższym czasie postaram się "wrócić do normalności" - pokonać kryzys czytelniczy. Już niedługo będziecie mieli okazję przeczytać, co sądzę o takich książkach jak:

1. Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda;
2. Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa;
3. Klient Johna Grishama.

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej. W komentarzach opowiedzcie mi, jak spędziliście ostatni miesiąc wakacji. Ile książek przeczytaliście? Która zrobiła na Was największe wrażenie, a na którą wolelibyście nigdy nie tracić czasu? A może nie jesteście molami książkowymi, za to możecie się pochwalić inną ciekawą pasją? Jestem tego wszystkiego niezmiernie ciekawa!

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

11.08.2018

Nicholas Sparks "Pamiętnik"


Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Pamiętnik
Tytuł oryginału: The notebook
Tłumaczenie: Anna Maria Nowak
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 254

Jeden z mieszkańców domu opieki ma swój rytuał. Codziennie opowiada chorej na Alzheimera kobiecie historię spisaną w starym pamiętniku. Opowieść ta traktuje o pięknym uczuciu między młodym chłopcem i dziewczyną, które przetrwało nawet największe burze...

Kiedy kilka lat temu skończyłam czytać Jesienną miłość Sparksa, byłam bardzo rozczarowana. Uznałam tę książkę za nadmiernie przesłodzoną i podjęłam decyzję, że reszty jego twórczości nie tknę. W tym uporze trwałam aż do teraz. Co mnie podkusiło, by dać mu jeszcze jedną szansę? Nie wiem. Uznałam, że jedna porażka to za mało, by z czegoś rezygnować.

Początkowo swoich zamiarów nie brałam na poważnie. To znaczy: owszem, poszperałam na grupach czytelniczych na Facebooku, popytałam, co przeczytać i w konsekwencji wpisałam Pamiętnik na listę. Byłam jednak święcie przekonana, że ja tę pozycję wypożyczę i po prostu przeczytam, upewniając się, że Sparksa nie lubię. A tu niespodzianka - wypożyczyłam, przeczytałam i... zachwyciłam się!

Akcja powieści bogata jest w retrospekcje, co dzieli całość jak gdyby na dwie części. Jest tu i teraz: czyli staruszkowie w domu opieki, ale mamy też wgląd w przeszłość - dzięki tytułowemu pamiętnikowi właśnie. Zapiski w nim zawarte są tu kluczowe i pomagają czytelnikom obserwować rodzące się uczucie pomiędzy bohaterami. 

Więź, która ich połączyła od samego początku nie była łatwa, ba - niektórzy powiedzieliby, że skazana na niepowodzenie. Autor postanowił jednak udowodnić, że istnieje miłość wieczna, której nie straszny upływ czasu i inne przeszkody. I fakt, że troszeczkę przy tym przesadził i w efekcie mamy romans przerysowany. Mimo wszystko jednak, ku mojemu zdumieniu - to nadal świetnie się czyta!

Język tej powieści jest nieskomplikowany. Losy Noaha i Allie przybliżone są nam w sposób przystępny, co dodatkowo ułatwia lekturę i czyni ją jeszcze przyjemniejszą. Zachowanie zakochanych natomiast... Niech kamieniem rzuci ten, kto nie poczuł podziwu dla stałości ich uczucia. Nie wiem, czy takie relacje istnieją naprawdę, ale myślę, że chyba wszyscy byśmy tego chcieli.

Nie jestem osobą, która łatwo się wzrusza. Nie płaczę na filmach, na książkach też raczej nie. Tymczasem tutaj im bliżej do końca, tym ciężej na sercu mi było. Zresztą od pierwszych stron bardzo przeżywałam perypetie pary.

Sama w sumie nie wiem, dlaczego ta pozycja tak przypadła mi do gustu - na co dzień nie czytam romansideł, a jeśli już, to tylko klasyków. Prawdopodobnie potrzebowałam wytchnienia od katowanych przeze mnie kryminałów i thrillerów. W każdym razie przyznaję bez bicia: niepotrzebnie się przed tym gatunkiem tak wzbraniałam. Uwielbiać go nie będę, ale od czasu do czasu na pewno po niego sięgnę.

Pamiętnik to opowieść o miłości tak idealnej, że niemalże nierealnej. Nie jest to nic ambitnego ani nie wnosi za wiele do życia. Jeśli jednak ktoś z Was chciałby sięgnąć po pozycję lekką, przy której można trochę się wzruszyć, Pamiętnik będzie dobrym wyborem. 

07.08.2018

Gillian Flynn "Ostre przedmioty"


Autor: Gillian Flynn
Tytuł: Ostre przedmioty
Tytuł oryginału: Sharp objects
Tłumaczenie: Radosław Madejski 
Wydawnictwo: Burda Publishing Polska
Liczba stron: 358

Camille Preaker, w przeszłości lecząca się psychiatrycznie kobieta, pracuje jako reporterka. Kiedy pewnego dnia przełożony zleca jej napisanie artykułu o morderstwach dokonanych w miejscowości, w której dorastała, wie, że nie będzie to łatwe zadanie. Na miejscu ożywają przykre wspomnienia z młodości. Okazuje się, że wyjaśnienie zagadki śmierci dwóch małych dziewczynek to dopiero początek pracy. Na odkrycie czekają też tajemnice z dawnych lat...

