3.12.2020

R.J. Palacio "Cudowny chłopak"

 

Autor: R. J. Palacio
Tytuł: Cudowny chłopak
Tytuł oryginału: Wonder
Tłumaczenie: Marta Olejniczak-Skarsgård 
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 416

Auggie to bardzo inteligentny i przezabawny dziesięciolatek. Mogłoby się wydawać, że takich dzieci w jego wieku jest pełno, prawda? Prawda. Jednak on, za sprawą mutacji genowej i związanej z nią widocznej deformacji twarzy, wcale do "typowych" dzieciaków się nie zalicza. Nie tylko wygląd odróżnia go od rówieśników - jego dzieciństwo upływa pod znakiem ciągłej walki o zdrowie, licznych operacji i wizyt lekarskich. Aż pewnego dnia wszystko się zmienia i nasz bohater po raz pierwszy przekracza próg prawdziwej szkoły...

Na wstępie przyznaję: "Cudownego chłopaka" przez baaardzo długi czas omijałam z daleka. Nie miałam w planach go czytać. Po samym opisie wydawało mi się, że będzie to nijakie czytadło dla dzieciaków. Że niczego dla siebie w nim nie znajdę.

A potem, w styczniu tego roku, obejrzałam ekranizację tej powieści. Film absolutnie doskonały, jeden z najlepszych, jakie obejrzałam w życiu. Wtedy już wiedziałam, że jeśli jest chociaż najmniejsza szansa, że książka powali mnie na kolana tak samo, muszę ją przeczytać. Chociaż spróbować.

Tydzień temu nadarzyła się okazja.

MATKO KOCHANA, LUDZIE!!! Co ja miałam w głowie, kiedy myślałam, że to będzie takie sobie nic? Że dla dzieci? Że przeczytam, a następnego dnia zapomnę?

Palacio stworzyła historię praktycznie idealną. Trochę zabawną - nie sposób było się nie uśmiechnąć pod nosem, kiedy się czytało niektóre odzywki samego Augusta - a trochę, no dobra, bardzo smutną.

Bardzo smutną, bo nie wyobrażam sobie, że człowiek empatyczny nie wzruszyłby się historią chłopczyka tak małego i niewinnego, a tak bardzo pokrzywdzonego już przez życie.

Bardzo smutną, bo chyba trzeba byłoby mieć serce z kamienia, żeby przejść obojętnie obok wyszydzania i odpychania kogoś za coś, co nie jest jego winą.

Ja serca z kamienia nie mam. Mnie te fragmenty będą prześladować chyba do końca życia.

W czym jednak tak naprawdę tkwi sukces "Cudownego chłopaka"? W tym, że ta powieść jest przede wszystkim bardzo życiowa. Ponieważ wszyscy, nieważne ile lat mamy, albo znaliśmy kiedyś kogoś, kto był wyśmiewany i samotny, albo sami mieliśmy nieszczęście takiego okrucieństwa ze strony "kolegów" doświadczyć. Niektórzy z nas być może osobiście stosowali taką przemoc. Każda taka praktyka pomaga czytelnikowi tę opowieść "poczuć", ułatwia jej zrozumienie.

I jasne, że całość trochę trąci moralizatorstwem. Że przesłanie mówi jasno: tolerancja. Wykazujmy się tolerancją i empatią, inaczej marny los tego świata. Tylko co z tego? Nawet dorosłym ludziom trzeba czasami o tym przypominać. 

Jeśli chodzi o techniczną stronę tej powieści - pomimo tematyki i wielu cięższych dla psychiki fragmentów, czyta się doskonale. Pióro autorki jest lekkie, a rozdziały - napisane z perspektywy różnych bohaterów, co też bardzo mi się spodobało, bo dzięki temu lepiej poznaję postaci - króciutkie. Strony wręcz same się przewracają.

"Cudowny chłopak" to lektura odpowiednia na każdym etapie życia. Jako lekcja wszystkiego, co ważne, dla młodszych pokoleń. Dla tych starszych natomiast wybór najlepszy z możliwych, jeśli ktoś lubi, kiedy podczas czytania serduszko szaleje z poruszenia.

6.07.2019

David Ebershoff "Dziewczyna z portretu"


Autor: David Ebershoff
Tytuł: Dziewczyna z portretu
Tytuł oryginału: The Danish Girl
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 375

Greta i jej o kilka lat starszy mąż Einar są malarzami. Ona to kobieta po przejściach, on zaś zdecydowanie różni się od innych mężczyzn - jest skryty, wstydliwy, dziwny. Kiedy pewnego dnia żona prosi go, by przebrał się w damskie ciuchy i pozował jej do obrazu, nikt nie wie jeszcze, że właśnie w tym momencie ich związek wkroczy w całkiem nową fazę. Niebawem w domu Wegenerów coraz częściej gościć zaczyna Lili, alter ego Einara...

Istnieją historie, które w głowie się nie mieszczą. Losy, o których się myśli, że musiał je wykreować człowiek o nadzwyczaj wybujałej wyobraźni. Zdarzenia tak nierzeczywiste, że wydaje się, że niezdolne do istnienia poza kartami książki. A jednak te wszystkie scenariusze nie zawsze są jedynie fantazją. Czasem wymyśla i opowiada je nam codzienne życie. Jak choćby w przypadku Dziewczyny z portretu Davida Ebershoffa.

Wielu z Was może się zdziwić takim wstępem do recenzji o tej pozycji. Domyślam się, że spora grupa osób się z nim nie zgodzi. I ja się temu ani nie dziwię, ani nie neguję innego zdania. Żyjemy w XXI wieku, w czasach, w których różnego rodzaju odmienność jest coraz bardziej widoczna. Pomału, ale zmienia się również mentalność ludzka i podejście do tego typu spraw. Jeszcze nie tak dawno temu homoseksualizm uważano za chorobę, a dzisiaj? Dzisiaj coraz więcej osób odrzuca to przekonanie. Z transseksualizmem, czyli tematem przewodnim Dziewczyny... jest podobnie. 

Problem polega na tym, że nieważne, jak na to patrzymy obecnie. O wiele istotniejsze pytanie brzmi: jak to wyglądało kiedyś, prawie 100 lat temu? Bo to właśnie wtedy żył Einar Wegener, który przez większość życia nie identyfikował się ze swoją płcią. Był mężczyzną, ale w sensie fizycznym. W jego wnętrzu, w psychice "mieszkała" natomiast kobieta - Lili. I to momenty jej dominacji w codziennym życiu malarza dawały mu spełnienie i przynosiły ulgę w codziennym cierpieniu. Uwierzcie mi - w tamtych czasach tacy ludzie nie mieli łatwo. O takich przypadkach nie słyszało się wtedy często, a jeśli już, to nie było wiadomo, co z tym zrobić. Uważano to za wydziwianie. Coś, co można wyleczyć. Diabła, którego można wypędzić. Ratunek w postaci zabiegów umożliwiających zmianę płci miał dopiero nadejść. Główny bohater powieści Ebershoffa w pewnym sensie miał jednak szczęście - bo na tę pomoc pod koniec życia się załapał.

Powieść Ebershoffa nie jest wiernym odbiciem życia Wegenera. Jego przypadłość i fakt, że był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem na świecie, który urodził się jako chłopiec, a zmarł, będąc kobietą, to jedynie inspiracja. Autor, decydując się na tak delikatną i wciąż jeszcze, mimo wszystko, kontrowersyjną tematykę, wziął na siebie ogromną odpowiedzialność. Bo tej kwestii nie można było ani potraktować za lekko - żeby nie odrzeć jej z powagi sytuacji - ani zbyt dosłownie, bo daję głowę, że gdyby została przekroczona granica, podniósłby się krzyk opinii publicznej i pojawiłyby się oskarżenia o niestosowność, wręcz wulgarność. Ale jak tu wyczuć, co można, a czego nie? Przecież chodzi o seksualność, o tożsamość płciową. Wydawać by się mogło, że i tak źle, i tak niedobrze, prawda? Ktoś z Was myśli, że znalezienie złotego środka się nie udało?

Jeśli na dwa powyższe pytania odpowiedzieliście tak, to informuję Was: pomyliliście się i to spektakularnie. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami książka Ebershoffa jest dokładnie taka, jaka być powinna: dosłowna tylko o tyle, że wiadomo, że mężczyzna stał się kobietą. Nie znajdziemy tutaj rozwlekłych opisów. O samej operacji nie wiemy praktycznie nic, poza tym, że się odbyła. Te niedopowiedzenia powodują, że całość jest subtelna. Nie ma tutaj też trywializowania, próby pokazania Wegenera jako wariata, który powinien czytelnika żenować. Wręcz przeciwnie - czytając, można się wczuć w jego dramat i nawet mu współczuć, kibicować. 

