31.07.2014

Z życia autorki: jaką jestem czytelniczką?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Uff, upał nadal się utrzymuje. Szczerze - nie pamiętam drugiego takiego lata, wiele razy było pięknie, gorąco jak to na wakacje przystało, ale żeby aż tak długo? Nie. Aż czytać się nie chce - pewnie będziecie w ciężkim szoku, ale od trzech lub nawet czterech dni nie przeczytałam ani strony. Pora kończyć ten urlop od czytania.
Chwilowo jednak idę za ciosem i odświeżam kolumnę Z życia autorki
Początkowo widząc tę zabawę na niemal każdym blogu byłam zniesmaczona i trzymałam się od niej z dala. Jednak dziś opowiem Wam...

Jaką jestem czytelniczką? Czyli o moich przyzwyczajeniach czytelniczych słów kilka

  • Przed rozpoczęciem lektury sprawdzam, ile książka ma stron
Pomaga mi to oszacować, ile mniej więcej dni zajmie mi przeczytanie całości. A to z kolei wiąże się z tym, że...
  • Dziennie staram się czytać minimum 100 stron
Lubię jasne sytuacje. Jeśli pozycja ma, dajmy na to, 300 stron, to zacznę ją jednego dnia wieczorem i skończę dwa dni później. Nie lubię się zanadto rozdrabniać i poświęcać zbyt wiele czasu danemu tytułowi. Wyjątki są 2: choroba/pogoda taka jak teraz - wtedy pozwalam sobie na rozluźnienie tej zasady i ciekawa fabuła - wtedy czytam szybciej i więcej w ciągu dnia.
  • Nie potrafię czytać zbyt dużej ilości stron za jednym podejściem
Jestem specyficznym molem książkowym. Czytam dużo, przerabiam sporą ilość tytułów na miesiąc, jednak ogromną trudność sprawia mi przeczytanie większej ilości stron za jednym posiedzeniem, rzadko się zdarza, żeby udało mi się tego dokonać - po prostu oczy mi się męczą i myśli odbiegają. Dlatego nawet tę wymaganą setkę na dzień sobie rozbijam: 50 stron rano, 50 na wieczór. I czytam wolno.
  • Oceniam książkę po... rozmiarze druku
Od kiedy pamiętam, jak decyduję się na wypożyczenie lub kupienie jakiegoś tomu, sprawdzam, jakim drukiem została spisana całość. Denerwuje mnie zarówno zbyt duża, jak i zbyt mała czcionka. Do dziś mam traumę do lektur z wydawnictwa Greg, one słynęły z czcionki - w moim odczuciu - mikroskopijnej. Jak tylko mam możliwość - wybieram takie wydanie konkretnej książki, które jest dla mnie wygodniejsze do czytania. A jak takiej możliwości nie mam, przechodzę stany okołodepresyjne. Chyba że tytuł się okaże cudowny, to wszystko inne w jakimś tam momencie przestaje mieć znaczenie.
  • Jem i piję podczas czytania
A jak nie jem i nie piję, to przynajmniej mam coś do picia i przegryzienia pod ręką. I tak było od zawsze, zawsze też będzie. Czytanie jakiejś - zwłaszcza dobrej historii - bez chipsów, czegoś słodkiego lub kanapki i bez soczku/herbaty/wody smakowej/czegokolwiek, co lubię to trochę jak pójść do kina na seans bez popcornu czy nachosów, zwłaszcza jak wszyscy naokoło żrą. Znaczy - dla mnie niewykonalne. Podejrzewam, że to pytanie może paść, więc już teraz je uprzedzam: nie, nigdy nie zdarzyło mi się książki uświnić.
  • Aż do liceum czytałam każdą jedną lekturę
Bez wyjątku. Naprawdę, do pewnego momentu moim największym przewinieniem czytelniczym na języku polskim było to, że Krzyżaków odłożyłam na 37 stron przed końcem całości. I nawet powiem Wam, że pamiętam, że wszystkie pozycje obowiązkowe, prócz trzech, podobały mi się. A te 3? Nawet tytuły jestem w stanie podać: Krzyżacy właśnie, W pustyni i w puszczy i jakaś tam część Muminków. Reszta była mniej lub bardziej fajna. Znów uprzedzam: nie, w szkole średniej z lekturami już nie było tak kolorowo. Było wręcz szaro!
  • Od kiedy mam na blogu listę Przeczytam, spontaniczne zakupy to dla mnie katorga
Poważnie. Mam tę listę tutaj, mam też drugą, taką samą - na kartce, biorę ją za każdym razem, kiedy idę do biblioteki. Ale żeby kupić coś bez uprzedniego zaplanowania tego i ujęcia w spisie? Da się, ale to problem. Duży. Chyba że opis na tylnej okładce kusi bardzo, bardzo. Wypożyczać spontanicznie - tego już nie robię. Bo nie umiem. Poza tym - wchodzę do wypożyczalni, witam się z miłą panią bibliotekarką, a ona uśmiecha się i wyciąga rękę po notatnik z listą. Każda, nieważne która jest na zmianie. Tak mnie znają.
  • Nie znoszę przerywać czytania, jeśli strona nie kończy się kropką
I w miarę możliwości tego unikam. Kiedyś było mi to bez różnicy, dzisiaj - irytuje mnie konieczność wracania się kartkę wcześniej, by przypomnieć sobie początek zdania.
  • Na jakąś książkę jest szał? Przeczytam ją, kiedy wrzawa ucichnie. Lub nigdy
A przy tym wszystkim zgrzytam zębami na sam dźwięk słowa bestseller, bo najczęściej jest tak, że tytuł jest nadany tak sobie o, a dziełko najzwyczajniej w świecie - denne. Dobrze, wiem, teraz czasami zdarza mi się, że czytam to, co wszyscy, trafiam raz na jakiś czas z recenzjami tego samego, co inni blogerzy, a nawet przyznam od czasu do czasu, że wow, to jest naprawdę dobre, ale... komu się nie zdarza mieć chwili słabości?
  • Powiedz mi, ile tytuł ma stron, a ocenię jego wartość
To jest straszne, wiem, staram się z tym walczyć i nawet często mi się to udaje, ale ja oceniam książkę nie tyle po okładce (to zdarza mi się wybitnie rzadko), co po tym, ile ona ma stron, przy czym naprawdę wartościowe, ciekawe dzieła to u mnie takie, które mają 300 i więcej kartek. Ale nie wzięło mi się to znikąd - za często trafiałam na historie króciutkie (powiedzmy, że 200 stron to góra), które zanim zdążyły na dobre - lub w ogóle - zainteresować, to się kończyły.

No, i to tyle. Wydaje mi się, że nie napisałam niczego nadzwyczaj dziwnego. Zapytałabym Was, Czytelnicy, jakie macie przyzwyczajenia, bez czego nie możecie się obejść, kiedy czytacie książki, ale... chyba wszyscy już o tym wspominaliście.

