31.01.2015

Małgorzata Musierowicz "Kwiat kalafiora"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Kwiat kalafiora
Tytuł oryginału: Kwiat kalafiora
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 177

Kiedy wszystko jest na głowie nastolatki...

Gabriela jest najstarszą córką małżeństwa Borejków. Wzorem innych nastolatek, zaczyna przeżywać pierwsze problemy natury miłosnej. Niestety, ta beztroska, która pozwalała dziewczynie na zmartwienia nie większe niż "nie radzę sobie z fizyką" czy "z kim mój obiekt westchnień flirtuje dzisiaj" wkrótce pęknie jak bańka mydlana. Gaba będzie musiała zastąpić matkę w codziennych obowiązkach domowych, opiece nad młodszym rodzeństwem i pogodzić to wszystko z nauką...

Rok temu obiecałam sobie, że wrócę do Jeżycjady, to znaczy - przeczytam po kolei każdą jej część. Od tego czasu udało mi się przeczytać, o ile dobrze pamiętam, 3 tomy, później o złożonej samej sobie obietnicy kompletnie zapomniałam. Na szczęście raz na jakiś czas - teraz zaczyna do mnie dochodzić, że zdecydowanie za rzadko - przeglądam swoją półkę Chcę przeczytać na wiadomym portalu. Kiedy zobaczyłam na liście Kwiat kalafiora oświeciło mnie, że przecież miałam zamiar przeczytać całą Jeżycjadę. Przy najbliższej okazji wybrałam się więc do biblioteki w celu wypożyczenia przedmiotu dzisiejszego wpisu.

Miałam z nim do czynienia w szóstej klasie szkoły podstawowej. Najpierw historię tę przeczytałam z własnej woli, bo chciałam, bo czytałam co tylko mi w wypożyczalni wpadło w rękę. Później dowiedziałam się, że będzie to moja lektura obowiązkowa. Ucieszyłam się bardzo, bo perypetie rodziny Borejków wyjątkowo przypadły mi do gustu.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że mimo upływu lat moje nastawienie nie zmieniło się ani trochę. Nadal jestem oczarowana tym ciepłem bijącym od rodziny wykreowanej przez Małgorzatę Musierowicz. Borejkowie tworzą cudowną, zgraną drużynę, prawdziwe ognisko domowe, do którego chciałoby się przynależeć. Oczywiście, nie brak tu też kłótni między rodzeństwem - ale w którym domu się one nie zdarzają? O, właśnie, i to kolejny plus powieści Musierowicz - realizm. Autorka niczego na siłę nie ubarwia, nie ulepsza, ani też nie idzie w drugą stronę, przedstawiając wszystkie wydarzenia z jak najgorszej perspektywy.

Bohaterowie są starannie nakreśleni, tacy, o których można coś powiedzieć, mieć co do nich jakieś zdanie. I tak - ja podziwiam Gabrysię za opanowanie w kryzysowej sytuacji, bawi mnie zachowanie Idy, standardowo już nie przepadam za Nutrią i Pulpecją, a oderwanie od rzeczywistości ojca rodziny mnie nieco denerwowało. No, może trochę bardziej niż nieco. Prawdę mówiąc, chciałam wskoczyć do powieści i potrząsnąć tym facetem, wrzasnąć do niego Halo, człowieku, masz czwórkę dzieci, którymi musisz się zająć, nie zwalaj wszystkiego na głowę najstarszemu!!!. Odbieram to na plus - nie raz i nie dwa pisałam Wam już, że uważam, że o pisarzu dobrze świadczy, jeśli potrafi stworzyć postać, która wzbudza silne emocje, nawet te najgorsze.

Same wydarzenia przedstawione też bardzo dobrze się poznawało. Już nawet nie mówię o - jak zwykle w przypadku Musierowicz - przystępnym stylu, w jakim została spisana całość, ale o fabule. To nie jest kolejna ckliwa historyjka miłosna dla nastolatków o nastolatkach. To urzekający opis życia konkretnej rodziny, a wątki uczuciowe są tu tylko tłem, które nie rzuca się w oczy, nie narzuca się nam i nie ma aspiracji do tego, by być najważniejszym punktem opowieści.