Kiedy nieco ponad 2 lata temu przeczytałam Zaginioną dziewczynę Gillian Flynn, zakochałam się i wiedziałam, że prędzej czy później nadejdzie chwila, w której sięgnę po resztę jej twórczości. A czy jest odpowiedniejszy moment na zapoznanie się z Ostrymi przedmiotami, niż ten, kiedy w telewizji leci serial na podstawie tej historii? No nie ma.

Już po pierwszych kilku stronach byłam w szoku. W tej powieści czuło się coś dziwnego. Wrażenie, że coś jest nie tak, że zaraz coś się stanie, nie opuszczało mnie ani na chwilę. I bardzo dobrze - znaczy to, że Flynn potrafi zadbać o klimat. Ten jest mroczny, niemal duszący - dokładnie tak samo można się czuć, przebywając w małym miasteczku, w którym grasuje morderca. W miasteczku, w którym każdy wie wszystko o wszystkich. W takich miejscach nie ma możliwości, by człowiek czuł się dobrze i swobodnie. Takich powieści nie można czytać szybko i przyjemnie.

Bohaterowie Ostrych przedmiotów są bardzo wyraziści, a ich poczynania nie pozwalają czytelnikom na obojętność. Każdą jedną postać albo się lubi, albo nie. Mnie intrygowała Camille i jej rodzina - uważałam ją od samego początku za mocno dysfunkcyjną, choć za nic w świecie nie mogłam zrozumieć, gdzie leży problem. A przyczyna kłopotów tych ludzi wyłoniła się dopiero pod koniec historii. Wtedy wszystko stało się jasne i zarazem zagmatwało się jeszcze bardziej - bo skoro wiadomo już, dlaczego wydarzyły się pewne rzeczy, co stanie się dalej? Czy da się zrobić coś, by nie dopuścić do kolejnych przykrych wydarzeń? Ta niepewność sprawia, że niezwykle trudno jest przerwać lekturę i zostawić sobie resztę na kolejny dzień.

Bardzo dobre wrażenie, które sprawił na mnie ten debiut, zostało naruszone przez zakończenie. Nie wiem, czy jest ono niedopracowane, czy to ja nabrałam takiej wprawy w czytaniu kryminałów, że... mniej więcej od połowy tomu wiedziałam już, jaki będzie koniec. Rozczarowało mnie to bardzo - liczyłam na jakąś niespodziankę, na wstrząs - tak jak to było z Zaginioną dziewczyną. Niestety, nie tym razem.

Ostre przedmioty to genialny, trzymający w napięciu thriller. Autorka opowiedziała nam losy kobiety, której życie nigdy nie rozpieszczało. Jej ciężkie doświadczenia odbijają się dosłownie na każdej kartce tej powieści. Sprawiają, że pomimo naprawdę dobrego pomysłu, wartkiej akcji i tajemnicy, którą trzeba rozwiązać, całości nie da się czytać jednym ciągiem. Przerwy są potrzebne - chociażby po to, żeby oderwać się na chwilę od tego dusznego klimatu, od smrodu wszechobecnej patologii. Wiem, co mówię - sama niejednokrotnie musiałam przerywać czytanie, bo moja psychika po prostu nie wytrzymywała. Nie zmienia to jednak faktu, że debiut Flynn jest naprawdę na bardzo, bardzo wysokim poziomie i warto się z nim zapoznać.

03.08.2018

John Grisham "Afera"


Autor: John Grisham
Tytuł: Afera
Tytuł oryginału: Theodore Boone #6: The scandal
Tłumaczenie: Jan Kabat
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 220

Theo jest dobrym uczniem, nie cierpi jednak przystępować do egzaminów. Niestety - żeby spełnić swoje marzenie i zostać szanowanym prawnikiem, musi dać z siebie wszystko na testach w ósmej klasie. Od tego, jak mu pójdzie, zależy, do jakiej klasy w liceum się dostanie. Niebawem po ogłoszeniu wyników okazuje się, że mogły one zostać sfałszowane...

John Grisham należał do niedawna do grona tych autorów, których nazwisko było mi bardzo dobrze znane, ale twórczość stanowiła zagadkę. Od dłuższego czasu miałam w planach przeczytać chociaż jedną jego książkę, lecz ten moment jakoś się odwlekał. Kiedy kilka dni temu przez przypadek dorwałam w sklepie Aferę, uznałam to za znak. Pozycję tę kupiłam i postanowiłam jak najszybciej przeczytać.

Nie będę ściemniać: niemal od samego początku podchodziłam do Afery bardzo nieufnie. Najpierw zorientowałam się, że jest to część serii, szósta w dodatku. Uznałam, że dobrze, to akurat mały problem i jeśli ten tom mi się spodoba, sięgnę po pozostałe. Pozostała jednak jeszcze jedna, o wiele bardziej paląca kwestia: to podobno cykl skierowany do młodzieży, a więc niekoniecznie to, co lubię najbardziej. No ale kto nie ryzykuje, ten nie ma...