30.07.2014

Czas na film: "Sierota" (2009)


Zwiastun filmu Sierota znaleziony na YouTube

Hej-hej, czy tylko mi jest w ostatnich dniach tak gorąco, że nawet czytać się nie chce? Upał upałem, jednak Internetowa Biblioteczka świecić pustkami nie może. Postanowiłam więc: odświeżę kolumnę Czas na film, bo nie oglądałam nic od kwietnia, a tu za dwa dni przywita nas sierpień. Jak zwykle ja, nie będąc zapaloną filmomaniaczką, miałam ogromny problem z tym, co obejrzeć. Na szczęście znajomi ponownie nie zawiedli i zaczęli przerzucać się filmami, które warto zobaczyć. Je zostawiam sobie jednak w pogotowiu, na czarną godzinę, bo nagle przypomniałam sobie o produkcji, którą poznałam już kiedyś, a która była na tyle dla mnie ciekawa, że postanowiłam włączyć sobie ją jeszcze raz. Sierota to thriller, który został wyreżyserowany przez Jaume Collet-Serrę, a scenariusz do niego napisał David Johnson. 
Młode małżeństwo po tragedii, jaką była dla nich utrata nienarodzonego dziecka, postanawia spróbować ukoić ból i przelać miłość do nieżyjącego dziecka na kogoś, kto jej naprawdę potrzebuje. Decydują się na adopcję. Że jest to krok ryzykowny, nikomu nie trzeba mówić - obce dziecko, pochodzące z rodziny, o której nie wie się nic, może być zarówno darem Bożym jak i przekleństwem. Niestety, kolejne incydenty pokazują, że przygarnięta dziewczynka wcale nie jest tak słodka i kochana, na jaką wygląda. Z czasem rozpętuje się prawdziwe piekło... Jak zakończą się problemy, które sprawia dziewięcioletnia Esther dla rodziny Colemanów? O tym musicie przekonać się sami.

W role państwa Colemanów wcielili się Vera Farmiga i Peter Sarsgaard, tytułową sierotę zagrała Isabelle Fuhrman. Na ekranie mogliśmy zobaczyć też między innymi Aryanę Engineer i Jimmy'ego Bennetta jako biologiczne potomstwo Colemanów.

Sierotę po raz pierwszy obejrzałam zupełnie przypadkiem jakiś rok temu. Pamiętam, że całość podobała mi się, choć nie obyło się bez wad - ktoś życzliwy zdradził jego zakończenie. Trochę się bałam, że to, że podchodzę do tej produkcji nie pierwszy raz, zmieni moje podejście na gorsze. Jak się okazało, niepotrzebnie. Nadal twierdzę, że Sierota to bardzo dobry obraz. Ale dziś bałam się znacznie bardziej - to nowość.

Co zwróciło moją uwagę już na samym początku, to brutalność niektórych scen. Nie wiem, może to ja się zrobiłam jakaś (nad)wrażliwa, ale teraz te fragmenty bardzo mnie raziły i przerażały. Nie traktuję tego jednak jako wadę - dobrze, jeśli straszny film naprawdę jest straszny. Ja akurat krew lubię, dla mnie bez tego nie ma horroru/thrillera. Tylko przyznaję, że tutaj chyba było tego troszkę za dużo (no, to już minus. Ale maleńki) i wyglądało to zbyt realistycznie. Takie jest przynajmniej moje odczucie.

Przedmiot dzisiejszego wpisu zdecydowanie zalicza się do kategorii historia, która może zdarzyć się naprawdę, może nie wydarzenie po wydarzeniu, jednak nie oszukujmy się - nie wiemy, kogo zapraszamy do domu, decydując się na zaadoptowanie dziecka. I może się okazać, że to bardzo zły, a nawet niebezpieczny dla nas i naszych bliskich pomysł. Uważam, że to kolejna zaleta opisywanej dziś przeze mnie produkcji.

Aktorzy na tyle, na ile umiem ocenić, a jestem tylko szarym człowieczkiem, żadnym znawcą, zagrali dość przekonująco. Autentyczny strach wzbudzała we mnie chwilami mimika Fuhrman, do tego stopnia, że naprawdę zaczęłam ją nazywać w pewnym momencie dzieciakiem z piekła rodem albo wręcz diabłem. Należy się jej to. I chciałabym zobaczyć ją w roli normalnej, nie czarnego charakteru - ciekawa jestem, czy poradziłaby sobie równie dobrze.

Mimo że już to kiedyś wszystko widziałam, byłam pod wrażeniem niektórych zwrotów akcji - może po prostu niezbyt wiele pamiętałam, a w każdym razie mniej niż mi się wydawało. Jakkolwiek by jednak nie było, prawda jest taka, że dreszczyk emocji i napięcie towarzyszyły mi przez cały seans, co bardzo mi się podobało.

Zakończenie, jeśli całości przypatrywało się uważnie, w połowie było łatwe do przewidzenia, choć jeden fakt wprawia w zdumienie i wbija w fotel. No chyba że się czytało komentarze w internecie i natrafiło się na spoiler. Wtedy z niespodzianki nici.

Podsumowując, jak ktoś lubi się bać, nie przeszkadza mu duża ilość krwi - Sierotę mogę polecić, i to szczerze. Nie radzę jednak tym, którzy mają słabe nerwy, lepiej nie kusić losu, mnie nie jest aż tak łatwo przestraszyć, a jednak całe dwie godziny miałam ochotę schować się pod łóżko. O czymś to świadczy.

27.07.2014

Z życia autorki: skąd biorę książki?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie, co kocham w blogosferze? To, że często się zdarza, że jakiś bloger jest dla mnie inspiracją. Ot, stworzy post, na pozór zwykły, ale ja rozdziawię usta i wrzasnę: Jezuuuuuuuuuu, jaki to jest fantastyczny pomysł! Tak było i dzisiejszej nocy. Tuż przed pójściem spać kręciłam się bez celu po Facebooku. I oto znalazłam cudo. Paulina, autorka bloga Zaginam rogi, opublikowała wpis, w którym radzi czytelnikom, skąd brać dobre książki. Popytałam, upewniłam się, że nie będzie miała nic przeciwko i... postanowiłam, że podzielę się z Wami wiedzą, skąd ja czerpię literaturę. To się nawet dobrze składa - w końcu mam pretekst do odświeżenia zapomnianej już pewnie przez wszystkich kategorii postów Z życia autorki. Nie wiem, kurczę, jakoś trudno mi tworzyć notki do niej - pewnie dlatego, że nie wiem, co by Was interesowało, a co nie. Dlatego proszę - podawajcie sugestie, to mi pomoże. No, a teraz już kończę ten przydługi wstęp i zabieram się do rzeczy...

