30.09.2014

TOP 5: najważniejsze książki mojego życia


Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Długo siedziałam i zastanawiałam się, o czym napisać w ostatnim poście zaplanowanym na wrzesień - nie zdążyłam przeczytać książki, więc automatycznie pomysł na wpis uciekł. I wymyśliłam coś bardzo prostego, ale fajnego.
Zazwyczaj nie patrzę przychylnie na wszelkiego rodzaju zabawy i łańcuszki, które - jak już się pojawią - czają się na człowieka w każdym kącie Facebooka. Aż do momentu, kiedy moim oczom ukazało się wyzwanie: wymień 10 najważniejszych dla ciebie książek. Oczywiście - kiedy sama zostałam nominowana, kilka razy odmówiłam udziału, twierdząc, że to jest za trudne do zrobienia, że czytam zbyt wiele, by wybrać z całą pewnością kilka tych absolutnie najlepszych. Po czasie jednak pomyślałam - cholera, dlaczego chociaż nie spróbować, nie zrobić przeglądu tego, co miałam w rękach? Bardzo łatwo jest przecież wskazać te pozycje, które były kompletnymi porażkami, więc na odwrót - jest trochę ciężej, ale jakby się zastanowić, to... da się. Podumałam jakiś czas, po czym opublikowałam swój ranking na tablicy. A dziś przedstawię go szerszej publiczności, czyli Wam. Tym bardziej, że znowu go trochę zmodyfikowałam, przede wszystkim - zmieniając liczbę z 10 na 5. Przed Wami...

5 najważniejszych książek mojego życia

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Harry Potter i Kamień Filozoficzny to książka szczególna, wyjątkowa, taka, której mogę nie lubić, mogę ją po latach uznać za głupią, ale sentyment do niej będę miała zawsze. Bo to właśnie ona była pierwszą pozycją, jaką za dzieciaka przeczytałam samodzielnie. To jej zawdzięczam wejście do magicznego świata literatury, miłość do tych prostokątów składających się z ogromnej ilości papieru.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Tak, to prawda. Dziś zachowanie rudowłosej Ani mnie denerwuje, ale kiedy byłam małą dziewczynką, perypetie tej sierotki przysporzyły mi sporo radości. A wesołe, fajne dzieciństwo jest ponoć bardzo ważne dla każdego człowieka. W sumie - prawda, nie ma jak dobry start. Tak więc, jakiego stanowiska nie miałabym na temat powieści Montgomery dzisiaj, na pewno nie mogę zapomnieć o tym, że kiedyś zrobiła ona dla mnie dużo dobrego.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Jakże bym mogła na tej liście nie umieścić losów Pollyanny? Zawdzięczam jej ważną rzecz: ta fikcyjna postać nauczyła mnie, że zawsze, w każdej sytuacji trzeba przynajmniej spróbować znaleźć coś, z czego można się cieszyć. To bardzo pomaga w życiu codziennym, sprawia, że człowiek nie jest tak markotny. 

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzięki Jodi Picoult i jej dziele Bez mojej zgody w moim życiu zaczął się okres czytania publikacji o cięższej, życiowej tematyce. Nie wyobrażam sobie przejścia obok takich lektur obojętnie, bez emocji, bez zastanowienia się nad danym problemem. A ja lubię, jak mnie autor na chwilę zatrzyma i każe pomyśleć.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Ktoś mógłby powiedzieć: ale zaraz, dlaczego kryminał miałby być jedną z najważniejszych książek czyjegoś życia? Przecież ani nie zmusza do przemyślenia własnego systemu wartości, ani nie zostaje z nami na dłużej, kompletnie nic. Ale robi coś innego. Czytając skomplikowaną, jeśli chodzi o fabułę, historię z - przykładowo - morderstwem w tle, automatycznie zastanawiamy się, kto zabił, prawda? Wytężamy umysł, by domyślić się rozwiązania. Bardzo lubię takie zadania. No i Morderstwo w Orient Expressie to pierwszy kryminał, który przeczytałam. I od niego zaczęła się moja fascynacja tym gatunkiem. Bo to właśnie on pociąga mnie najbardziej.

A jakie książki spełniły szczególną rolę w Waszym życiu?

28.09.2014

Clive S. Lewis "Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Clive S. Lewis
Tytuł: Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa
Tytuł oryginału: The chronicles of Narnia. The lion, the witch and the wardrobe
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Cena: 15,99 zł
Liczba stron: 182

Walka dobra ze złem...

Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja to czwórka rodzeństwa. Rodzice wysłali ich na wieś, do domu Profesora, by uchronić ich przed niebezpieczeństwem czyhającym w bombardowanym Londynie. Okazuje się, że w nowym miejscu zamieszkania jest wiele miejsca do zabawy, co cieszy tym bardziej, że pogoda nie sprzyja wycieczkom po okolicy. Kiedy dzieci bawią się w chowanego, najmłodsza z nich, Łucja, odkrywa tajemniczą, starą szafę. Szafę, która jest nie tylko wiekowa, ale i magiczna. To przejście do innego świata, do kraju zwanego Narnią, gdzie zawsze jest zima, za to nigdy nie ma Bożego Narodzenia, a nad wszystkim czuwa tam zła Czarownica. Początkowo bracia i siostra nie wierzą dziewczynce, gdy ta opowiada im, co rzekomo odkryła, uważają, że to zwykłe bajki opowiadane przez kilkulatkę z nudów. Z czasem jednak przekonują się, że to nie były żadne bujdy. Sami trafiają do Narnii, a sytuacja szybko zmusza ich do podjęcia walki ze złymi rządami...

Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa to przedostatnia książka, którą przeczytałam w ramach powrotu do lat mojego dzieciństwa i wczesnego -naście.

Musicie wiedzieć jedno: nie cierpiałam tej historii w dzieciństwie strasznie. Już wtedy odczuwałam niechęć do fantastyki, więc gadające zwierzęta i zaczarowana kraina, którą można znaleźć, wchodząc do szafy, to nie było coś, co zapierało mi dech w piersiach, raczej - śmieszyło i żenowało. W sumie tak sobie teraz myślę, że to podejście dziwne jak na dzieciaka. Przecież maluchy lubią takie cuda, nie? No ale - ja zawsze byłam specyficzna. 

