28.04.2014

Diane Chamberlain "W słusznej sprawie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Diane Chamberlain
Tytuł: W słusznej sprawie
Tytuł oryginału: Necessary lies
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Cena: 38 zł
Liczba stron: 445

Gdy nie możemy decydować o ważnych sprawach w naszym życiu...

Jane jest młodą kobietą, którą cechuje ogromna potrzeba pomagania innym. Właśnie dlatego postanowiła ona - mimo sceptycznego, wręcz negatywnego podejścia swojego partnera - ubiegać się o pracę w Wydziale Opieki Społecznej, gdzie miałaby zająć stanowisko opiekunki. Szybko po objęciu posady okazuje się, że bohaterka przejawia pewną właściwość, która znacznie może przeszkodzić jej w wykonywaniu zawodu - jest nadmiernie empatyczna. Kiedy zaczyna opiekować się rodziną Hartów i do jej obowiązków należy doprowadzenie do procederu sterylizacji piętnastoletniej Ivy, Jane próbuje za wszelką cenę do tego nie dopuścić...

Kocham Jodi Picoult za ciężką tematykę swoich powieści. Dlatego kiedy znalazłam w internecie nazwisko Diane Chamberlain i wyczytałam, że obie autorki są do siebie porównywane, stwierdziłam, że przeczytam coś jej autorstwa. Do dyspozycji miałam kilka tytułów, jednak to właśnie W słusznej sprawie przyciągnęło mnie najbardziej - nigdy nie czytałam nic o tym okresie w dziejach ludzkości, kiedy pozbawianie ludzi możliwości posiadania potomstwa ze względów takich jak epilepsja czy opóźnienie umysłowe lub bieda było czymś normalnym. Trochę obawiałam się, że mogę tego nie udźwignąć, ale trochę ryzyka jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Postanowiłam spróbować.

Początkowo przez bardzo długi czas całość nie podobała mi się, czytało mi się źle, wręcz chciałam porzucić tę książkę i sięgnąć po inną. Wszystko przez rozdziały pisane z perspektywy Ivy, prostej, biednej nastolatki. Nie przypadł mi do gustu język tych części - bardzo niedbały, naszpikowany błędami. Często mówi się, że jak ktoś mieszka w małych, biednych miejscowościach, to ciężko o dbałość językową - zdecydowanie nie jestem zwolenniczką takiego poglądu. Zdolność do poprawnego wypowiadania się nie ma, według mnie, związku z tym, gdzie mieszkamy. Jasne, jakość edukacji może się różnić, ale co z tego? Wielu ludzi mieszkających w miastach ma problemy z tym, że się włącza,, nie włancza. I przynajmniej mylą z bynajmniej. Przykładów każdy z nas może mnożyć niemal w nieskończoność.

Wracając do przedmiotu dzisiejszego wpisu, oprócz fragmentów opowiadanych przez Ivy były te, dzięki którym mogliśmy poznać odczucia opiekunki społecznej, Jane. I one wciągały mnie bez reszty. Od razu polubiłam tę kobietę.

Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, że połowa powieści napisana jest niedbale, przestało mi to przeszkadzać. Stało się to jednak dopiero po dwusetnej stronie. Wtedy też wsiąknęłam w tę opowieść bez reszty.

Znów nasuwa mi się skojarzenie, że główna bohaterka to taka współczesna Antygona. Jakiejkolwiek decyzji by nie podjęła, i tak byłoby źle. Bezkrytycznie stosując się do zasad panujących w pracy mogłaby się przyczynić do nieszczęścia młodej dziewczyny. Z kolei łamiąc reguły wystawiłaby samą siebie na poniesienie poważnych konsekwencji. A przecież jakąś decyzję trzeba podjąć. Ktoś powie - jak jest za miękka, mogła rzucić robotę. Odpowiem: jakby to zrobiła, i tak wspomnienie o poznanych dzieciakach nie dawałoby jej spokoju. To nie wyjście.

