28.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowa śmierć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowa śmierć
Tytuł oryginału: Tintentod
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 646

Ostateczna walka dobra ze złem...

Minęły już prawie trzy miesiące odkąd Elinor straciła kontakt z Mo, Meggie i Resą. Jeszcze wcale nie tak dawno temu - może dwa, trzy lata temu - gdyby ktoś powiedział tej kobiecie, że pokocha kiedyś jakiegoś człowieka tak bardzo, że każdy dzień bez niego będzie dla niej katorgą, wyśmiałaby go w twarz. A jednak życie bez tych trojga u boku nie ma już tego uroku co kiedyś. Tymczasem zaginieni na kartach książki bohaterowie co i rusz muszą stawiać czoła przeróżnym niebezpieczeństwom w tym pięknym, ale budzącym grozę wymyślonym świecie...

Kiedy zbliżałam się do końca fatalnej w moim odczuciu Atramentowej krwi zaczął mi ciążyć na sercu fakt, że oto przede mną jeszcze jedna, na szczęście już ostatnia część trylogii. Wyszłam z założenia, że skoro po pierwszym tomie poziom całości tak drastycznie się obniżył, nie ma co liczyć na cud, że nagle oto znowu stanę oko w oko z czymś cudownym. Będzie albo tak samo żle, albo jeszcze gorzej. Stwierdziłam też, że mimo wszystko lepiej zmierzyć się z wrogiem teraz i mieć go z głowy jak najszybciej, niż odkładać to w nieskończoność (a raczej do momentu, kiedy biblioteka zacznie się upominać o zwrot już i tak przedłużonych pozycji). Zacisnęłam więc zęby, siadłam i otworzyłam Atramentową śmierć.

Na przyszłość: niech mnie ręka boska broni przed pochopnym wydawaniem osądów co do książek. No dobra, w sumie co do wszystkiego. Kiedy tylko przesunęłam wzrokiem po pierwszych linijkach powieści, uderzyła mnie myśl, że może jednak niemożliwe może stać się możliwe...

Bo przede mną, moi kochani, znalazła się historia, którą - mimo wcześniejszych problemów i niepowodzeń - pokochałam z miejsca. Cornelia Funke znowu odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty. Środkowy tom cyklu mógł być wynikiem zwykłego kryzysu twórczości, gorszego okresu. Okresu, który na szczęście minął, a Atramentowa śmierć stanowi doskonały dowód na potwierdzenie tej tezy.

Autorka ponownie, jak w przypadku Atramentowego serca, ujmuje nas lekkością i plastycznością swojego stylu. Czytając, znowu możemy zobaczyć przed oczami ten stworzony ze słów świat. Powiedziałabym nawet, że tutaj sprawa z językiem, jakim została spisana całość, ma się lepiej niż kiedykolwiek - nie kłuły już w oczy liczne powtórzenia, choć, oczywiście, zdarzały się. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że seria ta dorasta wraz z czytelnikami - którymi przecież, przynajmniej docelowo, mają być dzieciaki i młodzież.

Mnogość wydarzeń i nieprzewidywalnych zwrotów akcji mnie osobiście przyprawiła o zawrót głowy. Do tego stopnia, że często musiałam wracać do wcześniejszych stron i doczytywać o pewnych rzeczach, bo w gąszczu tej naładowanej po brzegi fabuły bardzo łatwo jest się zgubić. Mimo wszystko - nie potrafię tego, że tyle się działo, ze stanowczością nazwać wadą. Podejrzewam, że wina leży po mojej stronie, może po prostu nie skupiłam się należycie podczas czytania. Poobserwuję jak sprawa się będzie miała przy innych książkach.

Podobnie jak z wielością zdarzeń, sprawa ma się z postaciami występującymi. Zatrzęsienie. Cały czas przewijał się ktoś nowy, aż zaczęłam tracić wątek, nie mogłam się rozeznać: kto tu jest dobry, a kto zły? Na szczęście wydanie, które wpadło mi w ręce, jest opatrzone w ściągę, która nazywa się bodajże Kto jest kim w Atramentowym Świecie, w której to spisani są wszyscy bohaterowie, alfabetycznie, wraz z krótkim opisem. Bardzo to było przydatne.