Ale to, co w tej powieści jest dla mnie absolutnym mistrzostwem, to relacja między Einarem/Lili a Gretą. Moi drodzy, drugich takich perypetii miłosnych w literaturze raczej nie znajdziemy. Żadne tam niespełnione uczucie czy miłość do grobowej deski się z tym nie równa. Bo jak może się równać? Tutaj mamy coś zupełnie innego: trwanie przy człowieku w najtrudniejszym okresie jego żywota i to jeszcze ze świadomością, że którejkolwiek drogi by się ostatecznie nie wybrało, i tak będzie w jakimś sensie źle. Coś się definitywnie skończy, a na miejscu tego pojawi się coś innego, co nijak nie będzie mogło być przedłużeniem albo chociaż godnym zastępstwem. To dobrowolne, świadome zrezygnowanie ze swojego szczęścia na rzecz drugiej osoby. Stuprocentowa tolerancja, akceptacja i zrozumienie. I poświęcenie tak ogromne, że większego nie można sobie wyobrazić.

Czy jest coś, co mnie w tej książce wkurzyło? Jest. O wiele lepiej byłoby, gdyby narracja była pierwszoosobowa. Gdybyśmy mogli poznać całą historię z perspektywy głównych zainteresowanych. Ja mam pewien niedosyt.

Dziewczyna z portretu to przepiękna, chwytająca za serce opowieść o walce o własne szczęście. I o uczuciu, które zniesie nawet najgroźniejszą burzę. Jeśli lubicie takie klimaty - to pozycja obowiązkowa!

3.07.2019

Podsumowanie czerwca 2019 i plany na lipiec


Dzień dobry w środę!

Czy Wam też czas tak szybko umyka? Dopiero co witaliśmy nowy rok, a dziś jest już pół roku później!

Początek nowego miesiąca to idealna okazja do podsumowania ostatnich tygodni. Co się działo w czerwcu? Ile książek przeczytałam, która zdobyła moje serce, a która mnie zawiodła? Jakie mam plany na lipiec? O tym wszystkim przeczytacie w dzisiejszym wpisie...

TAK BYŁO W CZERWCU...

W czerwcu, z powodu lenistwa - i stałego dostępu do Netfliksa - udało mi się przeczytać tylko dwie książki. Ich tytuły to:

1. Kogut domowy Nataszy Sochy (recenzja);
2. Księżniczki z Park Avenue Plum Sykes (recenzja).

W czerwcu ukazała się też recenzja Dziecioodpornej Emily Giffin oraz wpis specjalny z okazji pierwszej rocznicy działania Internetowej biblioteczki.

Najlepszą książką czerwca zostaje Kogut domowy Nataszy Sochy. To lekka i przyjemna w odbiorze powieść, która bawiąc, każe nam się zastanowić nad poglądami, które wyznajemy my sami bądź ludzie w naszym otoczeniu. Socha, poprzez napisaną przez siebie historię, pokazuje, że przyklejanie łatek innym jest działaniem pochopnym i bezsensownym, a nawet i krzywdzącym.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni to Księżniczki z Park Avenue Plum Sykes. Pozycja ta jest tak nijaka i nużąca, a przy tym zwyczajnie głupawa, że wymęczyła mnie bardziej niż niejeden tytuł zaliczany do klasyki literatury. I tak, to miała być książka czytana wyłącznie dla rozrywki, ale nawet czytadło na jeden raz powinno mieć jakiś poziom.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Dziecioodpornej Emily Giffin.

Na Facebooku zebrało się już 410 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 420 obserwatorów profilu.

A TAK BĘDZIE W LIPCU...

Przyznam szczerze - trochę się zagapiłam i nie do końca przyłożyłam do zrobienia planów na nowy miesiąc. Właściwie jestem pewna tylko tego, że w lipcu przeczytacie między innymi o:

1. Dziewczynie z portretu Davida Ebershoffa;
2. Kosiarzu Terry'ego Pratchetta.

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej - w komentarzach podzielcie się ze mną tym, jak minął Wam czerwiec. Co Was zachwyciło, a co wkurzyło? Czy wiecie już, z jakimi książkami/innymi aktywnościami spędzicie pierwszy prawdziwie wakacyjny miesiąc? Nie mogę się doczekać, aż mi o tym opowiecie! :)

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

14.06.2019

12 miesięcy wstecz...


Kochani!

Dzisiejszy wpis będzie inny niż wszystkie dotychczas opublikowane na blogu. Nie przeczytacie recenzji kolejnej książki, nie mam też dla Was żadnego podsumowania. Chociaż, jeśli chodzi o to drugie, to może i jednak... Bo widzicie, moi drodzy, dziś mamy 14 czerwca. To oznacza, że równo rok temu na Internetowej biblioteczce ukazał się pierwszy wpis! A więc powspominajmy...

JAK TO W OGÓLE SIĘ ZACZĘŁO?

A zaczęło się - wbrew temu, co napisałam powyżej, również w tytule posta - dużo wcześniej niż 12 miesięcy temu. Część z Was wie, że Internetowa biblioteczka powstała tak naprawdę 4 lipca 2013 roku. Wtedy to, zaraz po maturze, uznałam, że chciałabym te najdłuższe wakacje życia spędzić jakoś ciekawie. Czytać uwielbiam od dzieciństwa, do pisania też mnie ciągnęło, podobno robię to dobrze, pomyślałam więc: dlaczego nie połączyć jednego z drugim? A zaraz potem szybciutko wcieliłam pomysł w życie. Regularnie pisałam tu do września 2015, kiedy to zawiesiłam stronę. W czerwcu 2018 zaczęłam tęsknić do pisania. Po krótkim namyśle zdecydowałam: wracam do tego zajęcia.

WIEM, ŻE NIE DZIAŁO SIĘ TU ZBYT WIELE

Przynajmniej jak na rok działalności. Z różnych powodów zdążyłam opublikować jedynie 26 wpisów - licząc z tym, 27. Dużo aktywniejsza byłam i jestem na facebookowym profilu Internetowej biblioteczki. Ale słaby początek niczego nie przesądza - mam zamiar bywać tu częściej, publikować i czytać więcej. Z czasem będę chciała wprowadzić tu jakąś nutkę świeżości, żeby nie było tak, że znaleźć tu można tylko suche recenzje.

INTERNETOWA BIBLIOTECZKA W LICZBACH

12 miesięcy działalności.
27 wpisów.
234 komentarze.
411 osób lubiących facebookowy profil.
421 osób, które obserwują profil na Facebooku.

Dziękuję Wam. Za to, że mimo że często nawalam, nadal tu jesteście i to w takiej liczbie. Że wielu z Was pomaga mi rozwijać profil na FB poprzez wymianę komentarzy czy polubienia. Że wchodzicie i tutaj, żeby dowiedzieć się, co myślę o książkach, które wpadają mi w ręce. Jesteście super! Mam do Was jeszcze tylko jedno pytanie...

CZEGO WAM TU BRAK?

Nowa kategoria postów? Dyskusje? Nowinki literackie? Podzielcie się ze mną w komentarzach tym, co byście chętnie tu widzieli. Bo wiecie - chcę rozwijać tę stronę tak, byście jak najchętniej na nią wchodzili i żeby jak najwięcej osób z Was znalazło tu coś dla siebie. Ale nie zrobię tego bez Waszych wskazówek. Dlatego proszę, jeśli macie jakiś pomysł, co mogłoby się tu pojawić - dajcie znać.

12.06.2019

Plum Sykes "Księżniczki z Park Avenue"


Autor: Plum Sykes 
Tytuł: Księżniczki z Park Avenue
Tytuł oryginału: Bergdorf blondes
Tłumaczenie: Hanna Szajowska
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 302

Moi to młoda dziewczyna pisująca do kolorowych magazynów. Robienie kariery to jednak tylko fragment jej życia. Jako że należy do śmietanki towarzyskiej, przyjaźni się z absolutnie każdym, kto jest godzien towarzystwa w Nowym Jorku. Znajomość aktualnych trendów co do ubioru, dbałość o staranny makijaż - te rzeczy również pochłaniają sporo czasu. A przecież trzeba jeszcze rozejrzeć się za odpowiednim materiałem na męża...

Nie wiem, jak Wy, ale ja czasami robię sobie wolne od zasad, które sama sobie narzuciłam. Jeśli chodzi o literaturę, jedną z takich moich reguł jest niesięganie po książkę, której opis z tylnej okładki mnie nie zachęci. No i zgadnijcie, co zrobiłam w przypadku Księżniczek z Park Avenue? Otóż uznałam, że fabuła może nie brzmi zachęcająco, ale skoro ktoś tu się pokusił o porównanie do Diabła ubierającego się u Prady, to zdecydowanie warto zaryzykować. I w tym momencie mam dla Was zagadkę numer 2: jak myślicie, kto boleśnie się przekonał, że nie, nie było warto ryzykować i wypożyczać tej książczyny? Tak, tak, zgadliście. Ja.