Podsumowując, ten krótki powrót do lat dzieciństwa uważam za jak najbardziej udany. Wręcz powiedziałabym, że cały cykl Jeżycjady traktuję jako pewnego rodzaju klasykę literatury dla polskich dzieci i młodzieży. A przynajmniej chciałabym, żeby były to książki powszechnie znane. O cenieniu ich nawet nie wspominam, nigdy nie będzie tak, że coś się będzie podobało wszystkim bez wyjątku. Tutaj nawet szkoda marzyć.

Tak więc...
Mam ostatnio jakiś okres dobroci dla literatury. Pięć gwiazdek, jest rewelacyjnie. Nie ma za co obciąć nawet połówki.

30.01.2015

Aleksander Fredro "Zemsta"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Aleksander Fredro
Tytuł: Zemsta
Tytuł oryginału: Zemsta
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 25 zł
Liczba stron: 95

Gdy przedmiotem sporu jest błahostka...

Choć Rejent Milczek i Cześnik Raptusiewicz mieszkają w jednym zamku, nie potrafią się porozumieć. Ich stosunki opierają się wyłącznie na nieustających kłótniach i wzajemnych intrygach. Inaczej jest natomiast z Wacławem Rejentowiczem i Klarą Raptusiewiczówną - ci młodzi, zamiast niechęcią, darzą się miłością. Ich marzeniem jest spędzić razem resztę życia, dlatego robią co tylko w ich mocy, by pogodzić zwaśnione rody. Tylko ciekawe, czy tu da się zdziałać cokolwiek...

Moi drodzy, na sam początek krótka prywata - przepraszam, że tak zniknęłam. Przełom stycznia i lutego, jak wiadomo, jest ciężkim okresem w życiu studenta. Teraz korzystam z tego, że zaczyna się weekend, robię sobie krótką przerwę od spraw uczelnianych. A w środę piszę już ostatnie kolokwium, więc będzie mnie tu więcej.

Czy znacie to uczucie, kiedy nagle najdzie Was ochota na przeczytanie konkretnej pozycji i przypadkowo natkniecie się na nią na jednej z półek regału, choć do tej pory nie zdawaliście sobie nawet sprawy z tego, że tę książkę posiadacie? Ja tak miałam z Zemstą. Wprawdzie jestem właścicielką wydania, które mieści w sobie nie tylko wyżej wymienioną komedię, ale też Śluby panieńskie, na lekturę których nie miałam specjalnej chęci, ale przecież to nie problem, można ominąć to co nieciekawe, wrócić do tego później. Albo i w ogóle.

Z Zemstą Aleksandra Fredry miałam do czynienia dość dawno temu, w którejś (pierwszej? Zabijcie mnie, nie pamiętam) klasie gimnazjum. Była to moja lektura obowiązkowa. Na szczęście był to ten barwny okres, kiedy lektury czytałam wszystkie od początku do końca, żadnej nie pomijałam i nawet rzadko zdarzało mi się narzekać, że coś jest nudne. Przedmiot dzisiejszego wpisu także uchronił się od moich utyskiwań. Nie dlatego, że stwierdziłam, że był tak zły, że szkoda słów. Wręcz przeciwnie - tak dobrze podczas czytania czegokolwiek na zajęcia do szkoły bawiłam się tylko raz. Ale o tym szerzej w następnym poście.

Przez te moje miłe wspomnienia już dawno wykiełkowało we mnie przekonanie, że do tej komedii kiedyś, przy najbliższej okazji, wrócę. Sprawdzę, czy dzisiaj odbieram ją tak samo, a może po latach jest jeszcze lepiej. Dopuszczałam też możliwość, że teraz może mi się nie spodobać. Pisnęłam z radości, kiedy tom z nazwiskiem Fredro znalazłam na półce i postanowiłam przeznaczyć jakąś część dnia następnego na czytanie. Jak zaplanowałam, tak zrobiłam.

Z radością i ogromną ulgą przyznaję - Fredro nadal kojarzy mi się z czymś dobrym, przyjemnym. Jego dzieło pochłania się w ekspresowym tempie i nie jest to czas pozbawiony emocji czy refleksji. Autor posługuje się stylem, który jest nie tylko przyjazny w odbiorze, ale i bawi czytelnika. Wszechobecny komizm - sytuacyjny, słowny i postaci - sprawia, że Zemstę skrytykują właściwie tylko osoby, które od książki oczekują czegoś innego niż wybuchy śmiechu nad kolejnymi stronami. I wyjątkowo uprzedzeni do pozycji obowiązkowych uczniowie gimnazjum. Chociaż ci ostatni mają jeszcze szansę pokochać tę komedię, wystarczy, że sięgną po nią, kiedy będą starsi, doroślejsi. Może wtedy docenią tę szczyptę absurdu i humoru.