Skąd biorę książki?

  • Pytam znajomych
Przez długi czas z wyszukiwaniem coraz to nowszych tytułów radziłam sobie sama. Aż napotkałam na problem, którego nie umiałam samodzielnie rozwiązać. Otóż, jak pewnie zauważyliście, od pewnego czasu na Internetowej Biblioteczce regularnie pojawiają się recenzje powieści polskich, co wcześniej było tu rzadkością. A wiecie, skąd taka zmiana? Bo postanowiłam walczyć z niechęcią do książek autorów-Polaków i nie potrafiłam znaleźć sama nic ciekawego. Więc odpaliłam Facebooka, napisałam post z zapytaniem (na samym początku dodałam jakże pieszczotliwy zwrot pod tytułem Mądre, oczytane misie, pytanie, tak o, żeby się podlizać) o pomoc. Odzew mnie zadziwił. Liczyłam na jakieś 5, góra 10 nazwisk, dostałam koło 40. Swoje typy wpisywali nawet ci, z którymi jakoś na co dzień kontaktu nie utrzymuję, a trzymam ich na liście znajomych, bo tak, bo mi się nie chce robić selekcji. Do dziś, choć od tamtego momentu minęło sporo czasu, potrafię dostać wiadomość na czacie, zaczynającą się od słów: Daria, a znasz.../czytałaś...? Nie?! To zrób to koniecznie!, i nie ma już reguły - wszyscy piszą o tym, co im przypadło do gustu, bez względu na narodowość twórcy. Po prostu: uważają, że coś warto znać, to mnie informują.
  • Przeglądam asortyment w księgarniach
I nie ma znaczenia, czy księgarnia stacjonarna, czy internetowa. Jednak muszę przyznać, że kilka tygodni temu, po wielu latach wierności jednej z księgarni internetowych, stwierdziłam, że chyba jednak wolę sobie połazić, posprawdzać, pooglądać okładki i poczytać opisy. Niby to samo robię, kupując przez internet, ale jakoś mi się to znudziło. No, opcja zamówienia i odbioru osobistego w sklepie też jest w porządku. Tak więc przeglądam oferty, jak mi się coś spodoba - biorę. To wyjście ma jednak dwie zasadnicze wady - po pierwsze: mija dużo czasu, zanim coś wybiorę, tak dużo, że jak już w końcu wyjdę z tego Empiku czy Matrasa (ewentualnie - złożę zamówienie), to jestem naprawdę zmęczona, po drugie - grawitacja mnie ciągnie ku kryminałom i horrorom wyłącznie, a ileż można się kręcić w obrębie dwóch gatunków? Poza tym, ten blog też w założeniu nie ma być ograniczony gatunkowo, moją ambicją jest czytać wszystkiego po trochu, tak, by jak największa liczba ludzi mogła znaleźć tu coś dla siebie. Niemniej jednak - czasem zakupy porobię, bo i czemu nie? Uwielbiam patrzeć na swój domowy zbiór książek. Pomijam fakt, że regały, sztuk dwie, nienawidzą mnie już od dawna, a ja jestem głucha na ich wołania i protesty.
  • Czytam blogi podobne do mojego
To przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy mam już upatrzony jakiś tom, ale nie jestem do niego do końca przekonana. Wpisuję więc w Google tytuł i szukam recenzji na blogach, upewniam się, czy warto. A uwierzcie mi, jestem dziwadłem i dla mnie im więcej dana książka ma złych opinii, tym lepiej, nie bardzo ufam ochom i achom. Jak mam czas i ochotę, to po prostu czytam strony innych i jak mi coś wpadnie w oko, zapisuję na kartce, żeby pamiętać i przy okazji sobie załatwić dany egzemplarz. Powiedziałabym Wam, że uwielbiam pisaninę Jarka Czechowicza i jeśli on czemuś patronuje, to to jest dobre, ale wspominałam już o tym człowieku tyle razy, że pewnie odbija się Wam, kiedy słyszycie jego nazwisko. Ups, wybaczcie!
  • Korzystam z rekomendacji na wortalach czytelniczych
Tę możliwość wykorzystuję bardzo rzadko. A właściwie nawet nie do końca z niej korzystam, bo na razie to tylko zbieram tytuły, zapoznawać się z nimi będę potem. Nie wiem kiedy. Kiedyś na pewno. Zauważyłam jednak, że mimo że rekomendacje na takich stronach są robione w oparciu o nasz gust i oceny danych dzieł, to mimo wszystko regularnie muszę sprawdzać, czy mi nie zaproponowali jakiegoś syfu. I owszem, często to robią. Co nie znaczy, oczywiście, że i perełki się nie trafiają.
  • Dostaję je w prezencie lub w nagrodę
Urodziny, czasem Boże Narodzenie, imieniny. Nawet z okazji zdania matury przybyły mi do domu dwie opasłe księgi. Jakiś czas temu wzięłam udział w konkursie organizowanym przez czasopismo FanBook: wysłałam maila, w którym miałam podać swój typ na najlepszą książkę wydaną w 2014 roku i adres bloga. Zrobiłam to, w zamian dostałam Oszusta matrymonialnego (oraz 3 numery gazety), którego nie przeczytam, ale to już inna sprawa jest. W każdym razie - konkursy to dobra rzecz i sądzę, że będę próbowała swoich sił jeszcze niejeden raz. Tylko może następnym razem się upewnię, jaki tytuł jest nagrodą.
  • Wymieniam się
I na koniec opcja, którą poznałam dopiero na początku tego miesiąca, przy okazji A może nad morze? Z książką. Uwierzcie mi, że nie ma chyba nic lepszego dla mola książkowego niż moment, w którym może się on pozbyć książki, która nie przypadła mu do gustu, znaleźć jej nowy, lepszy dom i w zamian przygarnąć do siebie coś innego, lepszego. Kosmos!

A Wy, moi drodzy? Skąd bierzecie książki?

25.07.2014

Krystyna Mirek "Droga do marzeń"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Krystyna Mirek
Tytuł: Droga do marzeń
Tytuł oryginału: Droga do marzeń
Wydawnictwo: Feeria
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 302

Kiedy nic nie jest takie, jak nam się wydaje...

Konstancja i Ania to dwie kobiety żyjące w zupełnie różnych światach. Ta pierwsza to rozpuszczona jedynaczka bogatych rodziców, dziewucha, która nigdy nie poznała trudów prawdziwego życia i nieznająca wartości pieniądza. Ta druga natomiast uchodzi za szczęśliwą żonę i matkę trójki dzieci, dobrą nauczycielkę - w rzeczywistości jednak przed laty przeżyła ona dramat, z którym do dziś nie potrafi się pogodzić i zacząć żyć na nowo. Przewrotny, wredny los postanowił odebrać bohaterkom stabilizację, wszystko, czego w życiu były pewne i rzucić im wyzwanie: rozprostować swoje ścieżki, by odnaleźć prawdziwe szczęście i sens istnienia...

