23.06.2014

Agnieszka Krakowiak-Kondracka "Jajko z niespodzianką"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agnieszka Krakowiak-Kondracka
Tytuł: Jajko z niespodzianką
Tytuł oryginału: Jajko z niespodzianką
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 297

Kiedy życie wywraca się do góry nogami...

Ada ma trzydzieści lat i samotnie wychowuje swoją trzyletnią córeczkę Julkę. Niestety, niepełna rodzina to nie wszystkie nieszczęścia, które spadły na bohaterki. Młodsza z nich ma nie całkiem sprawną rączkę i zdarza się, że pada obiektem drwin innych dzieci. Matka, chcąc ułatwić jej rozpoczęcie życia wśród rówieśników, zaciska pasa i posyła małą do elitarnego przedszkola. Już pierwszego dnia zajęć przed Adą i Julką otwiera się świat, o którego istnieniu nie miały pojęcia. To jednak nie koniec niespodzianek! Niebawem niezwykle przystojny i równie wyjątkowo gburowaty ojciec jednego z przedszkolaków zostaje nowym szefem Ady. Na horyzoncie pojawia się też ojciec Julii, którego nie było właściwie nigdy, a już zwłaszcza wtedy, kiedy jego obecność przy żonie i córce była pożądana...

Samotne macierzyństwo. Nie w pełni sprawne dziecko. Walka o jak najlepszy byt potomka. Trzy aspekty, które zachęciły mnie do tej powieści. Wydawało mi się, że to będzie coś dobrego, wzruszającego. Że będę miała do czynienia z poruszającą historią o walce o lepsze jutro. A co otrzymałam? Cóż, nie to, czego oczekiwałam.

Na tylnej okładce widzimy między innymi takie słowa: Wzruszająca i zabawna zarazem powieść. Hmmm, a ja się pytam: gdzie tu jest wzruszenie? Ja go nie zauważyłam. No chyba że liczymy momenty, w których dziecko głównej bohaterki próbuje coś zrobić za pomocą chorej rączki, faktycznie, to jest dosyć smutne. Ale tylko to. A zabawne? Co tu jest zabawne? Snobistyczny światek, zapatrzeni w swoje pociechy rodzice? Czy może to, jak Ada chwilami kompletnie nie panowała nad własnym dzieckiem, narażając je na niebezpieczeństwo? To jest śmieszne? Nie dla mnie.

Dalej jest jeszcze lepiej, bo czytamy: Jeden z najważniejszych debiutów w polskiej literaturze popularnej ostatnich lat. Hmmm, dlaczego tu występuje przymiotnik najważniejszy? Przecież to zwykła, banalna historyjka, jakich wiele na świecie i zapewne w Polsce. Na dobrą sprawę fabuła jest dosyć... schematyczna, tak mi się zdaje. Bogacze, samotna, nie do końca ogarnięta matka i musząca wszędzie się wcisnąć miłość. Ludzie, ileż można?

Jasne, że opisywana dziś przeze mnie książka ma też zalety, a nie tylko wady. Na pewno na jej korzyść przemawia fakt, że całość jest napisana prostym, nieskomplikowanym językiem, który dotrze do przeciętnego czytelnika. Strony pokonuje się w zawrotnym tempie, więc Jajko z niespodzianką można śmiało spakować do torebki, jadąc na plażę czy działkę, by spędzić dzień przy mało wymagającej lekturze na tak zwany jeden raz. Ale to tyle. 

Bo nadal mamy do czynienia z powieścią banalną, prostą i do bólu przewidywalną. Dobrze chociaż, że zapoznając się z tą historią, byłam chora i jakakolwiek cięższa, wymagająca skupienia i myślenia lektura odpadała w przedbiegach. Nie zmienia to jednak faktu, że nastawiałam się na zupełnie co innego. Coś lepszego. A dostałam... denną książeczkę. Wiecie, dlaczego do niedawna wzdrygałam się przed wszystkim, co wyszło spod pióra autora-Polaka? Z obawy, że trafię na taki koszmarek właśnie. Ja się naprawdę lubię wyluzować, przeczytać coś lekkiego i przyjemnego, ale niech to ma ręce i nogi, a nie będzie takie nijakie, mdłe jak nieposolone ziemniaki. No i przyprawione odpowiednią ilością miłości. Ble, fuj. 

Kurczę, właśnie zdałam sobie sprawę, że nawet postaci wywoływały u mnie negatywne odczucia, wszystkie. Ewentualnie były mocno neutralne, tak obojętne, że równie dobrze mogłoby ich w ogóle nie być.
Trzy razy nie, niestety Krakowiak-Kondrackiej dziękujemy. 

Na gwiazdki przeliczając...
Wychodzą jedynie dwie, jest bardzo słabo. Byłoby wyżej, gdyby faktycznie jakiś moment mnie poruszył albo chociaż rozbawił. Lub gdyby to wszystko nie było takie stereotypowe. Tak jak już mówiłam - mogę polecić tę pozycję, jeśli chcecie spędzić przyjemny, leniwy, letni dzień z książką. Może Wam się akurat spodoba, kto wie?

20.06.2014

Jodi Picoult "W naszym domu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W naszym domu
Tytuł oryginału: House rules
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 36 zł
Liczba stron: 689

Kiedy choroba niszczy nam życie...

Jacob Hunt to nastolatek chory na zespół Aspergera. Brak empatii, nierozumienie komunikatów wysyłanych przez społeczeństwo, niemożność zrozumienia ironii i przenośni - to tylko kilka cech towarzyszących tej chorobie, cech, które dla każdego przeciętnego człowieka oznaczają: to jest dziwak, trzeba trzymać się od niego z daleka. Kiedy chłopak popada w fascynację kryminalistyką, nikt nie wie, że właśnie w tym momencie jego życie skomplikuje się jeszcze bardziej. Gdy kobieta ucząca go umiejętności społecznych nagle znika bez śladu, a po kilku dniach policja odnajduje jej zwłoki, nastolatek staje się głównym podejrzanym, a zachowania tak typowe dla jego choroby to bardzo obciążające dowody...