Każda postać ma w sobie coś, dzięki czemu nasz stosunek do niej nie może być obojętny. Ja właściwie chyba nie potrafiłabym wskazać kogoś, kogo zwyczajnie nie polubiłam. No dobra - Wacław jest taki byle jaki, ani go kochać, ani nienawidzić. Ale taki Papkin? Więcej takich kreacji w literaturze, proszę.

Podoba mi się również to, że pewne wypowiedzi osób występujących w nas zostają i to na długo. Często, nawet nieświadomie, używamy zwrotów i nie wiemy bądź nie pamiętamy, że gdzieś to kiedyś przeczytaliśmy. 

Z jednym zarzutem mogę się zgodzić - pewne wyrażenia wypowiadane przez poszczególnych bohaterów są trudne do zrozumienia, komplikują pojęcie całości. Jednak w dobie internetu da się zrobić wszystko, także i sprawdzić znaczenie nieznanych nam słów, więc absolutnie nie przyjmuję tutaj tłumaczenia to jest głupie, bo ja nie rozumiem. Nie rozumiesz, to sobie sprawdź. Albo zapytaj kogoś starszego. A jeśli jesteś na tyle leniwy, że Ci się nie chce zrobić nawet tego, to przynajmniej daruj sobie krytykę.

No to dzisiaj znowu przyznam...
Maksymalną notę. Nie widzę żadnego, nawet najmniejszego powodu, by ocenę zaniżyć. Zgłębianie świata wykreowanego przez Fredrę było dla mnie niekłamaną frajdą. Poważnie myślę nad poznaniem całego dorobku tego człowieka i mam nadzieję, że na innych jego dziełach się nie zawiodę.

12.01.2015

Jane Austen "Opactwo Northanger"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jane Austen
Tytuł: Opactwo Northanger
Tytuł oryginału: Northanger Abbey
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Ewa Partyga
Cena: 15,90 zł
Liczba stron: 287

Pragnąc przeżyć pasjonującą przygodę...

Catherine Morland ma siedemnaście lat. Wraz z rodzicami i licznym rodzeństwem mieszka w miejscu, którego nie można uznać za centrum rozrywek. Dlatego właśnie, gdy nadarza się okazja, dziewczyna przyjmuje zaproszenie bliskich sąsiadów i jedzie z nimi do Bath - miejscowości, którą dziś nazwalibyśmy uzdrowiskową. Tam bohaterka ma nadzieję przeżyć przygodę, której nigdy nie zapomni...

Wiecie co? Jestem idealnym przykładem, dowodem na to, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Niemal rok temu niezbyt pozytywnie wypowiadałam się na temat wszelkiego rodzaju wyzwań czytelniczych. A tymczasem co się okazuje? Od ponad roku z ciekawości - nie traktuję tego jako próbę sił - liczę, ile książek czytam. W 2014 roku udało mi się lekko przekroczyć liczbę 52 pozycji. A w grudniu natknęłam się na ciekawe wyzwanie na 2015 rok i postanowiłam spróbować wziąć w nim udział. Uznałam, że jednak horyzonty czytelnicze może mi taka inicjatywa poszerzyć.

Opactwo Northanger przeczytałam w ramach jednego zadania właśnie - konkretnie chodziło o sięgnięcie po klasyczny romans. 
W tym gatunku nie mam dużego rozpoznania, nie jestem w stanie określić, co lubię, czego nie lubię, czego poszukuję w powieści tego typu. Dlatego wybór padł właściwie na chybił trafił, chodziło mi tylko o to, by dorwać się koniecznie do powieści, która wyszła spod pióra Austen. Dwukrotnie już miałam styczność z jej twórczością i moje wrażenia były bardzo pozytywne, dlatego postanowiłam zgłębiać jej dorobek nadal.