Ja sama nie wiem, co bym zrobiła, gdybym już zdecydowała się na takie zajęcie. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy programu eugenicznego mieli swoje racje. Niepodważalne.

A jednak w tej historii było coś jeszcze, co zainteresowało mnie bardziej niż kwestia tego, czy możemy ingerować w życie innych i podejmować za nich decyzje, które mogą zaważyć o całym ich życiu - nawet, jeżeli są to osoby niepełnoletnie i jeszcze głupiutkie, niedoświadczone. Mianowicie... przeraził mnie stan, w jakim trwała rodzina Hartów. Ich warunki mieszkaniowe, stan wiedzy nastoletnich sióstr, stosunek babci do wnucząt i prawnuka... To wszystko sprawiało, że mi włosy dęba stawały. Może to wina tego, że żyję w lepszych czasach, ale trudno mi się pogodzić z tym, że kiedyś takie rzeczy działy się naprawdę. Jak piętnastoletnia dziewczyna mogła zajść w ciążę i nie wiedzieć jak do tego doszło? Dlaczego kiedyś osobami słabszymi, chorymi zajmowano się tylko na tyle, by nie przekazywali oni niedobrych genów dalej? Boże, to jest straszne. Źle to chyba zabrzmi, ale ja lubię poznawać takie mroczne ciekawostki ze świata, z przeszłości.

Myślę, że dzisiaj...
Cztery gwiazdki to idealna ocena. Nie jestem w stanie zatrzeć kiepskiego pierwszego wrażenia i uczucia znużenia. Polecam każdemu, kto nie boi się ciężkich, kontrowersyjnych tematów. To zdecydowanie nie jest tytuł na jeden wieczór, żadna lekka lektura, którą można by czytać dla przyjemności. Dlatego nie każdy powinien po nią sięgnąć.

24.04.2014

TOP 5: książki, które doczytałam i podziwiam za to samą siebie

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

W życiu każdego bibliofila są książki genialne i beznadziejne. Z tymi ostatnimi różnie sobie radzimy. Jedni przerywają lekturę w połowie, inni zaciskają zęby i próbują dotrwać do końca. No właśnie - czasami decydujemy się przeczytać od deski do deski zupełny chłam. I właśnie dlatego postanowiłam dziś stworzyć...

TOP 5, czyli ranking książek, które doczytałam i podziwiam za to samą siebie

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Rany, jak ja się męczyłam, czytając tę pozycję. Nastawiałam się na coś fantastycznego, z porywającą fabułą, a dostałam... tytuł nużący, pozbawiony kontrowersji - o której mówili wszyscy. Mało tego, styl pisania autora sprawił, że zasypiałam podczas czytania. Z całością walczyłam przez dobre parę miesięcy.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Od początku zdawałam sobie sprawę, że Cierpienia młodego Wertera będą dla mnie katorgą - już na pierwszej lekcji języka polskiego dotyczącej epoki romantyzmu chciało mi się płakać. Płakałam też razem z tytułowym Werterem. Tyle że on ryczał z miłości, a ja wyłam nad jego beznadziejnością.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Drodzy państwo, przedstawiam Wam Henryka Sienkiewicza - autora, który udowodni nam wszystkim, że nawet najfajniejszą historię można spieprzyć przydługimi, nudnymi opisami. Przecież opowieść o tej dwójce dzieciaków byłaby bardzo ciekawa, gdyby nie to! A tak? No cóż - książka była moją bolączką w podstawówce. I wtedy po raz pierwszy przekonałam się, że ekranizacja może być lepsza od pierwotnej wersji.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Drugie spojrzenie było dla mnie zaskoczeniem totalnym. Jakże to tak - Jodi Picoult, którą cenię i której dzieła uwielbiam, nagle wydaje taki syf? To brzmi nieprawdopodobnie... a jednak. Podejrzewam, że mówiłabym inaczej, gdybym lubiła wątki paranormalne. A że nie lubię, to... nie. Fuj.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Wiecie, ja naprawdę rozumiem - młodzieży warto pokazywać, że ludzie powinni robić wszystko, by osiągnąć swój cel. Ba, trzeba im to pokazywać. Ale dlaczego za pomocą lektury tak nudnej jak Stary człowiek i morze? Przecież - mimo, o ile dobrze pamiętam, małej objętości - trudno się czytało ten tytuł. Bo tam akcji nie było prawie żadnej. No ludzieeee!