Niestety, jeden minusik jest. Mianowicie - znowu miałam wrażenie, że cała ta powieść jest rozwleczona aż do przesady. Naprawdę czasem lepiej jest napisać zwięźlej, krócej, niż rozpisywać się w nieskończoność. Nie dopadło mnie uczucie znużenia takie jak przy pierwszej części cyklu, ale i tak w pewnym momencie poczułam, że chyba mam już trochę dosyć. Cieszę się, że udało mi się mimo to dotrzeć do końca.

Z trylogią rozstaję się dziś, przyznając...
Cztery gwiazdki. Jest dobrze, bardzo dobrze, ale nie idealnie. Miło było oderwać się trochę od realizmu, przyjemnym zaskoczeniem było to, że jednak autorka nie szła poziomem w dół, jak to się zapowiadało. 

Natomiast, gdybym miała wszystkie części ocenić jako jedną całość, serię - przyznałabym gwiazdki trzy. Za zawód, jakiego doznałam wcześniej, nie mogłabym go nie wziąć pod uwagę.

Tak bardzo polubiłam to jak pisze Funke, że nie mam pojęcia, jak się teraz na nowo przyzwyczaję do innych autorów. To będzie trudne, oj będzie.

21.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowa krew"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowa krew
Tytuł oryginału: Tintenblut
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 44,90 zł
Liczba stron: 622

Nie mogąc zatrzeć wspomnień...

Od wydarzeń, które pokazały Meggie całkiem inną stronę życia i świata minął już rok. Ku rozpaczy ojca dziewczynka nie może zapomnieć o tym wszystkim co się wydarzyło. Wydaje się nawet, że mała bohaterka zrobiłaby co tylko w jej mocy, by przeżyć podobną przygodę raz jeszcze, by zobaczyć więcej i zaspokoić targającą nią ciekawość. To pragnienie niedługo sprowadzi istną lawinę nowych kłopotów na trzynastolatkę i jej rodzinę...

Kiedy kończyłam czytać Atramentowe serce myślałam, że dalsze losy postaci tej trylogii poznam jednak troszkę później. Cóż jednak począć, kiedy inne pozycje do Ciebie chwilowo nie trafiają, a Atramentowa krew i Atramentowa śmierć uśmiechają się do Ciebie z regału i czekają, aż się za nie zabierzesz? Długo się nie opierałam - zaledwie kilka dni minęło, kiedy otwierałam drugą część cyklu o Atramentowym świecie. Oczekiwania miałam bardzo duże, modliłam się o emocje podobne lub jeszcze lepsze niż za pierwszym razem.

I wiecie co? Jasna cholera wszystko trafiła. Pragnieniami przeżycia wspaniałej przygody mogłabym sobie wytrzeć nos, gdybym akurat była zakatarzona.

Zupełnie nie rozumiem, co tu zaszło. Atramentowe serce nie pozwalało mi się od siebie odkleić, pochłonęło mnie doszczętnie i nie chciało oddać realnemu światu. Zachwycona byłam niemal wszystkim, choć nie była to opowieść bez wad. A jej dalsza część? To kompletne przeciwieństwo.

Choć styl pisania Funke raczej nie uległ zmianie - przynajmniej widocznej, takiej, którą bym wychwyciła - ja przez tę powieść nie mogłam przebrnąć. Męczyłam się niemal od pierwszej strony, nie musiałam też czekać nie wiadomo ile na moment, w którym poczułam, że do czytania się po prostu w dużej mierze zmuszam.

Poznając dalsze perypetie dziewczynki, jej ojca i matki, a także przyjaciół, nie potrafiłam poczuć tej magii, którą czułam, kiedy tych bohaterów poznawałam. Nie ujęło mnie piękno przedstawionego świata, a opisane - niejednokrotnie straszne - zdarzenia niemal w ogóle nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Chwilami miałam wrażenie, że autorka pisze na siłę, wymyśla coraz to nowsze zwroty akcji bez większego sensownego powodu. Tego wszystkiego było po prostu za dużo. Za dużo i zbyt mdło.