Nie zrozumcie mnie źle: ja serio lubię literaturę rozrywkową i nie mam problemu z historiami lekkimi, chociaż od typowych współczesnych romansideł jednak stronię. No ale nadal: zrelaksować się przy czytaniu lubię. Pośmiać się też. Do pewnego stopnia bawi mnie nawet głupota. Gorzej jest wtedy, kiedy ten bezpieczny poziom się przekroczy. Tak, jak w tej książce.

Bo, moi drodzy, musicie wiedzieć, że główna bohaterka Księżniczek... jest niewyobrażalnie wręcz głupia. Koleżaneczki, ciuszki, kosmetyki i faceci - to jej nie tyle główne, co JEDYNE zainteresowania. Poważne podejście do wykonywanej przez siebie pracy? Gdzieżby tam, są ważniejsze sprawy na głowie! Na przykład usilne ładowanie się w niezdrowe relacje albo popadanie w depresję, którą można z powodzeniem wyleczyć, odwiedzając dermatologa i fundując sobie zabieg na twarz. Takie oto ciężkie życie ma nasza Moi.

Emocje? Gwałtowne zwroty akcji? Treść, która w jakikolwiek sposób ciekawi czy angażuje czytelnika? A może chociaż humor na poziomie? Niestety nie - nic z tego nie proponuje nam Sykes. Fabuła, którą stworzyła jest boleśnie wręcz nijaka, zwyczajnie nudna. Wydarzenia, o których czytamy nie wywołują żadnych uczuć, co więcej - regularnie się powtarzają, przez co człowiek ma wrażenie, że czyta cały czas to samo. Chciałoby się chociaż powiedzieć, że przynajmniej jakże poważne dylematy Moi są komiczne - kolejne pudło! Całość jest tak męcząca, że nawet lekki, niewymagający język nie pomaga - trzeba tej powiastce poświęcić masę czasu, o ile oczywiście koniecznie ma się zamiar przeczytać ją uczciwie od początku do końca.

Szczerze mówiąc, w tym przypadku widzę tylko jeden, jedyny plus - bohaterowie. Wszyscy, co do jednego, wkurzają niesamowicie, ale chociaż coś się do nich czuje, nie są przezroczyści. Nie mogę się też powstrzymać przed pochwaleniem autorki za stworzenie postaci, które będą tak łudząco podobne do autentycznych snobów i dziewuch, dla których liczą się tylko pieniądze i wszystko, co można kupić.

Księżniczki z Park Avenue to pozycja dla tych, którzy chcą coś przeczytać, ale mają przy tym bardzo wysoką tolerancję na bylejakość. Bez tego przygoda z tą powieścią zakończy się szybciej, niż się zaczęła, a trauma zostanie z Wami na długo. Jeśli lubicie inteligentną rozrywkę - szukajcie dalej, bo trafiliście pod zły adres.

7.06.2019

Natasza Socha "Kogut domowy"


Autor: Natasza Socha
Tytuł: Kogut domowy
Tytuł oryginału: Kogut domowy
Tłumaczenie: nie dotyczy
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 368

Jakub jest mężczyzną po czterdziestce. Przez lata w jego domu panował tradycyjny podział ról: on ciężko pracował na utrzymanie rodziny, a głównym zadaniem jego żony była opieka nad trójką dzieci. Sytuacja ulega diametralnej zmianie, kiedy w wyniku redukcji etatów Kuba traci pracę. Od tej pory to on pielęgnuje ognisko domowe...

Ręka w górę, kto nigdy nie słyszał o tym, że gotowanie, sprzątanie i wychowywanie dzieci to "zajęcie dla bab". No dalej, nie widzę! Zaraz, a może to dlatego, że stereotyp Matki Polki, której głównym zadaniem jest siedzenie w domu, podczas gdy jej partner pracuje i wcale nie musi dzielić z nią obowiązków domowych cały czas ma się w naszym kraju dobrze? Tak, wydaje mi się, że trafiłam w sedno.

Nie oszukujmy się: to kobiety są uważane za te, które się znają. Które wiedzą, jak włączyć pralkę, przygotować obiad i ogarnąć dzieciarnię. Mężczyźni są stworzeni do innych celów. A jak już któryś z nich jednak zajmie się swoim potomkiem, wyjdzie z nim na spacer, to gadaniu nie ma końca. No bo przecież gdzie jest matka tego malucha? Czy ten facet na pewno wie, co robi? A jak czegoś nie dopilnuje? Katastrofa gotowa!

Tymczasem Natasza Socha w swojej książce udowodniła nam, że czarne scenariusze mogą, ale wcale nie muszą się sprawdzać. Że ojciec jak najbardziej może być dobrym opiekunem. Że czasami trzeba człowiekowi dać się wykazać. Może nie od razu zrobi wszystko dobrze, może będzie potrzebował czasu na wdrożenie się w nowe obowiązki, ale jak najbardziej jest w stanie podołać nowemu wyzwaniu.

Nasza rodzima autorka napisała lekką, słodko-gorzką powieść o tym, jak życie czasami zaskakuje i wymaga od ludzi, by postawili swoją codzienność na głowie. Głównemu bohaterowi początkowo wcale nie jest dobrze z tym, co go spotkało. Oczywiście, że wolałby nadal pracować. Oczywiście, że boi się nowej teraźniejszości - bo nigdy wcześniej nie angażował się w opiekę nad swoimi córkami do tego stopnia. Bo jego żona nie kryje niezadowolenia i obawia się przyszłości. Wreszcie: bo  już dawno uległ utartemu schematowi, wedle którego mężczyzna bezrobotny to mężczyzna pozbawiony testosteronu. Dziwak. Nieudacznik. 

Na szczęście jednak postać Jakuba ewoluuje. W miarę upływu czasu przyzwyczaja się do nowej sytuacji. Zaczyna do niej podchodzić w sposób zadaniowy i ambitny, co w pewnym momencie pozwala mu wymyślić różne techniki ułatwienia sobie życia. W końcu pesymistyczne myśli stają się jedynie czymś w rodzaju nieproszonego gościa, niż upierdliwego stałego lokatora.

Cała ta historia napisana jest przystępnym, dostosowanym do przeciętnego czytelnika stylem. Dzięki temu lektura nie wymaga ani ogromnego skupienia, ani nie zabiera nam dużo czasu. Fabuła momentami jest poważna, a nawet dość przykra - dlatego wcześniej użyłam sformułowania "słodko-gorzka" - żeby w innym miejscu zaskoczyć błyskotliwym dowcipem. 

Kogut domowy to pełna humoru i ciepła opowieść, która każe swoim odbiorcom podać w wątpliwość wyznawane przez nich przekonania. I właśnie takiej grupie bym ją polecała - ludziom otwartym i niebojącym się spojrzeć na dane problemy pod różnymi kątami.

2.06.2019

Emily Giffin "Dziecioodporna"


Autor: Emily Giffin
Tytuł: Dziecioodporna
Tytuł oryginału: Baby Proof
Tłumaczenie: Anna Gralak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte
Liczba stron: 385

Claudia od zawsze jest pewna jednego: nie chce mieć dzieci. Jej podejście do macierzyństwa nie spotyka się ze zrozumieniem społeczeństwa, w tym wszystkich jej dotychczasowych partnerów. Dlatego też, kiedy poznaje Bena, który, podobnie jak ona, ceni sobie wolność i nie marzy o zmienianiu pieluch, nabiera pewności, że jej życie w końcu ustabilizuje się i podąży w odpowiednim kierunku. Jednak kilka lat po ślubie Ben zmienia zdanie i coraz częściej wspomina, że chciałby zostać ojcem...

Kojarzycie może to uczucie, kiedy czytacie opis na tylnej okładce książki i serce nagle zaczyna szybciej Wam bić? Kiedy czujecie, że oto macie w ręku coś absolutnie genialnego, więc bezdyskusyjnie musicie to cudo zabrać do domu, a potem jak najszybciej dać się wciągnąć lekturze? Mogłabym się założyć, że doskonale wiecie, o czym mówię. Mnie takie wrażenie ogarnęło ładnych kilka lat temu, kiedy, buszując po Lubimy Czytać, natknęłam się na Dziecioodporną. Od razu zapisałam tę pozycję na liście powieści do przeczytania. A kiedy ten sam portal, w ramach wyzwania czytelniczego ogłosił, że w maju czytamy historie, których tytuły zawierają tylko jedno słowo, prawie podskoczyłam z radości. Wtedy już wiedziałam, po co wreszcie sięgnę.