Za ponowne poznawanie tej powieści wzięłam się z lekkim wahaniem, a nawet niechęcią. Nadal nie lubię wszystkiego, co zaczarowane, paranormalne, więc wyszłam z założenia, że nie ma co się łudzić, że mój odbiór tej książki wypadnie tym razem inaczej. Od początku byłam nastawiona sceptycznie i pogodziłam się z tym, że przebrnę przez to ustrojstwo z mniejszym lub większym bólem, odłożę je półkę, a potem wyżalę się Wam, jak bardzo poszarpane mam nerwy.

Ale wiecie co? Nic takiego się nie stało. Mimo że od zamknięcia tego tomiszcza minęły już dobre dwa dni, ja nadal nie mogę wyjść z szoku i zastanawiam się, co się właściwie stało.

Bo tym razem przepadłam. Od pierwszych stron wsiąknęłam wręcz w świat wykreowany przez Lewisa i nie mogłam się z niego wyrwać. 

Pierwszy raz, podczas pokonywania coraz to dalszych stron, miałam wrażenie, że nie czytam opowieści, tylko jej słucham. Linijka za linijką autentycznie słyszałam w głowie ciepły głos dobrego dziadka, który opisuje ukochanemu wnukowi ten zaczarowany świat, losy mieszkających w nim zwierzątek i walkę dobra ze złem. To niesamowite, świetne uczucie. Zwalam to na karb stylu, jakim posługiwał się autor.

Język, którym została spisana całość, jest dostosowany do najmłodszych czytelników - prosty, niewymagający, niezwykle plastyczny. Dzięki temu lektura nie zabiera dużo czasu, a wręcz przeciwnie, mija błyskawicznie i możliwe, że kogoś dopadnie uczucie niedosytu. Jak to dobrze, że Opowieści z Narnii to cała seria powieści, nie trzeba się z nią tak szybko rozstawać - to ogromny plus, jeśli ktoś polubił bohaterów.

Żeby nie było tak kolorowo, teraz troszkę o wadach. Ale niedużo.
Pierwszy zarzut, jaki mam - okładka. Brawo dla tych, którzy ją stworzyli, za zerowy poziom kreatywności. Gdzieś już kiedyś pisałam - nie lubię, kiedy na oprawie widnieją podobizny bohaterów, tym bardziej, jeśli tytuł doczekał się ekranizacji. Powoduje to, że nie możemy się wysilić i wyobrazić sobie, jak wyglądają poszczególne postaci, bo wszystko mamy podane na tacy. A przecież książki mają też wpływać na rozwój wyobraźni, prawda?

Drugie "ale" jest bardzo podobne. Nie wiem, czy to jest we wszystkich wydaniach, w każdym razie - u mnie są fotosy z filmu. Ludzie, serio? Po co to? Żeby nie było za krótko? Poza tym - jeśli już taki dodatek musi być, to wolałabym, by był na samym końcu, nie w połowie. Wkurzyło mnie to, że jedna ze stron skończyła się przecinkiem, a dalej już były zdjęcia, żeby poznać dalszy ciąg zdania, musiało się przenieść około 10 stron do przodu. Totalnie niepomyślany rozkład.

Wystawiam...
Ocenę bardzo dobrą. Jedną gwiazdkę odejmuje za wymienione wyżej, choć mało znaczące, defekty. Sama fabuła zasługuje na szóstkę z plusem. Jestem naprawdę szczerze zdumiona tym, że książeczka dla dzieci może do człowieka trafić dopiero wtedy, kiedy ten jest dorosły. I myślę, że za jakiś czas postaram się o resztę tomów z cyklu.

24.09.2014

Meg Cabot "Dziewczyna Ameryki"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Meg Cabot
Tytuł: Dziewczyna Ameryki
Tytuł oryginału: All American Girl
Wydawnictwo: Amber
Tłumaczenie: Edyta Jaczewska
Cena: 19,80 zł
Liczba stron: 199

Kiedy jeden czyn zmienia całe nasze życie...

Samantha Madison jest nastolatką wiodącą zwyczajne życie. Jako środkowe dziecko, musi nosić ubrania po starszej siostrze - włącznie ze stanikami! - i znosić geniusz młodszej. Jakby tego było mało, rodzice czepiają się niewystarczająco wysokich stopni z niemieckiego, a najstarsza z rodzeństwa ma super faceta, na którego nie zasługuje, a który podoba się Sam. Wszystko zmienia się tego dnia, w którym dziewczyna decyduje się uciec z lekcji rysunku, na które posłała ją matka, widząc, że córka, zamiast się uczyć, wykonuje portrety dla koleżanek i czasami zdarza się jej brać za to pieniądze. To właśnie wtedy bohaterka staje się świadkiem próby zamachu na życie prezydenta. Zamachu, który udaremniła...

Wiecie co? Kiedy byłam w przedziale wiekowym mniej więcej 10-15 lat, miałam kompletnego hopla na punkcie twórczości Meg Cabot. Zaczęło się, jak chyba u każdej dorastającej dziewczynki, od Pamiętnika księżniczki. Rany, jaka to była radość, kiedy w bibliotece udało mi się dorwać którąś część! A jak mnie to wszystko bawiło! No, a potem przyszedł czas na Dziewczynę Ameryki. Wprawdzie podobno są dwie pozycje z tego cyklu, a ja znam tylko jedną, ale co z tego? Wtedy zdecydowanie nie obchodziło mnie, czy kończę zaczętą serię, czy mam jeden tytuł na własność, a resztę z wypożyczalni i tak dalej. Liczyło się to, żeby opowieść przeczytać. A dziś postanowiłam, że odświeżę sobie historię Samanthy, w ramach mojej własnej podróży do lat dzieciństwa i wczesnego -naście.

Co mogę powiedzieć? Całość pochłonęłam na jeden raz. Przypomniałam sobie, dlaczego kiedyś ta powieść zdobyła moje serce: bo jaki dorastający człowiek nie chciałby stać się kimś niezwykłym? Jaki nastolatek mający rodzeństwo, nie prowadzi z nim mniejszych lub większych wojen? A pierwsze zainteresowanie płcią przeciwną? Przecież to wszystko ma miejsce właśnie wtedy. I o tych wszystkich sprawach możemy przeczytać w Dziewczynie Ameryki.

