06.07.2019

David Ebershoff "Dziewczyna z portretu"


Autor: David Ebershoff
Tytuł: Dziewczyna z portretu
Tytuł oryginału: The Danish Girl
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 375

Greta i jej o kilka lat starszy mąż Einar są malarzami. Ona to kobieta po przejściach, on zaś zdecydowanie różni się od innych mężczyzn - jest skryty, wstydliwy, dziwny. Kiedy pewnego dnia żona prosi go, by przebrał się w damskie ciuchy i pozował jej do obrazu, nikt nie wie jeszcze, że właśnie w tym momencie ich związek wkroczy w całkiem nową fazę. Niebawem w domu Wegenerów coraz częściej gościć zaczyna Lili, alter ego Einara...

Istnieją historie, które w głowie się nie mieszczą. Losy, o których się myśli, że musiał je wykreować człowiek o nadzwyczaj wybujałej wyobraźni. Zdarzenia tak nierzeczywiste, że wydaje się, że niezdolne do istnienia poza kartami książki. A jednak te wszystkie scenariusze nie zawsze są jedynie fantazją. Czasem wymyśla i opowiada je nam codzienne życie. Jak choćby w przypadku Dziewczyny z portretu Davida Ebershoffa.

Wielu z Was może się zdziwić takim wstępem do recenzji o tej pozycji. Domyślam się, że spora grupa osób się z nim nie zgodzi. I ja się temu ani nie dziwię, ani nie neguję innego zdania. Żyjemy w XXI wieku, w czasach, w których różnego rodzaju odmienność jest coraz bardziej widoczna. Pomału, ale zmienia się również mentalność ludzka i podejście do tego typu spraw. Jeszcze nie tak dawno temu homoseksualizm uważano za chorobę, a dzisiaj? Dzisiaj coraz więcej osób odrzuca to przekonanie. Z transseksualizmem, czyli tematem przewodnim Dziewczyny... jest podobnie. 

Problem polega na tym, że nieważne, jak na to patrzymy obecnie. O wiele istotniejsze pytanie brzmi: jak to wyglądało kiedyś, prawie 100 lat temu? Bo to właśnie wtedy żył Einar Wegener, który przez większość życia nie identyfikował się ze swoją płcią. Był mężczyzną, ale w sensie fizycznym. W jego wnętrzu, w psychice "mieszkała" natomiast kobieta - Lili. I to momenty jej dominacji w codziennym życiu malarza dawały mu spełnienie i przynosiły ulgę w codziennym cierpieniu. Uwierzcie mi - w tamtych czasach tacy ludzie nie mieli łatwo. O takich przypadkach nie słyszało się wtedy często, a jeśli już, to nie było wiadomo, co z tym zrobić. Uważano to za wydziwianie. Coś, co można wyleczyć. Diabła, którego można wypędzić. Ratunek w postaci zabiegów umożliwiających zmianę płci miał dopiero nadejść. Główny bohater powieści Ebershoffa w pewnym sensie miał jednak szczęście - bo na tę pomoc pod koniec życia się załapał.

Powieść Ebershoffa nie jest wiernym odbiciem życia Wegenera. Jego przypadłość i fakt, że był prawdopodobnie pierwszym człowiekiem na świecie, który urodził się jako chłopiec, a zmarł, będąc kobietą, to jedynie inspiracja. Autor, decydując się na tak delikatną i wciąż jeszcze, mimo wszystko, kontrowersyjną tematykę, wziął na siebie ogromną odpowiedzialność. Bo tej kwestii nie można było ani potraktować za lekko - żeby nie odrzeć jej z powagi sytuacji - ani zbyt dosłownie, bo daję głowę, że gdyby została przekroczona granica, podniósłby się krzyk opinii publicznej i pojawiłyby się oskarżenia o niestosowność, wręcz wulgarność. Ale jak tu wyczuć, co można, a czego nie? Przecież chodzi o seksualność, o tożsamość płciową. Wydawać by się mogło, że i tak źle, i tak niedobrze, prawda? Ktoś z Was myśli, że znalezienie złotego środka się nie udało?

Jeśli na dwa powyższe pytania odpowiedzieliście tak, to informuję Was: pomyliliście się i to spektakularnie. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami książka Ebershoffa jest dokładnie taka, jaka być powinna: dosłowna tylko o tyle, że wiadomo, że mężczyzna stał się kobietą. Nie znajdziemy tutaj rozwlekłych opisów. O samej operacji nie wiemy praktycznie nic, poza tym, że się odbyła. Te niedopowiedzenia powodują, że całość jest subtelna. Nie ma tutaj też trywializowania, próby pokazania Wegenera jako wariata, który powinien czytelnika żenować. Wręcz przeciwnie - czytając, można się wczuć w jego dramat i nawet mu współczuć, kibicować. 

Ale to, co w tej powieści jest dla mnie absolutnym mistrzostwem, to relacja między Einarem/Lili a Gretą. Moi drodzy, drugich takich perypetii miłosnych w literaturze raczej nie znajdziemy. Żadne tam niespełnione uczucie czy miłość do grobowej deski się z tym nie równa. Bo jak może się równać? Tutaj mamy coś zupełnie innego: trwanie przy człowieku w najtrudniejszym okresie jego żywota i to jeszcze ze świadomością, że którejkolwiek drogi by się ostatecznie nie wybrało, i tak będzie w jakimś sensie źle. Coś się definitywnie skończy, a na miejscu tego pojawi się coś innego, co nijak nie będzie mogło być przedłużeniem albo chociaż godnym zastępstwem. To dobrowolne, świadome zrezygnowanie ze swojego szczęścia na rzecz drugiej osoby. Stuprocentowa tolerancja, akceptacja i zrozumienie. I poświęcenie tak ogromne, że większego nie można sobie wyobrazić.

Czy jest coś, co mnie w tej książce wkurzyło? Jest. O wiele lepiej byłoby, gdyby narracja była pierwszoosobowa. Gdybyśmy mogli poznać całą historię z perspektywy głównych zainteresowanych. Ja mam pewien niedosyt.

Dziewczyna z portretu to przepiękna, chwytająca za serce opowieść o walce o własne szczęście. I o uczuciu, które zniesie nawet najgroźniejszą burzę. Jeśli lubicie takie klimaty - to pozycja obowiązkowa!

2 komentarze:

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.