Już po przeczytaniu pierwszych kilku stron wiedziałam, że moje obawy były zdecydowanie przesadzone. Tak, to rzeczywiście kontynuacja serii, o której nigdy wcześniej nie słyszałam - ale nieznajomość poprzednich tomów w ogóle mi nie przeszkadzała w odbiorze Afery. Owszem, to jest tytuł skierowany do młodszych czytelników - Grisham postarał się jednak i tak napisał tę powieść, że tego nie czuć. Nie było tu mowy o ckliwych miłościach i innych wątkach znanych nam z młodzieżówek. Wręcz przeciwnie - to kawał dojrzałej literatury, ale podanej w taki sposób, by był on strawny dla wszystkich, niezależnie od wieku.

Spodobał mi się już sam zamysł na fabułę - afera wokół wyników egzaminów, od których zależy przyszłość dorastających uczniów. Biorąc pod uwagę, do kogo została skierowana ta historia, ten pomysł to strzał w dziesiątkę. U nas dzieciaki też się męczą z różnego rodzaju testami i zaliczeniami, ich rezultaty również są w pewnym momencie życia ważne. Dlatego też sądzę, że to bardzo aktualna tematyka, która jest w stanie do takiego młodszego czytelnika dotrzeć i go zainteresować.

Postać Theo niezwykle szybko zyskała sobie moją sympatię. Bohater ten, mimo zaledwie 13 lat, jest bardzo fajnym, ułożonym chłopcem, który na dodatek ma swoją pasję i ambicje i konsekwentnie dąży do celu. Być może jego charakter jest troszeczkę zbyt przerysowany, na pewno niełatwo jest w życiu realnym znaleźć podobnego nastolatka. Ale hej, brawa dla autora za to, że pokazał, że młodość nie zawsze znaczy głupota! W dobie, kiedy co i rusz słychać utyskiwanie na dzisiejsze dzieciaki, taki głos jest bardzo cenny - nawet, jeśli chodzi tylko o postać fikcyjną, dobre i to.

Na uwagę zasługują też pomniejsze sprawy, którymi w międzyczasie zajmuje się ten chłopak. Bo wiecie, on sam przyznał - afera z wynikami to coś, czym powinni zająć się dorośli. Ale któż by mu zabronił zajmować się mniej poważnymi, a jednak nadal dotyczącymi prawa problemami? Nikt. A musicie wiedzieć, że bardzo fajnie się patrzyło na tak młodą osobę, która już teraz ma sporą wiedzę i potrafi wykorzystać ją w praktyce.

Grisham posługuje się językiem, który przyswaja się łatwo i przyjemnie. To kolejna cecha sprawiająca, że grono odbiorców tej opowieści może być naprawdę szerokie. Jego styl określiłabym dwojako: niezbyt poważny, żeby nie zniechęcić do czytania młodzieży, ale i nie za prosty, by i dorośli mogli odczuwać przyjemność z lektury.

Afera stanowi dowód na to, że literatura skierowana do młodzieży nie musi być schematyczna i nijaka. Wręcz przeciwnie - w młodzieżówce mogą zakochać się i dorośli czytelnicy. Fakt, że całość może wydawać się nieco nużąca, bo brak tam większych tajemnic, ale i tak ma się ochotę dowiedzieć, dlaczego stało się tak a nie inaczej i jakie będą konsekwencje popełnionych czynów.

01.08.2018

Podsumowanie lipca 2018 i plany na sierpień


Dzień dobry w środę!

Dacie wiarę, że połowa wakacji już za nami? Za nieco ponad miesiąc rozpocznie się kolejny rok szkolny, a niedługo później - akademicki. Na razie jednak się tym nie martwimy i korzystamy z wolnego, zwłaszcza, że pogoda jest dla nas łaskawa :) A skoro już o korzystaniu z wolności mowa, opowiem Wam dzisiaj, jak minął mi lipiec. Nie przedłużając już...

TAK BYŁO W LIPCU...

W lipcu udało mi się przeczytać 6 książek. Ich tytuły to:

1. Herbaciana dziewczyna Lisy See (recenzja);
2. Żyć jak kot! Stéphane'a Garniera (kilka słów o tym poradniku pojawiło się tu);
3. Idealne życie Katarzyny Kołczewskiej (recenzja);
4. Pięć małych świnek Agathy Christie (recenzja);
5. Dziecko w czasie Iana McEwansa (recenzja);
6. Groźna grota Lemony'ego Snicketa.

Tym samym znacznie wykroczyłam poza plany, które miałam na lipiec. Ale hej - co się odwlecze, to nie uciecze, a odrobina spontanu jeszcze nikogo nie zabiła!

Najlepszą książką lipca zostaje Idealne życie Katarzyny Kołczewskiej. To poruszająca historia o tym, co może się wydarzyć, jeśli odwrócimy się plecami do bliskich w nieodpowiednim momencie. Gorąco wierzę, że ta powieść jest w stanie czegoś nas nauczyć.

Największe rozczarowanie minionych tygodni to Dziecko w czasie Iana McEwansa. Aż przykro mi się robi, jak sobie pomyślę, jak bardzo potencjał tej książki został zmarnowany na rzecz licznych politycznych wstawek.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Dziecka w czasie Iana McEwansa.

