14.06.2015

E. L. James "Ciemniejsza strona Greya"

Zdjęcia znalezione na Google Grafika

Autor: E. L. James
Tytuł: Ciemniejsza strona Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades Darker
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 626

Nie mogąc oprzeć się miłości...

Minęło kilka dni, odkąd sprawy między Christianem a Anastasią przybrały najgorszy możliwy obrót. Kobieta nie może poradzić sobie z tym, czego dowiedziała się o swoim ukochanym, ten zaś - nie zamierza pogodzić się z porażką i chce walczyć o ich relację. W końcu bohaterowie decydują się dać sobie jeszcze jedną szansę na szczęście. Niestety, los ponownie szykuje dla nich niemiłe niespodzianki, które mogą nie tylko spisać na straty miłość dwojga zakochanych, ale także wyrządzić o wiele więcej poważnych szkód...

Pięćdziesięcioma twarzami Greya byłam załamana tak bardzo, że od razu po zamknięciu tomu przyrzekłam sobie, że pozostałych części tej trylogii nie zaszczycę nawet spojrzeniem. Jednak, jak to często bywa, plany planami, a życie życiem. Po kilku miesiącach skrajnie negatywne emocje na dźwięk samego nazwiska autorki tego "dzieła" się ulotniły, został tylko lekki niesmak. A niedługo potem okazało się, że moja niechęć do porzucania serii książek w połowie jest dużo większa niż awersja do Greya. Postanowiłam, że spróbuję się zmierzyć z tym cyklem jeszcze raz. I szybko, zanim przyszło mi do głowy zmienić decyzję, zabrałam się do rzeczy.

Po Ciemniejszej stronie Greya nie spodziewałam się absolutnie niczego dobrego. Wyszłam z założenia, że jeśli coś zaczyna się dobrze, to możemy oczekiwać, że dalej będzie tylko lepiej i analogicznie - chłam, który był chłamem od samego początku, badziewiem pozostanie na wieki wieków. 

Dlatego tak bardzo się zdziwiłam, kiedy poważniej zabrałam się za lekturę. Po kompletnym rozczarowaniu pierwszą częścią i czarnowidztwem w kwestii części dalszych, oto nagle otrzymuję... coś przyjemnego. Tak, moi drodzy, nie mylicie się, dobrze czytacie - moją pierwszą reakcją na przedmiot dzisiejszego wpisu, kiedy już się za niego zabrałam, był zachwyt. 

Zachwyt, który utrzymywał się długo. Aż do 300 strony, czyli prawie połowy całej powieści. Zwyczajnie wciągnęła mnie ta historia. Ci z Was, którzy poddali się po Pięćdziesięciu twarzach Greya powinni wiedzieć, że James się rozkręciła. 

Największym pozytywnym rozczarowaniem jest język, którym została spisana całość. Dużo lepszy, przystępniejszy, milszy dla oka. Zdania, mam wrażenie, sklecane z większą starannością. Jedynie czytelnicy uczuleni na wulgaryzmy nadal będą się męczyć - przekleństw nasi bohaterowie nadal używają bardzo dużo. Cała reszta natomiast osiągnęła wyższy poziom. Mnie już nawet śmieszyły opisy sławnej wewnętrznej bogini i podświadomości Any. Być może dlatego, że autentycznie zaczęłam sobie wyobrażać stworki rozkładające ręce, machające pomponami czy zerkające znad książki wzrokiem bazyliszka. 

Kolejna rzecz, która bardzo przypadła mi do gustu, to fakt, że w Ciemniejszej stronie Greya w końcu możemy przyjrzeć się bliżej problemom Christiana. Duża część fabuły jest poświęcona jego przeszłości, dzięki czemu łatwiej możemy zrozumieć motywy postępowania tego mężczyzny. No i, oczywiście, proces uzdrawiania, leczenia traum, godzenia się z tym, co było i zostawianie tego za sobą, za to zajęcie się tym, co jest teraz i co będzie później. Super, nareszcie. Na coś takiego czekałam i cieszę się, że to dostałam.

Fajny jest też wątek kryminalny. Lubię, kiedy w spokojnej powieści nagle dzieje się coś, co nadaje wydarzeniom zupełnie inne tempo.

Niestety, na tym moje ochy i achy się kończą. Wraz z doczytaniem trzysetnej strony do końca ogarnęło mnie jakże znajome uczucie irytacji i znużenia. Wróciły niemiłe wspomnienia z samego początku tej powieści. I niestety już mnie nie opuściły. Od tego momentu robiłam wszystko, byle jak najszybciej tę pozycję mieć za sobą.

Skąd ta nagła zmiana? Stąd, że w pewnym momencie wszelkie zalety przestały mi wystarczać. Przyćmiły je wyskoki postaci występujących. Ileż można znosić ciągłe kłótnie, kryzysy, wyznawanie sobie dozgonnej miłości i uprawianie mniej lub bardziej perwersyjnego seksu? Poważnie, nadszedł moment, w którym to wszystko zaczęło się powtarzać. Wchodzą do windy? Nabierają na siebie ochoty. Ona jest zła na niego, on na nią albo i ona na niego, i on na nią? Idą rozwiązać swoje problemy do łóżka. Ana przygryza wargę? Prowokatorka jedna, trzeba jej pokazać, jak to na Christiana działa. I tak ciągle. Nie wspomnę już o tym, że sceny - te erotyczne i nie - były do siebie łudząco podobne, tak bardzo, że zlewały się w jedno. Na dłuższą metę męczy to cholernie.