Jak wiele jest w stanie zrobić matka, by poprawić byt swojego chorego dziecka? Z jakich tarapatów je wyciągnąć? A reszta rodziny, pozostałe dzieci - jak czują się w cieniu krewnego, który pochłania właściwie całą energię i czas rodziców?

W naszym domu czytałam po raz pierwszy około trzech, może czterech lat temu. Kilka dni temu sięgnęłam po tę pozycję ponownie - na prośbę jednej z czytelniczek i przy okazji mojej znajomej.

Trochę bałam się, że tym razem całość wyda mi się nudna i byle jaka - a wszystko przez to, że nie zdążyły mi z głowy wyparować szczegóły fabuły ani nawet zakończenie. Okazało się jednak, że nic bardziej mylnego! Dzieła Picoult to najwyraźniej jedne z tych książek, które można czytać setki razy, a zawsze porwą i zachwycą.

Tematyka, jak zwykle w przypadku tej autorki, jest bardzo ciężka - choroba. Choroba, której nie da się wyleczyć, można tylko wyciszyć jej objawy, a która niszczy życie. No bo jak tu żyć normalnie, kiedy kontakty z innymi ludźmi są właściwie niemożliwe? Jak żyć, kiedy możemy dostać ataku szału, jeżeli rutyna naszego dnia zostanie nawet w najmniejszym stopniu zakłócona? I jak radzić sobie w życiu, nie potrafiąc wyjaśnić komukolwiek, o co nam chodzi? Wydaje się to niemożliwe. Chyba że ma się kochającą rodzinę i kogoś, kto poświęci swoje życie, swoją karierę i swoje marzenia na opiekę nad nami. Tylko wtedy mamy szansę na w miarę bezbolesne znoszenie codzienności - a i to nie zawsze.

Picoult, co bardzo u niej cenię, pozwoliła nam poznać dogłębnie każdego ważniejszego bohatera swojej powieści. Jak? Dzieląc ją na rozdziały pisane z perspektywy konkretnych osób. Dzięki temu dowiadujemy się, jak ciężko jest Emmie, która samotnie wychowuje dwóch synów, z których jeden, choć dorosły, jest i zawsze będzie jak dziecko. Przekonujemy się, jak ciężko jest bratu głównego bohatera żyć w jego cieniu. I wreszcie - mamy okazję zrozumieć, jak ciężko jest samemu Jacobowi, zobaczyć, że on naprawdę nie rozumie otaczającego go świata. Przyznam szczerze - bohaterów, którzy przedstawiali nam swoje punkty widzenia, było więcej, jednak oni niemal w ogóle mnie nie obchodzili.

Bardzo podoba mi się, że wszelkie informacje - o zespole Aspergera czy o prawie działającym w miejscu, w którym rozgrywa się akcja - są pewne i sprawdzone. Zdaję sobie sprawę, ile wysiłku, czasu i pracy wymaga gromadzenie takich faktów i chylę czoła. Mnie by się chyba nie chciało tego wszystkiego kompletować.

Nie brak też było wątków, które mnie nużyły - tylko że doskonale komponowały się z ogółem. Paplanie o jednej i tej samej rzeczy, którą człowiek się interesuje - to jest część ułomności, z jaką zmaga się Jacob. Dlatego nie powiem, żeby mnie to zniechęciło czy zaważyło na niższej ocenie książki.

Inaczej niż kiedyś, dziś uważam, że zakończenie jest bardzo logiczne. Za pierwszym razem - wbiło mnie w fotel i nie wiedziałam, skąd taki pomysł. Dziś - najwyraźniej wczytałam się dokładniej, bo stwierdziłam, że to nie mogło potoczyć się inaczej. I niech mi nikt nie mówi, że mi się wydaje, bo pamiętałam, co będzie na końcu. To nie o to chodzi.

Sama nie wiem, kiedy minęło mi te prawie 700 stron. W ogóle się nie męczyłam, pokonując kolejne kartki. To była przyjemność.

Więc dzisiaj...
Jest bardzo dobrze. Jedną gwiazdkę odjęłam za części pisane z perspektywy osób, których zdanie mnie za wiele nie obchodziło - uważam, że bez tych fragmentów pozycja byłaby równie dobra. Polecam każdemu, kto lubi czytać o cięższej stronie życia i chce dowiedzieć się, jak funkcjonuje osoba dotknięta zespołem Aspergera.

16.06.2014

TOP 5: autorzy, których twórczości wolałabym nigdy nie poznawać

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Jak sami dobrze wiecie, czasami z różnych powodów sięgamy po książki autora, którego wcześniej nie znaliśmy, którego nazwisko co najwyżej obiło nam się gdzieś o uszy. I różnie to bywa: czasami okazuje się, że odnaleźliśmy nowego guru, mistrza słowa, a niekiedy myślimy cholera, straciłem czas. Wolałbym nigdy nie poznawać twórczości tego człowieka. No właśnie. Dziś na Internetowej Biblioteczce...

TOP 5, czyli autorzy, których twórczości wolałabym nigdy nie poznawać

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Ach, ileż ja się nasłuchałam dobrych rzeczy na temat Paulo Coelho, zanim zetknęłam się z jakąkolwiek pozycją jego autorstwa! A jednak, jak przyszło co do czego, Weronika postanawia umrzeć zraziła mnie do tego człowieka na długo, chyba nawet można liczyć ten czas w latach. Alchemik, którego czytałam nie tak dawno temu, wcale nie poprawił mojego zdania na temat tego brazylijskiego pisarza. Zgodnie z tym, co sobie sama ustaliłam, dam mu jeszcze jedną szansę, ale trochę się boję, że jego pseudomądrości połączone z wątkami religijnymi ostatecznie mnie wykończą... 