Nie będę kłamać - początkowo ciężko mi było wdrożyć się w klimat tej historii. Kolejne strony pokonywałam z widocznym trudem i bez większego zainteresowania fabułą. Szczerze powiedziawszy, szybko nastąpił moment zwątpienia i tom chciałam jak najszybciej odłożyć, oddać do biblioteki. Nie wiem jak to się stało, że zmusiłam się, by wytrwać i czytać dalej. Stało się jednak bardzo, ale to bardzo dobrze.

Kiedy już poczułam co jest grane, kartka za kartką przelatywały mi przed oczami z prędkością światła. Styl autorki, humor, cięty język, złośliwe komentarze - to wszystko świetnie się czytało. Dodając do tego przecudowne czasy, w których rozgrywa się akcja, mamy coś naprawdę wartego uwagi.

Główną odpowiedzialność za mój zachwyt nad całością ponoszą bohaterowie. Zwłaszcza Catherine - ta młoda, naiwna, głupiutka wręcz dziewczyna. Jakże wzruszała mnie jej niezachwiana wiara w to, że ludzie są dobrzy! A jej wybujała wyobraźnia - sprawiała, że uśmiechałam się pod nosem. Chwilami było mi jej szkoda, miałam szczerą nadzieję, że w końcu zmądrzeje i zauważy, że świat nie jest wyłącznie dobry. A na początku miałam zupełnie inne nastawienie - uważałam młodą Morland za idiotkę, której należałoby boleśnie otworzyć oczy. Nawet gdyby moje zdanie co do niej się nie zmieniło, byłoby dobrze - osobiście wyznaję pogląd, że jeśli pisarz potrafi wykreować postać budzącą w czytelniku tak gwałtowne uczucia, to znaczy, że po prostu potrafi tych bohaterów tworzyć. Lepiej przecież nienawidzić głównej postaci i życzyć jej jak najgorzej, niż uważać ją za całkowicie bezbarwną, prawda?

Podobne odczucia budziły we mnie inne osoby występujące w Opactwie... - pusta pani Allen, dla której liczyły się właściwie tylko stroje, fałszywa Isabella i jej brat... każdy miał w sobie coś, dzięki czemu mogłam wyrobić sobie o nim zdanie. To jest fajne, naprawdę.

Wyjątkowo nie przeszkadzało mi niemal w ogóle ślimacze tempo wydarzeń - wszystko rekompensowały mi zabawne dialogi i dziwaczne zachowanie Catherine. 

Co jeszcze zasługuje na wspomnienie i ogromną pochwałę - morał wypływający z tego romansu. Pouczenie, że nie należy zbyt łatwo ufać ludziom, że oni potrafią zawieść, a prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Także spostrzeżenie, że nie należy brać na poważnie wszystkiego, co się przeczyta, jest celne.

Niech się dzieje wola Nieba...*
... Wola Nieba, wolą Nieba, ja wystawiam cztery gwiazdki. Jest bardzo dobrze, absolutnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą lekturą, choć ubolewam nad tym, że moje pierwsze wrażenie nie było takie dobre. I tylko dlatego nie będzie maksymalnej oceny. 

Opactwo Northanger polecam wszystkim - no dobra, kobietom. Nie ukrywam jednak, że z uwagi na widoczną w utworze satyrę, trzeba się wykazać dystansem, jeśli się chce go poznać. Na poważnie nie da rady, sama Austen swoimi komentarzami tutaj kpi co i rusz.

* - wybaczcie, dziś z kolei jestem świeżo po kolejnym przewertowaniu Zemsty Aleksandra Fredry. Wpisu o niej wypatrujcie na Internetowej Biblioteczce już niedługo.

10.01.2015

Shelley Tanaka "Na pokładzie Titanica"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Shelley Tanaka
Tytuł: Na pokładzie Titanica
Tytuł oryginału: On Board the Titanic
Wydawnictwo: Papilon
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Cena: 19,99 zł
Liczba stron: 46

Kiedy stajemy oko w oko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem...

Siedemnastoletni Jack Thayer wraz z rodzicami wraca do Ameryki po długiej podróży po Europie. Rejs Titanikiem - najnowszym, największym i najbardziej luksusowym liniowcem oceanicznym zbudowanym do tej pory - to, wydawać by się mogło, pasjonujące wydarzenie. Niestety, nikt nie mógł przewidzieć, że zaledwie po kilku dniach od wypłynięcia z portu wyprawa zamieni się w największy koszmar tysięcy ludzi...