Naturalnie, mimo wszystko - czuję, że z tego już wyrosłam. Rozumiem, dlaczego kiedyś poznawałam losy Sam z wypiekami na twarzy, ale czas zrobił swoje i teraz lekturze nie towarzyszyły niemal żadne emocje, a już na pewno nie gwałtowne. Całość pokonałam błyskawicznie, w zaledwie kilka godzin, lecz właściwie tylko dlatego, że styl Cabot do wyszukanych nie należy, a ja sama akurat nie miałam nic ciekawszego czy pilniejszego do roboty. A jak się ma wolną chwilę i książkę pod ręką, to się czyta, prawda?

Jeśli chodzi o postaci, denerwowała mnie Lucy - najstarsze dziecko Madisonów. W moim otoczeniu ludzi jej pokroju nazywa się pustymi lalkami. Rebbeca, bodajże jedenastoletnia, też działała mi na nerwy. Co ja na to poradzę, nie lubię małych mądrali, a jej nie umiem inaczej określić. Za to tytułowa dziewczyna Ameryki? Niby młodziutka, a jednak poukładana, miała swoje jakieś tam poglądy i ideały, których starała się trzymać. Mimo rozterek typowych dla swojego wieku, bardzo ją polubiłam i miałam nadzieję, że wszystko ułoży się tak, by żyło się jej jak najlepiej.

Tak siedzę i myślę: cholera, ale mi kiedyś mało potrzeba było do szczęścia. Zwyczajna, nieskomplikowana fabuła, prosty język i ja byłam już zadowolona. Myślę o tym równocześnie z sentymentem i lekkim wstydem. Chociaż czasami fajnie tak powspominać, co było kiedyś, ja wolę siebie z teraźniejszości, nie chciałabym być znowu dzieckiem, jeśli mój gust miałby być znowu tak niewyrobiony i nijaki. 

Temu wspomnieniu daję...
Trzy gwiazdki. Za lekkie pióro autorki, za to, że przypomniałam sobie, jakie wrażenia dopadły mnie w związku z Dziewczyną Ameryki w przeszłości i za to, że jednak kilku bohaterów wzbudziło we mnie jakieś emocje. Nie było najgorzej, ale jednak to już nie to, co było kiedyś. A przecież są historie, które potrafią ująć za serce na nowo, ilekroć się po nie sięga...

22.09.2014

Irena Jurgielewiczowa "Inna?"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Irena Jurgielewiczowa
Tytuł: Inna?
Tytuł oryginału: Inna?
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 20 zł
Liczba stron: 247

Kiedy nigdzie nie pasujemy...

Danka jest wychowanką domu dziecka. Trafiła tam, gdy - kiedy była jeszcze całkiem mała - jej rodzice zginęli w wypadku. Święta Bożego Narodzenia zwykle spędza w internacie z koleżankami i opiekunami lub w domu "babci Domańskiej", jedynej bliskiej jej osoby. Kiedy jednak ta choruje i nie może przyjąć u siebie dziewczynki, postanawia poprosić o przysługę koleżankę. I tak sierota dostaje zaproszenie na święta do Jurocina, w którym mieszka Marian z rodzicami, a w takie specjalne okazje pojawia się tam również Julek, jego brat cioteczny. Bohaterka przyjeżdża do nowego miejsca, co nie jest komfortowe ani dla niej, ani dla ludzi, którzy postanowili ją ugościć. Nastolatka niepewnie czuje się z obcą rodziną, jednak za wszelką cenę próbuje się przyzwyczaić do nowej sytuacji. Być może wszystko stopniowo ułożyłoby się pomyślnie, ale perspektywa przyjazdu tajemniczego Zenka i poczucie, że jest inna, gorsza, wcale Dance nie pomaga... 

Inną? Ireny Jurgielewiczowej po raz pierwszy przeczytałam cztery lata temu. Oczywiście, jej treść umknęła mi przez ten czas z pamięci, mimo to kojarzę jedno: że po skończeniu lektury pomyślałam, że może nie było najgorzej, lecz spodziewałam się czegoś innego, lepszego, bardziej dopracowanego, a co za tym idzie - wciągającego bez reszty. Postanowiłam: spróbuję przysiąść do niej jeszcze raz, zobaczyć, może zmienił mi się odbiór tej historii, w końcu i tak mam przecież w planach krótki powrót do książek z lat dzieciństwa i okresu wczesnego -naście. Tak więc wczoraj wzięłam się za ponowne poznawanie świata wykreowanego przez autorkę, od początku mając nadzieję, że teraz będzie lepiej, w tekście odkryję coś, czego nie widziałam, kiedy miałam niecałe 16 lat.

Niestety, jeśli liczyłam na odkrywanie jakichś prawd życiowych, których miałam prawo nie widzieć, a tym bardziej - nie rozumieć - wtedy, to spotkał mnie ogromny zawód. Bo wrażenia mam znacznie gorsze niż za pierwszym razem. Ale po kolei.

Już od pierwszych stron wyczułam dziwny klimat powieści, coś mi tu nie pasowało. OK, jestem w stanie przyznać bez bicia - może chodzi o czas, w którym rozgrywa się akcja. Zima. Okres przedświąteczny. Coś, co mnie co roku doprowadza do szału i nie potrafię wyciszyć tej niechęci nawet na potrzeby przeczytania opowieści.

Z czasem zaczęłam odkrywać kolejne wady. Irytujący bohaterowie. Bezczelny smarkacz Julek, który ciągle wrzeszczy i próbuje postawić na swoim. Choć przyznam, że jego ślepa wiara w Zenka, widzenie w tym koledze wzoru do naśladowania było nawet urocze, mimo to - dzieciak działał mi na nerwy. Idźmy dalej. Odpychająca Danusia, wybuchająca w najmniej oczekiwanych momentach. Ja rozumiem - nie miała w życiu łatwo, żaden to jednak powód, by miała odpychać od siebie ludzi, którzy chcą okazać jej życzliwość. Tak, wiem, w życiu rzeczywistym każdemu z nas zdarza się tak zrobić, choć nie uważam, żeby było ku temu jakieś sensowne usprawiedliwienie. Marian też był jakiś dziwny, jakby apatyczny, mimo wszystko ze wszystkich wypadający najlepiej.