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Tak, kochani, wiem, że Adam Mickiewicz to ważna postać dla literatury polskiej. Rozumiem to. Nie zmienia to jednak faktu, że jego dzieła były dla mnie ogromną bolączką przez całą edukację. Próbowałam się przekonać, polubić, ale... nie dało się. Po prostu się nie dało. Pan Tadeusz to historia, którą świetnie się oglądało, ale czytać ją - to była tragedia, język bardzo skutecznie zniechęcał. Podobnie Dziady były dla mnie praktycznie niezrozumiałe.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

A miał to być ranking pozbawiony nazwisk autorów szkolnych lektur... No ale co ja poradzę, że, podobnie jak w przypadku Mickiewicza, wzdrygam się, kiedy pomyślę: Sienkiewicz? Nie muszę chyba wspominać, skąd mi się wzięła taka alergiczna reakcja: W pustyni i w puszczy w towarzystwie nieśmiertelnych, za to śmiertelnie nudnych, przydługich opisów. Jak czytałam Krzyżaków, to poddałam się 37 stron przed końcem całości. Dla wielu to jest śmieszne, mówili mi: głupia, tyle to już mogłaś wytrzymać. No nie, misie. Uwierzcie, że nie mogłam.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Choć odkąd bloguję niemal całkowicie wyzbyłam się brzydkiego przyzwyczajenia skreślania autora po jednej nieudanej książce, pani Julie Burchill, autorce Ambicji, już chyba jednak podziękuję. Za dużo obrzydliwej dosłowności, kontrowersyjnych scen seksu, zbyt wiele zwyczajnej przesady. Nie mam ochoty się przekonywać, czy resztę dorobku tworzyła analogicznie do Ambicji właśnie, czy może jednak zmieniła kierunek - obawiam się, że znów się natnę.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Podobnie sytuacja ma się z Danem Brownem, twórcą Kodu Leonarda da Vinci, pozycji, o której w ostatnich latach było bardzo głośno. Niby kontrowersyjna, niby trzymająca w napięciu - a ja się wynudziłam i... wyspałam. Całość czytałam przez kilka dobrych miesięcy. Jak dotąd tylko ją przyswoiłam. Kiedyś przyjdzie czas na przykład na Anioły i demony, ale... póki co, odwlekam jak się da. I chwilowo bardzo żałuję tych dni spędzonych na tak nudnej, a opasłej lekturze. Panie Brown, ja mam nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej.

A na lekturę książek jakich autorów straciliście czas Wy?

14.06.2014

Stefan Darda "Dom na Wyrębach"

Zdjęcia znalezione na Google Grafika

Autor: Stefan Darda
Tytuł: Dom na Wyrębach
Tytuł oryginału: Dom na Wyrębach
Wydawnictwo: Videograf
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 330

Co się wydarzyło na pewnym pustkowiu...

Marek Leśniewski po rozwodzie z żoną zapragnął zamieszkać w miejscu spokojnym, oddalonym od zgiełku wielkiego miasta i ludzi. Jego marzeniem było spędzić resztę życia gdzieś, gdzie będzie mógł obserwować fascynującą go od wczesnej młodości naturę, zwłaszcza ptaki. Jak postanowił, tak też zrobił. Niebawem wprowadził się do drewnianej chaty, wokół panowała niemal niczym - nie licząc odgłosów przyrody - niezmącona cisza, a sąsiad był tylko jeden, w dodatku niezbyt chętny do zawierania przyjaźni. Niestety, szybko okazało się, że na pozór idealna, wyśniona sytuacja życiowa bohatera wcale nie jest tak cudowna i szykuje dla Leśniewskiego różne, bardzo mroczne i nieprzyjemne niespodzianki...

Horror napisany przez Polaka. Taka to zachcianka dopadła mnie jakiś czas temu. Niewiele myśląc zasiadłam przed monitorem laptopa i zaczęłam poszukiwania powieści, która mnie zainteresuje. Ku mojemu rozczarowaniu, wcale nie było łatwo: zależało mi na pełnej, jednej historii, a co i rusz znajdowałam jedynie zbiory opowiadań, których nie lubię. W końcu jednak, z pomocą facebookowych grup zrzeszających moli książkowych, natrafiłam na nazwisko Stefana Dardy. Kiedy moim oczom ukazał się opis Domu na Wyrębach, nawet się nie zastanawiałam. Niemal od razu zamówiłam sobie w księgarni internetowej jeden egzemplarz (też się natrudziłam! Tytuł jest dość ciężko dostępny).

Wcześniej, przed dostaniem przesyłki, nie zauważyłam na okładce napisu: Powieść utrzymana w klimacie prozy Stephena Kinga. Po rozpakowaniu książki te wypisane białym drukiem słowa do mnie krzyczały. Noo, panie Darda - myślałam - co jak co, ale poprzeczkę to sobie pan postawił cholernie wysoko. Albo ktoś zrobił to za pana. W każdym razie, łatwo mnie zadowolić teraz nie będzie.

Minął naprawdę spory kawał czasu między kupnem tytułu a zaczęciem lektury. Cały czas nie mogłam się doczekać, czułam, że ten zakup to strzał w dziesiątkę. I nadszedł ten długo wyczekiwany, magiczny moment: powieść czas zacząć. Nie bawiłam się w kotka i myszkę. Od razu zaczęłam szukać czegoś, co ten autor może mieć wspólnego z Kingiem. 

Bardzo mile zaskoczona byłam, kiedy pierwszy wspólny punkt odkryłam właściwie na początku. Fanom Stephena Kinga nie muszę mówić, że ten człowiek ma skłonności do gadulstwa i baaardzo długo wprowadza nas, czytelników, w temat. Trzeba się również uzbroić w cierpliwość, bowiem pierwsze niepokojące wydarzenia znajdują się nieraz i w połowie powieści. Podobnie jest u Stefana Dardy. Najpierw poznajemy dość długą opowieść o tym, jak to się stało, że mężczyznę poniosło tu, gdzie się znajdował. Mam tylko wrażenie, że COŚ zaczęło się dziać nieporównywalnie szybciej. Punkt dla pana, panie Stefanie, dobrze się zaczyna.