A Wy? Czy macie takie pozycje, które uparliście się przeczytać do ostatniej strony mimo wszystko i jesteście dumni z tego, że Wam się to udało? 

22.04.2014

Joanna Szwechłowicz "Tajemnica szkoły dla panien"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Joanna Szwechłowicz
Tytuł: Tajemnica szkoły dla panien
Tytuł oryginału: Tajemnica szkoły dla panien
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 32 zł
Liczba stron: 344

O życiu w małym miasteczku słów kilka...

W Mańkowicach, małej polskiej miejscowości, dochodzi do skandalu. Oto nauczycielka szkoły żeńskiej, Łucja Kalinowska, znajduje zwłoki jednej z uczennic. Biedna denatka trzymana była w placówce jedynie z litości. Początkowo wszyscy sądzą, że ten przykry incydent to zwykłe samobójstwo dziewczyny nikomu niepotrzebnej, za którą nikt nie będzie płakał. Z czasem jednak okazuje się, że to tylko pierwszy, ale nie ostatni trup w miasteczku. W wątpliwość podana została także przyczyna wypadku, który zapoczątkował tę czarną serię. Czy aby na pewno było to udane targnięcie się na życie? Niestety, bardzo trudno poznać prawdę w sytuacji, kiedy policja miga się od podjęcia jakichkolwiek kroków, mających rozwikłać tę makabryczną zagadkę...

Najnowsza literatura polska to coś, czego na co dzień nie tykam, a wręcz przeciwnie: kiedy jakąś nowość widzę, uciekam jak przed psem chorym na wściekliznę. Zdaję sobie sprawę, że to nieodpowiednie podejście, niepatriotyczne wręcz. A jeszcze głupszy jest powód takiego mojego zachowania: źle szukam. No źle szukam, bo jak to jest możliwe, że za każdym razem, kiedy znajduję - w internecie lub księgarni - jakąś świeżą polską powieść, to ona okazuje się romansidłem? A ja jeżeli już czytam romanse, to w wykonaniu Austen. O, właśnie, muszę znaleźć jakieś inne "klasyczne" autorki tegoż gatunku. Nieważne.

W każdym razie, z Tajemnicą szkoły dla panien było zupełnie inaczej. Kiedy zobaczyłam okładkę, zahipnotyzowała mnie. Kiedy zapoznałam się z opisem tej pozycji, z nakreśleniem tematyki, prawie że skakałam z radości pod sufit. A kiedy przeczytałam pochlebną opinię na jej temat na stronie mojego blogowo-książkowego guru, Jarka Czechowicza, wiedziałam już: przeczytać muszę. Kupić najlepiej. I kupiłam, w czas niedługi po tym, jak postanowiłam, że to zrobię.

I cóż? Przyznam szczerze: początek był kiepski. Trudno mi było przebić się przez pierwsze kilkanaście stron. Nawet czcionka mi się nie podobała. Właściwie, nie spodobała mi się w ogóle do końca powieści. Jakaś taka za duża, brzydka jest. 

Gdzieś tak bliżej pięćdziesiątej kartki miałam ochotę ten tytuł odłożyć, a Jarkowi odebrać miano mojego osobistego mistrza. O Szwechłowicz myślałam wtedy: Jezus Maria, kolejna, która się wybiła byle czym, a ludziom się podoba, gdzie się podział gust w dzisiejszych czasach... 