Do trzysetnej strony poznawanie fabuły wiązało się dla mnie ze znużeniem i katorgą. Dalej było niewiele - ale wyraźnie - lepiej, choć i to były krótkie chwile, przeplatane z kolejnymi nudnymi wątkami. Czy książka licząca lekko ponad 600 stron, która robi się w miarę ciekawa w połowie, może być dobra? Nie dla mnie. Ja potrzebuję zachęty już od początku. Właściwie sama się sobie dziwię, że tego tomu nie odłożyłam na półkę niedokończonego. Być może to zasługa wyzwania, w którym biorę udział. A może po prostu podświadomie walczę z nawykiem odkładania powieści, jeśli mi nie pasują? Albo cały czas nie gasła we mnie nadzieja, że coś się rozkręci, że jeszcze będzie fajnie. Tak, jak tak teraz myślę, to trzeci powód wydaje się całkiem sensowny, logiczny. Bo przecież Atramentowe serce było cudowne, jak kolejne jego części mogą być kompletnym chłamem? Nieprawdopodobne, a jednak...

Nie mówię, że Atramentowa krew nie ma żadnych atutów. Były momenty, które mi się podobały, przypadły mi do gustu początkowe rozdziały dotyczące Meggie i jej bliskich. Jednak było ich zdecydowanie zbyt mało, a ich objętość pozostawiała wiele do życzenia.

Kolejnym plusem, jaki mogę wymienić, jest to, że w końcu wyrobiłam sobie zdanie o większej liczbie postaci. Nadal uwielbiam Elinor, za to nie cierpię Smolipalucha i Farida. Mortimer, nad czym ubolewam, jest nadal nijaki, tak jak i jego żona. A Meggie to typowa młoda egoistka.

Choć wiem, że dzisiaj nie napisałam właściwie nic wartego uwagi, same ogólniki...
... Kończę i zostawiam przedmiot dzisiejszego wpisu z dwoma gwiazdkami. Jest słabo, bardzo słabo, co mnie smuci i zastanawia. Naprawdę nie mogę znaleźć poważniejszej przyczyny, dlaczego mi się nie podobało. Być może winą za to należy obarczyć fakt, że jednak nie oparłam się pokusie i nie odczekałam dłuższej chwili, zanim się rzuciłam na drugą część tej serii, może jednak nie można pochłaniać tomu za tomem. 

Niestety, upewniam się coraz bardziej w przekonaniu, że cykle nie są dobrym wyjściem. Owszem, czasami czytamy taką książkę, którą aż żal kończyć, bo dalszego ciągu nie ma, ale może lepiej, że nie dowiemy się, co było dalej, bo moglibyśmy doznać rozczarowania takiego, jak ja obecnie...

Aż boję się sięgać po Atramentową śmierć.

08.02.2015

Kolumna dyskusyjna: czytasz dziecku? Jesteś przeklęty na wieki

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie co? Ostatnio już ostatecznie zwątpiłam w świat, na jakim przyszło mi, nam żyć. Z niepokojem obserwuję powolną śmierć wartości moralnych i coraz większy triumf głupoty oraz palącej nietolerancji. Apogeum nastąpiło wczoraj.

Kto z Was zna bloga kreatywa, ten zapewne wie, że jego autorka pod koniec listopada urodziła śliczną, zdrową córeczkę. Wszyscy czytelnicy Klaudyny wiedzą także, że dziewczyna ma niezłego świra na punkcie literatury. Nie powinno więc nikogo dziwić, że będzie czytała swojemu dziecku już od pierwszych dni życia, że postara się od najmłodszych lat wpoić małej miłość do książek. A jednak - okazuje się, że dla niektórych ludzi to problem, choć nie dla Ciebie, nie dla mnie. A ja głupia myślałam, że swoje potomstwo - dopóki nie krzywdzi się go w jakikolwiek sposób - można wychowywać, jak się chce. 