Wiecie, ja bardzo lubię od czasu do czasu poczytać coś o cięższej, a najlepiej jeszcze drażliwej społecznie tematyce. Dziecioodporna Emily Giffin idealnie mi do tego kryterium pasowała. Nie ukrywajmy: chociaż świat nieubłaganie się zmienia i pędzi naprzód, kobieta, która otwarcie mówi, że nie planuje zostać matką nadal jest bardzo często postrzegana jako kosmitka. Przecież to nienormalne - człowiek, który ma macicę, a co za tym idzie, zdolność do wydania na świat człowieka, powinien z tego skorzystać. Przecież od zarania dziejów mężczyźni zarabiali pieniądze, a ich żony pielęgnowały ognisko domowe i wychowywały dzieci. Przecież to takie wspaniałe doświadczenie, patrzeć, jak malutka osoba z dnia na dzień staje się coraz starsza i uczy się nowych rzeczy. Jak można tego wszystkiego nie chcieć? Toż to anomalia! A Emily Giffin w swojej książce miała nam opowiedzieć o tym, jak jedna z takich niechcących potomstwa kobiet radzi sobie w życiu. I to miało być coś, co w czytelniku wywoła gwałtowne emocje, skłoni do refleksji...

Ale, niestety, na kuszących obietnicach się skończyło. To, czego oczekiwałam, nijak ma się do tego, co ostatecznie otrzymałam. Prawdę mówiąc, nie pamiętam już, kiedy ostatnio jakaś książka tak bardzo mnie zawiodła i wkurzyła. 

Wszystko z prostego powodu: nie wystarczy wpaść na genialny pomysł, trzeba jeszcze dokładnie przemyśleć, jak MĄDRZE go sprzedać. Jak skonstruować fabułę, żeby wszystko się kleiło i żeby naprawdę te głębokie przemyślenia u czytelników się pojawiły. Tu niestety tego zabrakło.

Byłam przekonana, że poczytam trochę o kobiecie, która, na przekór wszystkim, będzie walczyła o to, by żyć po swojemu. Której będzie ciężko, zwłaszcza biorąc pod uwagę niezrozumienie bliskich i zmianę frontu u jej, wydawać by się mogło, stanowczego męża. Oczekiwałam lektury o chwiejącym się w posadach małżeństwie, o które jednak się walczy i o wartościach, które są ważniejsze niż oczekiwania świata. Co dostałam  w zamian? Mdłe i przewidywalne CZYTADŁO. Powiedziałabym nawet, że romansidło. Podrzędną powiastkę. Gdzie w tym wszystkim tak ważne dla całości niechciane macierzyństwo? Ano jest - w tle. Potraktowane gorzej niż po macoszemu.

Poważnie, nie rozumiem - stać przed szansą napisania doskonałego bestsellera o czymś WAŻNYM, co nie jest kolejnym kryminałem na jeden raz i jej nie wykorzystać, jak można było tak postąpić? Jak, zamiast cisnąć w czytelników historią pełną gwałtownych wzruszeń, można było woleć iść w kierunku czegoś tak totalnie nijakiego? Bo to naprawdę było nijakie - wystarczy spojrzeć, jakie decyzje podejmują wykreowani przez autorkę bohaterowie. Najkrócej można je opisać tak: najłatwiejsze z możliwych, pospieszne, egoistyczne. Żadnego podejmowania wysiłku, żadnej chęci przemyślenia sprawy. Ani uniesień, ani chwili zwątpienia. Jest akcja, musi być zatem reakcja. Nieważne jaka - ważne, żeby wdrożona w życie jak najszybciej, bo przecież po co tracić czas?

Giffin tak naprawdę nie zawiodła tylko w jednym aspekcie. Otóż cały ten koszmarek literacki dobrze się czytało, a to za sprawą przystępnego, niewymagającego stylu. Znowu mogłabym powiedzieć. że od pozycji o takim charakterze wymagam, żeby było trudno, ale skoro wyszło jak wyszło, to jednak dobrze się stało, że nad jedną stroną nie trzeba siedzieć przez godzinę.

Dziecioodporna przypadnie do gustu wszystkim, którzy potrzebują książki, którą czyta się łatwo i przyjemnie, pod jednym warunkiem - jeśli nie przeszkadzają im rozbieżności między opisem a rzeczywistością. Zależy Wam na emocjach, wzruszeniach, materiale do gruntownych przemyśleń? Szukajcie dalej, bo Giffin Wam tego po prostu nie da. Natomiast jeżeli chcecie po prostu odhaczyć kolejną książkę jako przeczytaną, doskonale trafiliście.

24.02.2019

Cynthia Swanson "Wyśnione życie"


Autor: Cynthia Swanson 
Tytuł: Wyśnione życie
Tytuł oryginału: The Bookseller
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 424

Kitty Miller jest trzydziestokilkuletnią kobietą, której życie potoczyło się inaczej, niż to sobie wyobrażała. Nigdy nie wyszła za mąż, nie ma też dzieci. W zamian za to wraz ze swoją najlepszą przyjaciółką prowadzi księgarnię, co daje jej poczucie niezależności i szczęścia. Wydawać by się mogło, że niczego jej nie brakuje. Aż nagle, pewnej nocy zaczynają się sny. Realistyczne sny, w których nazywa się Katharyn Andersson i razem z mężem wychowuje trójkę dzieci. Początkowo te nocne podróże ekscytują ją. Z czasem jednak bohaterka zaczyna się gubić w tym, która rzeczywistość jest tą prawdziwą...

Czy zdarza się Wam brać udział w wyzwaniach czytelniczych? Ja w tym roku robię to właściwie po raz pierwszy. Od kilku lat skrzętnie notuję i sprawdzam, ile książek w ciągu roku daję radę czytać, ale dopiero teraz odważyłam się na coś bardziej wymagającego. I tak oto dołączyłam do inicjatywy portalu Lubimy Czytać, która zakłada czytanie pozycji pasujących do konkretnych kategorii - co miesiąc wytyczne się zmieniają. Zadanie na luty polega na tym, by przeczytać minimum jedną powieść nominowaną w plebiscycie na Książkę Roku 2018. Z zadowoleniem zorientowałam się, że jedną z nich miałam na liście do przeczytania już od pewnego czasu - mowa o Wyśnionym życiu właśnie. Niewiele więc myśląc, wybrałam się do biblioteki i wypożyczyłam, co miałam wypożyczyć...

Powiem tak: ja naprawdę nie pamiętam momentu, w którym ta pozycja wpadła mi w oko. Nie jestem w stanie powiedzieć, co w jej opisie zaintrygowało mnie na tyle, że uznałam, że po nią sięgnę. A uwierzcie mi, że coś takiego być musiało, bo stosuję zasadę, że jeśli krótkie streszczenie na tylnej okładce mnie nie zainteresuje, to nie ma mowy, żebym poświęciła danemu tomowi czas. Wiem natomiast jedno i to z całą pewnością: cokolwiek mnie podkusiło, żałuję, że dałam się złapać. Nawet nie wiecie, jak bardzo.

Sam pomysł na fabułę może i nie był najgorszy. Wydaje mi się, że jest całkiem sporo ludzi na świecie, którzy są ciekawi, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie okoliczności. Potrafię sobie też wyobrazić, że sporo z tych osób skorzystałoby z możliwości podejrzenia swojej alternatywnej rzeczywistości. Zatem: koncepcji nie ma co się czepiać, zdecydowanie. Gorzej z wykonaniem...

Swanson w swoim debiucie porwała się na tak wyświechtany motyw, że aż głowa boli: miłość, a raczej zawirowania wokół niej. Jedno, co dobre, to to, że nie został on dodatkowo potraktowany w równie oklepany sposób. Zamiast głównej bohaterki, której naczelnym zadaniem jest narzekanie, że nie dane jej było poznać faceta marzeń, mamy kobietę samotną, pracującą i na ogół szczęśliwą. Schody zaczynają dopiero we fragmentach poświęconych jej snom.

Te fragmenty to prawdziwy koszmar. Kitty, którą za dnia nawet da się lubić, w swoich sennych marzeniach staje się nieznośną, plującą wręcz słodyczą osobą. Tak, nieco zbija ją z tropu fakt, że czasami się budzi i nie wie ani, gdzie jest, ani dlaczego tu jest, ani też - jak właściwie powinna się na co dzień zachowywać. Nic to! Nic to, bo kiedy już trochę przywyknie i wejdzie w rolę matki i żony, robi się słodko. Tak słodko, że od samego czytania robi się niedobrze. Podobny problem dotyczy jej męża - rany boskie, ich dialogi wydawały mi się tak sztuczne i przepełnione uczuciem, że niejednokrotnie miałam ochotę przerwać lekturę i nigdy więcej do niej nie wracać. Dlaczego tego nie zrobiłam? Nie wiem. A może trzeba było.

Oprócz przyprawiającego mnie o zawał stylu, towarzyszącego czytelnikowi spokojnie przez jakąś połowę książki, niemiłosiernie wkurzała mnie jeszcze jedna rzecz. Brak emocji! Tu się nic, kompletnie nic nie działo. Następujące po sobie części były do siebie łudząco podobne i bez większego trudu można było się domyślić, co Kitty/Katharyn zrobi po przebudzeniu. No halo! Ja wiem, że to nie jest thriller czy kryminał, tylko literatura obyczajowa, ale naprawdę? Czy to znaczy, że ma być nudno i nijak?