Ale! Już wkrótce, sama nie wiem kiedy, wsiąknęłam w świat wykreowany przez autorkę. I wtedy zrozumiałam. To nie miał być kryminał. To miała być opowieść o dawnych czasach i o życiu w małym mieście. W mieście tak spokojnym i nudnym, że aż omijała je historia. W mieście tak mało znaczącym, że nawet kiedy doszło do morderstw i wśród mieszkańców narastała panika, policja wolała zająć się innymi, przyjemniejszymi sprawami. I to tej debiutującej autorce wyszło. Wyszło cholernie dobrze. Wiedziała, co chce przekazać czytelnikowi i zrobiła to w jasny, czytelny sposób. Nawet zaczęłam doceniać wolne tempo akcji i wątki poboczne - wbrew pozorom, dzięki takim zabiegom napięcie i ciekawość osoby czytającej wzrasta. No, przynajmniej ja tak miałam.

Co jeszcze należy do plusów powieści - kreacja podkomisarza Ratajczyka. O Boże, człowiek podbił moje serce! Nie ma to jak prowincjonalny, przygłupi policjant. Nieudolny Herkules Poirot, nieudana kopia Sherlocka Holmesa, rzekłabym. Cudo.

Nie mogę również nie wspomnieć o tym, że Szwechłowicz niczego nie wyolbrzymiła, niczego nie zmyśliła. Ludzie w małych miejscowościach naprawdę kiedyś tak żyli. Rzeczywiście kiedyś wszystkim rządziły układy i układziki. Serio poważniejsze sprawy zamiatało się pod dywan. Ba - na wsiach chyba nadal się tak egzystuje. Przynajmniej tak mi się wydaje. W każdym razie wszyscy wszystko o sobie wiedzą.

Lektura przedmiotu dzisiejszego wpisu była dla mnie czymś cudownym. Z niecierpliwością czekam na kolejne dzieła kobiety, która napisała coś tak świetnego. Jedno jest pewne - we mnie ma fankę. Wierną. Nie tylko za to, że wie, jak pisać, by zainteresować człowieka. Również dlatego, że pokazała mi, że polska literatura nie musi być zła. Chętnie bym jej za to podziękowała osobiście.

Dziś...
Przyznaję cztery gwiazdki. Jest bardzo dobrze. Z przyjemnością wystawiłabym najwyższą notę, ale żal mi rozstać się ze swoją łatką czepliwej zołzy, która tylko czeka na potknięcie autora. I tu znalazłam jedno - jak się pewnie domyślacie, ciężki początek. Mimo wszystko - z Tajemnicą... warto się zapoznać!

19.04.2014

Życzenia świąteczne

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani!

Z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy życzę, by zbliżające się dni minęły Wam w przyjemnej, rodzinnej atmosferze pełnej ciepła i miłości. Skorzystajcie z okazji - następna dopiero w grudniu! - i pochłońcie tyle smakołyków, ile tylko zdołacie. I nie dajcie się zanadto zmoczyć w poniedziałek. Słowem: Wesołego Alleluja!

Z racji świąt robię sobie przerwę od pisania bloga. Powracam do Was niedługo, bo już we wtorek bądź niewiele później - wszystko zależy od tego, kiedy uda mi się doczytać Tajemnicę szkoły dla panien. Trzymajcie się ciepło!