Zapewne pamiętacie mój niedawny zachwyt nad Pojedynkiem uczuć autorstwa Krystyny Mirek. Rany, od czasu opublikowania tego posta minęło zaledwie dziesięć dni! Nic na to jednak nie poradzę. W stylu pisania Mirek zakochałam się tak, że kiedy tylko nadarzyła się okazja, weszłam do księgarni, wypatrzyłam Drogę do marzeń i od razu postanowiłam: biorę ją do domu, bo musi być świetna. Ale naprawdę, nie zamierzałam zaraz zabierać się do czytania - nie lubię pochłaniać dzieł danego autora jedno po drugim, bez dłuższej przerwy, a już tym bardziej nie przepadam, kiedy na blogu na stronie głównej pojawia się więcej niż jeden wpis dotyczący twórczości jednego człowieka. No ale ludzie - przedmiot dzisiejszej notki na mnie wrzeszczał z półki. Próbowałam czytać co innego, próbowałam być twarda, wykazać się silną wolą - nie dało się. Trudno.

Za lekturę zabierałam się bez cienia jakichkolwiek obaw, żaden podstępny głos w głowie nie szeptał: pospieszyłaś się, to nie będzie mile spędzony czas. Uznałam to za dobry znak, bo zazwyczaj boję się kontynuować przygodę z twórcą, jeśli mam za sobą tylko jedno z jego dzieł - bo co, jeśli spieprzę sobie rewelacyjne pierwsze wrażenie? Strasznie nie lubię tego uczucia.

I jakbym dostała w twarz. Mokrą ścierką. Pierwsze strony zdecydowanie trudno mi było pokonać, nie było, jak w przypadku Pojedynku uczuć, zachwytu od pierwszego słowa. Szybko jednak znalazłam przyczynę tego zajścia - nie lubię głupich ludzi, którzy uważają, że wszystko im się należy, a każdy problem da się rozwiązać kartą kredytową, no, ewentualnie gotówką. A taka była Konstancja, jedna z głównych bohaterek Drogi do marzeń. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do jej ograniczenia, nie raziło mnie ono w oczy już tak bardzo, pojawiły się też inne wątki i poznawanie świata wykreowanego przez Mirek stało się dla mnie ogromną przyjemnością, zupełnie jak za pierwszym razem. Ponownie przepadłam.

Autorka znów przedstawiła nam niezwykle trudne zagadnienie, nieco podobne do poprzedniego - jak żyć, kiedy wszystko się wali i wydaje się, że dalej będzie już tylko gorzej. O żadnych innych podobieństwach w tych dwóch książkach - Pojedynku uczuć i Drogi do marzeń - nie może być mowy. Droga... to opowieść o tym, że owszem, czasami wszystko się chrzani, lądujemy w okropnym bagnie, ale można z tego wyjść na prostą. Można wykroczyć poza schemat. Nie zważać na to, jak jesteśmy postrzegani przez innych, jaką społeczeństwo przykleiło nam łatkę. Jeśli chcemy - możemy wszystko zmienić. W ciągu nawet dość krótkiego czasu z kompletnej miernoty życiowej stać się człowiekiem sukcesu. Z samotnika przemienić się w osobę w szczęśliwym związku. I tak dalej, i tak dalej. Wystarczy tylko zapał, chęci i mnóstwo pracy, cierpliwości, wysiłku. To także pouczenie - nie wszystko, o czym marzymy, nadaje się do spełnienia. Czasami naprawdę warto jest odpuścić, bo można napytać biedy i sobie, i skrzywdzić bliskich nam ludzi. 

To wszystko znów zostało nam przekazane w sposób niezwykle łatwy i przyjemny. O ile poprzednio było mi trudno znaleźć jakiś element humorystyczny w fabule, tutaj kilka razy parsknęłam śmiechem. Lubię to. 

Poznawanie historii tych dwóch kobiet straciło dla mnie nieco uroku - zwalam to jednak na karb tego, że wiedziałam, czego się spodziewać, jakiego stylu wypowiedzi. To naturalne - poznajemy pisarza i w pewnym momencie bardzo trudno jest nas zaskoczyć. Może to dziwne, że ja mam coś takiego już po pierwszej książce, ale cóż, bywa i tak. Dziś nawet postaci nie wywołują we mnie takich emocji.

Teraz kolejny raz muszę przyczepić się do wydania. Literówki, literówki, dość sporo literówek naliczyłam. O zgrozo, wypatrzyłam ponownie korowego zamiast kolorowego. Co jest w tym słowie, że staje się tak problematyczne?

Ach, i jeszcze jedna kwestia - nie byłam tego pewna, ale trochę przed chwilą poczytałam i według moich informacji wyrażenie w każdym bądź razie jest błędne, no, może akceptowane tylko w mowie potocznej, nigdy oficjalnie. Poprawna forma to w każdym razie. Więc dlaczego ja znalazłam pod sam koniec tę pierwszą wersję? To już jest pomyłka znaczna, rażąca. Niedobrze.

Sądzę, że dziś...
Jest bardzo dobrze. Wahałam się co prawda, czy nie wystawić niższej noty, jednak ostatecznie: to ja zdecydowałam, że przeczytam Drogę do marzeń teraz, a nie później. Gdybym to odwlekła w czasie, pewnie zakochałabym się w niej równie mocno jak w Pojedynku uczuć, a muszę przyznać, że obecnie jest trochę słabiej. Ale nie mam serca mówić, że jest przeciętnie, no. Bo nie jest. To naprawdę piękna historia, którą każdy powinien poznać po to, by uwierzyć, że wszystko się da, że to my jesteśmy panami swojego losu. Wiem, że wielu z nas ma z tym problem.

22.07.2014

Emma Kennedy "Camping Story"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Emma Kennedy
Tytuł: Camping Story
Tytuł oryginału: The Tent, The Bucket and Me. My Family's Disastrous Attempts to go Camping in the 70s
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: Andrzej P. Zakrzewski
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 378

Wakacje z piekła rodem...

Rodzina Kennedych to trzy urocze osoby: mama Brenda, tata Tony i ich jedyna córka Emma. Kiedy latorośl kończy 3 latka, rodzice postanawiają po raz pierwszy wyjechać na prawdziwe wakacje. Niestety, wyjazd na skutek pewnych wydarzeń okazuje się całkowitą porażką. Bohaterowie nie wiedzą jeszcze wtedy, że wakacyjny pech nie opuści ich przez wiele lat...