Niemal identycznie wygląda sprawa z budowaniem napięcia. Początkowo jest ono znikome, by systematycznie, rozdział po rozdziale, kartka po kartce, rosnąć. Bardzo mi się to spodobało. 
Przypadła mi do gustu również forma, w jakiej całość została spisana: pamiętnik. Niesamowicie lubię narrację pierwszoosobową, według mnie sprawia ona, że bardziej poznajemy głównego bohatera, a jego charakter jest bardziej... jakby to powiedzieć... wiarygodny?

Problem mam natomiast z opisaniem wrażeń ze stylu autora. Jest taki... zwyczajny. Potoczny. Szczerze mówiąc, czytając, miałam wrażenie, że całej tej historii słucham, że Leśniewski do mnie mówi. Nawet powtórzenia nie były w stanie mnie zirytować. No bo jak? Czy ktoś z nas podczas towarzyskiej pogawędki z kumplami dba o to, by stosować synonimy i wyrażać się kwiecistym językiem? No właśnie. Tu było tak samo.

Czytając opinie o Domu... na Lubimy czytać, natknęłam się, niestety, na spoiler zakończenia. Ale o tym pisałam już tutaj, a teraz chcę poruszyć zupełnie inną kwestię. Otóż, gdzieś tam wyczytałam, że... w tym horrorze nie ma nic strasznego. A ja pytam: czy w powieści grozy naprawdę muszą się dziać rzeczy tak przerażające, że dostajemy zawału od samego czytania o nich? Musimy nie spać po nocach ze strachu, za przeproszeniem, robić pod siebie, bo inaczej się nie liczy? Czy naprawdę już lekki dreszcz niepokoju nikogo nie zadowala? Mnie to wystarczało w zupełności. W sumie to ten dreszczyk nie był u mnie taki mały, jak się już wkręciłam maksymalnie.

Co jeszcze mnie zachwyciło, to sposób, w jaki autor przedmiotu dzisiejszego wpisu umiejętnie wplótł swoje zafascynowanie przyrodą i wierzeniami ludowymi. Szczerze mówiąc, nie kłopotałam się czytaniem opisu z tylnej okładki, toteż podczas lektury zastanawiałam się, czy Darda ma po prostu dar opisywania, czy naprawdę interesują go te wszystkie żurawie i inne ptactwo. Jakże fajne uczucie ogarnęło mnie, kiedy natknęłam się na informację, że owszem, zafascynowanie głównej postaci to nic innego jak pasja jej stwórcy! 

I tu jeszcze jeden plus - mnie rozwlekłe opisy nudzą. A tu mogłam ich czytać i czytać, i nie było mi mało. Taki tam mały cud.

Osobowości poszczególnych osób występujących w pozycji zostały dopracowane z ogromną starannością. Nie udało mi się przejść obojętnie obok żadnej z nich, każdą darzyłam jakimiś uczuciami!

Myślę, że już dość tego słodzenia na dziś...
Wystawiam cztery gwiazdki, jest bardzo dobrze. Dlaczego odjęłam jedną? Za to, że przyjemność z poznawania całości kawałek po kawałku została mi odebrana. Tym razem nie zawinił autor. Zwyczajnie ktoś nie pomyślał, kiedy pisał opinię. A moje nadzieje, że może ktoś zmyślił sobie to zakończenie... pozostały tylko nadziejami, niestety.

12.06.2014

Inicjatywa społeczna: nie bądź Polakiem-cebulakiem. Nie zdradzaj zakończenia książki!

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

UWAGA! Post powstał pod wpływem nerwów i nie jest jego celem obrażenie kogokolwiek. Choć będę zwracać się do Was, czytelników bloga, chodzi mi o ogół ludzi czytających. Nie kieruję zarzutów w nikogo konkretnie!

Kochani!

Ja się bardzo cieszę, że jesteście w tym (ponoć) niewielkim procencie Polaków, którzy czytają. Ja rozumiem, że Wy się chcecie pochwalić znajomością fabuły danej pozycji. Ale jeśli idziecie do teatru, to raczej nie w dresie, prawda? Wierzę, że jesteście wszyscy bardzo kulturalnymi ludźmi, więc i telefon przed spektaklem wyłączacie. Zatem dlaczego, do jasnej anielki, wpadacie czasami na takie durne pomysły, jak wejście chociażby na portal Lubimy czytać  i napisanie opinii o tytule, w którym... zdradzacie zakończenie całości? No ludzie, serio? Tak trudno jest pomyśleć, że psujecie komuś radość z poznawania danej opowieści kawałek po kawałku? Nawet, jeśli już absolutnie musicie ogłosić wszem wobec, jak coś się skończy - macie opcję zaznaczenia, że dana opinia to spoiler. Dlaczego jej nie użyjecie?! Za duży wysiłek? Mysz się Wam zepsuje od jednego kliknięcia więcej?
Tak, już wcześniej napotykałam na taki koszmar. Ale dziś mam zacząć Dom na Wyrębach i już wiem, jak się skończy. Tylko dlatego, że chciałam poczytać i mniej więcej oszacować, ile jest głosów pozytywnych, a ile negatywnych. Kochani, takim postępowaniem działacie na szkodę nie tylko drugiemu czytelnikowi, ale i serwisowi! Jak tak dalej pójdzie, ludzie nie będą w ogóle chcieli poznawać zdania innych. Bo kto lubi dostać odpowiedzią na zagadkę, którą chce odkryć sam, prosto w gębę?

Zdradzanie zakończeń, nie tylko książek, ale i filmów oraz seriali to powszechny, a więc poważny problem. Jeśli też irytuje Cię ten proceder, przyłącz się do akcji Chcę przeczytać książkę. Nie odbieraj mi przyjemności samodzielnego odkrywania historii kawałek po kawałku!, kopiując ten wpis (lub przekształcając go wedle własnych potrzeb) na swojego bloga czy Facebooka. Do wzięcia udziału w tym "proteście" zaproście kogo się da, namawiajcie, udostępniajcie wszystko dalej. Wypleńmy spoilerowanie z sieci!

11.06.2014

Gena Showalter "Alicja i Lustro Zombi"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Gena Showalter
Tytuł: Alicja i Lustro Zombi
Tytuł oryginału: Alice Through the Zombie Glass
Wydawnictwo: Mira
Tłumaczenie: Jan Kabat
Cena: 34,99 zł
Liczba stron: 442

Kiedy pech nas prześladuje...