Bohaterowie? Jak zawsze irytujący, co, jak na ironię, też działa na korzyść twórczości James. Poznałam źródło problemów Greya, rozumiem, że ciężkie dzieciństwo spowodowało to, że w dorosłym życiu stał się taki, jaki się stał, ale to dla mnie żadne usprawiedliwienie. Miałam wrażenie, że jemu jest zwyczajnie dobrze z tym, jak się zachowuje. A zachowaniem sprawiał, że miałam ochotę nim potrząsnąć, walnąć go w twarz. Anastasia nie jest ani trochę lepsza - OK, nie ma doświadczenia w związkach, ale powinna umieć się postawić i nie pozwolić sobie na pewne rzeczy. No ale przecież po co coś zmieniać, skoro może zostać tak, jak jest? Bo czy komuś przeszkadza to, że była tak naprawdę bezwolną kukłą, gotową zrobić wszystko, czego sobie zażyczy jej facet? No i co jest złego w tym, że w pewnej chwili odnosiło się wrażenie, że jest z nim tylko i wyłącznie dla seksu? Mnie to żenowało. Naprawdę.

Miało być pięknie...
A wyszło prawie jak zwykle. Druga część trylogii Pięćdziesiąt odcieni jest, co prawda, strawniejsza od swojej poprzedniczki, jednak progres ten nie jest zbyt znaczący. Byłby, gdyby w połowie autorka nie przypomniała sobie, że to przecież miał być miałki, mdły syf. 

13.06.2015

Joanna Szwechłowicz "Ostatnia wola"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Joanna Szwechłowicz
Tytuł: Ostatnia wola
Tytuł oryginału: Ostatnia wola
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 32 zł
Liczba stron: 280

Czyhając na spadek...

Rodzina nie za bardzo przepada za Wirydianną Korzycką - zresztą, jest to uczucie odwzajemnione. Dlatego członkowie rodziny zdziwieni są listem, w którym baronowa informuje ich, że w związku ze śmiertelną chorobą postanawia odebrać sobie życie. Nastąpi to w noc sylwestrową. Tak jest - kobieta odejdzie z tego świata na własnych warunkach. Ale przed śmiercią Korzycka chce zrobić jeszcze jedną ważną rzecz. Przepisać komuś cały swój dorobek. Dlatego właśnie, oprócz suchego poinformowania o swoich zamiarach, żąda, by krewni stawili się w jej pałacu. Ci, mimo niechęci do staruszki, ulegają podstępowi. Cały czas zastanawiają się, kto będzie szczęśliwym spadkobiercą. Niestety, po przybyciu na miejsce sprawy się komplikują. W odciętej od świata przez śnieżycę rezydencji dochodzi do dwóch morderstw...

Już po lekturze Tajemnicy szkoły dla panien wiedziałam, że nazwisko Joanna Szwechłowicz nie będzie nazwiskiem byle jakim. Będzie marką, jakością samą w sobie. Ryzykowne stwierdzenie jak na książkę debiutantki, ale jakoś czułam, że skoro zaczęło się tak dobrze (pamiętacie?), to dalej będzie już tylko lepiej. Postanowiłam uważnie śledzić wszelkie zapowiedzi i nowości w nadziei, że pojawi się coś nowego autorstwa tej kobiety.

I wreszcie się doczekałam. Mało tego - dzięki uprzejmości autorki (której dziękuję raz jeszcze!) dostałam całkiem świeżutki egzemplarz Ostatniej woli wraz z autografem. Paczka doszła przedwczoraj, co uznałam za spóźniony, ale jakże cudowny prezent z okazji Dnia Dziecka. I niech mi nikt nie wypomina moich dwudziestu jeden lat na karku. Cisza ma być.

Choć widmo sesji i trzech egzaminów ustnych dyszy mi w kark i uciska boleśnie na klatkę piersiową, wczoraj wieczorem się złamałam. Godzina dwudziesta, a ja, wbrew temu, że obiecałam sobie czytać dla przyjemności dopiero po ostatnim zaliczeniu, zasiadłam jak królowa w łóżku z moim rozkładanym stoliczkiem i przedmiotem dzisiejszego wpisu. 

Co mogę powiedzieć? Powinnam się była uczyć, a czytałam. Wcale tego nie żałuję. I tylko utwierdzam się w przekonaniu, że jak się dobrze zaczęło, to bardzo często później poziom naszych poczynań gwałtownie wzrasta albo się przynajmniej utrzymuje.