Wiecie co? Dopadły mnie czytelnicze humory. Dla tych, którzy nie wiedzą: to coś na kształt tego, jak się zachowują kobiety ciężarne, tylko że ja zamiast zachcianek żywieniowych, jakichś ogórków z Nutellą czy innego obrzydlistwa, myślę sobie na przykład: kończę książkę, teraz przeczytałabym jakiś kryminał. Po czym biorę kryminał z półki, zaczynam go czytać i po kilkunastu stronach twierdzę: dobry jest, ale jednak mam ochotę na coś innego. I szukam czegoś innego. Dokładnie tak samo miałam z Camping Story autorstwa brytyjskiej aktorki, pisarki i prezenterki radiowej, Emmy Kennedy. Po prostu podczas czytania jednej pozycji pomyślałam: dobra, potrzebuję czegoś lżejszego, odpowiedniejszego na wakacje. Przedmiot dzisiejszego wpisu idealnie wpasował się w moje wymagania.

Camping Story to jedna wielka skarbnica wiedzy o dzieciństwie autorki. Spisała ona wszystkie straszne - straszne, ale zabawne - wydarzenia, które przydarzały się jej rodzinie podczas letnich wakacji rok w rok przez 10 lat z rzędu. Musicie wiedzieć jedno - ja uwielbiam ludzi, którzy mają skłonności do przeżywania różnych dziwnych rzeczy, słuchanie takich opowieści sprawia mi ogromną przyjemność, zwłaszcza, że na co dzień, można powiedzieć, sama jestem taką szczęściarą. Czasem się nawet założę, kogo spotkało coś głupszego.

Dzieło Kennedy to lektura idealna na lato. Jest lekka, niezbyt długa i dostarcza ogromnej porcji rozrywki. Styl twórczyni sprawia, że kartka po kartce przemijają w tempie wręcz błyskawicznym. Podczas zagłębiania się w historię, włosy niejednokrotnie stawały mi dęba i odzywało się obrzydzenie - jeśli macie wrażliwe żołądki, nie radzę zabierać się za ten tytuł z uwagi na to, że wiele, właściwie większość z opisanych przygód jest zwyczajnie ohydna. Wcale nie przesadzam, sami zobaczycie.

Mimo szalejących wnętrzności, całość pokonywało mi się przyjemnie i dość gładko - zaczęłam nawet dziękować Bogu, że aż tak szalone moje życie nie jest. 

Ze swojej strony podziwiałam bohaterów – ja bym się poddała już po drugim nieudanym wyjeździe, nie miałabym na tyle sił, by próbować dalej.

A teraz trochę o wydaniu. Bo wiecie, ja jestem w stanie wybaczyć literówki, brak ogonka przy ą czy ę, przecinki postawione nie tam, gdzie trzeba lub ich brak tam, gdzie być powinny, zresztą - sama mam problem z interpunkcją, więc trudno, żebym się tego czepiała bardzo. Ale wszystko ma swoje granice, moja tolerancja też. I ta cienka czerwona linia została przekroczona w stopniu znacznym w momencie, kiedy natknęłam się na słowo... zwarzywszy. Ludzie, naprawdę. Nie trzeba mieć doktoratu z polonistyki, żeby nie robić tak żenujących błędów. Wystarczy umieć używać mózgu. I słownika. Ale mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach staranność w wykonywaniu swojej pracy - o obowiązkach korektora tu mówię - to coś, co odchodzi powoli do lamusa. Nie zamierzam jednak się z tym pogodzić i tego tolerować, na błędy i to tak rażące uwagę będę zwracała zawsze. Tak się po prostu nie robi!

 Nie mam chyba już nic więcej do dodania....
Dziś jest przeciętnie. Idealnie, jeśli szukacie czegoś, co pozwoli Wam się pośmiać i wyluzować, trochę gorzej, jeśli łatwo Was obrzydzić, fatalnie, jeśli bardzo przeszkadzają Wam błędy - bo oprócz zwarzywszy i na dość sporą ilość literówek się natkniecie. Niemniej jednak - polecam. Zwłaszcza, że jest to historia prawdziwa, więc możecie przy okazji dowiedzieć się, czego na campingu NIE robić. Zawsze to jakaś nauka, nie? 

15.07.2014

Krystyna Mirek "Pojedynek uczuć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Krystyna Mirek
Tytuł: Pojedynek uczuć
Tytuł oryginału: Pojedynek uczuć
Wydawnictwo: Feeria
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 335

Kiedy życie nam się wali...

Na pierwszy rzut oka trzydziestoletnia Maja ma wszystko: wygodny, elegancki apartament, cudownego synka i kochającego partnera, a przy tym wszystkim jeszcze możliwość zawodowego spełniania się. Niestety, ironia losu sprawia, że bohaterka w jednej chwili traci pewny grunt pod nogami i okazuje się, że wszystkie cudowne chwile, które przeżyła, były tylko złudzeniem, mydlaną bańką, która właśnie pękła. A kiedy wydaje się, że gorzej już być nie może, na kobietę spadają coraz to nowsze i cięższe do rozwiązania problemy...

Ile nieszczęść zwalających się na głowę jak grom z jasnego nieba może znieść jedna osoba? Czy to możliwe, by z czegoś, co wygląda na rozległe bagno, w którym łatwo się zanurzyć, ale trudno się z niego wygrzebać, wyszło coś dla nas dobrego? Krystyna Mirek w swojej powieści pod tytułem Pojedynek uczuć udowadnia nam, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej, ale też że choćby nie wiadomo co się działo, prawo jest prawem i po każdej burzy zawsze musi wyjść słońce.

Historia nakreślona przez autorkę to wydarzenia, które mogą przydarzyć się każdemu z nas i które dotykają tysiące, o ile nie miliony ludzi na świecie codziennie, dzień po dniu. Jeden dzień, jedna chwila wystarczy, by wszystko, co dawało nam poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji stało się niczym. Kto z nas tego nie zna - jeśli nie z autopsji, to chociaż z opowieści, z gazet, z telewizji? Nie chce mi się wierzyć, by znalazła się taka osoba - poza małymi dziećmi, które na szczęście przez długi okres przebywają w krainie magii i nie wiedzą, co to tragedia życiowa.

Pojedynek uczuć to pozycja, która mimo że dotyka bardzo smutnej i ciężkiej tematyki, jest niezwykle łatwa i przyjemna w odbiorze. Wszystko przez niewymagający, ale też nie nazbyt prosty język, którym posługuje się Mirek. Byłam zdziwiona tym, jak gładko pokonuję zdanie za zdaniem, linijkę za linijką, kartkę po kartce. Wiele razy zdarzyło mi się natrafić na tytuł, który czytało mi się dobrze, ale jeszcze nigdy nie trafiłam na taką, jak ja to mówię, petardę - chciałam poświęcić na czytanie godzinę, czyli, biorąc pod uwagę moje tempo czytania, wchłonąć około 70 stron, czytałam dwie godziny i przeczytałam ponad 100. Potem jeszcze się zastanawiałam, gdzie mi uciekł ten czas. A jeszcze później próbowałam rozgryźć zagadkę pod tytułem: hej, ale dlaczego ja właściwie przerwałam lekturę?