Ha! O tym na pewno Wam nie pisałam - mam kompletnego bzika na punkcie Titanica. Kręćka ogromnego, nieokiełznanego. 

Od wielu lat czaiłam się na książkę o tragedii tego statku. Miałam jednak wymagania - nie chciałam czytać tylko o tym, dlaczego ten cały dramat się wydarzył. Nie miałam też ochoty na papierową wersję romansidła, które w 1997 nakręcił Cameron. Choć kiedyś za tym filmem szalałam i przyznaję bez bicia, że spokojnie 30 razy zdarzyło mi się go obejrzeć, dzisiaj zdecydowanie go nie trawię. Nie przemawia do mnie wykorzystywanie każdego możliwego motywu - a już zwłaszcza tak tragicznego i prawdziwego - w celu przerobienia go na mniej lub bardziej ckliwą historyjkę miłosną. 

Zależało mi natomiast na wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli tę katastrofę. Najlepiej, by to byli prawdziwi ludzie, prawdziwe opowieści, ale nie miałabym też nic przeciwko postaciom zmyślonym - byleby tylko wrażenia i emocje były realne, pasujące do tego, co się wydarzyło. I tak około trzech tygodni temu za szukanie pozycji tego typu zabrałam się poważniej. Mniej więcej czternaście dni temu na stronie księgarni Matras znalazłam Na pokładzie Titanica. Spojrzałam na cenę - jedyne 14,99 zł, zdecydowałam: biorę. Zamówiłam. Paczka była gotowa do odbioru kilka dni po Nowym Roku. Od razu rozpakowałam i chciałam oddać się lekturze.

Na samym początku przyznam, poczułam się lekko zbita z tropu i zawiedziona - moim oczom ukazała się książeczka dużego formatu, ale objętościowo maleńka - zaledwie 46 stron. Pomyślałam jednak: hej, lepsze to niż nic, może nie będzie tak źle. Zabrałam się do czytania. Oniemiałam. Przeżyłam cudowną godzinę.

Bo widzicie, mimo że przedmiot dzisiejszego wpisu jest króciutką powiastką na jeden raz, to jest też historią pięknie wydaną. Twarda, schludna okładka, fotografie... chociaż nie. O fotografiach opowiem Wam za kilka linijek. 

Powieść, która wyszła spod pióra Tanaki, czyta się ekspresowym wręcz tempem. Język jest niewymagający, łatwy do przebrnięcia, dodatkowo druk jest duży, a więc przyjemny dla oka. Osobiście - ze względu na tę moją obsesję - smaczku dodawał jeszcze fakt, że to wszystko naprawdę kiedyś się zdarzyło, że to nie jest fikcja. 

Wspomnienia Jacka, jeśli o słowo pisane chodzi, są właściwie pozbawione dramatyzmu. Nie ma panikujących kobiet, bojących się dzieci, mężczyzn, którzy z ciężkim sercem robią wszystko, by tylko uchronić rodziny przed śmiercią na pokładzie liniowca. Nie, pod tym względem jest stabilnie, spokojnie. Ale nastrój historii podtrzymują wspomniane przeze mnie wyżej fotografie. Zdjęcia statku przed zderzeniem z górą lodową, tuż po tym, jak to się wydarzyło, a nawet jego wrak... Zresztą, nie tylko statek - i jego piękne wnętrze - możemy zobaczyć. Zewsząd otaczają nas też podobizny pasażerów i członków załogi. To wszystko oddawało klimat całego wydarzenia. Dzięki takiej oprawie graficznej, czytanie nie ma prawa być bezrefleksyjne, pozbawione emocji. 

Oprócz ilustracji - mogliśmy zapoznać się też z ciekawostkami dotyczącymi liniowca, dowiedzieć się, że rejsowi towarzyszyły od początku złe przeczucia... Ach ludzie, minimum słów i stron, maksimum treści i wrażeń, uwierzcie.

Dziś już więcej nie potrzeba...
Wystawiam pięć gwiazdek. Jestem totalnie oczarowana, przez długi czas nie mogłam się zebrać, by opisać dla Was ten tytuł i nadal nie jestem zadowolona z efektu. No ale cóż, czasami są takie książki, które łapią za serce tak, że nie da się tego wyrazić słowami.