Ta młoda matka opublikowała wczoraj na swojej stronie wpis. Notkę, w którą nie mogłam uwierzyć, słowa, które oburzają. Blogerka pożaliła się, że ludzie uważają, że to, że mała Zośka od niemowlęctwa słucha, jak się jej czyta, niszczy jej dzieciństwo, krzywdzi ją. Podobno sama Klaudyna wywiera na niej presję, by jak najszybciej robiła wszystko, by być oczytaną jak mama. No to ja pytam: i co jeszcze, frytki do tego? Z numerem do specjalisty zamiast ketchupu?

Nie rozumiem, w jaki niby sposób dzieciakowi może stać się krzywda, kiedy ten słucha bajek. Tak, bajek. Krótkich historyjek. Takich z kolorowymi obrazkami. Przecież nikt nie chce dwudniowemu maleństwu czytać Milczenia owiec czy American psycho. Mówimy o książeczkach dostosowanych do wieku. Żadnego seksu, żadnej przemocy. Za to, być może, gadające zwierzątka. Chyba że uznamy, że pies potrafiący mówić, nawet w fabule książki dla dzieci, to ukryta propaganda narkotyków? 

Idźmy dalej. Pojawiają się głosy, że nie ma co czytać niemowlakowi, bo on przecież niczego nie rozumie, więc tak naprawdę tracimy czas. Ehe. Faktycznie, kilkumiesięczny człowiek może nie za wiele z tego, co słyszy, rozumie, ale tu bliskość rodzica się liczy. Jego głos, czas, który mama czy tata mu poświęca. W pierwszych miesiącach życia książka nie ma dzieciaka zafascynować tak, żeby siedział z otwartą, szczerbatą jeszcze gębą. Bardziej chodzi o to, by słuchając, maluch się odprężył, nawet zasnął. Co jest w tym złego? Jeśli chcemy się kierować tym, co dziecko rozumie, a czego nie na danym etapie życia, to w ogóle nie mówmy do tych naszych pociech przez kilka-kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt pierwszych miesięcy ich bytności na tym świecie. Bo przecież nie liczy się to, że najmłodsi uczą się od starszych, że trzeba im dużo opowiadać. Prawdą jedyną jest to, że dzieciak to kretyn, który niczego nie pojmie, więc nie powinniśmy tracić sił, energii, czasu i głosu na gadanie do niego czegokolwiek, a co dopiero mówić o czytaniu! 

Kolejna sprawa - kto tutaj widzi jakikolwiek przymus? Czy ktoś czyta swojemu dziecku na dobranoc, a kiedy kończy opowieść, dodaje: i zapamiętaj sobie, mój drogi, jak w przyszłości nie będziesz sam z siebie sięgał po książki, to cię wydziedziczę albo zamknę w domu za karę? Jasne, że rodzice cieszą się, kiedy ich latorośl odziedzicza po nich miłość do tych samych aktywności, wyznaje takie same bądź bardzo zbliżone poglądy. Ale naprawdę kochająca matka czy kochający ojciec nie odsunie się od syna lub córki dlatego, że coś się nie udało. Dlatego, że mała Marysia nie lubi czytać, a Pawełek, choć w dzieciństwie słodki, kiedy wejdzie w wiek nastoletni, postawi się ojcu i powie: nie, ja nie pójdę w twoje ślady, chcę od życia czegoś innego, nie będę studiował prawa. Prawdziwy rodzic zaakceptuje decyzje swojego dziecka i będzie go wspierał. Może w głębi ducha zaczai się smutek, żal, że jednak się nie udało dzieciaka poprowadzić tak, jak by się chciało, jak było planowane. Ale te uczucia nigdy nie przebiją się na życie realne, zawsze będą ukryte, bo najważniejsze jest to, żeby potomstwo było zwyczajnie szczęśliwe i zadowolone z życia. 

Dlatego ja nie rozumiem - skoro dziecko nie płacze, nie krzyczy i się nie wyrywa, kiedy się mu czyta, dlaczego na siłę twierdzić, że książki obecne w życiu od najmłodszych lat to jakaś przemoc psychiczna, błąd wychowawczy? Po co usilnie zastanawiać się, co będzie dalej? Może taka mała Zosia w przyszłości podziękuje Klaudynie i podzieli z nią miłość do słowa pisanego. A może nie i znajdzie sobie inną pasję, która da jej radość i ją rozwinie. Co się kiedyś stanie, tego nie wie nikt. Więc po co oceniać człowieka po tym, jak wychowuje swoje dziecko i po co się zastanawiać, jak się to na nim odbije?