Wyśnione życie jest pozycją idealną dla tych czytelników, którzy na co dzień ciężko pracują, a w chwili wolnej chcą przeczytać coś, co nie wymaga wysiłku szarych komórek. Pod warunkiem, że nie przeszkadza im też zupełny brak gwałtownych zwrotów akcji. Ot, powiastka, którą można poznać, ale po niedługim czasie o niej zapomnieć. Mnie totalnie nie przypadła do gustu - z literatury rozrywkowej zdecydowanie bardziej wolę kryminały albo chociaż obyczajówki, w których jest element zaskoczenia. Myślę jednak, że jeśli komuś nie zależy na efekcie wow, a do tego lubi romanse, ten debiutem Swanson się nie zawiedzie.

2.01.2019

Emma Donoghue "Pokój"


Autor: Emma Donoghue 
Tytuł: Pokój
Tytuł oryginału: Room
Tłumaczenie: Ewa Borówka 
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 404

Życie pięcioletniego Jacka zupełnie nie przypomina codzienności innych dzieci w jego wieku. Dla tego malca całym światem, jedyną pewną i realną rzeczą na świecie jest Pokój. Pokój, w którym bawi się i uczy z Mamą. Pokój, z którego nie ma wyjścia na podwórko ani do przedszkola. I choć dla jego mamy ta sytuacja jest najgorszym horrorem i więzieniem, chłopiec tego nie odczuwa. On nie wie, co to znaczy mieć kolegów czy postępować inaczej niż nakazuje to rutyna wypracowana w Pokoju. Sama myśl o opuszczeniu tego miejsca chwieje jego poczuciem bezpieczeństwa...

Jeśli zapytam Was: jaka jest najgorsza rzecz, którą można zrobić drugiemu człowiekowi, o czym pomyślicie? O odebraniu życia? O zaniedbywaniu podstawowych potrzeb? O przetrzymywaniu w niewoli? Pewnie ilu ludzi na świecie, tyle odpowiedzi i każda jedna będzie dobra. Mną osobiście najbardziej wstrząsają wiadomości o krzywdzie wyrządzanej najbardziej bezbronnym i najmłodszym: dzieciom i zwierzętom. Pewnie właśnie dlatego lektura powieści Emmy Donoghue była dla mnie tak trudnym przeżyciem.

Donoghue funduje swoim czytelnikom istny emocjonalny diabelski młyn. Oto opowieść o życiu w może nie spartańskich, ale jednak nędznych warunkach. O świecie, który kręci się wokół jednego pomieszczenia. O potrzebach, których spełnianie często zależy od dobrej woli osoby trzeciej. Mało tego! Wszystko to widzimy z perspektywy małego dziecka, które nawet nie wie, że nie tak powinno się żyć.

Dla nas - dla mnie, dla Ciebie i dla Ciebie również - normalną rzeczą jest wolność. Oczywiście, że mamy pewne ograniczenia, ale umówmy się: granice są wszędzie. Nie możemy nikogo pozbawiać życia, ale możemy wychodzić na spacery. Nikt nie zabroni nam mieć kolegów. Mamy dostęp do edukacji i jeśli tylko sytuacja zdrowotna nam pozwala, możliwość podjęcia pracy też stoi przed nami otworem. Dam sobie rękę uciąć, że wizja odebrania tych wszystkich dóbr wywołuje w wielu ludziach strach. I bardzo słusznie.

Mały Jack i jego mama nie mają tego szczęścia. Ich egzystencja to wiele podobnych do siebie dni spędzonych w jednym miejscu. Nie mogą wyjść na zakupy. Chłopiec nie wie, jak to jest bawić się na placu zabaw. Nikt ich nie odwiedza. Wszystko, co mają - i czego nie mają - "zawdzięczają" osobie, której kaprysem było ich uwięzić.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale sama sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie nie przeraziła mnie aż tak bardzo. To znaczy: przeraziła, ale zdecydowanie mocniej zadziałała na mnie narracja. Jest jednak wyraźna różnica pomiędzy czytaniem o takich okropieństwach z perspektywy dorosłego, świadomego człowieka, a opowieścią snutą przez dziecko. Przez dziecko, które nigdy nie miało szansy zakosztować innego życia. Przez dziecko, dla którego spotkanie z normalnym światem oznaczać będzie traumę i długotrwały proces dostosowywania się do nowych okoliczności. I chociaż na co dzień uważam, że wykorzystywanie dzieci do pokazywania różnych patologii jest graniem na uczuciach - pokażcie mi normalnego człowieka, którego nie wzrusza krzywda bezbronnych - to tutaj naprawdę to wyszło.

Pokój jest idealnym połączeniem powieści obyczajowej z czymś na kształt thrillera. Całość nie zamyka się tylko na słowach Jacka. To także obraz walki jego matki o lepsze życie dla syna. 

Pokój Emmy Donoghue to historia, której poznanie bardzo boli. Nie tylko dlatego, że cierpi w niej dzieciak, choć jest tego kompletnie nieświadom. Prawdziwy ból wywołuje co innego: wiedza, że to wcale nie jest fikcja literacka. Uświadomienie sobie, że na świecie codziennie dochodzi do takich dramatów. Że za każdym rogiem możemy spotkać najgorszy typ złodzieja: takiego, który ukradnie nam czas. Czas, którego ani nie odzyskamy z powrotem, ani też nie dostaniemy dodatkowego w ramach zadośćuczynienia.

30.11.2018

Margaret Atwood "Opowieść Podręcznej"


Autor: Margaret Atwood
Tytuł: Opowieść Podręcznej
Tytuł oryginału: The Handmaid's Tale
Tłumaczenie: Zofia Uhrynowska-Hanasz
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 347

Freda żyje w Republice Gileadu - miejscu skrajnie nieprzyjaznym dla kobiet. Płeć ta traktowana jest tu jak rzecz - dlatego zresztą mówi się o Podręcznych, będących dosłownie pod ręką, na zawołanie. Oprócz gotowości do spełniania rozkazów osób wyżej postawionych, Podręczne muszą przystosować się do rzeczywistości najeżonej wręcz zakazami. Im nie wolno już nawet czytać. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś istniał inny świat...

Wiecie, żyjemy w ciekawych czasach. Do niedawna jeszcze dało się zauważyć zaciekłą wojnę pomiędzy zwolennikami książek a tymi, którzy wolą telewizję. Dzisiaj coraz częściej wydaje mi się, że te dwa światy nie dość, że się przenikają, to jeszcze dość fajnie ze sobą współpracują. Zaobserwowałam to już przy okazji premiery Serii Niefortunnych Zdarzeń na Netfliksie. Realizacja tego projektu przełożyła się na to, że w bibliotekach na cykl książek o tym samym tytule trzeba było robić rezerwację, inaczej trudno było je dostać. 
Ba, ja sama o istnieniu niektórych pozycji dowiadywałam się dopiero wtedy, kiedy natrafiłam na jej ekranizację. Czad, tak powinno być!

Pewnie już zgadliście, że przydarzyło mi się tak między innymi z Opowieścią Podręcznej. Nie dane mi było obejrzeć nawet jednego odcinka, ale wszyscy o tej produkcji mówili, wielu się zachwycało, więc trzeba było sprawdzić, o co ten cały szum. A że ja najpierw sięgam po książkę...

Dziewczyny i kobiety, czy wyobrażacie sobie świat, w którym nie możecie o sobie decydować? W którym inni ludzie nie widzą w Was istot żywych, dla których jesteście przedmiotem? I od razu mówię: odłóżmy na chwilę rozmowę o równouprawnieniu. Nie pytam tu o rywalizację o stanowisko między kobietą a mężczyzną, nie pytam o różnicę w zarobkach na tej samej posadzie. Pytam o coś dużo gorszego: o sytuację, w której nie mogłybyście swobodnie się wypowiedzieć, wybierać sobie garderoby, czytać czy nawet iść na spontaniczny spacer. O sytuację, w której o Waszej wartości decyduje to, czy możecie zajść w ciążę. Nie wyobrażacie sobie? Ja też nie mogłam. I dlatego lektura powieści Atwood tak mnie bolała.

Historia głównej bohaterki nie chwyta za serce. Nie wzbudza gorących uczuć - poza dezorientacją i przerażeniem, że można tak traktować żywego człowieka. Brak tu fajerwerków. Przeciwnie: słowa Fredy są nijakie, tak jak mdła jest egzystencja, która przypadła jej w udziale. Każdy dzień wygląda tak samo. Dokładnie rozdzielone obowiązki, stała obserwacja. Do tego ciągle towarzyszący Podręcznym lęk o to, że ktoś posądzi je o zdradę. Lęk, który jest tak silny, tak obezwładniający, że najlepiej jest zapomnieć na tych kilka godzin, że jest się istotą z krwi i kości. Robić to, co zrobić trzeba, automatycznie, bez zastanowienia. Bo od myślenia, od refleksji i cichego buntu jest noc. Noc, podczas której można robić wszystko, dopóki zachowuje się cicho i leży w łóżku.