Wydawać by się mogło, że jak na nastolatkę Alicja doświadczyła już wystarczająco dużo nieprzyjemności. W dniu szesnastych urodzin uległa młodszej siostrze i wymogła na matce, by ta porozmawiała z ojcem i uprosiła go, żeby pozwolił im wszystkim wyjść z domu po zmroku. Kiedy to się udało, okazało się, że to była najgorsza decyzja w życiu dziewczyny. Decyzja, która kosztowała jej najbliższych życie. Na dodatek wszystko, co mówił tata o czających się na świecie potworach, to nie żaden bełkot alkoholika-szaleńca, a okropna prawda, z którą trudno się pogodzić. Niestety, główna bohaterka szybko przekonuje się, że tuż za rogiem czekają na nią kolejne kłopoty...

Pamiętacie mój zachwyt nad Alicją w Krainie Zombi? Byłam tak oczarowana przygodami tej dziewczyny, że nie mogłam się doczekać, kiedy w polskich księgarniach pojawią się dalsze części serii. Gdy na jednym z blogów recenzenckich zobaczyłam zapowiedź Alicji i Lustra Zombi, zaczęłam kombinować, jak dostać tę książkę. To znaczy - kupić ją to średni problem, ale z miejscem na regałach już tak kolorowo nie jest. Bibliofile rozumieją, nie? W każdym razie - udało się. Przedwczoraj, pełna nadziei i wielkich oczekiwań, zabrałam się za lekturę. Przez cały ten czas cichy, wredny głosik w mojej głowie mówił: hej, nie nastawiaj się pozytywnie, przecież wiesz, że cykl powieści to słaba rzecz. Pierwszy tom owszem, może być rewelacyjny, ale dalsze są coraz to gorsze. Dziękuję, głosiku, za ostrzeżenie. Szkoda, że jesteś mądrzejszy ode mnie, a ja jak zwykle zresztą Cię nie posłuchałam. Poprawię się, obiecuję.

Nie zrozumcie mnie źle - Showalter nadal prezentuje nam historię, którą szybko i łatwo się czyta, ale... z zalet dzisiaj to tyle. Przynajmniej według mnie.

Kiedy czytałam Alicję w Krainie Zombi byłam pod wrażeniem samego pomysłu na fabułę. Wiecie, coś strasznego opartego na bajkowym oryginale - to musi intrygować. I intrygowało. Jak mnie pochłonęło, tak nie mogłam się oderwać od czytania. Nawet wątek miłosny mi nie przeszkadzał, a wiecie jak reaguję na tego typu fragmenty. Tyle że wtedy proporcje rozkładały się mniej więcej tak: 80% walki z zombie (tak, nadal ubolewam nad brakiem litery e w tym słowie w tytule. I w treści też) z dwudziestoma procentami romansu w tle. Teraz ten stosunek jakby się odwrócił. A tego już nie jestem w stanie wybaczyć.

Mam wrażenie, że autorka nie bardzo miała pomysł na akcję w przedmiocie dzisiejszego wpisu. Owszem, jeden wątek - przerażająca zmiana w wyglądzie i zachowaniu Ali - był bardzo ciekawy, ale resztę można upchnąć w schemacie: Ali ma problemy miłosne, Ali walczy z zombie, Ali nie wie, co począć z tym, co się z nią dzieje i znów ma zawirowania uczuciowe, i tak dalej, i tak dalej... Przyznam, że czytanie o kolejnej potyczce ze stworami, która jest łudząco podobna do poprzedniej, bardzo mnie nużyło. Ale alternatywą było znoszenie cukierkowatego chrzanienia o tym, jak to Cole ją kocha, ale coś-tam-coś-tam.

Strona po stronie coraz bardziej pałałam niechęcią do większości postaci. Zwłaszcza Kat to dziewucha, którą, gdybym mogła, to chyba bym wysłała w kosmos albo zrobiła jej coś znacznie gorszego. Nie cierpię takich ludzi w świecie rzeczywistym, więc i w tym literackim trudno mi tolerować ich obecność. A Gavin? Pożal się Boże podrywacz pierwszej klasy się znalazł. Fuj.

Teraz i mnie dopadło wrażenie, które niektórych owładnęło przy pierwszej części: to jest niewymagająca młodzieżówka, w dodatku bardzo, ale to bardzo naiwna, ckliwa. Szkoda, zaczynało się dobrze. 

W świetle ostatniej afery blogowo-wydawniczej właściwie nie powinnam tego pisać (a nuż dostanę pozew?), ale ja nie zliczę, ile razy w tekście natknęłam się na słowa typu pośliznąć, prześliznąć się. Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, że to błąd? Poprawne formy mają literę g między z a n!

Całość czytało mi się niby szybko i łatwo, ale długo i trudno. No nie podobało mi się za grosz. Teraz tak sobie myślę, że właściwie nie wyłapałam kilku bardzo ważnych momentów - bo nie byłam w stanie się wystarczająco skupić. Ja tak mam, jak mnie coś nudzi.

Także dziś...
Dwie gwiazdki, jest bardzo słabo. Tytuł warto przeczytać, zwłaszcza jak ktoś czytał poprzednią część, polubił Alicję i jest ciekaw, co spotkało ją dalej, ale nie radzę się nastawiać na coś dobrego. Ja mam tylko nadzieję, że ostatni tom cyklu nie spadnie poziomem jeszcze niżej, bo już teraz jest naprawdę kiepsko.

08.06.2014

Katarzyna Kołczewska "Idealne życie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: Idealne życie
Tytuł oryginału: Idealne życie
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 32 zł
Liczba stron: 382

Kiedy okazuje się, że nic nie wiemy o najbliższych nam osobach...