Bardzo spodobał mi się fakt, że mimo wszystko książka trąciła ogromnym optymizmem. Z każdej strony płynęła na nas mądrość życiowa: dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Nie ma takiego nieszczęścia, które by cię pokonało, to ty sam się poddajesz, bo wydaje ci się, że już nie możesz.

Tylna okładka tego tomu zawiera cytat, fragment wypowiedzi Katarzyny Enerlich, który chyba na zawsze zapadnie mi w pamięć: wszystkie trudne dni i noce zdarzają się PO COŚ. Bo życiowe zakręty tak naprawdę tylko prostują nasze życie. Brawo za spostrzeżenie. Naprawdę, chylę czoła!

Mirek obdarowała nas nie tylko opowieścią o czymś, co może przydarzyć się mnie, Tobie i Tobie, Czytelniku, również. Nie tylko spisała to wszystko bardzo przyjemnym stylem. Ona do tego wszystkiego dodała wartką akcję, nieoczekiwane, nagłe zwroty w fabule. Dziś rano, kiedy kończyłam czytać, musiałam na chwilę przestać, bo moment przełomowy mnie złamał. Kurde, naprawdę - tego się nie spodziewałam.

W całości nie przeszkadzał mi nawet wątek miłosny. Nie trącił kiczem, nie był obrzydliwy, nie wychylał się i nie szczerzył do nas z każdego kąta. Na dobrą sprawę pokazał się wyraźnie tylko na końcu. I bardzo dobrze.

Bohaterowie - świetnie dopracowani. Ani jeden nie był nijaki, każdy wywoływał swoim zachowaniem jakieś, skrajne zazwyczaj, emocje. Tak trzymać!

Jednak czym byłaby wciągająca, świetna książka bez jakiejkolwiek wady? Tym razem, o dziwo, nie zawinił autor, a wydawnictwo. Miałam właściwie na ten temat się nie wypowiadać, bo twierdziłam, że przesadzam, ale jednak wcale mi się nie wydawało, nie wyolbrzymiałam. W tekście natrafiłam na dość sporą ilość błędów, literówek. Długo na to nie zważałam, ale w momencie wypatrzenia słowa korowy zamiast kolorowy zęby mimowolnie zaczęły mi zgrzytać. Nie dam rady, no nie dam rady się przyzwyczaić do takiego niedbalstwa. Książki mają też uczyć poprawnego pisania, a jak mają to robić, jeśli takie byki pozostają niezauważane?!

Myślę, że wystarczająco się już nagadałam, klawiatura ma mnie dość...
Wystawiam cztery gwiazdki. Gdyby nie wydawnictwo, na pewno byłoby pięć. Ogromnie się cieszę, że tak wartościowa powieść znalazła się w mojej torbie z prezentami na imprezie A może nad morze? Z książką. Proszę o więcej takich książek!! I Wam też polecam zapoznać się z dziełem Krystyny Mirek - to naprawdę nie jest nic ciężkiego, choć tak może się wydawać. Spokojnie możecie wziąć tę pozycję ze sobą na plażę, do parku, na działkę i rozkoszować się leniwymi dniami, czytając.

09.07.2014

Lew Tołstoj "Anna Karenina"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lew Tołstoj
Tytuł: Anna Karenina
Tytuł oryginału: Anna Karenina
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Kazimiera Iłłakowiczówna
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 909

Pragnąć szczęścia w życiu...

Wydawać by się mogło, że Anna Karenina ma wszystko, czego potrzeba kobiecie: jest młoda, piękna, wiedzie dostatnie i spokojne życie. Spełnia się jako matka, ale bywa też na przyjęciach i jest uwielbiana na petersburskich salonach. A jednak prawda wygląda zupełnie inaczej: kobieta, będąc żoną mężczyzny znacznie od niej starszego, właściwie nie wie, co to szczęście. Kiedy pewnego dnia bohaterka poznaje hrabię Wrońskiego, wszystko się zmienia. Anna podejmuje ogromne ryzyko, by choć przybliżyć się do tego, o czym od zawsze marzyła...

Już od dawna chciałam przeczytać dobrą historię miłosną, która uważana jest za klasyk, a jednocześnie nie wyszła spod pióra Jane Austen. W końcu, po dość długim przeglądaniu internetu i wahaniu się, podjęłam decyzję: wezmę się za Tołstoja. I tak oto po niedługim czasie moją prywatną, domową biblioteczkę zasiliła Anna Karenina. Niestety, pozycja musiała odstać swoje w wiecznie długiej kolejce - ostatecznie zabrałam się za nią dopiero kilka dni temu. Cały czas miałam nadzieję, że dołączę do szerokiego grona osób zakochanych w tym przejmującym romansie.

Muszę przyznać, że od samego początku byłam bardzo pozytywnie nastawiona i wraz z rozpoczęciem lektury nie odczułam jakiegoś - zwłaszcza dojmującego - rozczarowania. Podobało mi się wszystko, język, choć daleki od potocznego, także mnie ujął. Jedynym problemem w tamtym momencie był rozmiar czcionki całości - stanowczo zbyt mały. Nie mogę się pochwalić specjalnie dużą wadą wzroku, jednak litery - wolę mieć dość duże i wyraźne.

Ale, jak to mówią, wszystko co dobre, szybko się kończy. Stopniowo, kartka po kartce, mina rzedła mi coraz bardziej, choć nadal nie traciłam nadziei, że będzie choć w miarę dobrze.

Zapytacie pewnie: taka piękna opowieść, gorący romans, napisany w sposób piękny, nie tak, jak dzisiaj wydawane są wszystkie te Zmierzchy i podobne pozycje - więc co tu może irytować? Ano, moi drodzy, zgrzytanie zębami mogą wywoływać chociażby wątki poświęcone polityce i rolnictwu, rozwojowi gospodarczemu w Rosji. Choć próbowałam, nie mogłam przez nie przebrnąć bez bólu, a pominąć je całkowicie - to nie w moim stylu. Albo czytam całą książkę, albo nie czytam jej w ogóle, nie mam w zwyczaju wybierać wygodnych dla siebie fragmentów. A niestety - stron poświęconych tej tematyce wcale nie było tak mało.

Z czasem Tołstoj wprowadził do swej powieści postaci, które również darzyłam negatywnymi uczuciami - mowa tu o Kitty i Lewinie. Byli to dla mnie ludzie bardzo, bardzo sztuczni i - przede wszystkim - nijacy. Czytanie o ich perypetiach również nie było dla mnie przyjemne, choć wolałam to, niż rolnictwo przeplatane polityką.