Na Facebooku zebrało się już 114 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 117 obserwatorów strony.

A TAK BĘDZIE W SIERPNIU...

Lato postaram się pożegnać z godną literaturą. Wprawdzie po doświadczeniach z ostatnich tygodni jestem już bardzo ostrożna przy robieniu planów, ale... Możemy przyjąć, że już niedługo przeczytacie między innymi o:

1. Aferze Johna Grishama;
2. Ostrych przedmiotach Gillian Flynn;
3. Stuleciu Herbjørg Wassmo.

Ode mnie na dziś to tyle. Jestem bardzo ciekawa, jak lipiec spędziliście Wy. Ile książek przeczytaliście? Która Was zachwyciła, a która zawiodła? A może nie jesteście molami książkowymi, za to możecie pochwalić się innym ciekawym hobby? Napiszcie mi o tym w komentarzach!

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

27.07.2018

Ian McEwan "Dziecko w czasie"


Autor: Ian McEwan 
Tytuł: Dziecko w czasie
Tytuł oryginału: The child in time
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 271

Życie Stephena Lewisa wali się w chwili, kiedy podczas wspólnych zakupów znika jego 3-letnia córeczka. Poszukiwania nie przynoszą rezultatu. Od tamtego dnia wszystko inne idzie nie tak, jak trzeba. Małżeństwo mężczyzny rozpada się, a on sam żyje jak gdyby w zawieszeniu. Mimo upływu miesięcy bohater dalej tęskni za utraconym dzieckiem...

Wiecie, za co kocham wszelkiego rodzaju serwisy, blogi i grupy na fb o książkach? Za to, że stanowią istną kopalnię wiedzy o literaturze. Właśnie w takich miejscach najszybciej znajduję pozycje, które - sądząc po opisach - mogą trafić w mój gust. Wiele razy już dziękowałam niebiosom za internet, bo dzięki niemu natrafiłam na niezliczoną liczbę literackich perełek. Niestety, potknięcia również się zdarzają...

Kiedy przeczytałam streszczenie fabuły Dziecka w czasie Iana McEwana, serce zaczęło mi mocniej bić. Niemal bez zastanowienia wpisałam tę książkę na listę do przeczytania, a niedługo później wręcz wciągnęłam ją na sam początek kolejki. Wychodziłam wtedy z założenia, że jak autor zabiera się do napisania CZEGOŚ TAKIEGO, to to nie może być złe. Ba, nie może nawet być nijakie - musi być świetne. Jakaż ja byłam naiwna!

Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że ja Dziecko w czasie spisałam na straty już na samym początku, choć przyznaję - nawet na samą okładkę pokręciłam nosem, uważam ją za brzydką. Ale przecież nie o oprawę graficzną chodzi, prawda? Dlatego też ją wypożyczyłam, nadal pełna nadziei. Pełna nadziei przedzierałam się również przez nudny początek. Nie zrażało mnie, że nic się tam nie działo od samego początku. Przecież czytająca jestem nie od dziś i wiem doskonale, że czasem akcja potrzebuje trochę czasu, żeby się rozkręcić. Sam Stephen King ma w zwyczaju gawędziarstwo, a jednak ludzie go lubią. No ale bądźmy poważni, wszystko ma swoje granice.

Kiedy byłam już na 100 stronie - 100 na 271, przypominam - i nadal nie czułam absolutnie NIC pozytywnego, wiedziałam już, że się z tym tytułem nie polubię. Pogodziłam się, że będę go wspominać jako co najwyżej przeciętny.

Wtem! Zaczęłam się gubić, o czym ta opowieść jest. Czy to historia ojca borykającego się z traumą utraty jedynej córeczki, czy może publikacja idąca tematyką bardziej w stronę polityki? Przyznam szczerze, że przez większość stron miałam wrażenie, że jest to powieść polityczna, a perypetie Stephena były dodane tak "na odczepnego", żeby tylko stworzyć jakieś tło dla wydarzeń. Wątek polityczny został, co prawda, podzielony na kawałki, ale było ich tak dużo, że nie miało to znaczenia. Przez to główna myśl autora uciekła gdzieś w siną dal.

Sama problematyka zaginięcia dziecka i radzenia sobie z tym wydarzeniem, nie dość, że została skrócona jak tylko się da, to jeszcze spłycona. Strony temu poświęcone nie wywoływały zupełnie żadnych emocji, a powinny... Bo ja wiem? Wzruszać? Budzić empatię czytelników? Cokolwiek. Tymczasem - nic. Kompletnie nic, zapisane kartki, ale bez dodatkowego ładunku emocjonalnego. Niedobrze.

W całej tej książce na miejscu byli tylko jako tako rodzice zaginionej. Wiecie, dlaczego? Dlatego, że byli nijacy. Miałam wrażenie, że ich postaci zostały totalnie pozbawione jakiegokolwiek charakteru. Ich usposobienie i poczynania były tak mdłe, że paradoksalnie doskonale tu pasowały. Wyobrażam sobie, że właśnie tacy - przybici, pozbawieni energii, flegmatyczni i jak to jeszcze nazwać - są ludzie, którzy tracą dziecko. Gdyby tylko McEwan dobrze poprowadził akcję, pogłębił główny problem, wszystko pięknie by się ze sobą łączyło. 