Sama Freda zaś jest bohaterką tajemniczą. Kobietą, która przystosowała się do tego, co zgotował jej los, dokładnie tak, jak zostało to wspomniane wyżej. Szukanie wrażeń? To nie dla niej, pozwala sobie co najwyżej na cicho wymieniane uwagi z dziewczyną, która towarzyszy jej w robieniu zakupów. Nie buntuje się. Nie płacze. Nie próbuje uciec. Nie planuje odnaleźć męża i córeczki - jedynie zastanawia się, czy jej bliscy w ogóle jeszcze żyją. Działa jak robot: wypełnia obowiązek po obowiązku, nie zabiera niepotrzebnie głosu. Ale to, że milczy, nie znaczy jeszcze, że akceptuje to, co ją spotyka. Kartka po kartce dowiadujemy się, że ta jej uległość jest jedynie sposobem na przetrwanie. Że dla własnego dobra emocje najlepiej zostawić na czas, kiedy gaśnie światło. Że nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy swoich krewnych, ale jeśli spróbuje postąpić naprzeciw narzuconym jej regułom, straci nawet to ulotne być może.

Nie jest to pozycja lekka. Nie będziecie się przy niej dobrze bawić. Jeśli szukacie opowieści, w której tempo wydarzeń jest zawrotne lub czegoś "do poduszki", wybierzcie co innego. Ale nie skreślajcie Opowieści Podręcznej całkowicie. Jeśli nie teraz, sięgnijcie po nią kiedy indziej. Bo warto. Warto, żeby móc wyrazić swoją opinię. Warto, żeby zobaczyć, do jakich dramatów może doprowadzić sprawowanie władzy. A wreszcie: warto, żeby przekonać się, czego tej drugiej osobie nie należy robić.

1.11.2018

Podsumowanie października 2018 i plany na listopad


Dzień dobry w czwartek!

A więc, moi drodzy, listopad. Najgorszy miesiąc roku. Taka niby jesień, ale jednak już trochę zima. Okres, gdy wstajemy rano i jest ciemno, a kiedy wracamy do domu z pracy/szkoły/uczelni, to też jest ciemno. Nic to - dłuższe wieczory zawsze można przeznaczyć na czytanie, prawda? Ale zanim zaczniemy planować kolejne tygodnie, podsumujmy, co działo się ostatnio...

TAK BYŁO W PAŹDZIERNIKU...

Nie, nie udało mi się pokonać kryzysu czytelniczego. Nie udało mi się tak bardzo, że w ubiegłym miesiącu przeczytałam tylko jedną książkę. Drugą - zaczęłam. A tytuł tej, którą mogę wpisać na listę ogarniętych, to:

1. Kontratyp Remigiusza Mroza (recenzja).

Co to oznacza? Że plany, które miałam na październik, poszły w siną dal. Opowieść Podręcznej Margaret Atwood powoli, ale czytam. Niedługo powinna pojawić się recenzja, ale nie chcę rzucać konkretnymi terminami - moja obecna prywatno-zdrowotna sytuacja powoduje, że działam w zwolnionym tempie.

Z racji przeczytania tylko jednej książki, nie jestem w stanie w tym podsumowaniu pisać o najlepszych i najgorszych pozycjach. Kontratyp mi się podobał, był dobry. 

Najchętniej czytanym przez Was wpisem jest podsumowanie września i plany na październik.

Na Facebooku (na którym w październiku działo się o wiele więcej) zebrało się już 312 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 316 obserwatorów strony.

A TAK (MOŻE) BĘDZIE W LISTOPADZIE...

Znowuż powiem Wam, że spróbuję wziąć się do roboty i czytać więcej. Czy mi wyjdzie? Zobaczymy. W najbliższych tygodniach chciałabym opowiedzieć Wam o:

1. Opowieści Podręcznej Margaret Atwood;
2. Kliencie Johna Grishama;
3. Dumie i uprzedzeniu Jane Austen.

I proszę Was - trzymajcie kciuki, żeby się udało.

Ode mnie na dziś to tyle. Sami widzicie - nie mam się czym chwalić. Za to chętnie poczytam, co tam u Was się działo w październiku. Ile książek przeczytaliście? Która z nich zajęła specjalne miejsce w Waszym sercu, a która znudziła niemiłosiernie? A może nie jesteście molami książkowymi, ale macie inną pasję? Komentarze są do Waszej dyspozycji.

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

31.10.2018

Remigiusz Mróz "Kontratyp"


Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Kontratyp 
Tytuł oryginału: Kontratyp
Tłumaczenie: nie dotyczy
Wydawnictwo: Czwarta strona
Liczba stron: 532

Zabójstwo - tak brzmi zarzut postawiony Klarze Kabelis. Według śledczych, kobieta, aby przeżyć wyprawę na Annapurnę, zabiła swoich współtowarzyszy. Wydawać by się mogło, że nie ma już dla niej ratunku przed wyrokiem skazującym. Wtedy do gry wchodzi wybitna prawniczka - Joanna Chyłka, która zrobi wszystko, by jej klientka została uniewinniona...

Znacie ten stan, kiedy o twórczości jakiegoś autora jest tak głośno, że przysięgacie sobie, że nigdy po nią nie sięgniecie? Prawdopodobnie znacie. I ja mogę powiedzieć to samo. Przez wiele długich miesięcy zarzekałam się, że nie, nie interesuje mnie, co pisze Mróz. Mówiło się o nim w moim środowisku tak wiele, że i bez próby zapoznania się z jego dorobkiem miałam go po dziurki w nosie. Ale jak to często bywa - plany planami, a życie życiem. Rok temu na urodziny dostałam jedną z części cyklu o Chyłce. Wtedy nie było już wymówek, postanowiłam: spróbuję. I wiecie co? To była jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. No, przynajmniej jeśli mowa o wyborach książkowych. Okazało się, że wszystko, co z Chyłką związane, zajęło specjalne miejsce w moim serduchu.

Kontratyp jest już ósmą - i, jak na razie, ostatnią - częścią serii. Tym razem Mróz zaprasza nas na wspinaczkę górską. I nie, w żadne tam Tatry! Wybieramy się na Annapurnę, czyli jedną z najgroźniejszych gór świata. Brzmi niesamowicie, co? To pomyślcie sobie, że nie dość, że ta wyprawa sama z siebie nie będzie łatwa, po drodze czekają na nas jeszcze dodatkowe przeszkody. Jakie? Ano dwa trupy wspinaczy, którzy rzekomo zginęli z ręki swojej towarzyszki. Tylko że ta twierdzi, że jest niewinna, mimo że dowody są jednoznaczne. Co tu się dzieje? Przyjrzy się temu kobieta, dla której rozwiązanie tej zagadki jest kwestią "być albo nie być" dla jednego z członków jej rodziny.

Przyznaję bez bicia: ostatnie tygodnie były dla mnie bardzo słabe. Z powodów prywatno-zdrowotnych nie miałam ani siły, ani ochoty czytać. A jednak Mróz zdziałał cuda. Kiedy postanowiłam spróbować przeczytać Kontratyp, żeby w październiku odhaczyć chociaż jedną skończoną pozycję, okazało się, że... Nie mogę tego tomu odłożyć na półkę! Tak mnie wciągnął. Całość przeczytałam na 2 posiedzenia. Czy się nudziłam, czy się męczyłam? Ani trochę, ani przez chwilę. I za to pierwszy, ogromny plus.

Drugi zaś należy się temu autorowi za korzystanie w swojej prozie z aktualnych tematów. Akcja powieści krążąca wokół wspinaczki górskiej i śmierci dwóch himalaistów? Kto jest na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie, bez trudu skojarzy to sobie z tragedią, która rozegrała się na początku tego roku na Nanga Parbat. Wydaje mi się, że to między innymi te pomysły czerpane z rzeczywistości sprawiają, że historie pisane przez Mroza tak dobrze się czyta.

Jednak nawet najbardziej przemyślana fabuła  nie wystarczy do pełni szczęścia. Bo, moi drodzy, bez wyrazistych bohaterów ani rusz. Czy ktokolwiek - pytam teraz fanów twórczości Mroza - wyobraża sobie tę serię bez Chyłki? Ja nie. Pokochałam tę postać od pierwszego tomu. Ostra, samodzielna, umiejąca posługiwać się ironią i sarkazmem, mądra... Kobieta-ideał! 

Dla osób, które chcą "czegoś więcej", autor przygotował dość obszerny wątek poboczny - miłosny. Ja akurat nie zwracałam na niego większej uwagi, czasami mnie wręcz denerwował. Dla tych, którzy potrzebują jakiegoś wyraźnie zarysowanego tła, wydarzeń dodatkowych - niezwiązanych ze śledztwem - takie rozwiązanie jest jak znalazł. Tym bardziej, że to właśnie w tych wstawkach znajdują się najlepsze dialogi między bohaterami.