Przepraszam, moi drodzy. Możliwe, że dzisiejszą notką lekko przesadziłam, wyraziłam się w pewnych momentach za ostro, zbyt dosadnie. Czasem jednak trafia mnie szlag i muszę powiedzieć, co myślę, bo otaczający mnie absurd kiedyś mnie pochłonie całą, wygniecie i wypluje taką byle jaką... 

Czy relacja kreatywy również w Was wzbudziła takie emocje?

04.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowe serce"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowe serce
Tytuł oryginału: Tintenherz
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 44,90 zł
Liczba stron: 498

A gdyby słowo pisane ożyło...

Dwunastoletnia Meggie wolałaby pewnie, by ta noc, kiedy zobaczyła postać dziwnego mężczyzny za oknem, nigdy nie nadeszła. Bo gdyby nikogo nie zauważyła, nie przestraszyła się i nie powiedziała o niczym ojcu, wszystko byłoby w porządku. Czasu i uczynków nie da się jednak cofnąć. Wkrótce dziewczynka znajduje się w samym środku wydarzeń, których nie rozumie, a kiedy - po długim naciskaniu - ojciec wyjawia jej prawdę, ta wydaje się być czymś niemożliwym. Mała bohaterka poznaje świat od zupełnie innej strony: jest jednocześnie dużo mroczniejszy, zdecydowanie bardziej niebezpieczny, ale przy tym piękniejszy niż dotąd...

O Atramentowej trylogii słyszałam wiele dobrego odkąd pamiętam. Już dawno wykiełkowała we mnie jakaś ciekawość, chęć sprawdzenia, co to w ogóle jest, ale jakoś tak się złożyło, że dotąd po żaden tom nie sięgnęłam. Aż w końcu zapisałam się do wyzwania czytelniczego, w ramach którego przeczytać miałam trylogię. Choć na początku trochę się wahałam, co wypożyczyć (zwykle unikam cyklów książek), ostatecznie stanęło na tym, że skorzystam z okazji i w końcu te sławetne dzieła Funke poznam. Dziś skończyłam część pierwszą, kolejne czekają na swoją kolej na regale.

Co mogę powiedzieć? Na pewno to, że nie żałuję swojej decyzji. Nie tylko nie żałuję - wypożyczenie właśnie tej trylogii już teraz, po samym początku, mogę nazwać strzałem w dziesiątkę. Jednocześnie: tak jak stwierdziłam w przypadku Alicji w Krainie Zombi, tak teraz również powiem: wow, zaskoczenie czytelnicze. Wielkie. Podejrzewam, że na skalę roczną, o ile nie dłużej.

Doskonale wiecie, że ja nie przepadam za fantastyką, że zwyczajnie staram się jej nie czytać. Jestem wierna realizmowi, tak w życiu, jak i w książkach. Opowieści o czarodziejach, magii, wymyślonych stworzeniach i zdarzeniach, które nie mają racji bytu w prawdziwym świecie - to wszystko mnie nie interesuje, nie ma dla mnie żadnego uroku. A jednak Atramentowe serce sprawiło, że się zatraciłam. Od pierwszej strony byłam nastawiona bardzo pozytywnie i nie musiałam długo czekać, aż świat wykreowany przez autorkę kompletnie mnie zauroczy i wciągnie.

Zapowiedź czegoś dobrego widać już na pierwszy rzut oka - przepiękna, schludna, twarda oprawa zachęca do lektury. A kiedy powieść się otworzy, jest już tylko systematycznie coraz lepiej. Język, jakim operuje Funke, jest prosty - choć przyznaję, że dla mnie chwilami za prosty; początkowo irytowała mnie dość spora liczba powtórzeń w tekście, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam i przestałam zwracać na to uwagę - i przyjemny w odbiorze. Klasyka, jeśli chodzi o pozycje kierowane do dzieciaków, co nie? Cała fabuła została spisana w sposób niezwykle plastyczny. Czytając, możemy dokładnie wyobrazić sobie miejsca, postaci, co jest kolejnym niekwestionowanym plusem.

