30.11.2014

Frances H. Burnett "Mały lord"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Frances H. Burnett
Tytuł: Mały lord
Tytuł oryginału: Little Lord Fauntleroy
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Cena: 9,90 zł
Liczba stron: 175

Odkrywając prawdę o swoim pochodzeniu...

Siedmioletni Cedryk wiedzie skromne życie u boku swojej mamy. Wychowuje się bez taty, który zmarł, gdy ten był jeszcze całkiem mały. Chłopczyk swoją urodą i sposobem bycia ujmuje każdego dorosłego, lubią go też dzieci. Jego życie gwałtownie się zmienia, kiedy pojawia się w nim dziadek. Dziadek, który jest hrabią o bardzo nieprzyjemnym usposobieniu i który przed laty wyrzekł się swojego syna, ojca Cedryka. Siedmiolatek dowiaduje się, że w przyszłości ma odziedziczyć bogactwo nowo poznanego krewnego, ale oznacza to, że musi z nim zamieszkać już teraz i rozluźnić więź łączącą go z matką...

Ostatnio znów nawiedził mnie kryzys czytelniczy. Tym razem jednak nie chodziło o to, że czytać mi się nie chce, wręcz przeciwnie - ochota była i jest, za to z czasem już różnie. Dlatego tydzień temu postanowiłam ponownie wrócić do lat swojego dzieciństwa i sięgnęłam po w miarę krótką opowiastkę, jaką jest Mały lord autorstwa Frances H. Burnett.

A teraz powiem Wam coś szczerze. Powodem, dla którego sięgnęłam po tę pozycję, było to, że postanowiłam sobie nie zakończyć miesiąca z zaledwie jedną przeczytaną książką na koncie. Gdy wybór padł na historyjkę dla dzieci, pomyślałam: dobra, najwyżej trochę pocierpię, a po lekturze się wyżyję na blogu. I z takim - nazwijmy to, dość negatywnym - nastawieniem zabrałam się do czytania.

Muszę przyznać, że czegoś takiego się nie spodziewałam. Moi drodzy, losy małego Cedryka porwały mnie od pierwszych linijek.

Styl, jakim posługuje się Burnett, jest bardzo przystępny i przyjemny dla oka przeciętnego czytelnika - choć myślę, że to nic szczególnego, jeśli mówimy o literaturze stricte dziecięcej. Szczerze nie wyobrażam sobie trudniejszego języka w tego typu powieści - maluchy miałyby problem ze zrozumieniem treści, a w obecnej formie mają wszystko podane na tacy. Także i mnie, osobę dorosłą, to urzekło. Naprawdę potrzebuję teraz łatwych fabuł, czegoś, co się szybko czyta. I tu to otrzymałam.

Bohaterowie są doskonale  nakreśleni, właściwie nie da się obok żadnego z nich przejść obojętnie, nie odczuwać niczego. Hrabia to, powiedzielibyśmy dzisiaj potocznym językiem, burak i zgorzkniały egoista, zaś jego wnuczek... dziecko idealne. Piękne, niby skore do psot, a jednak umiejące się zachować, miłe, rozmowne, uczynne. Kto by go nie lubił? Nawet ja bym nie dała rady, choć ogólnie mój stosunek do dzieciaków nie jest za dobry.

Bardzo podobało mi się ukazanie tego, jak dobroć jednego człowieka może zmienić inną osobę - taką, która kieruje się zupełnie innymi wartościami, nie dostrzegając czasem naprawdę istotnych spraw. Uważam, że to bardzo ważny morał - powinniśmy być w porządku wobec świata i ludzi, bo być może pokażemy komuś, że można żyć inaczej, lepiej. Poza tym - fajnie jest pomagać. Przyjemnie patrzy się na to, jak dzięki nam komuś funkcjonuje się łatwiej.

Jedyne, co mnie denerwowało w przedmiocie dzisiejszego wpisu, to regularne przypominanie, jaki uroczy pod względem urody był lord Fauntleroy. Nie jestem w stanie zrozumieć, po co wspominać o tym raz za razem, dla mnie to tylko i wyłącznie pisanie po to, by pisać, by zapełniać kolejne linijki. Niedobrze.

Ogólnie jednak...
Nie mam się do czego przyczepić na poważnie, więc wystawiam cztery gwiazdki. Mały lord to klasyka, którą powinien poznać każdy - bez względu na wiek, przekonania i inne czynniki. Powieść ma szansę trafić do każdego, trzeba tylko wgłębić się w tekst.