Mimo wszystko jednak, główna myśl książki, strony i rozdziały poświęcone Annie i jej działaniom, które powzięła, by w końcu odnaleźć szczęście - to mnie niezmiernie interesowało. Otwarcie jej kibicowałam i modliłam się, by wszystko poszło tak, jak ona sobie tego życzy. Nie mogłam zrozumieć jej późniejszych zachowań, niemniej - jest to moja ulubiona bohaterka, zaraz po jej mężu i Dolly (z tego co zdążyłam się zorientować - sporo czytelników nie trawi tej kobiety - nie rozumiem, dlaczego. Owszem, była zbyt dobra dla swojego małżonka, ale... to były inne czasy!). Razem z nią cierpiałam, razem pragnęłam, by życie się ułożyło. Wściekałam się na tych, którzy potępiali ją tylko i wyłącznie za to, że chciała czegoś więcej, a nie zadowoliła się ochłapami. Jasne, można powiedzieć, że źle się do tego zabrała, że mogła postąpić inaczej - bo ostatecznie zraniła innych. Ale nie zmienia to faktu, że o swoje trzeba walczyć, a walka nie zawsze jest czysta. Poza tym - jakiejkolwiek drogi, metody by nie obrała, cierpienia nie sposób było uniknąć. Zaczęłam się zastanawiać: a ja? Co JA bym zrobiła na miejscu tej kobiety? I doszłam do wniosku - że chyba to samo. Przecież lepiej coś zrobić, spróbować i potem najwyżej (niekoniecznie!) żałować, niż siedzieć z założonymi rękami, z uczuciem irytacji, że nasz żywot przebiega nie tak, jak byśmy sobie tego życzyli.

Szkoda, że psychika, stan Anny to tak naprawdę kwestie, które giną w morzu innych - a wydawać by się mogło, że powinno być inaczej. Dlatego, choć byłam ciekawa, jak się potoczą losy tej dwójki, poczułam się pozbawiona przyjemności z poznawania tych ich perypetii. Po prostu - wiedziałam, że teraz jest fajnie, interesująco, ale za chwilę pojawi się coś, co całe dobre wrażenie i wszelkie inne pozytywne emocji mi odbierze.

Autor w przedmiocie dzisiejszego wpisu doskonale odwzorował społeczeństwo w czasach, w których działa się akcja powieści. Te wszystkie bale, dbanie o reputację - uwielbiam o tym czytać, a jednocześnie trudno mi sobie wyobrazić, że tak kiedyś naprawdę było, a jeszcze trudniej - że ja mogłabym tak żyć.

Przyswajanie całości zostało mi dodatkowo utrudnione przez jeszcze jedną rzecz - ogromną ilość obcojęzycznych wstawek. Gdzieś, w którymś poście, pisałam już - tego nie lubię, bo często nie wiem, jak się coś wymawia, niewygodnie mi też przeskakiwać z treści właściwej do przypisów na dole.

Niestety, ale koniec końców muszę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Gniotem Anny Kareniny nie nazwę, bo aż tak źle nie jest, ale powiem co innego - Anna... jest stanowczo zbyt przegadana. Uważam, że nic by się nie stało, gdyby była tak o połowę krótsza, niż jest w rzeczywistości.

Tak więc dla Tołstoja...
Trzy gwiazdki, jest przeciętnie. Nie mogę, po prostu nie mogę odpuścić tej męczarni, którą czułam przez długi czas. Zwłaszcza, że naprawdę wydawało mi się, że do ostatniej strony nie dotrwam.

06.07.2014

A może nad morze? Z książką - czyli o pewnym spotkaniu moli książkowych słów kilka...

Zdjęcie z bloga Co warto czytać?

Uwaga wszyscy, zagadka! Co uwielbiają robić blogerzy książkowi, oprócz czytania i pisania o książkach? Nikt nie wie? No to Wam powiem: gadać o nich, wymieniać się nimi, a to wszystko w miłej atmosferze. Na szczęście są dwie takie blogerki - Beata, właścicielka bloga Co warto czytać? oraz jej imienniczka, prowadząca stronę bookfa - które chcą i potrafią wyjść naszym chęciom i potrzebom naprzeciw. Tak oto wczoraj, 5 lipca 2014 roku, już po raz drugi (choć dla mnie pierwszy) odbyło się spotkanie o nazwie A może nad morze? Z książką w sopockiej Zatoce Sztuki.

Każdy uczestnik spotkania miał zadanie - wziąć ze sobą dobry humor, co najmniej jedną książkę na wymianę i zjawić się w umówionym miejscu o godzinie 15.00. Na całe nieszczęście ja nieco się spóźniłam - takie są uroki zatłoczonego Sopotu i problemów z zaparkowaniem gdziekolwiek. W końcu jednak dotarłam, a po niedługim czasie zlot oficjalnie się rozpoczął.

Było nas naprawdę dużo - nie tylko blogerów, ale i komentatorów naszych blogów, zwykłych moli książkowych, a nawet... ludzi pióra! O tym ostatnim jednak - trochę później.

Na samym początku imprezy dostaliśmy siatki z prezentami - książkami, oczywiście - od wydawnictw. O ile zdążyłam się zorientować, wszyscy obdarowani zostaliśmy prawie takimi samymi zestawami tytułów, kilka jednak różniło się, tak że w momencie, kiedy jakiejś osobie dana pozycja nie przypadła do gustu, mogła spokojnie się wymienić na inną.

Oprócz pozycji, które mogłyby zainteresować nas samych, dostaliśmy też coś dla dzieci - książeczkę, w której bardzo ładnie wytłumaczony jest temat śmierci i odchodzenia. Ci, którzy mają berbecie w rodzinie, nie pogardzili tym podarunkiem.

W końcu sama wymiana - czyli stół z książkami przez nas przyniesionymi. Losowaliśmy numery i w kolejności podchodziliśmy, wybierając sobie tom (lub tomy - z tego, co słyszałam, funkcjonowała zasada, że tyle, ile sami przynieśliśmy, tyle mogliśmy wziąć w zamian). Obchody takie zdarzyły się 3 lub 4 razy. Odbyła się także loteria - dziesięciu szczęśliwców wybrało sobie dodatkowe książki.

Dzięki uprzejmości zarządzających restauracją Zatoka Sztuki uczestnicy spotkania mieli specjalny, dziesięcioprocentowy rabat na wszystkie dania i napoje bezalkoholowe z menu, tak więc dochodzi kolejna przyjemność, prócz książek i tego, co z nimi związane - mniejsza lub większa rozkosz dla podniebienia. A oprócz tego, co w karcie - ponownie pojawiły się słodkie babeczki.