17.04.2014

Czas na film: "Weronika postanawia umrzeć" (2009)

Zwiastun filmu Weronika postanawia umrzeć znaleziony na YouTube

Kiedy świat obiegła wiadomość, że Emily Young powzięła zamiar wyreżyserowania historii na podstawie powieści Paulo Coelho pod tytułem Weronika postanawia umrzeć, ludzie oszaleli. Ci, którzy zapoznali się z książką, zaczęli oszczędzać na bilety do kina. Inni - i w tej grupie byłam ja - nadrabiali zaległości w lekturze, by w stosownym czasie móc spokojnie obejrzeć film. 
Fabułę znają chyba wszyscy. Oto młoda kobieta, która, jak wydawać by się mogło przeciętnemu człowiekowi, ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia, nagle postanawia odebrać sobie życie. Próba samobójcza nie powodzi się i wkrótce Veronika budzi się w szpitalu psychiatrycznym. Krótko po ocknięciu dowiaduje się, że nieuleczalnie uszkodziła sobie serce, co oznacza, że nie zostało jej zbyt wiele czasu. I właśnie wtedy zaczyna dostrzegać w życiu to, czego nie widziała nigdy wcześniej...

Główną postać, Veronikę Deklavę, zagrała Sarah Michelle Gellar. U jej boku mogliśmy zobaczyć między innymi Jonathana Tuckera w roli Edwarda i Davida Thewlisa, czyli filmowego doktora Blake'a.

Jak zapewne pamiętacie, dzieło (ironia!) brazylijskiego pisarza nie podeszło mi ani trochę, rozczarowało mnie tak mocno, jak tylko mogło. Może zresztą to właśnie był powód, dla którego po ekranizację sięgnęłam znacznie później niż miałam zamiar.
Na szczęście okazało się, że Young wiedziała, co robiła. Mimo że bazowała na czymś wybitnie słabym, obraz, który stworzyła, był dobry. Ośmielę się nawet powiedzieć, że wypełnił wszelkie luki, które po sobie pozostawiła powieść.

Sama tematyka produkcji jest bardzo ciekawa - osobiście uwielbiam czytać i oglądać materiały o niedoszłych samobójcach. Może to źle zabrzmi, ale naprawdę interesują mnie takie kwestie, ich motywy, stan psychiki w chwili, kiedy próbują targnąć się na to, co mają najcenniejsze. 

Young w swojej pracy, przy ogromnej pomocy aktorów - którzy, co warto zaznaczyć, naprawdę przyłożyli się do swoich ról - przekazała nam coś bardzo ważnego, o czym, niestety, często zapominamy w natłoku codziennych zajęć. Mianowicie: należy cieszyć się życiem, wyciskać z niego tyle, ile zdołamy. Nie możemy się bać, musimy podejmować ryzyko, próbować spełniać swoje marzenia. A wszystko to dlatego, że nasz czas na świecie jest ograniczony. Nam wydaje się, że będziemy żyli długo. Na co dzień nie myślimy o tym, że śmierć nas nie uniknie. Jesteśmy zdania, że pożyjemy kilkadziesiąt lat - czyli długo. Tylko że to wcale nie jest tak. Nigdy nie możemy być pewni, co się stanie. W wieku 15 lat możemy paść ofiarą tragicznego wypadku. Albo dożyć czterdziestki, zachorować na raka i przegrać walkę z chorobą niewiele później. Możliwości jest wiele. Mimo to nie dostrzegamy ich i żyjemy beztrosko, spychając plany i fantazje na dalszy plan. Bo jeszcze zdążymy je wszystkie zrealizować. Może.

Co mnie osobiście zaintrygowało, to podejście doktora Blake'a do swoich pacjentów. Poświęcił się im całkowicie, zrzekł się prywatności, by im pomagać. A jednak tu jest haczyk - kiedy przychodzi co do czego, opory przed wypuszczeniem ich poza mury ośrodka i pozwoleniem im na rozpoczęcie nowego rozdziału są ogromne. To właśnie taka postawa sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać: gdzie są granice w trosce o swoich podopiecznych? Czy to, co zrobił kierownik szpitala, było nadopiekuńczością? A może to już jest najprawdziwsza w świecie manipulacja innymi? Przecież, choć intencje miał dobre, posunął się do kłamstwa, by wyprostować Weronikę. I to nie było byle jakie nagięcie prawdy. Czy w obliczu takiej sytuacji można wybaczyć podobne zachowanie? Nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Każdy musi rozważyć to we własnym sumieniu. Ja na przykład w pełni rozumiem i popieram działanie Blake'a. Wiem, że nie każdy ma taki pogląd.