Fabuła? Nudna. Przewidywalna. Cały czas czekałam, żeby stał się jakiś przełom, coś, czego się nie spodziewałam, co mnie wbije w fotel - i robiłam to na marne. Przez te ponad 200 stron nie wydarzyło się nic, przez co mocniej zabiłoby mi serce. 

Kiedyś o przedmiocie dzisiejszego wpisu przeczytałam gdzieś, że jest to doskonała powieść psychologiczna (...). Pytam - gdzie, z której strony? Może można by było tak powiedzieć, gdyby historię opowiadały ze swojego punktu widzenia wszystkie postaci albo chociaż jedna Danka. Tak nie było, toteż sądzę, że takie słowa to wielkie nadużycie. Ponadto - zachowania takie jak Julka, Danki czy Mariana dostrzeżemy w pierwszej lepszej osobie przechodzącej trudny okres dojrzewania. Jurgielewiczowa nie zrobiła nic więcej, tylko odtworzyła suche fakty, nie wgłębiając się w problematykę nastolatki, która nie ma nikogo, która uważa, że nigdzie nie pasuje. A szkoda, bo to posunięcie naprawdę mogłoby przynieść duże korzyści.

Wszystkie te minusy sprawiły, że chociaż styl autorki jest lekki i przystępny, lektura nieznośnie wręcz mi się dłużyła. Niby kartka po kartce przewracałam dość szybko, a jakbym cały czas stała w miejscu. Naprawdę, myślałam, że nigdy tego nie skończę. Bardzo się cieszę, że jednak udało mi się tego dokonać.

Dziś...
Lekkie pióro to za mało, by uniknąć najniższej oceny. Mówię to z żalem, ale czuję, że zmarnowałam czas na ten powrót do przeszłości. 

20.09.2014

Krystyna Siesicka "Zapałka na zakręcie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Krystyna Siesicka
Tytuł: Zapałka na zakręcie
Tytuł oryginału: Zapałka na zakręcie
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 182

Kiedy błędy z przeszłości kładą się cieniem na nasze obecne życie...

Mada jest nastolatką. Poznajemy ją w momencie, kiedy - szósty już raz z rzędu - przyjeżdża do miejscowości Osada, by spędzić tu wakacje. Z pozoru wszystko jest takie samo jak zawsze. Widoki. Paczka znajomych. Sposoby spędzania wolnego czasu. A jednak ten wyjazd z czasem zaczyna różnić się od poprzednich. Bo bohaterka poznaje Marcina. Chłopaka, który jest inny od swoich rówieśników. Chłopaka tajemniczego, trzymającego się na uboczu, niechętnie opowiadającego o sobie. Dziewczyna wie tylko jedno - nowy znajomy nie został dopuszczony do matury i musi powtarzać rok. Mimo to - zakochuje się w nim. Wydaje się, że to tylko szczenięca, letnia miłość, jednak przypadkowe spotkanie tych dwojga w Warszawie, już w czasie roku szkolnego, uświadamia młodym, że to nie było nic przelotnego. Uczucie zaczyna kiełkować na nowo. A Mada nadal nie może odkryć sekretu ukochanego...

Wczoraj uświadomiłam sobie, że zostały mi same ochłapy wakacji. Już 30 września mam inaugurację roku akademickiego, a 2 października prawdopodobnie odbędą się pierwsze zajęcia. Postanowiłam więc: przeznaczę te ostatnie niecałe 2 tygodnie wolnego na odświeżenie sobie lektur z okresu mojego dzieciństwa i bardzo wczesnego -naście. Na pierwszy ogień poszła Zapałka na zakręcie Krystyny Siesickiej, pozycja, którą jakimś cudem mam w swoich własnych, prywatnych zbiorach, a fabuły której nie pamiętałam w ogóle. 
Muszę przyznać, że do tej książki podchodziłam jak do jeża. Bałam się, że mi się nie spodoba, będę się męczyła, czytając albo że okaże się - jak to było w przypadku Ani z Zielonego Wzgórza - że to kolejny tytuł, z którego wyrosłam i będę go musiała nazwać co najwyżej naiwną, irytującą papką dla dzieci i młodzieży. Powiedziałam sobie jednak: nie przesadzaj, to tylko krótka młodzieżówka, przecież cię nie zabije. I tak zabrałam się za poznawanie świata wykreowanego przez Siesicką.

Matulu kochana, jak ja się cieszę, że moje obawy zostały tylko niespełnionymi obawami.

Przepadłam już po pierwszych stronach powieści. Owszem, fabuła może i jest trochę naiwna, ale w sposób uroczy, a nie rażący po oczach. Bardzo spodobało mi się, że akcja wydarzeń toczyła się - przynajmniej na początku - w okresie wakacyjnym. To tylko wzmocniło magiczne uczucie, które towarzyszy nam przy poznawaniu łapiących za serce historii pierwszych miłostek dorastających ludzi. Styl, lekkość wypowiedzi autorki pozwala na to, by całość pokonać w zaledwie parę godzin, a i tak po zamknięciu tomu jest nam mało. Dobrze, że jest druga część losów bohaterów.

Właśnie, postaci występujące. Typowi nastolatkowie, nie trzeba się zbytnio natrudzić, by znaleźć takich w naszym prawdziwym otoczeniu. I to jest piękne. Powiedzcie sami, nigdy nie znaliście chłopaka mrukliwego, stroniącego od ludzi, dziewczyny, która trochę bawi się osobnikami płci przeciwnej, jest przekorna? Ja takich kojarzę wielu. Świetnie, że Siesicka potrafiła tak wiernie odwzorować osobowości, dzięki temu lepiej się czyta, nie ma się uczucia, jakby piszącego zbyt poniosła fantazja. Chwilami nawet szlag mnie trafiał, kiedy obserwowałam zachowanie Mady względem Marcina i gdybym mogła, potrząsnęłabym nią, wrzeszcząc: idiotko, przestań go zwodzić, bo w końcu chłopak się wścieknie i odejdzie!. W sumie, dziwne, że nie dał sobie spokoju z taką zołzą. Ach, no tak, mówimy o powieści młodzieżowej o nastolatkach, wszystko jasne.
A samego Marcina było mi szkoda. Owszem, kiedyś bardzo nabroił, ale przecież każdy zasługuje na drugą szansę. Zaczynanie wszystkiego od nowa musi być niesamowicie ciężkie i stresujące, zwłaszcza że nie ma się pewności, czy nowe otoczenie zaakceptuje naszą przeszłość i nie będzie to stanowiło problemu w dalszych kontaktach.