21.11.2014

Kolumna dyskusyjna: piszę bloga o książkach - czy zawsze muszę je wychwalać?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Ostatnimi czasy coraz rzadziej czytam recenzje - lub, jak kto woli: opinie - na blogach książkowych. Powody mam różne. Głównie winę za obecny stan rzeczy ponoszą zaczęte przeze mnie miesiąc temu studia, które pochłaniają ogrom mojego czasu. Nie ukrywam jednak tego, że kiedy już chwilę znajdę, raczej na blogi nie zaglądam, a jeśli już, to czytam raczej te luźniejsze posty, dyskusyjne, bo... o książkach czytać mi się nie chce. W blogosferze książkowej stan zasłodzenia osiągnął już jakiś czas temu taki poziom, że tego się nie da ogarnąć rozumem. 

Znaczy, ja rozumiem. Wszystko jest kwestią gustu, co dla mnie jest perełką, dla kogoś innego może być gniotem i na odwrót. Rozumiem to i toleruję, akceptuję, że ktoś ma inne zdanie. Przyznaję też bez bicia, o czym być może już wspominałam, że z nowościami czytelniczymi jestem nieźle na bakier, więc często nie wiem o czym mowa, nie jestem w stanie sprawdzić, czy naprawdę język jest tak przystępny, kwiecisty, czy jaki tam jeszcze... Ale, na litość boską, ja miałam już niejednokrotnie przyjemność natrafić na stronę, na której były publikowane same laurki. Wszystko było wspaniałe, z każdą pozycją autor takiego internetowego kącika ma świetne wspomnienia, ani jednego złego słowa (chociażby o okładce, że kolory brzydkie albo font nie taki!) nie uświadczysz. Ileż można czytać coś takiego? Wierzycie w wiarygodność takiego blogera? Ja nie. Rację miał Jarek Czechowicz w tekście, który wiele osób - w tym ja sama - skrytykowało, bo za bardzo bił w osoby publikujące swoje pisaniny w sieci. Tak, moi drodzy - o ile blog nie jest dla Was li i jedynie odskocznią od szarej codzienności, jeżeli zależy Wam na tym, by szlifować styl, to nic nie  nadaje się do tego lepiej niż teksty krytyczne. Warto o tym pamiętać. Pisanie psalmów pochwalnych na dłuższą metę nam nic nie da, czasami trzeba się trochę poznęcać nad jakąś pozycją, naturalnie - bez przesady. Tylko wiecie co? Mnie bardziej od samego zjawiska masowego chwalenia wszystkiego co popadnie interesuje to, skąd ono się wzięło i dlaczego jest w ogóle w sieci obecne.

Naturalnie, pierwsze co mi przyszło na myśl, to te całe współprace z wydawnictwami. Ja tej mody nie rozumiem, sama wolę sobie załatwiać książki, które przeczytam i o których Wam napiszę, ale jak kto woli. W każdym razie, wydaje mi się, że niektórzy blogerzy nawet czasami by chcieli powiedzieć coś nie do końca pozytywnego, ale się boją reakcji tych dobrodziejów, dzięki którym mają pozycje za darmo, zwłaszcza że czasem to są egzemplarze jeszcze nie do kupienia, nowe. Zresztą - ile ja sama się nasłuchałam i naczytałam historii, że ktoś coś tam skrytykował, z kulturą, ale powiedział, że coś było w jego opinii złe, a konsekwencją było zerwanie współpracy, odcięcie dopływu darmowych czytadeł! Ba, żeby tylko to - pamiętacie aferę z wydawnictwem Novae Res? Tu już była groźba, że sprawa znajdzie swój finał w sądzie. No właśnie. Ja się nie dziwię, że się ludzie boją odezwać jak sprawa ma się tak a nie inaczej, ale... czy nie lepiej w takim razie nie zamykać sobie samemu ust i we własnym zakresie docierać do tego, co się chce czytać? Przecież, oprócz księgarni, istnieją jeszcze biblioteki, nie płacimy za wypożyczenia. Można więc powiedzieć, że kasę, którą zaoszczędzamy, zamieniamy jedynie na sam wysiłek dojścia do wypożyczalni i sięgnięcia na półkę. Ale nie, sporo osób nadal się opiera. Szkoda.

Można obawiać się też czegoś innego - reakcji autorów. O ile w przypadku tych zagranicznych nic nam nie grozi - ręka w górę, kto wierzy, że na jego bloga zajrzy kiedyś Stephen King i jak zobaczy, że coś się nie podobało, to ześle na autora strony wszelkie plagi egipskie i osobiście się postara, żeby te straszne historie, które wymyśla, wydarzyły się naprawdę - o tyle z naszymi rodzimymi pisarzami mamy problem. Krępujemy się, bo jak napiszemy złe słowo, on może je przeczytać, ba, skomentować też ma możliwość. I czasami rzeczywiście przekonujemy się, że te lęki wcale nie są nieuzasadnione. Chociaż osobiście uważam, że to, że ktoś nie potrafi znieść krytyki, to wyłącznie jego sprawa. W skrajnych przypadkach taka osoba powinna znaleźć inne zajęcie w życiu, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie spodoba to, co robimy, a nie możemy nikomu zakazać się odzywać.