Dziecko w czasie to powieść, która miała ogromny potencjał i w okrutny sposób została z niego ograbiona. Z tego pomysłu naprawdę można było zrobić coś, co wbije czytelników w fotel. Niestety, chwila nieuwagi, skupianie się na szczegółach, które powinny być drugoplanowe, spowodowało, że powstał mały koszmarek. Wszystko to sprawiło, że pomimo małej objętości i niewymagającego stylu, całość czyta się długo i bardzo, bardzo nieprzyjemnie.

17.07.2018

Agatha Christie "Pięć małych świnek"


Autor: Agatha Christie
Tytuł: Pięć małych świnek 
Tytuł oryginału: Five Little Pigs
Tłumaczenie: Izabella Kulczycka-Dąmbska 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie 
Liczba stron: 260

Sprawa otrucia Amyasa Crale'a wydaje się wszystkim oczywista. Wszelkie powody i środki, by go zabić miała jego własna żona. Nikt tego nie kwestionował. Kobieta została bardzo szybko aresztowana i skazana za popełnienie morderstwa. Kiedy jednak po szesnastu latach od tragedii do Herkulesa Poirota zgłasza się córka skazanej i prosi go, by ponownie zagłębił się w tamto wydarzenie, ten przyjmuje zlecenie...

Opowiadałam Wam już, że kocham twórczość Agathy Christie. Upodobałam sobie ją tak bardzo, że swego czasu stworzyłam ogromną listę książek jej autorstwa, które chcę przeczytać i od tamtego momentu regularnie poznaję kolejne tytuły. Miałam nawet swój własny rytuał: każde wyjście do biblioteki wiązało się z wypożyczeniem jednego kryminału Christie właśnie. Obecnie jednak, na potrzeby bloga - by Was nie znudzić - ograniczam się do przeczytania jednego miesięcznie.

Do Pięciu małych świnek podchodziłam optymistycznie z dwóch powodów. Po pierwsze, detektywem występującym w tej historii jest Poirot, za którym szaleję. Po drugie i nawet ważniejsze - tego typu powieści Christie jeszcze w rękach nie miałam. Każda jedna opowieść miała utarty schemat: morderstwo ⟶ dochodzenie ⟶ wykrycie sprawcy. Nigdy nie było mowy o rozgrzebywaniu spraw z odległej przeszłości. Poirot jest, oczywiście, bohaterem, do którego przylgnęła łatka geniusza, ale jak poradzi sobie z wykryciem truciciela, który zaatakował prawie 20 lat wcześniej? Byłam tego niezmiernie ciekawa.

Miłośnicy porządku będą tą pozycją usatysfakcjonowani. Autorka podzieliła ją bowiem na 3 wyraźnie zarysowane części, z których każda zawiera treści innego rodzaju. I tak w pierwszej Poirot rozmawia ze wszystkimi osobami związanymi ze sprawą, w kolejnej zapoznaje się z różnymi wersjami zdarzeń z feralnego dnia, żeby w ostatniej móc "zebrać do kupy" wszystkie fakty, uporządkować je i wskazać winnego.

Wiecie już, że kocham jej twórczość. A czy opowiadałam Wam, za co konkretnie? Otóż, moi drodzy, chodzi o sposób, w jaki ta kobieta pogrywa z czytelnikami. Historie, które przedstawia, nie stały nawet obok banalnych, których końca można się domyślić po przeczytaniu maksymalnie kilkudziesięciu stron. Pięć małych świnek to doskonały przykład tej cechy jej pisarstwa. Pozornie mamy przecież rozwiązanie zagadki tuż przed nosem i to od samego początku. Później jednak poznajemy kolejne postaci, kolejne wątki, zaczynamy zadawać sobie pytanie: A co, jeśli to, co uznajemy za oczywiste w rzeczywistości ma wprowadzić nas w błąd? W konsekwencji zastanawiamy się, bierzemy pod uwagę różne scenariusze i rozpatrujemy możliwość winy kogoś innego. Nie wiem, jak Wy, ja jednak bardzo sobie cenię taki trening logicznego myślenia podczas lektury - w takim połączeniu najwyraźniej chyba widać połączenie przyjemnego z pożytecznym.

A jeśli chodzi o to, że zaczynamy się wahać, kto tak naprawdę zawinił... Tu kolejny plus dla autorki. Bohaterowie przez nią skonstruowani są bardzo wyraziści, mają niezwykle indywidualne charaktery. Nie powinno dziwić, że w pewnym momencie niemal każdy jest podejrzany - to jedynie skutek tego, że każda z tych osób ma "drugie oblicze" i skłonności lub motywy, które w takich okolicznościach pokazują się w innym świetle.

Pięć małych świnek to kryminał dla wszystkich tych, którym niestraszne powolne tempo akcji. Nic tu bowiem nie dzieje się zbyt szybko. W tej króciutkiej, niemającej nawet 300 stron książeczce wszystko rozgrywa się powoli, a kolejne poszlaki pojawiają się niemal niepostrzeżenie i trzeba solidnie wytężyć umysł, by je zauważyć i docenić ich wartość. Z racji niewymagającego stylu, całość to idealny wybór na urlop lub leniwy wieczór.