Co podobało mi się w narracji - raz widzimy wszystko oczami dziewczyny, potem chłopaka. Super zabieg, umożliwia nam poznanie różnych punktów widzenia, różnych odczuć.

Zapomniałabym! Ogromne brawa dla Siesickiej za morał. Za to, że z jej debiutu literackiego płynie mądrość, która każe nam zastanowić się nad wartościami, którymi się kierujemy, przemyśleć wiele spraw. Jeśli przyłożymy się do lektury, zrozumiemy, że łatwo jest skrzywdzić drugą osobę, pochopnie osądzając, a także trzymając w sekrecie przed bliskimi naszemu sercu nawet najgorszą prawdę o nas samych. Bo to nie do nas należy decyzja. Nie chodzi o to, by pokazać się komuś z tej nieskażonej, najlepszej strony. Chodzi o to, by niczego nie ukrywać i mieć nadzieję, że usłyszymy: dobra, nie jesteś idealny, ale to nie jest ważne, mi i tak na tobie zależy.

No cóż...
Nie mam wielkiego wyboru, muszę wystawić dziś pięć gwiazdek. Nie widzę nic, żadnego powodu, by chociaż tę jedną zabrać - nawet literówek czy błędów innego rodzaju nie zauważyłam. To był uroczy powrót do przeszłości. Polecam każdemu!

18.09.2014

Harlan Coben "Zachowaj spokój"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Harlan Coben
Tytuł: Zachowaj spokój
Tytuł oryginału: Hold tight
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Cena: 24,99 zł
Liczba stron: 447

Próbując dotrzeć do własnego dziecka...

Adam Baye to zamknięty w sobie szesnastolatek. Moglibyśmy powiedzieć: typowy chłopak przechodzący okres dojrzewania. Jednak bohater przeżył traumę - jego kolega popełnił samobójstwo. Właśnie ze względu na tę okoliczność, zaniepokojeni rodzice nastolatka postanowili założyć na jego komputerze program szpiegowski, dzięki któremu na bieżąco będą mogli monitorować zachowanie syna. Nie musieli długo czekać na pierwszy niepokojący sygnał. Wiadomość, którą przeczytali, wyraźnie sugeruje, że Adam może wiedzieć coś na temat śmierci przyjaciela i mieć związek z brutalnym zabójstwem na przedmieściach Nowego Jorku. Jakby tego było mało, rodziną zaczyna interesować się FBI...

Wiecie, ostatnio cierpiałam na coś w stylu kryzysu czytelniczego. Niby książek czekających na przeczytanie w kolejce sporo, a ja męczę się nad jedną, czytam z wielkim trudem około 20 stron, poddaję się, sięgam po inną pozycję i niedługo znów to samo. We wtorek zastanawiałam się, co z tym zrobić, bo przecież nie mogę (no dobra, mogę. Ale rzecz w tym, że wcale nie chcę) zawiesić bloga, dopóki mi się odwidzi, bo nie wiadomo, ile to potrwa. Pojechałam na zakupy. W sklepie zauważyłam stoisko z książkami. Pomyślałam: no nieeee, przecież mam w domu tyle tego. Nic nie kupię. Ale przejrzeć mogę. I początkowo faktycznie, tylko sprawdzałam, co tam w tym stosie było. Aż natrafiłam na Zachowaj spokój Cobena. To było to. Rozwiązanie mojego problemu z lekturą. Odkryłam, że ja po prostu mam dziwną przypadłość - jeżeli stos książek do przeczytania w domu jest duży, jego pokonanie zajmuje dużo czasu, mi te pozycje jakby powszednieją i nie mam ochoty na czytanie żadnej z nich, muszę sięgnąć na coś, czego nie miałam w najbliższych planach. Tak więc przedmiot dzisiejszego wpisu wrócił ze mną do domu. Za jego poznawanie wzięłam się tego samego dnia wieczorem.

Z tym autorem nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Słyszałam jedynie, że pisze świetnie, jego powieści porywają i tak dalej. W związku z tym jego nazwisko trafiło na moją listę pod tytułem absolutnie muszę poznać. Dzięki niebiosom, że okazja nadarzyła się tak szybko.

Co mogę powiedzieć? Historia od pierwszych stron wciągnęła mnie całkowicie. Gdyby nie to, że zaczęłam ją dość późnym wieczorem, pewnie już we wtorek przeczytałabym większą część całości. Nic jednak straconego - odbiłam sobie to wczoraj, na raz dosłownie połykając 250 stron.

Z początku przyznam, było trudno. Wprawdzie, tak jak pisałam, zaintrygowana byłam już na starcie, jednak nie obyło się bez przeszkód. Bardzo przeszkadzało mi to, że było sporo oderwanych od siebie wątków, miałam wrażenie, jakbym poznawała po trosze kilka odrębnych, niezwiązanych ze sobą opowiadań. Co jeszcze należy do minusów wielu motywów - zatrzęsienie bohaterów. Mimo tego, że starałam się z całych sił nie zdekoncentrować, w pewnym momencie zaczęło mi się trochę mylić, kto jest kim i z jakimi wydarzeniami ma związek. Kiedy już przyzwyczaiłam się do tych trudności, próbowałam sama rozwiązać zagadkę. No bo bądźmy szczerzy - moje odczucia moimi odczuciami, jednak wszystko musiało się ze sobą w jakiś sposób łączyć, prawda? Dziwne byłoby, gdyby obok naprawdę ważnych zagadnień znajdowały się takie, które ani trochę nie pasują. 