Całość ma właściwie tylko jedną wadę - oglądana po raz drugi nie wciąga w takim samym stopniu, jak na początku. Jest wręcz trochę nużąca. Często zdarza mi się oglądać filmy po kilka razy i do tej pory te ambitniejsze porywają mnie tak samo, czasami nawet bardziej, gdy oglądam je ponownie. Dlatego teraz jestem kompletnie zdumiona.

Niemniej jednak Weronika... to opowieść, z którą należy się zapoznać. I to nie z jej papierową wersją - bo ta jest niedopracowana - a z ekranizacją właśnie. Doskonale pokazuje ona, jak człowiek zachowuje się, kiedy wisi nad nim widmo śmierci. A z tego wypływa morał: nigdy nie jest za późno, by zacząć się cieszyć tym, co posiadamy i nawet wtedy, kiedy nie mamy już dużo czasu, możemy naprawdę wiele zrobić. Chociażby pomóc innym, sobie podobnym.

14.04.2014

Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Helen Fielding
Tytuł: Dziennik Bridget Jones
Tytuł oryginału: Bridget Jones's Diary
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Zuzanna Naczyńska
Cena: 20 zł
Liczba stron: 236

Kiedy jesteś sama, a wszyscy wokół mają rodziny...

Poznajcie Bridget. Ta trzydziestoparoletnia kobieta to ucieleśnienie nieszczęścia. Mimo dojrzałego wieku, nie może znaleźć sobie odpowiedniego mężczyzny, u którego boku mogłaby spędzić życie. Własna matka systematycznie przyprawia ją o zawrót głowy i wpędza w większą lub mniejszą rozpacz. A do tego wszystkiego jeszcze dochodzi uzależnienie od papierosów, częste sięganie do kieliszka, problemy z nadwagą i szeroko pojęta niezaradność życiowa. Tylko przyjaciele starają się jej nie zawodzić...

Bridget Jones, ach Bridget Jones. Ileż ja się nasłuchałam o tej kobiecie. Wiecie, że do tej pory nie miałam do czynienia z jej dziennikiem? Nawet ekranizacje widziałam w kawałkach, nigdy całości. Trochę wstyd, co? Zwłaszcza, że uważam się za mola książkowego, a opisywana dziś pozycja cieszy się ogromną popularnością. Bo przecież to taka zabawna historia, pisana lekkim, przystępnym językiem. No to co, nie pozostało mi nic innego niż nadrobienie zaległości.

Tradycyjnie już przed i w trakcie lektury zasięgnęłam opinii innych. Oczywiście, przeczytałam wiele pochlebnych słów - nie tylko na Lubimy Czytać. Na tylnej okładce wydania, które wypożyczyłam z biblioteki, przeczytałam, że jest to śmieszna opowieść, będziesz płakać ze śmiechu nawet, jeżeli jesteś mężczyzną. I tak, pozytywnie nastawiona, zabrałam się do pochłaniania Dziennika..., mając nadzieję na wybuchy dzikiego rechotu co stronę.

Tyle. Na nadziejach się skończyło.
Nie chcę powiedzieć, że przedmiot dzisiejszego wpisu jest zły. Wręcz przeciwnie - czyta się tak szybko i przyjemnie, że kiedy ktoś zapyta mnie, czy mogę polecić coś lekkiego na wieczór, polecę właśnie dzieło Fielding. 