W to, że ktoś natrafia na same arcydzieła literatury i absolutnie nigdy go to szczęście nie omija - przepraszam, ale nie wierzę. Tak samo jak ufam - być może bardzo naiwnie - w to, że nie ma na świecie osób, które by nie zauważały takich podstaw jak chociażby zbyt prosty styl, liczne powtórzenia. Nie dołujcie mnie. Powtarzające się kilkaset razy słowo widzi każdy, i chyba większość z nas jest w stanie wysnuć wniosek, że autor ma ubogi zasób słownictwa, a z tego rodzi się kolejna konkluzja - cholera, to źle świadczy o piszącym? No jesteście w stanie to zrobić czy nie? Inteligentni jesteście przecież. 

Oczywiście - istnieje jeszcze możliwość, że ktoś ma po prostu taki pomysł na bloga. Że pisze tylko o tych książkach, które mu przypadły do gustu. Tylko że warto byłoby, gdyby takie osoby zamieściły gdzieś w widocznym miejscu informację, że tu, na tej stronie wszystko jest piękne i różowe. Bo ja na przykład się męczę, jeśli za dużo dobrego widzę, a taka adnotacja pozwoliłaby mi po prostu szybciej zamknąć przeglądarkę i poszukać innych adresów.

Tak więc, ode mnie na koniec apel: kochani, nie obawiajcie się pokazywać rzeczywistości taką, jaka ona jest. Nikt Wam za kulturalne powiedzenie prawdy krzywdy nie zrobi. Do biblioteki możecie iść zawsze. Tylko, na litość boską, uświadomcie sobie, że czasem coś jest naprawdę słabe i nie ma co oszukiwać siebie i innych, że tak nie jest. A czasem kuleje tylko jakiś element, co ładnie można wpleść w ogół pozytywnej recenzji. Zrozumcie, że nie istnieje ani jeden powód, dla którego powinniście zatracać swoją wiarygodność! Na dzień dzisiejszy my, blogerzy, mamy jednak sporo do powiedzenia, nawet jeśli czytamy sami siebie wzajemnie, to jednak polecamy i odradzamy różne tytuły - róbmy to z głową i nie okłamujmy innych. Wszak chyba nikt z nas nie chciałby, by polecono mu chłam, prawda? Wcielmy więc w życie zasadę nie rób drugiemu co tobie niemiłe. Będzie fajniej. Serio.

A czy Was denerwuje wylewanie hektolitrów lukru na co drugą książkę? Wierzycie w 100% w te wszystkie ochy i achy? Jak myślicie - skąd to się bierze?

15.11.2014

E. L. James "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: E. L. James
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 606

Witaj w świecie perwersji...

Anastasia Steele to młoda studentka. Dotychczas w jej życiu sprawy uczuciowe praktycznie nie istniały, sama dziewczyna przyznawała, że nie spotkała tego kogoś, przez kogo serce zaczęłoby mocniej być. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dnia, w którym bohaterka w zastępstwie swojej chorej przyjaciółki musi przeprowadzić wywiad z młodym, bogatym przedsiębiorcą. Przedsiębiorcą, który jest tak przystojny i tajemniczy, że Ana nie jest w stanie nie zwrócić na niego uwagi. Wiele wskazuje na to, że zainteresowanie jest obustronne, ale wszystko komplikuje się, kiedy Steele zaczyna poznawać prawdziwą naturę i niecodzienne upodobania Christiana Greya...

Jestem idealnym przykładem na to, że studia potrafią czasami nieźle namieszać w głowie i uwstecznić człowieka. Mam w planie zajęć tak zwany przedmiot-zapychacz, a warunkiem jego zaliczenia jest wygłoszenie referatu na wybrany przez siebie temat. I tak, kochani, żeby było śmiesznie, żeby zrobić coś z jajem, zdecydowałam, że wezmę się za opracowywanie fenomenu bestselleru jakim jest Pięćdziesiąt twarzy Greya. Dzisiaj już wiem, że następnym razem milion razy się zastanowię, uderzę głową w coś twardego, zanim porwę się na taką głupotę. 

Naprawdę myślałam, że przeczytanie tej pozycji jakoś mi pomoże. Że wpadnie mi do głowy chociaż jakiś zarys tego, co powiem, plan wypowiedzi, cokolwiek. Ale nie. Jedyne, co mogę powiedzieć po lekturze tego dzieła to to, że teraz jeszcze bardziej nie rozumiem, jak takie coś mogło zdobyć popularność i cieszyć się tak wielkim uznaniem.