Koniec końców - nie udało mi się rozpracować tej intrygi. Coben zaserwował nam na koniec taką bombę, która powaliła mnie na kolana. Chyba zrozumiałam w tym momencie, dlaczego w niektórych kręgach nazywają go mistrzem thrillerów. Jedno jest pewne: wcześniejsze zarzuty w stosunku do niego wycofałam. Za bardzo mnie oczarował.

Ach, jeszcze, jeżeli już mowa o mistrzach - nie przypuszczałam, że kiedykolwiek przejdzie mi przez głowę coś takiego, jednak w moich oczach Coben nieco przebija Stephena Kinga, króla horroru. Podczas, gdy ten drugi ma skłonności do gawędziarstwa, przez co wydarzenia rozwijają się leniwie i może to trochę irytować, u tego pierwszego ciągle coś się dzieje. I nie, nie chodzi o to, że jestem kolejną z tych, którzy twierdzą: nie ma wartkiej akcji, nie czytam, bo będę się męczyć (no dobra, może trochę to ma wpływ. Ale tylko trochę!). Bardziej mam na myśli to, że trzymająca w napięciu fabuła, ani chwili spokoju, niewyjaśnione sytuacje - to wszystko człowieka wciąga i nie pozwala oderwać się od książki na dłużej, co idealnie współgra z lekkim, przyjemnym stylem pisania. A chyba nie ma lepszej rekomendacji dla danego autora niż powiedzenie: cholera jasna, przez niego nie zmrużyłam w nocy oka/spędziłam cały dzień przy biurku lub na łóżku, bo nie mogłam się doczekać, by dowiedzieć się, jak zakończy się to, co dla nas przygotował, prawda? Jasne - spokojne historyjki, w których na pozór nic się nie dzieje, też ciekawią i mają swój urok, ale ja chyba wolę dreszczyk emocji. Co nie znaczy, że przestanę teraz czytać Kinga, o nie, tego w planach nie mam. 

Dziś wyjątkowo nie pisnę słowa o bohaterach. Ich losy były na tyle absorbujące, że nie miałam już jak wnikać w to, czy postaci same w sobie zostały dobrze nakreślone. 

Miałam już zbliżać się do końca tego wpisu, gdy przypomniałam sobie o ważnej kwestii. Humor! Pokonując niektóre kartki, wybuchałam najprawdziwszym śmiechem. Raz nie mogłam się opanować przez dobre kilka minut. Od tamtej chwili poważnie zastanawiam się, czy nie utworzyć nowej kategorii postów: Najlepsze cytaty z książek. W sumie, na swoim prywatnym koncie na Facebooku już coś takiego robię - kiedy natrafię w tekście na coś śmiesznego, od razu to przepisuję i publikuję. Bo powodami do dzikiego rechotu trzeba się dzielić.

Teraz już naprawdę przekazałam Wam wszystko, co chciałam...
Pozostaje mi wystawić ocenę. Bardzo dobrą. Odjęłam jedną gwiazdkę za poczucie dezorientacji, o którym wspominałam wcześniej, a którego nie umiem tak do końca zignorować i o nim zapomnieć. Niemniej jednak, polecam tę pozycję wszystkim, którzy szukają wrażeń. Nie zawiedziecie się.

14.09.2014

TOP 5: książki, które powinny być lekturami szkolnymi

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Jak mijają Wam pierwsze tygodnie nowego roku szkolnego? Mam nadzieję, że w miarę bezboleśnie i radośnie.
No właśnie, rok szkolny. Choć mnie już nie obowiązuje, często wracam myślami do tych nieodległych czasów, kiedy byłam uczennicą. Ostatnio zaczęłam zastanawiać się nad kanonem lektur. W liceum polski, ze względu na obowiązkową literaturę właśnie, był dla mnie największą bolączką. Skończyło się to wszystko dla mnie źle, bo nabawiłam się kryzysu czytelniczego i przez dłuższy okres nie czytałam praktycznie nic - nawet dla przyjemności. W mojej głowie narodziło się więc pytanie: jakie książki powinny być lekturami szkolnymi, czego w aktualnym spisie brak, co być może trochę zachęciłoby młodzież do czytania? I tak oto dziś przed Wami...

TOP 5 książek, które powinny być lekturami szkolnymi

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Jak być może wiecie, moja sympatia do przedmiotu szkolnego jakim jest historia w pewnym momencie wyparowała niemal całkowicie. Dlaczego niemal - bo nadal ciągnie mnie do tematyki Holocaustu. Choć publikacji o tym w kanonie lektur nie brakuje, W kanałach Lwowa to pozycja, którą naprawdę dobrze byłoby dołączyć. Jest to zbiór wspomnień osób, które przeżyły tę masakrę. Nic nie jest podkoloryzowane, waga żadnego wydarzenia nie została umniejszona. Wszystko, co przedstawił nam Marshall, to czyste fakty. Właśnie dlatego warto tę książkę znać - by wiedzieć, co się kiedyś naprawdę działo. By choć spróbować zrozumieć krzywdę tych ludzi. By wiedzieć, do jakich tragedii starać się już nie dopuszczać.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Jestem monotematyczna? Być może. Nie wyobrażam sobie jednak, by w takim rankingu nie umieścić autobiografii Polaka, który przetrwał II wojnę światową, choć wiele razy wydawało się, że przegra walkę o życie i mimo że jego bliscy nie mieli tyle szczęścia. Obok takich tytułów jak ten nie można przejść obojętnie.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Prawdopodobnie nie ma na świecie osoby potrafiącej już czytać, która nie zna historii Christiane F. To przerażająca opowieść o młodej dziewczynie - właściwie jeszcze dziecku - która została sama. Nie interesowali się nią rodzice, nie miała przyjaciół. Ale postanowiła ich znaleźć. I takim sposobem wpadła w towarzystwo, dzięki któremu poznała, jaką ulgę w cierpieniu przynoszą narkotyki. Z tego punktu droga do uzależnienia jest już prosta. Uważam, że na pewnym etapie po My, dzieci z dworca zoo powinni sięgać wszyscy. Ku przestrodze. By ostrzec przed zgubnym wpływem środków odurzających na całe nasze życie. Może taka szokująca relacja dziewczyny bardzo młodej i jeszcze bardziej doświadczonej trafi do młodzieży i zapobiegnie choć jednemu nieszczęściu.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Pora na coś lżejszego - zarówno jeśli chodzi o motyw przewodni, i styl pisania autora. Idealne życie to lekka, miejscami nawet zabawna książka, którą spokojnie można przeczytać w jeden lub dwa dni. A dotyka kwestii znaczącej - tego, jak traktujemy swoich bliskich i czy poświęcamy im wystarczająco dużo uwagi i czasu. Jeśli zaniedbamy tę sprawę, szybko możemy znaleźć się w samym centrum dramatu, nie rozumiejąc, co się właściwie stało i dlaczego...