Jednak kompletnie nie zgadzam się z poglądem, jakoby spisane życie Jones było zabawne. Ja nie uśmiechnęłam się podczas poznawania jej losów ani razu, no chyba że z politowaniem. Towarzyszyło mi za to, niemal cały czas, uczucie zażenowania. Cholera, samotna baba po trzydziestce i taka głupia, niezaradna życiowo? Nie może być. Ale było. To się chwilowo naprawdę źle przyswajało, widać tu jawne przerysowanie. I to tak mocne, że ja - mimo że lubię śmiać się z głupoty ludzkiej - nie miałam sił nawet nieśmiało uznać, że o, to było nawet dowcipne. Wierzyć mi się nie chce, że takie rzeczy mają miejsce w realnym świecie. Szczerze zazdroszczę tytułowej postaci tego, że nie ma większych problemów niż niepowodzenia z osobnikami płci męskiej, skacząca waga i tym podobne pierdoły. Może jestem sztywna, ale mnie to nie śmieszy. A nawet, gdyby śmieszyło, to podejrzewam, że szybko by przestało, bo ileż można? A przecież na pisaniu o takich kwestiach Bridget się skupiła.

Uprzedzam zarzuty, które mogą się pojawić w komentarzach: tak, wiem, że to z założenia miało być lekkie czytadło. Ale to niczego nie zmienia.

Nawet mi się nie chce dalej drążyć tematu, więc wystawiam...
Trzy gwiazdki. Co oznacza, że jak na literaturę mało ambitną jest naprawdę kiepsko. Ale hej - wszystko zależy od poczucia humoru czytelnika. Do mnie to akurat nie trafiło. 

12.04.2014

Małgorzata Musierowicz "Szósta klepka"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Szósta klepka
Tytuł oryginału: Szósta klepka
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 12,50 zł
Liczba stron: 188

Ach ta rodzinka...

Cesia pochodzi z dość licznej i bardzo wesołej rodziny. Jest to dziewczyna bardzo sumienna, obowiązkowa i pracowita. Jej - łagodnie mówiąc - nierozgarnięci krewni dbają o to, by nigdy się nie nudziła. Niestety, szybko może się okazać, że nawał prac koniecznych do wykonania w połączeniu z nieprzyjemnościami związanymi z burzliwym okresem dorastania to zdecydowanie niedobra mieszanka...

Po zachwycie, jaki wywołał u mnie "zerowy" tom Jeżycjady - Małomówny i rodzina - wiedziałam, że nie minie dużo czasu, aż sięgnę po kolejną część serii. Tym bardziej, że ostatnio wolę sięgać po książki lekkie i przyjemne w odbiorze.

Początkowo ponownie miałam obawy, że stwierdzę, że jestem "za duża" na takie powiastki. I na szczęście znów okazało się, że nie jestem.

Inaczej niż poprzednim razem, tutaj od samego początku historia mnie wciągnęła. Pragnęłam jak najszybciej poznać bohaterów i ich losy, zobaczyć, co też wykombinują, do czego są zdolni. Choć brak w Szóstej klepce prawdziwych emocjonujących przeżyć, a już na pewno na próżno tu szukać wątku kryminalnego, muszę powiedzieć, że przedmiot dzisiejszego wpisu czytało mi się jeszcze lepiej niż debiut Musierowicz. Uważam, że przygoda została zastąpiona prawdziwym ciepłem rodzinnym, historią rodu barwnego i zabawnego. Bardzo mi się to spodobało.

Naiwność i brak wiary w siebie Celestyny wywołała mój uśmiech. Ciekawe, czy w kolejnych pozycjach będzie mi dane obserwować, jak wyrasta z niej mądra, piękna kobieta. Mnie zaimponowała - swoim uporem i chęcią niesienia pomocy zawsze i wszędzie. Smutno patrzyło mi się na to, jak przez wzgląd na swoje dobre serce zostawała z czasem coraz częściej wykorzystywana. Zastanawiałam się w tym momencie, czy te dzieciaki miały prawdziwą matkę. Bo przecież to rodzicielka przede wszystkim zajmować się domowym ogniskiem.
Nie udało mi się natomiast polubić Bobcia, Julii i seniora rodziny - ten pierwszy wydał mi się zanadto pyskatym dzieciakiem, dziewczyna rozkapryszoną księżniczką, a dziadek... dziadek był mrukiem, któremu wydawało się, że jest zabawny. Niemniej jednak - zawsze będę uważała, że jeżeli postacie wywołują jakiekolwiek emocje w czytelniku - nieważne czy negatywne, czy pozytywne - to bardzo dobrze znaczy.