Znaczy, OK, autorce trzeba przyznać jedno - posługuje się językiem, który jest łatwy i w miarę przyjemny w odbiorze dla przeciętnego czytelnika (huh, powinnam napisać: przeciętnej czytelniczki? Halo, czy jest tu jakiś mężczyzna, który przedmiot dzisiejszego wpisu czytał?). Tylko że cała reszta woła o pomstę do nieba. A w niebie wszyscy święci robią zbiorowego facepalma. 

Fabuła, moi drodzy, jest tak prosta, że aż śmieszna: ona - młoda, głupia, niedoświadczona i on - nieco starszy, dużo bogatszy i nieporównywalnie bardziej ma nierówno pod sufitem. Idźmy dalej: on zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest normalny i próbuje ją ostrzec przed samym sobą, a ona na to nie zważa i leci jak ćma do ognia. Na Boga, ta dziewucha jest tak naiwna, że nawet umowa, w której z dość obrzydliwymi szczegółami opisane są wymagania Greya odnośnie ich ewentualnej relacji seksualnej (a zwłaszcza jej roli w tym chorym układzie!), nie za bardzo ją wzrusza. Ana się boi, ale Ana podświadomie wie, że i tak w to bagno wejdzie. Bo on przecież jest taki seksowny i zagadkowy. Anę oburzają niektóre zachowania Christiana, ale przecież nie zdobędzie się na to, by zdecydowanie się sprzeciwić, bo Grey odejdzie, a drugiego takiego ze świecą szukać! Ludzie, pomóżcie mi: ja mam się teraz śmiać czy płakać? 

Tak całkiem na serio, to jedynym bardzo pozytywnym aspektem całej powieści jest to, że wzbudzała we mnie emocje. Strona po stronie, kartka za kartką byłam na przemian albo znużona - wciąż powtarzającymi się scenami erotycznymi, które były do siebie tak podobne, że aż zlewały się w jedno - albo wkurzona idiotyzmem głównej bohaterki - bo naprawdę nie rozumiem, jak można nie mieć na tyle mózgu, żeby się godzić na coś takiego - albo śmiałam się do rozpuku. A wiecie, z czego tak się śmiałam? Z wewnętrznej bogini Anastasii. Tej pociesznej istotki, która co i rusz robiła salta, była wredna, czasem tylko siedziała cicho. Naprawdę, te opisy były tak rewelacyjne, że głowa mała! 

Potencjał widziałam też w historii ciężkiego dzieciństwa Greya. Mężczyzny, który jako chłopiec przeżył traumę i dlatego jest jaki jest. Ale przecież pani James nie rozwinie tego jedynego ciekawego wątku dalej, bo woli się skupić na opisywaniu pieprzenia się. W pewnym momencie miałam wrażenie, że ona po prostu nie miała pomysłu, jak rozwinąć ten motyw dalej, dlatego przedstawiła tylko ochłapy informacji, a reszty się, człowieku, sam domyślaj. Bardzo źle, oj bardzo.

Całość, mimo niewymagającego wysiłku stylu autorki, czytało mi się bardzo trudno, a przede wszystkim - długo. Częściowo składam to na karb obowiązków, ale fakt jest faktem - kiedy już chwilę czasu na książkę znalazłam, czytać mi się nie chciało. Miałam świadomość, że nie znajdę tutaj nic odkrywczego, interesującego, a tym bardziej, że nie kryje się tutaj odpowiedź na pytanie - gdzie tu fenomen. Widzę, że to pytanie bardziej filozoficzne, niż myślałam. Nad tym trzeba podumać dużo dłużej. No to dumam. Może na coś wpadnę. Może. 

A tymczasem...
Dzisiaj torturami (hehe, ale wpasowałam się w tematykę!) nie zmusicie mnie do podniesienia oceny. Jest tragicznie. Chwilami śmiesznie, raz na milion stron ciekawie, ale tragicznie. Nie przychodzi mi do głowy żadna grupa osób, której mogłabym Pięćdziesiąt twarzy Greya polecić. A, nie, już wiem - masochistom się spodoba. Niewyżytym seksualnie chyba też.

01.11.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - październik 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Uff, pierwszy miesiąc studiów za mną. Już teraz jest ciężko, czasu wolnego dużo mniej, ale na razie jeszcze daję radę znaleźć chwilę i na przyjemności - i niech to trwa jak najdłużej, choć wiem, że przyjdzie moment, kiedy stopniowo zacznie się robić coraz gorzej i trudniej. Mam nadzieję, że Wy, również studenci bądź uczniowie czy osoby pracujące, trzymacie się równie dobrze. Tyle tytułem wstępu.
Zaczynamy głosowanie na książkę października 2014. Do wyboru macie jedną spośród trzech możliwych opcji. Innych zasad zabawy nie przypominam, bo je znacie. A jak nie znacie, to poszukajcie.

Głosowanie trwa od dziś, 1.11.2014, do 8.11.2014 do godz. 23.59!