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Tak, moi drodzy, dobrze widzicie. Coelho można nie lubić, można na niego psioczyć, że pisze pseudomądre powiastki. Sama go nie trawię, a lektura tej powieści  to dla mnie bardzo niemiłe wspomnienie. Jednakże - gdyby pisał naprawdę tak źle, że już gorzej nie można, raczej by się nie przebił, więc coś w tej jego twórczości musi być. I rzeczywiście. Odsuwając na bok wszelkie uprzedzenia, Weronika postanawia umrzeć świetnie ukazuje nam, jak człowiek zaczyna doceniać to, co ma, kiedy wie, że niedługo zostanie mu to odebrane. I właśnie dlatego warto z tą pozycją się zapoznać - być może dzięki temu unikniemy błędów, które mogą rzutować na całe nasze życie.

A Wy, Czytelnicy, czy macie swoje propozycje książek, które powinny być lekturami szkolnymi?

07.09.2014

Danielle Steel "Pocałunek"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Danielle Steel
Tytuł: Pocałunek
Tytuł oryginału: The kiss
Wydawnictwo: Amber
Tłumaczenie: Grażyna Jagielska
Cena: 29,80 zł
Liczba stron: 223

Kiedy szczęście jest poza naszym zasięgiem...

Isabelle Forrester żyje w luksusie i dostatku. Nie jest jednak szczęśliwa. Całe swoje życie poświęciła niepełnosprawnemu synowi. Jej nieustająca obawa o życie dziecka odsunęła ją od męża, mężczyzny, który nigdy nie zaakceptował ułomności potomka. Jedyną pociechą, na jaką może liczyć bohaterka, jest utrzymywana w sekrecie przyjaźń z amerykańskim politykiem. Przyjaźń, która zamienia się w miłość. Miłość niespełnioną, uczucie, które kochankowie próbują od siebie odepchnąć. Sytuacja już i tak wydaje się być dramatyczna i bez dobrego wyjścia, kiedy nagle wydarza się tragedia, która zmusi zakochanych do podjęcia bardzo trudnego wyzwania...

Na temat twórczości Danielle Steel słyszałam - zwłaszcza w ostatnim czasie - wiele złego. Przyznam, że nie rozumiałam tych głosów krytyki, gdyż sama czytałam jedną z jej pozycji i byłam zachwycona. Lektura usatysfakcjonowała mnie na tyle, że postanowiłam nie czekać zbyt długo z dalszym zgłębianiem dorobku tej pisarki. Wczoraj pod lupę wzięłam kolejne jej dzieło - Pocałunek

O całości mogłabym powiedzieć krótko, zwięźle i na temat: dobrze, że to nie przedmiot dzisiejszego wpisu był pierwszą książką Steel, która mi wpadła w łapy, bo nastawienie miałabym inne. Negatywne.

Już od pierwszych stron coś było nie tak. Szybko przekonałam się, że niestety, tym razem przyszło mi się zmierzyć z romansidłem i najprawdopodobniej nie będzie to powieść w stylu Jane Austen. Ubolewam nad tym, że miałam rację.

Widać to już po dość utartym schemacie: ona kocha jego, on kocha ją, ale oczywiście nie mogą ze sobą być. Ileż można czytać w koło to samo? Naprawdę nie da się wymyślić czegoś nowego, zaskoczyć czytelników?

Jednak najgorsze jest co innego. Otóż - w Pocałunku wiele jest słów, za to mało treści. Odniosłam wrażenie, że autorka uparła się, że stworzy historię najdłuższą jak się da, a już to, co w niej zawrze, to całkiem inna sprawa. Wielokrotnie można było natknąć się na jakiś fragment, wątek, który po jakimś czasie w innym akapicie był powtarzany, tylko że innymi słowami. Pierwsze parę razy przymknęłam na to oko, jednak z czasem zaczęło mnie to męczyć i irytować. Cały czas czekałam, aż wydarzenia nabiorą rozpędu, stanie się coś ciekawego, a tu właściwie nie miałam wyboru innego niż poruszanie się z punktu A do punktu B i z powrotem. Taki stan rzeczy sprawił, że choć nie można powiedzieć, że Danielle posługuje się wyszukanym stylem, kartka po kartce mijały mi wolno i kolejne linijki pokonywałam z trudem.

O tym, że losy Isabelle są tak przewidywalne, że aż śmieszne, chyba mówić nie muszę, ale i tak mnie to zdumiewa. To znaczy - wiem i rozumiem, że nie każdy gatunek, nie każda książka ma zmuszać do myślenia, czasem chodzi tylko o rozrywkę, ale żeby tworzyć fabułę, w której od początku do końca wiadomo co się stanie? To zawsze będzie dla mnie nie do przyjęcia.

Tak naprawdę na pochwałę zasługuje dzisiaj tylko jeden aspekt. Bohaterowie. Postaci może nie do końca dopracowane, ale - przynajmniej we mnie - wywołujące emocje. Niemal każdy ich czyn sprawiał, że byłam zaskoczona, zasmucona, wkurzona i tak dalej. Przy takiej mdłej papce to naprawdę wiele znaczy.

Dla odpowiedzialnych za korektę brawa - regularnie występujące w tekście literówki to najlepsza gwarancja wykonanej pracy. Jeszcze gdyby chodziło o brak ogonka przy ę lub ą czy coś podobnego, nie byłoby tak źle, jednak zmienianie rodzajów czasowników przez dodawanie lub odejmowanie liter to już nie jest byle pomyłka, którą można wybaczyć. No, przynajmniej ja nie mogę.