Ewa i Elżbieta to dwie zżyte ze sobą siostry bliźniaczki. Mimo ogromnego podobieństwa w wyglądzie, wiodą one zupełnie odmienne tryby życia. Ewa, sfrustrowana nauczycielka języka angielskiego, mieszka w Sandomierzu z mężem, trójką dzieci i schorowaną matką. Ich sytuacja finansowa nie należy do wspaniałych. Elżbieta zaś jest uważana za kobietę sukcesu. Matkę studiującego zagranicą syna. Żonę kochającego męża. Wysoko postawioną, wiele zarabiającą pracowniczkę mieszkającą w Warszawie w luksusach. A jednak to właśnie druga z kobiet, ku ogólnemu zdumieniu znajomych, przyjaciół i rodziny, popełnia samobójstwo. Zrozpaczona siostra nie wierzy w to, że zmarła mogła targnąć się na życie. Postanawia pojechać do stolicy i dowiedzieć się, co stało się naprawdę, co mogło skłonić krewną do tak strasznego czynu. Na miejscu odkrywa sekrety, o których nie miała pojęcia i o których szczerze mówiąc wolałaby nie wiedzieć...

Jak bardzo mylimy się, kiedy myślimy o swoich bliskich, że mają perfekcyjne życie i wszystko u nich w porządku?

Pierwsze, co mnie przyciągnęło do Idealnego życia, to cudowna okładka. Nie umiem tego wyjaśnić, po prostu bardzo mi się podoba, jest taka... niejasna? Skłaniająca do refleksji jeszcze przed zaczęciem czytania? W każdym razie - kiedy znalazłam ją na jednym z blogów recenzenckich, zakochałam się. A szczęśliwym zrządzeniem losu kilka dni później ta sama oprawa uśmiechała się do mnie z półki w Empiku. No jak mogłam się jej oprzeć? Musiałam ją przygarnąć.

Nie potrafię wyjaśnić jednego. Dlaczego po przeczytaniu napisu na okładce (Wzorowa rodzina, doskonała praca i wydarzenia, których nie można wytłumaczyć) wpadło mi do głowy, że będzie to opowieść o kobiecie, która kogoś zabiła? Przecież nietrudno się domyślić, że chodzi o odebranie sobie samemu życia. A jednak aż do pierwszej strony byłam święcie przekonana, że fabuła będzie inna. I w sumie to się cieszę, że moje przypuszczenia się nie sprawdziły - chwilowo mam dość kryminałów, za co zresztą dziękuję Katarzynie Bondzie i jej Pochłaniaczowi, który nadal wywołuje u mnie dreszcz obrzydzenia, kiedy tylko o nim pomyślę.

Początek dzieła Kołczewskiej nie wzbudził we mnie żadnych emocji. Żadnego zainteresowania czy też znudzenia czy irytacji. Ot, wprowadzenie do historii, całkowicie dla mnie neutralne. Ale już niedługo wszystko uległo zmianie. Nagle, nie wiedzieć kiedy, fabuła wciągnęła mnie bez reszty. Ani się obejrzałam, już przeżywałam tę historię całą sobą, byłam jakby obserwatorem wydarzeń, niby stojącym obok bohaterów, ale całkowicie dla nich niewidocznym.

Sama tematyka tej powieści jest ciężka, bolesna i - niestety - bardzo aktualna, zwłaszcza dziś, kiedy w dobie kryzysu i ciągłej gonitwy za pieniądzem, by móc przeżyć od pierwszego do pierwszego, często nie mamy czasu dla innych, nawet tych najważniejszych dla nas osób. To nasze problemy i rozterki są na pierwszym planie. Jeśli ktoś nie pokazuje po sobie, że jest zmęczony czy zirytowany uważamy, że mu się poszczęściło i żyje jak w bajce. Nawet jeżeli słyszymy hej, mam problem! Nie układa mi się!, potrafimy takiemu człowiekowi powiedzieć: nie dramatyzuj. Chciałbym żyć tak, jak ty. Jakie ty możesz mieć zmartwienia?! A temu wszystkiemu towarzyszy zazdrość, że sami nie mamy tego, co według nas inni mają, a w naszej głowie roi się myśl, że my też byśmy chcieli. Nikomu nie wpadnie do głowy, żeby się zainteresować. Nierzadko budzimy się dopiero wtedy, gdy na jakiekolwiek działanie jest już za późno. Smutne to, ale prawdziwe.

I mimo tego niełatwego zagadnienia autorce udało się stworzyć opowieść, którą czyta się nie dość, że łatwo, to jeszcze przyjemnie. Nie mamy chwili, by się znudzić. Mamy problem, żeby odłożyć książkę na półkę - bo po odkryciu przez Ewę jednego sekretu z życia nieżyjącej siostry jesteśmy zaszokowani i ciekawi, co też jeszcze, u licha, się stanie. Takim to magicznym sposobem niespodziewanie znajdujemy się w połowie, na samym końcu pozycji. Sama po zakończeniu lektury całości - dziś w południe - długo nie mogłam pozbierać myśli. Dawno nie czytałam niczego, co by tak mnie pochłonęło i zmusiło do refleksji, nawet Picoult się to dawno nie udało w takim stopniu.

Bohaterowie mają dokładnie dopracowane charaktery. Nie da się przejść obok żadnego obojętnie, przynajmniej mi się to nie udało. Uwielbiałam główną postać. Z trudem znosiłam jej męża, jakby niemogącego zrozumieć, że ta tragedia nie pozwala wrócić do normalnego rytmu dnia. A Jaśkiewicz - cóż to za policjant! Pełen chęci do pracy, choć też z ciężką przeszłością. Jeden fragment, krótka część akapitu poświęcona temu mężczyźnie spowodowała, że popłakałam się ze śmiechu.

Nie robię tego często, ale dziś...
Wystawiam maksymalną ocenę. Nawet byle jakie wprowadzenie do całości nie psuje mojego wrażenia o tym tytule. Polecam każdemu, kto nie boi się czytać o sprawach trudnych.

06.06.2014

Julie Burchill "Ambicja"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Julie Burchill
Tytuł: Ambicja
Tytuł oryginału: Ambition
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Witold Turant
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 310

Po trupach do celu...