A więc: mamy umiejętnie zarysowaną fabułę, mamy główną bohaterkę, którą się albo kocha, albo nienawidzi - bo nie można obok niej przejść obojętnie... Czy coś jeszcze? TAK! Jakby tego całego dobra było mało, styl powieści jest bardzo przyjemny w odbiorze. Nie za trudny, nie za łatwy, miejscami dowcipny. Czego chcieć więcej?

Kontratyp będzie dobrym wyborem dla wszystkich tych, którzy chcą się podczas lektury dobrze bawić. Niezbyt wymagający styl pozwoli Wam się odprężyć, a wydarzenia, których bieg nie zwalnia, spowodują, że nie będziecie chcieli się z tym tytułem rozstać, dopóki nie poznacie zakończenia. Zakończenia, w które nie będziecie chcieli uwierzyć. W które do tej pory nie wierzę ja, chociaż znam je od jakichś 3 dni.

1.10.2018

Podsumowanie września 2018 i plany na październik


Dzień dobry w poniedziałek!

Za nami pierwszy miesiąc nowego roku szkolnego. Pożegnaliśmy lato, które tego roku było wyjątkowo piękne, przywitaliśmy za to jesień. Nawet studenci muszą się powoli przyzwyczajać do szarej rzeczywistości. Ale hej, nie jest tak źle - może i szybciej robi się ciemno, może i jest zimno i mokro, ale za to czekają nas długie wieczory z czymś dobrym do picia, ciepłym kocem i ciekawą książką w ręce! To ma swój urok. A skoro już o "nowym początku" mowa, opowiem Wam, jak minął mi wrzesień...

TAK BYŁO WE WRZEŚNIU...

Przyznaję bez bicia - kryzys czytelniczy nadal się mnie trzyma, choć mam wrażenie, że już słabnie. W minionych tygodniach udało mi się przeczytać zaledwie dwie książki. Ich tytuły to:

1. Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda (recenzja);
2. Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa (recenzja).

Niby ubogo, ale i tak udało mi się spełnić w 2/3 swoje plany na wrzesień.

Najlepszą książką września zostaje Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa. To jedna z tych powieści, które udowadniają, że klasyka wcale nie musi być nudna ani trudna w odbiorze. Dumas stworzył przepiękną - pod każdym względem! - historię miłosną, od której po prostu nie można się oderwać.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni to Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda. Na mało której pozycji udaje mi się zawieść tak, jak na tej. Ubolewam nad tym bardzo, bo tematyka jest świetna i można było z tego zrobić kawał naprawdę dobrej literatury. Niestety jednak - nie wyszło, przynajmniej w moim odczuciu. Czytało mi się źle, całość wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Co ciekawe, ekranizacja tej książki to zupełnie inna bajka, oglądało się ją super.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Wielkiego Gatsby'ego F. Scotta Fitzgeralda.

Na Facebooku zebrało się już 240 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 243 obserwatorów strony.

A TAK BĘDZIE W PAŹDZIERNIKU...

Nie mówcie tego nikomu, ale... Na śmierć zapomniałam, że powinnam była iść w sobotę do biblioteki, żeby móc zrobić plany na najbliższe tygodnie. Dlatego też jestem w stanie powiedzieć tylko tyle, że już niedługo będziecie mogli przeczytać, co sądzę o:

1. Kliencie Johna Grishama;
2. Opowieści Podręcznej Margaret Atwood.

Co jeszcze wydarzy się na blogu w październiku? Pojęcia nie mam, wyjdzie w praniu ;) 

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej. W komentarzach podzielcie się ze mną tym, jak minął Wam pierwszy powakacyjny miesiąc. Ile książek przeczytaliście? Która pomogła ukoić Wam żal po pożegnaniu lata, a która wręcz przeciwnie - dobiła Was? Jeśli nie jesteście molami książkowymi, to może zajmujecie się czymś innym, ale równie ciekawym? Opowiedzcie mi o tym!

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.

26.09.2018

Aleksander Dumas "Dama Kameliowa"


Autor: Aleksander Dumas 
Tytuł: Dama Kameliowa
Tytuł oryginału: Le Dame aux Camelias
Tłumaczenie: Stanisław Brucz
Wydawnictwo: Hachette 
Liczba stron: 214

Korzystanie z usług kurtyzan nie jest niczym dziwnym w XIX-wiecznym Paryżu. Robi to wielu mężczyzn - również młody, niezamożny Armand Duval. Jego sytuacja nie jest jednak typowa, bowiem od pierwszego wejrzenia pokochał przyzwyczajoną do luksusów Małgorzatę Gautier...

Gdybym zapytała Was, jakie macie skojarzenia ze słowem klasyka, jakie byłyby Wasze odpowiedzi? Jestem pewna, że spora część z Was zaczęłaby opowiadać o lekturach szkolnych, a więc kolejno o nudzie, przymusie i trudzie. A teraz kolejne pytanie: ilu z Was miało w sobie na tyle samozaparcia, by we własnym zakresie zagłębić się w te rejony literatury na tyle, by przekonać się, że takie odczucia nie dotyczą absolutnie każdej pozycji? Idę o zakład, że nie będzie dużego odzewu. Dlatego dziś opowiem Wam o jednej z takich książek. Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu chociaż jedna osoba da Damie Kameliowej szansę.

Aleksander Dumas nakreśla czytelnikom obraz XIX-wiecznej Francji jako miejsca przesiąkniętego hipokryzją i fałszem. To właśnie tu, w Paryżu, kurtyzanami publicznie się gardzi. Przyzwoitość nakazuje wręcz potępianie stylu życia tych kobiet. Cóż jednak z tego, skoro nietrudno znaleźć nie tylko mężczyzn utrzymujących kochanki, jak i damy, które na utrzymanki spoglądają z nieskrywaną ciekawością, graniczącą nawet z podziwem? Musicie wiedzieć, że ta rozbieżność jest bardzo dobrze i wyraźnie zarysowana, zwłaszcza pod koniec powieści. 

Jak pisałam wyżej - korzystanie z takich usług nikogo tu nie szokuje, choć zwykle jest to raczej, powiedzielibyśmy dzisiaj, relacja ściśle biznesowa. Mężczyzna płaci, kobieta wykonuje swoje zadanie i.. tyle. Żadnego przywiązania czy cieplejszych uczuć. Dumas obrał inną drogę. U niego kobieta upadła, pomimo że odarła się z godności i została odizolowana od szacownego towarzystwa, nadal zasługuje na miłość. I chyba właśnie dlatego tak dobrze czyta się jego dzieło.

Ale to nie koniec, autor idzie jeszcze dalej: nie tylko twierdzi, że nierządnicę można pokochać, ale i kreuje jej obraz jako człowieka nie do końca zdemoralizowanego. Owszem, Małgorzata przed poznaniem Armanda była próżna i zależało jej na luksusach. Tyle tylko, że Gautier "przed" Duvalem to zupełnie inna postać niż ta, która go poznaje i wchodzi z nim w interakcję. Ta druga bohaterka zaczyna dostrzegać, że świat nie kończy się na rzeczach materialnych. W jej głowie rodzą się myśli o tym, że zasługuje na to, by obdarzać ją ciepłymi uczuciami i je odwzajemniać. Chciałoby się powiedzieć: biedna dziewczyna, młoda jest, po prostu zboczyła na złą drogę. I nie wiem, jak Wy, ale ja jej autentycznie kibicowałam.

Sam Duval natomiast zyskał u mnie przydomek Drugi Werter. Tego młodzieńca miłość po prostu zaślepiła. Tu nie było mowy o przelotnym zauroczeniu, tylko o stanie, który trwał i, zamiast słabnąć, przybierał na sile. Pod jego wpływem Armand był gotów na wszystko: nawet na wyrzeczenie się krewnych i poświęcenie kariery. Liczyło się dla niego tylko jedno: jego zakazany związek.

Cała ta opowieść została napisana mistrzowskim wręcz stylem. Mamy tu połączenie absolutnie wszystkiego: odrobiny tandetnej ckliwości, górnolotnych słów, przytomności umysłu, również wyrażonej w słowach. Może dla kogoś z Was jest to mieszanka wybuchowa, ja jednak skłaniam się ku innemu określeniu: rozkosz dla umysłu.

Tylko jedna rzecz bolała mnie podczas lektury. Mianowicie - jakość wydania pozycji. Wiem, że zwykle nie zwracam na takie rzeczy uwagi, tym razem muszę. Moi kochani - okładka jest tak samo piękna jak zawartość książki. Szkoda tylko, że ta perełka literatury została "obdarzona" błędami wszelkiego rodzaju. I nie, nie chodzi o jedną czy dwie literówki, nie mam też na myśli pomyłek, które trudno zauważyć. Buble aż biły po oczach... Wstyd!