11.07.2018

Katarzyna Kołczewska "Idealne życie"


Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: Idealne życie
Tytuł oryginału: Idealne życie
Tłumaczenie: nie dotyczy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 384

Ewa Rudnicka jest zdruzgotana samobójstwem swojej siostry bliźniaczki. Nie rozumie decyzji Elżbiety. Przecież miała tak udane życie! Kochający mąż, świetny syn, grono przyjaciół i znajomych, satysfakcjonująca praca, pieniądze... Nie to, co u niej, wiecznie borykającej się z problemami finansowymi nauczycielki, matki trójki dzieci z Sandomierza. Kobieta czuje, że koniecznie musi dowiedzieć się, co popchnęło zmarłą do tak dramatycznego kroku. W tym celu wyjeżdża do Warszawy, gdzie ta mieszkała. Na miejscu bohaterka odkrywa coraz to nowe fakty z życia krewnej...

Nie zawsze byłam fanką literatury z naszego podwórka. Ba, otwarcie przyznam, że kiedyś podchodziłam do niej jak do jeża, co zaczęło zmieniać się stosunkowo niedawno, bo nie więcej niż 4-5 lat temu. A Idealne życie, do którego wróciłam po latach, było jedną z pierwszych książek polskiego autora, która szczerze przypadła mi do gustu.

Katarzyna Kołczewska przedstawia czytelnikowi bardzo ważny i, wydaje mi się, ciągle aktualny problem: ocenianie innych przez pryzmat tego, co sami zaobserwujemy. Ten to ma dobrze, bo może pozwolić sobie na zagraniczne wakacje, tamten to jakaś patologia, bo kto to widział, żeby mieć tyle dzieci... Znacie to? Na pewno znacie. Na pewno też wiecie, że kiedy już wydarzy się jakaś tragedia, mamy przykrą tendencję do mówienia: Ale przecież to taka porządna rodzina!, Nic mu nie brakowało!. Najgorsze jest to, że gadamy tak nawet wtedy, kiedy wiemy, że było inaczej niż próbujemy wmówić - sobie lub otoczeniu.

Lektura Idealnego życia to nic innego, jak zetknięcie się z taką sytuacją, jak opisana powyżej - tylko że na papierze. Oto kobieta, o której najbliżsi byli przekonani, że jej życie jest usłane różami, zabija się. Czy przed śmiercią próbowała się poskarżyć, że jej źle? Owszem! Tylko co z tego? Przecież przesadza, a są na świecie ludzie, których los pokarał o wiele bardziej...

Ewa, główna bohaterka tej powieści, wywoływała u mnie sprzeczne uczucia. Od pierwszych stron wydawała mi się krzykliwym, marudzącym człowiekiem, niepotrafiącym sobie poradzić z tym, jak potoczyło się jego życie. Z czasem - gdy próbowała rozwikłać zagadkę samobójczej śmierci siostry - coraz bardziej zaczynałam jej mimo wszystko współczuć. Jasne, że mogła obudzić się wcześniej, pogadać z bliźniaczką na poważnie, spróbować zobaczyć więcej niż tylko pozory. No pewnie, że powinna być w stanie dostrzec coś więcej niż czubek własnego nosa i swoje problemy. Jednak niech kamieniem rzucą ci z nas, którzy nigdy w życiu nikogo nie zawiedli - nie kierowali się stereotypami, nie mieli ważniejszych spraw na głowie. Nie wszyscy ocknęliśmy się wtedy, kiedy było już za późno, nie każdy z nas musiał mierzyć się z przykrymi konsekwencjami swojego zaniedbania. Wykreowanej przez Kołczewską bohaterce się to zdarzyło, a ja, mimo wszystko, nie potrafiłam jej obwiniać czy stwierdzić, że ma, na co zasłużyła. Być może jestem zbyt empatyczna, a być może mam rację, twierdząc, że na śmierć osoby bliskiej nie zasługuje nikt, obojętnie jakie błędy popełnia w relacjach z tą osobą.

Kołczewska z ogromną precyzją nakreśliła w swojej książce obraz ułamka społeczeństwa, na które składają się ludzie nieumiejący zadbać o siebie nawzajem. Przecież łatwiej jest odwrócić wzrok, wyrzucić kogoś z towarzystwa, niż po zauważeniu problemu spróbować go rozwiązać. Przecież interesy są ważniejsze niż śmierć jakiejś tam pracownicy...

Idealne życie to poruszająca opowieść o tym, jak bardzo ważne jest, byśmy zwracali uwagę na drugiego człowieka. Nie po to, żeby go obgadać, nie po to, żeby przykleić mu kolejną łatkę - po to, byśmy mogli w razie potrzeby stanąć za nim murem i w krytycznej sytuacji wyciągnąć do niego pomocną dłoń. Wreszcie: po to, byśmy sami mieli poczucie, że jest obok ktoś, kto pomoże nam w trudnych chwilach. Bo jeśli będziemy odwracać się do siebie plecami, może dojść do dramatu, którego skutki będą nieodwracalne, tak jak niezbywalne staną się wyrzuty sumienia.