Przez cały czas, od samego początku, przy naszym ogromnym stole toczyły się żywe dyskusje, niekoniecznie o literaturze, ale hej - nie samymi książkami człowiek żyje! :) 

Było o ludziach pióra... na spotkaniu swoją obecnością zaszczycił nas Mirosław Tomaszewski, autor dzieł takich jak Pełnomocnik - zresztą, dostaliśmy po egzemplarzu tej pozycji i istniała możliwość poproszenia o dedykację. Mnie, szczęściarze, trafiły się 2 sztuki tego utworu, więc... przy okazji załatwiłam sprawę spóźnionego prezentu dla koleżanki na urodziny ;)

Ogromną dawkę śmiechu przyniosła nam zabawa - quiz. Organizatorki przygotowały dla nas nie lada wyzwanie. Podzieliły nas na grupy, rozdały kartki z podobiznami autorów i kazały podpisywać ich imionami i nazwiskami. Okazało się, że owszem - tytułami możemy się przerzucać, kojarzymy Kinga, Tolkiena czy Rowling, ale już Wyspiańskiego czy Pawlikowską-Jasnorzewską - niekoniecznie. Na szczęście dwóm zespołom udało się trafić sporą liczbę nazwisk, za co w nagrodę dostały, oczywiście, książki.

Atmosfera była świetna, ludzie mili, choć czym byłaby impreza bez jakiegoś feralnego wydarzenia? Otóż, moi kochani - jak wszyscy wiemy, trwa mundial. W pewnym momencie w restauracji pojawiło się kilku baaardzo miłych panów, którzy zapragnęli oglądnąć mecz - pech chciał, że telewizor znajdował się niedaleko naszego kąta. Nastało przykre zamieszanie, żądania, byśmy się przesunęli (mimo że to my mieliśmy rezerwację i wszystko opłacone) i tym podobne - lecz koniec końców odbiornik został wyłączony i przeniesiony na dwór.

Niestety, ja jeszcze przed wybiciem godziny 19.00 pożegnałam się i wróciłam do domu, jednak od jednej z uczestniczek wiem, że zabawa trwała jeszcze dłuuugi czas. Na tyle długi, że koty niektórych z nas zaczęły się niecierpliwić i kiedy wróciliśmy do domu - mimo upału i późnej godziny - nie odpuściły sobie łaszenia się i dopraszania się o pieszczoty... Tak, moja kotka też stwierdziła, że tak łatwo nie wybaczy mi kilkugodzinnej nieobecności.

Ze swojej strony chciałabym podziękować wszystkim - szczególnie organizatorkom spotkania, uczestnikom, panu Mirosławowi i zarządzającymi Zatoką... za udostępnienie nam miejsca. Było świetnie! Nawet pogoda nam dopisała! Mam nadzieję, że odbędzie się kolejna odsłona A może nad morze? Z książką, i że będzie to najpóźniej za rok. 

JESZCZE RAZ - DZIĘKUJĘ! :)

04.07.2014

Dwanaście miesięcy wstecz...

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Jak szybko mija czas...

4 lipca 2013 roku. Kolejny dzień moich - podobno - najdłuższych wakacji w życiu. Nie wiem, który z kolei post przeczytany u Jarka Czechowicza. Aż w końcu spontaniczna decyzja, myśl: też chcę blogować. Dziś mija dokładnie rok od tamtej chwili.

Nie będę kłamać - sądziłam, że to tylko chwilowy kaprys. Że - jak zwykle - dosięgnie mnie słomiany zapał i skończy się na paru wpisach, których w dodatku nie przeczyta nikt. A jednak stało się inaczej. Być może wszystko to zasługa moich cudownych znajomych i rodziny, którzy - gdy, niewiele myśląc, udostępniłam im pierwszy post na Facebooku zaraz po jego publikacji - od razu zareagowali entuzjastycznie, pisząc: hej, dobry pomysł, ej, to jest fajne.

Obojętne, czyja lub kogo wina w tym, jak to wygląda dzisiaj. Ważne jest, że Internetowa Biblioteczka to miejsce w sieci, które pokochałam. Które tworzę od początku do końca sama, a Wy, moi drodzy, wspieracie mnie w tym i po prostu: jesteście.

Bywało różnie - raz lepiej, raz gorzej. Trudniej, czasem łatwiej, jednak nigdy zbyt gładko - bo tworzenie bloga (jak i pewnie wszystkiego innego od podstaw samemu) tak, by inni wchodzili na niego z chęcią, to jest kupa pracy i wysiłku. A mimo to - teraz, po dwunastu miesiącach mogę powiedzieć: choć zdarzają mi się dni, kiedy najchętniej skasowałabym wszystko w diabły, gdy zły czas mija, powraca ten sam zapał i radość z tego, czym się zajmuję.

Jestem dumna z tego, co dotychczas udało mi się zrobić. Cieszę się jak głupia, kiedy czytam kolejne dobre słowa na temat notki, którą stworzyłam. Wdzięczna jestem każdemu za mądrą krytykę, która pomaga mi być coraz to lepszą, a i również za Wasze propozycje książek, z którymi warto się zapoznać.

Rok Internetowej Biblioteczki to nasz wspólny wysiłek. Mój - bo siedzę i produkuję dla Was wpis za wpisem, Wasz - ponieważ gdybyście nie dawali znać, że czytacie i podoba Wam się, wiem na pewno, że nie pisałabym dalej. Po co pisać bloga, jeśli nikt go nie czyta, nie reaguje? To już lepiej założyć pamiętnik, a nie zapychać miejsce w sieci i blokować adres strony.

Mam nadzieję, że będziecie przy mnie nadal. Że nieważne ile minie czasu, będziecie zaglądać do pewnej Darii wciąż i wciąż, a czytanie jej wypocin będzie dla Was ciągłą przyjemnością.
Sobie życzę, by ten zapał i chęć mi nie minęły. Bym zdobywała coraz to nowych czytelników, tworzyła coraz lepsze treści, a może i nawet przekonała kogoś, że obcować z literaturą naprawdę warto.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM ZA TE DWANAŚCIE MIESIĘCY I PROSZĘ O JESZCZE! :)

01.07.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - czerwiec 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Po krótkiej przerwie w nadawaniu witam Was w ten pierwszy, wakacyjny wtorek. Mam nadzieję, że spędzicie dni wolne od szkoły w sposób przyjemny! A dziś, jak głosi tradycja Internetowej Biblioteczki, pora zacząć głosowanie na książkę miesiąca. Jaki tytuł zasługuje na to miano w czerwcu? 
Zasady jak zwykle te same, ale... jest jedna dodatkowa, funkcjonująca od dziś. W związku z niedziałającą ankietą w poprzednim głosowaniu, proszę wszystkich biorących udział w zabawie, by oprócz zagłosowania w ankiecie, dali też znać w komentarzach pod postem informującym o rozpoczęciu zabawy, na co oddali głos - pozwoli to uniknąć niespodzianek takich jak ta, która miała miejsce w czerwcu.

Głosowanie trwa od dziś, 1.07.2014 do 8.07.2014, do godz. 23.59!