09.01.2015

Wyłońmy książkę roku 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

W poście, w którym informowałam o rozpoczęciu głosowania na książkę grudnia 2014 pisałam Wam, że już niedługo na blogu pojawi się coś nowego. Ankieta już nie działa, książką grudnia zostały Rywalki autorstwa Kiery Cass. Dziś pora na zapowiadaną nowość.
Otóż - głosowanie się nie kończy. Od dzisiaj przez tydzień wybieramy... najlepszą książkę roku 2014. Zasady są takie same jak przy głosowaniu na książkę miesiąca, z tym, że wyboru dokonujecie spośród dwunastu pozycji (jak łatwo się domyślić - są to tytuły, które wygrały poszczególne edycje zabawy). Wyjątkowo też, z racji tego, że dokonanie wyboru może być trudne przy tylu opcjach, możecie głosować na kilka tytułów. Jeśli dojdzie do remisu, przedłużę zabawę.

Głosowanie trwa od dziś, 9.01.2015, do 16.01.2015, do godz. 23.59!

07.01.2015

Z życia autorki: jeszcze więcej preferencji czytelniczych

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dobry wieczór!

Pamiętacie wpis, w którym pisałam o swoich preferencjach czytelniczych? Bardzo dobrze mi się go tworzyło. Już w dniu publikacji pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć kiedyś drugą jego część albo chociaż coś bardzo podobnego. Ostatnio chęć ta narastała, ale pomysłów na to, jakimi rewelacjami dotyczącymi mojego książkowego życia mogłabym jeszcze Was zarzucić - brakowało.
Na szczęście internet znowu przybył z odsieczą. Nie dalej jak wczoraj znalazłam na YouTube kanał Anity, a na nim ciekawy materiał dotyczący czytelniczych nawyków. Po krótkiej konsultacji z autorką postanowiłam pociągnąć temat u siebie. Gotowi? Jedziemy! 

1. Czy masz konkretne miejsce w domu do czytania?
Tak. Czytam wyłącznie w swoim pokoju. Teraz oddaję się lekturze głównie przy biurku, choć jeszcze nie tak dawno maniakalnie wręcz pochłaniałam książki w łóżku. Nieważne, czy pod kołdrą wieczorem, czy po prostu na łóżku w środku dnia - ważne, żeby właśnie tam.
2. Czy w trakcie czytania używasz zakładek, czy przypadkowych kawałków papieru?
Zakładki w moim pokoju znajdzie się niemal na każdej półce regału i na składanych stolikach. Nie kupuję ich wcale, przynajmniej z premedytacją - często przysyłają mi je jako dodatek do zakupionych książek. Kiedyś sama wykonałam jedną - prawdę mówiąc, to od dawna jej nie widziałam, więc możliwe, że już jej nie mam - a ostatnio kolejną dostałam w prezencie przywiezionym z Włoch i ta ostatnia właśnie jest moją ulubioną. Nie wyobrażam sobie zakładek nie używać - byle papierki wyrzucam, do pamiętania stron nie mam głowy, ponadto - jak czytam, muszę zasłaniać sobie linijki poniżej tej, którą pokonuję obecnie, inaczej jest mi po prostu niewygodnie.
3. Czy możesz po prostu przestać czytać książkę, czy musisz skończyć w konkretnym miejscu (na przykład dojść do końca rozdziału czy skończyć na okrągłej liczbie stron)?
Bardzo nie lubię przerywać czytania nagle, przykładowo - w połowie zdania. Mam taką zasadę, że jeśli nie muszę kończyć już zaraz, staram się doczytywać aż do momentu, w którym strona kończy się kropką. W innym przypadku denerwuję się, bo muszę się cofać do tego, co już wiem, żeby nie stracić wątku.
4. Czy pijesz coś albo jesz w trakcie czytania książek?
O tym wspominałam już przy okazji posta z serii Jaką jestem czytelniczką?, ale powtórzę: tak. Jem i piję, kiedy czytam, a jeśli tego nie robię, to przynajmniej mam pod ręką coś dobrego, gdyby mnie nagle naszła ochota. I jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się książki niczym oblać ani ubrudzić.
Jak tak sobie myślę, to o piciu czy jedzeniu nie myślałam podczas zatapiania się w świat wykreowany przez autora tylko raz: kiedy przerabiałam Pianistę...
5. Czy jesteś wielozadaniowa - czy w trakcie czytania książki możesz słuchać muzyki albo oglądać telewizję?
Lektura jest dla mnie czymś specjalnym, wymagającym skupienia, więc w miarę możliwości poświęcam uwagę tylko jej. Nie skupiłabym się, gdyby grało mi coś w tle - ba, ja mam nawet problem z pokonywaniem stron, jeśli w pokoju jestem z kimś. Dziwne, że na działce mogę czytać przy każdym hałasie i nic mi nie przeszkadza...
6. Czytasz jedną książkę czy kilka na raz?
Odkąd studiuję - właściwie cały czas mam zaczęte przynajmniej dwie pozycje; zazwyczaj jedna jest gruba, druga znacznie cieńsza. Czasem wynika to z obowiązku - bo muszę przeczytać coś na zajęcia na już, a nie chcę przy tym zaniedbywać własnych potrzeb. Niekiedy jednak mam autentycznie taką chęć, żeby przerwać to, co poznaję obecnie, na rzecz czegoś, co jest krótsze, lżejsze, odpowiedniejsze na daną chwilę.
7. Czy książki możesz czytać tylko w domu, czy gdziekolwiek?
Jak wspominałam wyżej - mogę i lubię czytać na działce wiosną czy latem podczas rodzinnego grilla. Udawało mi się pochłonąć kilka stron podczas przerw w szkole, zastępstw czy tak zwanych okienek. Zdecydowanie jednak z tych wszystkich opcji najbardziej odpowiada mi domowe zacisze.
8. Czytasz na głos, czy czytasz w myślach?
Jestem osobą, którą rozproszyłby nawet dźwięk własnego głosu, więc czytam w myślach.
9. Czy czytasz naprzód, czy przechodzisz do zakończenia książki na początku, czy omijasz niektóre strony?
Nie tak dawno temu zwalczyłam obrzydliwy nawyk zerkania na ostatnie zdania powieści, za którą się zabierałam. Bo kto to widział, poznawać zakończenie przed wszystkim innym? Obecnie czytam od początku do końca, bez pomijania żadnych stron. Najgorsza zbrodnia, do jakiej się w tym momencie przyznaję, to nienależyte skupianie się na niektórych - według mnie nudnych - fragmentach.
10. Czy zaginasz grzbiet książki? 
Nie, nie zaginam, nie widzę potrzeby. Bardzo dbam o książki i staram się ograniczyć wszelkie działania, które mogłyby negatywnie wpłynąć na ich stan.