06.07.2018

Lisa See "Herbaciana dziewczyna"


Autor: Lisa See
Tytuł: Herbaciana dziewczyna
Tytuł oryginału: The Tea Girl of Hummingbird Lane
Tłumaczenie: Joanna Hryniewska
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 415

Li-yan wraz z rodziną zamieszkuje odległą wioskę w prowincji Yunnan. Ich życie podporządkowane jest porom roku, tradycjom i uprawie herbaty. Kiedy dziewczyna rodzi nieślubne dziecko, postanawia sprzeciwić się zasadom, w których się wychowała. Żeby ratować córkę, otula ją kocykiem, w którym ukrywa płytkę herbaty i porzuca niemowlę w najbliższym mieście. Chociaż zdaje sobie sprawę ze słuszności tego, co zrobiła, nie może się pogodzić się z utratą maleństwa...

Zdarza Wam się czasem sięgnąć po książkę tylko dlatego, że spodobała Wam się jej okładka? Mnie tak - właśnie z tego powodu wypożyczyłam niedawno Herbacianą dziewczynę.

Nigdy wcześniej nie przejawiałam zainteresowania kulturą Chin. Co nieco może i wiedziałam, ale nie czułam potrzeby zgłębiania tego tematu. Obawiałam się, że Herbaciana dziewczyna będzie dla mnie zbyt trudną lub nużącą lekturą. Na szczęście jednak okazało się, że nic bardziej mylnego.

Lisa See, amerykańska autorka z chińskimi korzeniami, zabiera czytelników w podróż do Chin. W niezwykle malowniczy sposób prezentuje ona obyczaje obcej dla nas mniejszości etnicznej. Te z kolei dzielą się na dwie grupy: zwyczajnie dziwne, niezrozumiałe i budzące przerażenie. Wszystkie bez wyjątku są natomiast pasjonujące, może właśnie dlatego, że takie egzotyczne.

Postać Li-yan z powodzeniem można określić mianem buntowniczki, a nawet czarnej owcy nie tyle w rodzinie, co w całej wiosce. Oto bowiem dziewczyna, która przez długi czas nie znała innego życia, nie słyszała o innych modelach postępowania, w pewnym momencie mówi stop i, zamiast zrobić to, co nakazuje jej tradycja, czyni coś dokładnie odwrotnego. 
Ta młoda kobieta, choć wychowana daleko i wbrew standardom, które znamy i cenimy, jest czytelnikom bliska. Sympatia, która rodzi się do bohaterki w miarę poznawania całej historii, daje się wytłumaczyć bardzo łatwo. Jej bunt, niechęć do hołdowania złym obrządkom wynika przecież z emocji i motywacji, które rozumiemy bez trudu. Bo która matka świadomie pozwoliłaby na skrzywdzenie swojego dziecka? 

Czy jest coś, do czego można się przyczepić w tej powieści? Tak. Wiemy, że córka Li-yan miała szczęście i trafiła do dobrej rodziny, że była kochana. Mnie nie wystarczały jednak takie informacje, a nie mogłam liczyć na wiele więcej. Razi mnie takie zepchnięcie na boczny tor tej postaci, tym bardziej, że o jej matce jesteśmy w stanie dowiedzieć się bardzo dużo, w dodatku z pierwszej ręki, od niej samej. A co z Haley? Wątki jej poświęcone miewały często jedynie po 10 stron i to nie ona opowiadała nam o sobie. Szkoda, bo to naprawdę jedyna wada tej powieści!

Herbaciana dziewczyna to wciągająca bez reszty, oddziałująca na zmysły opowieść o innym, dalekim nam świecie. Ba, powiedziałabym nawet, że jest to istna kopalnia wiedzy o ludzie Akha. Powieść See to także piękna historia miłości, która bywa silniejsza i ważniejsza od wszystkiego, co zna człowiek.

01.07.2018

Podsumowanie czerwca 2018 i plany na lipiec


Dzień dobry w niedzielę!

Jak ten czas leci! Dopiero co planowałam urządzić swój blogowo-książkowy zakątek, a od tej chwili minęły już prawie 3 tygodnie!

Pierwszy dzień miesiąca to idealny moment na podsumowanie. Co się działo w czerwcu? Ile książek przeczytałam, która zdobyła moje serce, a która mnie zawiodła? Jakie mam plany na lipiec? O tym wszystkim przeczytacie w dzisiejszym wpisie. Nie przedłużając już, przechodzę do konkretów...

TAK BYŁO W CZERWCU...

W czerwcu udało mi się przeczytać 7 książek (w tym aż 5 od momentu założenia bloga). Ich tytuły to:

1. Mansfield Park Jane Austen;
2. Świadek oskarżenia Agathy Christie;
3. Północ i Południe Elizabeth Gaskell (recenzja);
4. Śmiertelna klątwa Agathy Christie (recenzja);
5. Błoto Hillary Jordan (recenzja);
6. Małe kobietki Louisy May Alcott (recenzja);
7. Carrie Stephena Kinga (recenzja).