Susan Street jest młodą, piękną i równie jak urodziwą, ambitną kobietą. Wie, czego chce, a żeby to osiągnąć, potrafi przekroczyć wszelkie granice. Kiedy po uśmierceniu swojego szefa staje się redaktor naczelną prestiżowego pisma, a po chwili wszystko traci, rozpoczyna grę z nowym właścicielem gazety, człowiekiem równie zepsutym jak ona sama. Ambicja sprawia, że bohaterka nie cofa się nawet przed najbardziej obrzydliwymi zadaniami, które musi wykonać...

(...) Odziana w absurdalnie drogie kreacje, w luksusowych hotelach Nowego Jorku, Rio i Tajlandii, Susan poddaje się kolejnym wymyślnym sprawdzianom, przy których "50 twarzy Greya" to niewinne bajeczki - taki oto fragment tekstu krzyczy do nas z tylnej okładki przedmiotu dzisiejszego wpisu. Nie wiedzieć czemu, nasunęło mi się wtedy skojarzenie, że może to będzie taka trochę podróba Diabła ubierającego się u Prady, tyle że zamiast szefowej z piekła rodem, poznamy przełożonego z mniej lub bardziej zaawansowaną manią seksualną. W każdym razie po krótkim namyśle zdecydowałam się wziąć Ambicję z księgarni ze sobą do domu. I byłam święcie przekonana, że czeka mnie może nie rewelacyjna, ale na pewno bardzo dobra lektura i kupa śmiechu. Hehe, jaki człowiek czasami potrafi być głupi.

Bardzo szybko przekonałam się, że stwierdzenie, że 50 twarzy Greya w porównaniu z książką autorstwa Burchill to bajka, którą można czytać dzieciom na dobranoc, to wcale nie słowa rzucone na wiatr. Nie czytałam tej pierwszej, przynajmniej w całości - jedynie we fragmentach. Ale z komentarzy ludzi wiem, że aż tak chora trylogia James nie jest.

Wiecie co? To wcale nie byłoby takie złe, gdyby nie język, jakim posługiwała się autorka. Ordynarny, wulgarny, dosadny aż do przesady - na niemal każdej stronie. Nie jestem osobą, która zielenieje na twarzy na dźwięk słowa seks i skojarzeń z nim, wręcz przeciwnie, ale... doszłam może do pięćdziesiątej strony i zrobiło mi się niedobrze. Potem mdłości miałam już regularnie. Oczy z orbit też mi wychodziły. Cud, że naprawdę nie zwymiotowałam. A jeszcze większy, że doczytałam całość do końca.

Ta angielska pisarka jest również mistrzynią w tworzeniu takich bohaterów, by czytelnik czuł do nich autentyczną odrazę. Bo patrzcie - nowy szef Street to prostak bez cienia kultury. Sama Susan - idiotka, która pozwoli zrobić ze sobą wszystko, byleby tylko dostać to, czego pragnie. A wokół pełno zniewieściałych facetów, niewyżytych lesbijek i prostytutek obu (!) płci i różnych narodowości. Koszmar. Z drugiej strony - jak postaci wywołują jakieś głębsze emocje, nie ważne pozytywne, czy nie, to chyba należy na to patrzeć jak na zaletę, nie wadę. 

Czy było w tej historii coś śmiesznego? Ano, zdarzały się zabawne teksty. Problem tylko w tym, że po chwili o nich zapominałam, bo natychmiast natrafiałam na coś obrzydliwego.

Powiecie: Jezu, przecież każda pozycja ma swoje plusy, nie przesadzaj! Tak, macie rację. Widzę jeden jedyny, ale za to niekwestionowany walor Ambicji: czyta się ją szybko. No, dobra, jeszcze drugi - nie jest przesadnie gruba.

Na koniec powiem jeszcze tak: na tylnej okładce możemy przeczytać stwierdzenie, że Burchill obrazowo opowiada o tym, o czym inni nie mają odwagi nawet wspomnieć. Święta prawda. Tylko nie wiem, czy ma się kobieta czym pochwalić. Raczej nie.

Nagadałam się dosyć, wystawiam...
Jedną gwiazdkę. Tragedia. Sądzę, że ten tytuł ma szansę spodobać się tylko czytelnikom o wyjątkowo niewyszukanym guście, zboczeńcom i sfrustrowanym babom. Ewentualnie masochistom. Jak niedawno "wyrosłam" ze skreślania pisarza po jednej nieudanej według mnie powieści, tak po nic, co wyszło spod pióra tej kobiety już raczej nie sięgnę. Za bardzo się boję, że znowu mi obrzydzi życie. A jak już mimo wszystko coś przeczytam, na pewno będzie to własność biblioteki. Własnych regałów chłamem nie będę zapychać.

04.06.2014

Katarzyna Bonda "Pochłaniacz"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Katarzyna Bonda
Tytuł: Pochłaniacz
Tytuł oryginału: Pochłaniacz
Wydawnictwo: Muza
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 39,99 zł
Liczba stron: 667

Kasa, wpływy, śmierć...

Znakomita profilerka i była policjantka Sasza Załuska po latach spędzonych zagranicą wraz z córką powraca do Polski. Nie ma ona łatwego życia: cały czas nękają ją wspomnienia godnej potępienia przeszłości, a i dobrymi stosunkami z rodziną nie może się pochwalić. Niedługo po powrocie do Załuskiej zgłasza się były policjant, a obecnie współwłaściciel znanego w Sopocie klubu muzycznego. Przeczuwa, że wspólnik chce go wyeliminować i chce, by bohaterka sprawdziła jego przypuszczenia. Początkowo Sasza waha się, jednak kiedy sprawa się komplikuje i dochodzi do morderstwa, postanawia ją zbadać. Okazuje się, że rozwikłanie zagadki wcale nie jest takie proste - wygląda na to, że wszystko wiąże się z wydarzeniami sprzed 20 lat, w sprawę zamieszane są znane, poważane osobistości, a i jednoznacznych dowodów wskazujących winę konkretnej jednostki brak...