Mam nadzieję, że Anita się nie obrazi, jeśli zapytam - jak Wy odpowiedzielibyście na te pytania?

06.01.2015

Joanne K. Rowling "Harry Potter i Kamień Filozoficzny"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Joanne K. Rowling
Tytuł: Harry Potter i Kamień Filozoficzny
Tytuł oryginału: Harry Potter and The Philosopher's Stone
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Cena: 25 zł
Liczba stron: 319

Kiedy okazuje się, że magia istnieje...

Harry Potter nie pamięta swoich rodziców. Ci zmarli, kiedy był on malutki. Chłopczyk zaś trafił pod opiekę ciotki i wuja, wychowującego już swojego syna Dudleya. Bohater nie rozumie, dlaczego nigdy nie mógł liczyć na jakiekolwiek przejawy miłości ze strony swojej rodziny. Zawsze był traktowany gorzej, karcony, bity i upokarzany przez swojego kuzyna. Do czasu. Do czasu, kiedy Harry dowiaduje się, kim tak naprawdę jest, a także - kim byli jego rodzice. Początkowo prawda wydaje się być kompletnie niemożliwa do zaakceptowania, jednak z czasem Potter zaczyna rozumieć, że dla niego to szansa na zupełnie inne, a już na pewno lepsze od dotychczasowego, życie...

Nie wiem, co napadło mnie tak nagle, ale fakt jest faktem: niedawno poczułam chęć do krótkiego powrotu do korzeni. Do książki, która - tak jak w przypadku wielu innych osób, które znam - sprawiła, że czytać pokochałam. Do pierwszej pozycji, którą przeczytałam samodzielnie.