Dama Kameliowa to opowieść o tragicznej miłości. Ten niezbyt opasły tom swoją treścią próbuje wymusić na nas refleksje. Czy w imię uczucia jesteśmy gotowi na wyrzeczenia? Jeśli tak, to czy możemy zaryzykować stratę wszystkiego, co znaliśmy? Na ile sami sobie jesteśmy panami życia, a na ile kierujemy się tym, czego wymaga od nas społeczeństwo? To jednak tylko nieliczne przykłady spraw do przemyślenia - jest ich o wiele więcej, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę mnogość interpretacji utworu.
Ja się zachwyciłam Damą Kameliową. Wam też tego życzę.

15.09.2018

F. Scott Fitzgerald "Wielki Gatsby"


Autor: F. Scott Fitzgerald 
Tytuł: Wielki Gatsby 
Tytuł oryginału: The Great Gatsby
Tłumaczenie: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Wydawnictwo: Libros
Liczba stron: 158

Wydawać by się mogło, że los wyjątkowo szeroko uśmiechnął się do Jaya Gatsby'ego. Postronny obserwator mógłby powiedzieć, że ma on wszystko: wielki majątek, piękną posiadłość i towarzystwo, które regularnie odwiedza go i bierze udział w hucznych, organizowanych przez niego przyjęciach. To jednak tylko pozory. Prawdę o tym człowieku odkryje jego sąsiad Nick Carraway...

Czy wspominałam Wam kiedyś, że uwielbiam oglądać filmy? Jest to dość świeża miłość - dopiero od kilku tygodni nie wyobrażam sobie nie obejrzeć przynajmniej jednej produkcji dziennie. Zawsze jednak bardzo lubiłam od czasu do czasu włączyć sobie jakąś ekranizację. Wielki Gatsby wydał mi się pozycją interesującą - a że nigdy nie oglądam filmu przed przeczytaniem książki, postanowiłam nadrobić zaległości...

Bywa czasem tak, że człowiek ma wobec konkretnego tytułu bardzo wysokie oczekiwania - bo się naczyta lub nasłucha, jaki to on wspaniały albo opis zamieszczony na tylnej okładce sugeruje prawdziwą literacką ucztę. Bywa również tak, że czasem te nadzieje pozostają niespełnione, a rzeczywistość jest przykra - powieść okazuje się być w najlepszym przypadku bardzo kiepska. I ja niestety przeżyłam takie rozczarowanie, kiedy sięgnęłam po Wielkiego Gatsby'ego.

Fizgerald opowiada swoim czytelnikom o tak zwanym straconym pokoleniu. O młodych ludziach, których system wartości jest wątpliwy. O umiłowaniu do wszystkiego, co wystawne, eleganckie, drogie. W świecie przez niego wykreowanym nie ma miejsca na coś tak "przyziemnego" jak szczere relacje międzyludzkie. Przyjaźnie trwają tak długo, jak długo nie kończą się środki potrzebne do zorganizowania kolejnej imprezy. Miłość? Miłość jest na pokaz, tak samo i instytucja małżeństwa - nikt jej nie szanuje ani nie bierze na poważnie.

Tytułowy Gatsby to młody mężczyzna, którego postępowanie doskonale pasuje do czasów, w których żyje. Jest to człowiek zamożny, szastający pieniędzmi, ale jednocześnie skryty. Choć w jego domu regularnie bawią się rzesze ludzi, on sam im nie towarzyszy. Bynajmniej nie dlatego, że uważa się za kogoś ponad to. W trakcie lektury dowiadujemy się, że jego zachowanie spowodowane jest ogromnym zawodem. Cierpieniem, którego być może by nie doświadczył, gdyby otaczający go ludzie nie przywiązywali tak dużej wagi do wszystkiego, co materialne.

Również kreacje pozostałych postaci zasługują na pochwałę - doskonale wpasowują się w określone, ważne dla tej powieści ramy. Właściwie nie da się obok nich przejść obojętnie, do każdego z tych bohaterów się coś czuje. Co czułam ja? W większości - niechęć i irytację.

Niestety jednak, o ile zamysł na fabułę brzmiał doskonale, o tyle samo wykonanie pozostawia już wiele do życzenia. Po raz pierwszy w życiu przeszkadzała mi w czytaniu narracja pierwszoosobowa - sama nie wiem, dlaczego, ale mam wrażenie, że akurat w tej książce ona nie pasuje, zawęża obraz, przez co całość pozostawia uczucie niedosytu.

Sam styl, którym posługuje się autor, także nie ułatwia przebrnięcia przez tę historię. Mimo że perypetie tytułowego bohatera wcale nie są jakieś zawiłe, ba - mogłabym zaryzykować tu określenie banalne, język, którymi zostały opisane, już taki nie jest. Cała książka składa się ze zdań napuszonych, ze sformułowań całkiem niepotrzebnie górnolotnych. To, co prawda, jedyna duża wada dzieła Fitzgeralda, ale dla mnie wystarczająca, by myśleć o nim bez cienia sympatii.

Wielki Gatsby to historia o niespełnionych podstawowych potrzebach człowieka w czasach, gdy na uwagę zasługiwało coś zupełnie innego. I to mógł być kawał dobrej literatury, bo Gatsby do roli bohatera tragicznego, niepasującego do otaczającej go rzeczywistości pasuje znakomicie. Niestety, nadmiernie wymuskany styl autora sprawił, że zamiast perełki literackiej mamy mały koszmarek. Choć może to tylko moje wydziwienia? Może nie dostrzegłam czegoś wow w takim, a nie innym operowaniu słowem? Nie mam pojęcia i pewnie już się tego nie dowiem. Pozostaje mi pogodzić się z tym, że tym razem trafiłam na coś kiepskiego i nadzieja, że ekranizacja wynagrodzi mi godziny spędzone nad książką.

1.09.2018

Podsumowanie sierpnia 2018 i plany na wrzesień


Dzień dobry w sobotę!

A więc stało się - mamy pierwszy dzień września. Do oficjalnego rozpoczęcia nowego roku szkolnego zostało raptem 48 godzin. Powoli musimy się też godzić z tym, że już niedługo odwiedzi nas nie do końca przyjemna Pani Jesień. Na razie jednak jeszcze powspominajmy. Opowiem Wam, jak minęła mi resztka wakacji.

TAK BYŁO W SIERPNIU...

Nie będę ukrywać - ostatnie tygodnie nie były łaskawe. Jeśli akurat nie miałam czegoś innego do roboty, to nie miałam natchnienia na czytanie - a wtedy po prostu odpuszczałam i zajmowałam się czymś innym. Nadrabiałam filmy. A książki? W sierpniu udało mi się przeczytać "tylko" 3. Ich tytuły to:

1. Afera Johna Grishama (recenzja);
2. Ostre przedmioty Gillian Flynn (recenzja);
3. Pamiętnik Nicholasa Sparksa (recenzja).

Tym sposobem plany, które miałam na sierpień, udało mi się zrealizować w 2/3, co uważam za wynik satysfakcjonujący.

Najlepszą książką sierpnia zostają Ostre przedmioty Gillian Flynn. Niezwykle rzadko natrafiam na tak klimatyczne, dobrze napisane i trzymające w napięciu debiuty literackie. I życzę samej sobie, żeby takich przypadków było coraz więcej.

Największe rozczarowanie ostatnich tygodni to Pamiętnik Nicholasa Sparksa. Chociaż wiecie co? Tym razem słowo "rozczarowanie" bardzo mi tu nie pasuje. Pamiętnik nie był zły, wręcz przeciwnie - do dziś dziwię się, że romansidło tak mi się spodobało. Ale to nadal TYLKO romans. Nie zapadnie mi w pamięć na zawsze. To po prostu był przerywnik, odskocznia od tego, co czytam na co dzień.

Najczęściej czytanym przez Was wpisem jest recenzja Pamiętnika Nicholasa Sparksa.

Na Facebooku zebrało się już 170 osób lubiących Internetową biblioteczkę i 173 obserwatorów strony.

A TAK BĘDZIE WE WRZEŚNIU...

W najbliższym czasie postaram się "wrócić do normalności" - pokonać kryzys czytelniczy. Już niedługo będziecie mieli okazję przeczytać, co sądzę o takich książkach jak:

1. Wielki Gatsby F. Scotta Fitzgeralda;
2. Dama Kameliowa Aleksandra Dumasa;
3. Klient Johna Grishama.

Ode mnie na dziś to tyle. Teraz Wasza kolej. W komentarzach opowiedzcie mi, jak spędziliście ostatni miesiąc wakacji. Ile książek przeczytaliście? Która zrobiła na Was największe wrażenie, a na którą wolelibyście nigdy nie tracić czasu? A może nie jesteście molami książkowymi, za to możecie się pochwalić inną ciekawą pasją? Jestem tego wszystkiego niezmiernie ciekawa!

Podoba Wam się Internetowa biblioteczka? Chcecie być na bieżąco z tym, co tu się dzieje? Nie zapomnijcie polubić fanpage'a.