Nazwisko Katarzyna Bonda mignęło mi przed oczami kilka tygodni temu - prawdopodobnie w dzień premiery Pochłaniacza. Przeczytałam jakiś wywiad z nią. Stwierdziłam: jej książki muszą być fajne, w dodatku są to kryminały - muszę się zapoznać z dorobkiem tej kobiety. A kilka dni później całkiem przypadkowo poniosło mnie do księgarni. Już miałam wychodzić z właściwie pustymi rękoma, kiedy na półce znalazłam opasłe tomisko - Pochłaniacza właśnie. Skuszona jego objętością zdecydowałam się na zakup. Szczęśliwa wróciłam do domu i kiedy tylko uporałam się z W imię miłości, zabrałam się za lekturę przedmiotu dzisiejszego wpisu.

Dzisiaj jestem już mądrzejsza o jedno doświadczenie. Nauczyłam się, żeby nie rzucać się na tytuł, jeżeli jego głównym atutem w moich oczach jest to, że całość jest gruba, bardzo gruba.

Bo, moi drodzy, mimo że Pochłaniacz jest nowością czytelniczą, to już ma grono wiernych fanów. Ba, sama autorka twierdzi, że to najlepsza pozycja, jaką napisała. I mnie to załamuje, ja tego nie rozumiem. Jak bardzo złe muszą być jej pozostałe dzieła? Przecież najnowsze wcale nie jest dobre. Powiedziałabym wręcz, że fatalne.

Zaczynało się obiecująco, opis na tylnej okładce kusił, nęcił. Wydawałoby się, że nie może być źle. Ale było.
Problemy zaczęły się bardzo szybko, już na jednej z pierwszych stron. Kolejne linijki, mimo przystępnego i wcale nie wyszukanego stylu, pokonywałam z coraz bardziej narastającym trudem. Nawał informacji, wątków, a przede wszystkim - nazwisk, którymi strzela w nas Bonda, przeraził mnie. Nie musiałam długo czekać, by się pogubić. 

Sama fabuła również okazała się dosyć nudna, a już na pewno... nadmiernie rozdmuchana. Nigdy nie pomyślałabym, że to powiem, ale dziś uważam, że duża ilość stron czasami jest wadą książki, nie jej zaletą. Tu tak jest na pewno. Ale zdaję sobie sprawę, że to kwestia gustu - niekoniecznie podchodzi mi tematyka przekrętów, mafii i porachunków, więc długie czytanie o tym niesamowicie mnie nużyło. Tak bardzo, że zdarzało się, że 50 stron pokonywałam w... 2-3 godziny. Dla kogoś, kto lubi takie klimaty, przebrnięcie przez ten tytuł nie będzie stanowiło problemu żadnego. Ja po prostu miałam pecha.

Właściwie na moją pochwałę zasługuje tylko jeden aspekt - problemy głównej bohaterki, jej przeszłość i błędy, które kiedyś popełniła i boi się, by nie wpaść w tę pułapkę znowu. Jak na ironię - przypominam, że mówimy o kryminale, a nie o pozycji, która by się mogła skupić na tych sprawach. Przyznam szczerze - bardziej interesowała mnie właśnie osoba Załuskiej i wszystko, co ją otacza, poza najważniejszym wątkiem, czyli morderstwem. Kompletnie nie obchodziło mnie, kto zabił ani dlaczego to zrobił, zresztą - w pewnym momencie się tego domyśliłam.

Mało się nie popłakałam, kiedy dotarło do mnie, że to tylko pierwsza z czterech części cyklu. Nie lubię przerywać serii w połowie. Jednak zmuszać się też nie ma sensu, bo po co psuć sobie nerwy?

Choćbym bardzo chciała, nie potrafię mówić cieplej o tym tytule. Uwierzcie mi, że próbowałam się przekonać. Nie wyszło. Za to udało mi się co innego - nie walnąć tomu w kąt, choć ochota była ogromna. Obecnie korci mnie, żeby wyedytować post, w którym opublikowałam mój własny ranking pięciu książek, które doczytałam i podziwiam za to samą siebie i wpisać tam Pochłaniacza właśnie. Ale tego nie zrobię. Najwyżej w przyszłości zrobię drugą część tej listy. Nawet ją rozszerzę do 10 pozycji, jeszcze zobaczę. 

Dziś...
Jedna gwiazdka, jest fatalnie. Chciałabym dać wyższą ocenę, ale nie mam za co, a naciągać, żeby było ładnie, nie zamierzam. Naprawdę, dawno żadna pozycja nie wywołała we mnie takiej odrazy i wściekłości. Gdybym miała kupić ją jeszcze raz, na pewno bym się powstrzymała. 
Nie znaczy to jednak, że Bonda jest u mnie spalona. Dam jej następne dwie szanse, zobaczę, co jeszcze spłodziła. Ale wiem jedno - nie będą to dalsze losy Saszy, ta seria ma u mnie grubą, czerwoną krechę. 

01.06.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - maj 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Dopiero pisałam taki sam post w Nowy Rok, a tu już dzisiaj Dzień Dziecka. Wszystkiego najlepszego - wszyscy jesteśmy dziećmi, choć niektórzy wyrośniętymi. 
A teraz do rzeczy. Zaczynamy głosowanie na książkę miesiąca, tym razem wybieramy tytuł maja 2014. Przypomnę krótko zasady:
1. Jedna osoba ma do dyspozycji jeden głos, który zawsze może zmienić.
2. Sami ustalacie kryteria, według których głosujecie.
3. Po zakończeniu głosowania, w przypadku remisu zostanie zorganizowana dogrywka - również głosowanie, trwające kolejny tydzień, ale tym razem będzie możliwość oddania głosu tylko na jedną z pozycji, które miały równą ilość głosów.
Te zasady są najważniejsze - resztę znacie. Do dzieła, moi drodzy.

Głosowanie trwa od dziś, 1.06.2014, do 8.06.2014, do godz. 23.59!

UWAGA!
Blogspot najwyraźniej strajkuje - ankieta nie zlicza głosów. Dlatego proszę każdego, kto chce wziąć udział w zabawie, by w komentarzu pod tym postem napisał, na co zagłosował - będzie to pomocne w razie, gdyby awaria się nie naprawiła.