Wprawdzie cykl o Harrym Potterze czytałam wielokrotnie - co zresztą widać po stanie, w jakim są poszczególne tomy - ale jednak: zachciało mi się teraz sprawdzić, jak po latach, które minęły od mojego ostatniego spotkania z tym małym czarodziejem, odbieram coś, co kiedyś było dla mnie całym światem.
Wyszło z tego tyle, że ja się naprawdę zaczynam zastanawiać, kiedy nauczę się, że do lektur z dzieciństwa raczej się nie wraca, bo dobre wrażenie może zostać zatarte. Bo jako osoby dorosłe możemy stwierdzić, że byliśmy naprawdę głupi, uwielbiając za szczenięcych lat takie coś. I tak jest teraz ze mną.

Problemy z przebrnięciem przez tę historię miałam już od samego początku. Spytacie: dlaczego, przecież styl, jakim posługuje się Rowling, jest bardzo prosty i przyjemny w odbiorze. Kłopot w tym, że dla mnie ten język był zbyt prosty. Prościutki. Prościuteńki. A przez to, że taki - nie miałam żadnej radochy z pokonywania kolejnych stron. Rozumiem, to literatura dla dzieci i młodzieży - dlatego nie będę wysuwać twierdzeń, że autorka powinna się wysilić na bardziej kwieciste, złożone sformułowania. Nie, jeśli chodzi o literaturę dla młodziaków, to jest naprawdę dobrze. To tylko mnie dopadła dorosłość i brak tej charakterystycznej dla dzieciaków umiejętności zachwycania się wszystkim, nawet największą pierdołą. Życie.

Uderzyło mnie, jak wiele zdań pamiętam z tej części. Nie raz i nie dwa w pewnych sytuacjach nasuwają mi się cytaty, z Harry'ego Pottera właśnie. Czad, że człowiek po tylu latach pamięta przeczytane kiedyś słowo pisane tak dokładnie.

Zauważyłam też, że dopadła mnie klęska tych czasów: jak akcja nie jest wartka i trzymająca w napięciu, to ja albo nie czytam danej powieści, albo bardzo się nad nią męczę. A w Harrym Potterze i Kamieniu... jakieś ciekawsze wydarzenia, które warte są uwagi, rozgrywają się na kilkunastu stronach. Ostatnich kilkunastu stronach.

Żeby nie było, że tylko narzekam: nie zmieniły się moje uczucia co do konkretnych bohaterów. Nadal uwielbiam rodzinkę Dursleyów, Severusa Snape'a i Draco Malfoya - no cóż, przyznaję, mam słabość do czarnych charakterów. I w dalszym ciągu denerwuje mnie Hermiona Granger. Harry'ego mi szkoda, bo w tej części to jest jeszcze taka mała ciamajda. I tak dalej, i tak dalej... 

Gdzieś kiedyś usłyszałam lub przeczytałam, że Harry Potter to cykl historii, który dorasta wraz z czytelnikiem, że z części na część jest coraz lepiej i poważniej. Nie wiem, być może tak jest - przy okazji postaram się to sprawdzić, sięgając po dalsze tomy. Wiem tylko, że z samego początku ja osobiście wyrosłam i dziś mi się to nie podoba zupełnie.

Dzisiaj...
Jest przeciętnie. Wystawiłabym ocenę niżej, ale postanowiłam jakoś uszanować i wziąć pod uwagę dawne czasy. Gdyby nie Rowling, dzisiaj prawdopodobnie bym nie czytała. Nieważne, że dzisiaj mnie żenuje, że szalałam za czymś takim. Ważne, że było w ogóle coś, od czego ten mój romans z literaturą się zaczął.
Polecać nie będę, bo i nie muszę - to tak popularna książka, że chyba wszyscy ją czytaliście, a teraz może odkrywacie ją na nowo z młodszym rodzeństwem, kuzynostwem, swoimi dziećmi...

01.01.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - grudzień 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w pierwszy dzień Nowego Roku!

Mam nadzieję, że imprezy sylwestrowe, w których braliście udział, były przednie. Kiedy już się wyśpicie, tradycyjnie zapraszam do głosowania na książkę miesiąca.
Niestety, mimo planów i ogromnych chęci - do wyboru macie tylko jedną spośród dwóch pozycji. Wstyd się przyznać, ale w całym miesiącu książkę przeczytałam tylko jedną... Ale każdy może mieć gorszy okres, prawda?

Tak więc - wiecie co i jak. 

Głosowanie trwa od dziś, 1.01.2015, do 8.01.2015, do godz. 23.59!

A już niedługo... coś nowego. Niespodzianka ;)