Dziś...
Jest bardzo słabo. Przed wystawieniem najniższej noty powstrzymuje mnie ta jedna, jedyna zaleta, o której pisałam wcześniej. Serio, czegoś tak kiepskiego nie miałam w rękach już dawno. Uważam też, że klasyfikowanie takiego chłamu do kanonu literatury kobiecej uwłacza naszej płci i stawia nas w świetle tych, które zadowolą się byle czym. Chociaż, może to nie tyle kwestia książki, co samego określenia literatura kobieca, którego nie lubię i mnie drażni? Nie wiem. Mimo wszystko jest naprawdę źle.

05.09.2014

Lisa Genova "Motyl"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lisa Genova
Tytuł: Motyl
Tytuł oryginału: Still Alice
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Tłumaczenie: Łukasz Dunajski
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 344

Kiedy choroba niszczy całe nasze życie...

Alice Howland to kobieta sukcesu. W wieku pięćdziesięciu lat ma męża, trójkę wspaniałych, dorosłych już dzieci. Zawodowo układa jej się równie dobrze: bohaterka jest profesorem na Harvardzie, wykonuje swoją pracę z pasją i oddaniem, zna swoją wartość i co i rusz widzi dowody uznania ze strony swoich studentów i współpracowników. Niestety, ta sielanka nagle zaczyna niebezpiecznie się chwiać. Kobieta zauważa u siebie nieustające problemy z pamięcią, których nie może w nieskończoność tłumaczyć zbytnim stresem, zmęczeniem, ani nawet menopauzą. Kiedy decyduje się na wizytę u lekarza specjalisty, straszna diagnoza: zespół Alzheimera odbiera jej wszelkie złudzenia. Alice musi przewartościować swoje życie i nauczyć się funkcjonować z wrogiem, którego nie można pokonać...

Pewnie zabrzmi to dziwnie albo nawet źle, ale w pierwszej klasie liceum pokochałam książki dotykające tematu chorób. Wszystko przez całkiem spontaniczny zakup, jakim była pozycja Jodi Picoult - Bez mojej zgody. Fabuła tamtej historii wciągnęła mnie bez reszty i poruszyła do głębi. Postanowiłam szukać podobnych emocji w innych książkach.

Od tamtej pory minęły cztery lata. O chorobach czytam nadal z chęcią, lecz staram się ograniczać ilość takich publikacji, by nie obciążyć za bardzo psychiki. Niedawno otrzymałam w prezencie stos kilkunastu książek, wśród których znajdowało się dzieło Lisy Genovy - Motyl. Kiedy zapoznałam się z opisem na tylnej okładce, dowiedziałam się, że rozchodzić się będzie o zespół Alzheimera, stwierdziłam: przeczytam jak najszybciej, to musi być dobre. Całą kolejkę do przeczytania ustawiłam sobie tak, by nie odwlekać za długo tej - jak założyłam już na starcie - przyjemności. Kilka dni temu zabrałam się za lekturę.

Muszę przyznać, że to, co otrzymałam, w ogóle nie ma nic wspólnego z tym, czego oczekiwałam.

Całość czyta się ekspresowo, mimo nieprzyjemnej tematyki i fragmentów, w których zespół Alzheimera został omówiony fachowo. Styl autorki spokojnie pozwala na to, by całą tę powieść przeczytać w ciągu kilku godzin.

Jednak coś tu jest nie tak. Mimo chęci i wysiłków, nie potrafiłam należycie skupić się na świecie wykreowanym przez Genovę, nie umiałam się wciągnąć, odczuwać zaciekawienia czy innych emocji. Czytałam, pokonywałam stronę za stroną, nie odczuwałam przy tym zmęczenia, jednak z tyłu głowy odzywał się podstępny głosik mówiący: ale nuda. I faktycznie, przyznaję bez bicia: czuję się znużona i nieusatysfakcjonowana. Kto wie, może i ja jestem ofiarą plagi dzisiejszych czasów, czyli podejścia: jeśli akcja nie jest wartka, to nie ma szans, żeby mi się podobało? Jest taka możliwość - bo zdecydowanie nie można powiedzieć, że poznając historię Alice jesteśmy zarzucani coraz to nowszymi wątkami.

Mimo wszystko jednak Motyl to tytuł, który warto znać. Żaden fakt o schorzeniu, które wzięto pod lupę, nie jest zmyślony. To wszystko naprawdę dzieje się z chorymi. Przez to wszystko naprawdę przechodzą ich najbliżsi. I właśnie dlatego losy Alice opłaca się zgłębić. Może ktoś dzięki lekturze się uwrażliwi i w razie potrzeby zauważy niebezpieczne objawy szybciej niż zrobiłby to, nie wiedząc o Alzheimerze nic lub opierając się na wiedzy oferowanej nam przez wujka Google i ciocię Wikipedię. A ci dotknięci już tym dramatem - przez chorobę swoją bądź krewnego lub przyjaciela - mogą odczuć pewnego rodzaju ulgę i pocieszenie, zobaczyć, że takich ludzi na świecie jest więcej i że da się z tym funkcjonować, trzeba tylko nauczyć się żyć chwilą i pogodzić się z tym, co nieuchronne. 

Dziś...
Jest przeciętnie, ni to dobrze, ni to źle. Miałam ochotę wystawić niższą ocenę, jednak po namyśle postanowiłam docenić dwie rzeczy: styl pisania i tematykę. Tylko tyle dobrego mogę powiedzieć. Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę, ale mam też wrażenie, że mogłam w tym czasie pochłonąć coś lepszego, ciekawszego, co wywołałoby we mnie jakiekolwiek emocje. 

01.09.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - sierpień 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry!

Mam nadzieję, że ci z Was, którzy musieli dzisiejszego ranka zwlec się rano z łóżek, by zdążyć na rozpoczęcie roku szkolnego nie rozpaczają za bardzo. Kochani - dacie radę, wierzę w Was! Na pocieszenie powiem Wam, że ja za miesiąc będę płakać tak samo.
Oprócz oficjalnego końca wakacji, zgodnie z tradycją zaczynamy głosowanie na książkę miesiąca. Ponownie macie do wyboru jeden spośród czterech tytułów. Innych zasad nie przypominam - znacie je przecież doskonale.

A więc... Głosowanie trwa od dziś, 1.09.2014, do 8.09.2014, do godz. 23.59!