Tematyka również zachwyca. Ręka w górę, mole książkowe, który z Was nigdy nie chciał, nie myślał chociaż o tym, jakby to było, gdyby bohaterowie naszych ulubionych książek z dzieciństwa istniały naprawdę? Choć wydaje mi się, że autorka ugryzła to zagadnienie z dość nietypowej strony - pokazując, że spełnienie tego naszego pragnienia wcale nie musi być dla nas dobre. Wręcz może być niebezpieczne, groźne dla życia i zdrowia. 

Jeśli chodzi o tempo akcji, raczej nie możemy na nic narzekać: wydarzenia rozgrywają się dosyć szybko, ciągle coś się dzieje, nieoczekiwany obrót zdarzeń goni następny nieoczekiwany obrót... Ja osobiście miałam problem, by od lektury się odkleić, taka byłam ciekawa, co za chwilę się stanie. Podobało mi się, że dobro i zło przeplatało się, przez co nie opuszczał mnie dreszczyk emocji.

Wiecie, przy okazji takich tomisk, zawsze dopada mnie refleksja: dlaczego w literaturze kreacja złej i wrednej ciotki to coś dość często spotykanego? Nigdy tego nie rozumiałam i jestem ciekawa, dlaczego tak jest. 

A właśnie, straszna ciotka. Elinor to właściwie jedyna postać, do której zdążyłam zapałać pewnym uczuciem, od razu ją polubiłam. Nie wiem dlaczego, ale reszta bohaterów nie wywarła na mnie szczególnego wrażenia.

Nigdy nie sądziłam, że to powiem albo chociażby pomyślę, ale fakt jest faktem: czasem opasłe pozycje z powodzeniem mogłyby być krótsze. Była chwila - na szczęście już blisko zakończenia - że poczułam autentyczne znużenie. Nie mam pojęcia, dlaczego to wystąpiło, może zbyt wiele emocji mnie dopadało przez te prawie 500 stron? Niezależnie od powodu, stało się jak się stało: czasem nie kojarzyłam faktów i musiałam się wracać do poprzednich kartek.

Tak więc dziś jest...
Bardzo dobrze. Do ideału troszkę brakuje - może gdyby większość postaci nie była dla mnie obojętna, byłabym skłonna wystawić najwyższą notę. 
Przedmiot dzisiejszego wpisu polecam wszystkim - młodym i starym. To przepiękna opowieść, dzięki której możemy choć na trochę przenieść się do innego, niebezpiecznego, ale pięknego, świata.

03.02.2015

Blog Roku 2014 - głosowanie SMS

Zdjęcie pobrane ze strony Blog Roku

Moi kochani!

Internetowa Biblioteczka, podobnie jak rok temu, bierze udział w konkursie na Blog Roku, tym razem w kategorii Literackie i kulturalne.

Dziś zaczął się kolejny jego etap - głosowanie SMS. Jeżeli ktoś chciałby wesprzeć moją stronę, proszę o wysyłanie wiadomości o treści H11863 na numer 7122. Koszt SMS to 1,23, całkowity dochód zostanie przekazany na cele charytatywne. Głosowanie trwa do 10.02.2015, do godziny 12.00.

Dziękuję bardzo każdemu, kto zdecyduje się oddać swój głos na Internetową Biblioteczkę!! :)

* z jednego telefonu można wysłać tylko jedną wiadomość w czasie trwania całego głosowania

01.02.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - styczeń 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Pierwszy miesiąc 2015 roku za nami. Nie wiem jak Wam, ale mi minął szybko i - co cieszy najbardziej - był bardzo łaskawy książkowo, zarówno jeśli chodzi o liczbę przeczytanych przeze mnie pozycji jak i ich jakość.

Dziś, zgodnie z tradycją, rozpoczynamy kolejne głosowanie na książkę miesiąca. Do wyboru macie jeden spośród pięciu tytułów. Innych zasad nie przypominam, bo je znacie. Tak więc...

Głosowanie trwa od dziś, 1.02.2015, do 8.02.2015, do godz. 23.59!