Najlepszą książką czerwca zostaje Błoto Hillary Jordan. To wstrząsająca, ale przepiękna historia przyjaźni trwającej pomimo sprzeciwu świata. Powieść ta doskonale obrazuje, jak ludzie poddają się stereotypom i bezmyślnie krzywdzą innych.

Największe rozczarowanie minionych tygodni to Śmiertelna klątwa Agathy Christie. Ten krótki zbiór opowiadań wcale nie jest zły. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę inne przeczytane przeze mnie pozycje, właśnie on wypadł najbladziej. Jeśli mowa o Christie, zdecydowanie bardziej wolę jedną, konkretną historię.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Carrie Stephena Kinga.

Na Facebooku zebrały się już 63 osoby lubiące Internetową biblioteczkę i 66 osób, które profil obserwują.

A TAK BĘDZIE W LIPCU...

Nadchodzące tygodnie zapowiadają się bardzo obficie pod względem i lektur, i wpisów. W lipcu przeczytacie między innymi o:

1. Herbacianej dziewczynie Lisy See;
2. Emmie Jane Austen;
3. Przemianie Jodi Picoult;
4. Wyznaniach gejszy Arthura Goldena.

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej - w komentarzach podzielcie się ze mną, jak minął Wam czerwiec. Co Was zachwyciło, a co wkurzyło? Czy wiecie już, z jakimi książkami/innymi aktywnościami spędzicie pierwszy prawdziwie wakacyjny miesiąc? Nie mogę się doczekać, aż mi o tym opowiecie! :)

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

29.06.2018

Stephen King "Carrie"


Autor: Stephen King
Tytuł: Carrie
Tytuł oryginału: Carrie
Tłumaczenie: Danuta Górska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 205

Carrie White nigdy nie miała łatwego życia. Już od podstawówki była wyszydzana i odpychana przez swoich rówieśników. W domu sytuacja nie przedstawiała się lepiej - dziewczyna od zawsze mieszkała jedynie z owładniętą manią religijną matką. Kiedy nastolatka buntuje się i idzie na szkolny bal, zostaje na nim ostatecznie upokorzona. Główna bohaterka postanawia się zemścić, używając do tego celu swojej ogromnej mocy...

Z twórczością Stephena Kinga po raz pierwszy zetknęłam się stosunkowo niedawno, bo ledwie 8 lat temu. Wtedy to stwierdziłam, że pora się przekonać, czy facet rzeczywiście tak dobrze pisze i czy tytuł Króla Horroru do niego pasuje.

Lata minęły, przeczytałam trochę jego pozycji - niektóre były dobre, inne zdecydowanie odbiegały poziomem. Nigdy jednak nie uważałam tego autora za mistrza gatunku i to się nie zmieni.

Carrie jest książką, do której stosunek mam nieokreślony. Z jednej strony - przez większość tej krótkiej opowiastki odczuwałam autentyczną nudę. Jeśli jeszcze nie czytaliście nic autorstwa Kinga, musicie wiedzieć, że ma on w zwyczaju gawędzić. Zanim wydarzenia w jego historiach nabiorą rozpędu, mija sporo czasu, co szczególnie odczuwa się w przypadku Carrie, która liczy sobie ledwie 200 stron.

Nie mogę jednak pominąć ważnej kwestii. Autor ten, co by o nim nie mówić, jest mistrzem budowania napięcia. Niby się irytujemy, bo nic się nie dzieje, ale jednocześnie nasza ciekawość jest systematycznie podsycana. Cały czas bowiem wiemy, że coś się stanie i że to coś będzie tragiczne w skutkach. Dlatego też zastanawiamy się: co się konkretnie wydarzy? Czy już, teraz? Czy długo przyjdzie nam jeszcze czekać na prawdziwą jatkę?

Ale ta ciekawość wcale nie jest jedyną rzeczą, która ratuje tę powieść przed byciem słabą w moich oczach. Spodobało mi się też to, że obok straszenia - lub próby wystraszenia - czytelnika, pisarz porusza ważne, zawsze aktualne problemy. Wyszydzanie, poczucie wyobcowania, a nawet fanatyzm religijny - to wszystko jesteśmy w stanie zaobserwować na co dzień w świecie realnym. To wszystko może doprowadzić do różnego rodzaju tragedii. 

Zaraz za aktualną tematyką, idzie kolejny plus na konto Króla Horroru - niezwykle precyzyjnie nakreślił on charaktery stworzonych przez siebie postaci. Mamy tu zarówno kozła ofiarnego, przez wiele lat niepotrafiącego się obronić, jak i  oprawców, którzy czują się bezkarni oraz niezwykle religijną matkę, której wiara nie pozwala na trzeźwe spojrzenie na świat.

Carrie, jak na debiut, jest książką bardzo dobrą i absolutnym klasykiem. To, czy wywoła gęsią skórkę, jest kwestią mocno indywidualną, bo też i każdego z nas przerażają inne rzeczy. Na mnie osobiście szaleństwo głównej bohaterki nie wywarło wielkiego wrażenia. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą rozpocząć przygodę z horrorami. W końcu zawsze od jakichś podstaw trzeba zacząć.