Nie powiem, że było kolorowo. Pierwsze kilka stron nie wywarło na mnie większego wrażenia, ani mnie nie zachęciło do dalszej lektury, ani nie zniechęciło. Było tak... nijako, neutralnie. Stwierdziłam jednak, że przejmować się tym nie będę, bo do klimatu Tajemniczej szkoły dla panien też musiałam się trochę przekonywać. Nie od razu Kraków zbudowano, czyż nie?

Jednakże, jak pisałam, ta nijakość towarzyszyła mi tylko przez kilka kartek. Szybko o niej zapomniałam. Spodziewałam się, że z neutralności powoli będę przechodziła w stan zadowolenia, zainteresowania i wszelkich innych pozytywnych emocji. No i byłam naiwna. Zachwyt chwycił mnie za mordę i zaatakował znienacka, od razu, nie było nic pośrodku.

Druga pozycja w dorobku Szwechłowicz reklamowana była jako ta, która jest utrzymywana w duchu prozy Agathy Christie. Przyznam szczerze, że bardzo się tego porównania bałam, sądziłam, że będzie mocno na wyrost, a skoro na wyrost, to się zawiodę i obrażę. Nic bardziej mylnego. Zagadka kryminalna rzeczywiście bardzo przypomina to, czym potrafiła nas uraczyć Królowa Kryminałów. Ośmielę się nawet powiedzieć, że ojciec Herbst, jeden z bohaterów Ostatniej woli, to taka polska wersja Herkulesa Poirota. Tylko bardziej wyważona i spokojna, nie jakaś tam postać z podwyższonym ego. Nie żebym nie lubiła Poirota - wręcz przeciwnie, uwielbiam go, jest moim ulubionym bohaterem literackim. Po prostu stwierdzam fakt. 

Tylko że oprócz Agathy Christie przyszło mi na myśl skojarzenie z czymś jeszcze. Opowieść o tej rodzince z piekła rodem to dla mnie najnowsza, papierowa tym razem, wersja słynnej Rodziny Addamsów

A teraz zdobędę się na szczerość - choć wiedziałam, że będę miała do czynienia z kryminałem retro, nauczona doświadczeniem wcale nie na kryminał czekałam. Nie na morderstwo i śledztwo. Najbardziej obchodziła mnie ta otoczka, opis realiów, relacji międzyludzkich. I to, moi państwo, chyba największy plus całości - rewelacyjne nakreślenie fabuły, przedstawienie stosunków w rodzinie. Osobiście zdarzyło mi się parsknąć śmiechem przy niektórych dialogach i docinkach bohaterów. Uwielbiam czarny humor!

Ach, właśnie, postaci. Żadne tam płaskie, papierowe. Z duszą i charakterem. Uwielbiam Wirydiannę, kocham takie wredoty. Żenuje mnie Wanda i Urszula. Właściwie nie było nikogo, kogo bym obdarzyła obojętnym stosunkiem, każdy jakieś emocje we mnie wywoływał. To fantastyczne.

Bo wiecie, mi się naprawdę nie chce zaznaczać, że styl pisania lekki i przyjemny, dostosowany do przeciętnego czytelnika. Ufam, że skoro czytacie ten wpis i widzicie same zachwyty, to potraficie do pewnych wniosków dojść sami. Mądrzy przecież jesteście.

Ale! Żeby nie było tak słodko - bo pamiętajmy, że nadmiar słodyczy jest niezdrowy - wytknę jedną wadę. Otóż, moi drodzy, zakończenie. Nie udało mi się domyślić, kto zabił. To dobrze. Ale pozostała jeszcze jedna kwestia do rozwiązania - kto odziedziczy po Korzyckiej. Niestety, domyśliłam się tego bez trudu już na samym początku. To mnie nieco rozczarowało, liczyłam na bardziej niecodzienne rozwiązanie. 

Dlatego też dzisiaj wystawię...
Cztery gwiazdki. Jest bardzo dobrze, a gdyby nie to drobne potknięcie, to pewnie byłoby rewelacyjnie. Ostatnią wolę polecam absolutnie każdemu, kto lubi literaturę kryminalną, wgłębianie się w skomplikowane, nieraz negatywne relacje międzyludzkie albo chociaż historie, których akcja odbywa się w starszych czasach. To naprawdę urocze, że dzisiaj nie wszystkie książki dotyczą obecnych czasów, że można sięgnąć po coś, gdzie nie ma komputerów, Iphone'ów i innych cudów techniki. Choć jestem zdecydowaną zwolenniczką postępu w szerokim znaczeniu tego słowa, trochę wytchnienia od codzienności też nikomu nie zaszkodzi.

01.06.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - maj 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Nie wiem jak Wy, ale ja mam dość. Niech ten rok akademicki się już kończy! Znowu nie udało mi się w ciągu tego miesiąca napisać o wszystkim, co wpadło mi w ręce. Wygląda na to, że wakacje będą bardzo obfite we wpisy. Mam nadzieję, że się z tego cieszycie.

A tymczasem wyłaniamy książkę maja. Zasad nie przypominam, znacie je doskonale.

Głosowanie trwa od dziś, 1.06.2015, do 8.06.2015, do godz. 23.59!