Serce rosło, kiedy poznawało się perypetie tych ludzi. Uwielbiam przepełnione humorem zdarzenia, sytuacje, uwielbiam kiedy ktoś opowiada mi takie rzeczy. Dziękuję autorce, że nieświadomie zrobiła mi ogromną przyjemność.

Ze zdumieniem odkryłam, że mimo że poprzednie dzieło Musierowicz oceniłam na pięć gwiazdek, dziś uważam, że w porównaniu z opisywanym teraz, jest to marna historyjka, którą można przeczytać, ale - jak to się mówi - szału nie ma. A nawet więcej: jest byle jak.

Na koniec...
Pięć gwiazdek. Znowu. Inaczej nie mogłam. Polecam każdemu, kto potrzebuje lekkiej zabawnej lektury na wieczór i wszystkim, którzy chcą się przekonać, jak wyglądało życie rodzinne ludzi w czasach, kiedy światem nie rządził internet i telewizja. 

09.04.2014

Libba Bray "Mroczny sekret"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Libba Bray
Tytuł: Mroczny sekret
Tytuł oryginału: A Great And Terrible Beauty
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 356

Kiedy okazuje się, że magia istnieje...

Gemma Doyle to szesnastolatka, która po tragedii rodzinnej trafia do jednej z najlepszych szkół dla młodych dziewcząt w Anglii. Jest zupełnie inna od swoich rówieśniczek, które robią wszystko, by wyrosnąć na idealne żony i matki, spędzające życie u boku równie wspaniałych, bogatych mężczyzn. W Spence nastolatka odkrywa też, że ma zdolności nadprzyrodzone i poznaje sekrety swojej matki. Od tej pory nic już nie ma prawa być takie jak kiedyś...

Mroczny sekret to powieść rozpoczynająca trylogię Magicznego Kręgu, którego autorką jest Libba Bray. Z całą serią miałam już do czynienia trzy, a może nawet cztery lata temu, jednak postanowiłam sobie ją odświeżyć i podzielić się z Wami wrażeniami oraz wnioskami na temat tego, czy coś się zmieniło w moim odbiorze tejże na przestrzeni lat.

Co kojarzę z przeszłości, to na pewno fakt, że mimo tego, iż nigdy nie lubiłam fantastyki, wszystkie trzy dzieła Bray wyjątkowo przypadły mi do gustu. Z fabuły nie pamiętałam prawie nic, jedynie krótkie urywki. Dlatego właśnie chciałam jak najszybciej przyswoić sobie tę historię jeszcze raz.

Początek był trudny, nie mogłam się wdrożyć i przebrnąć przez pierwsze kilkanaście stron. To nowość, bo przypominam sobie dokładnie, że za pierwszym razem pochłaniałam kartkę za kartką od razu, hurtowo, i nie mogłam się oderwać. Z czasem jednak wsiąkłam w świat wykreowany przez autorkę, ze zdumieniem odkrywając, że jednak sporo wydarzeń pamiętam. O, niedługo stanie się to i to - ta myśl nawiedzała mnie regularnie. 

W przerwach od lektury próbowałam się dowiedzieć, z czystej ciekawości, co o tej książce sądzą inni. Z pomocą przyszedł mi portal Lubimy Czytać. Szybko odnalazłam tę pozycję i opinie do niej. Zaintrygowała mnie jedna rzecz - pojawił się zarzut, że główna bohaterka i jej przyjaciółki nie zachowują się tak, jak przystało na młode panienki w czasach, w których przyszło im żyć - w epoce wiktoriańskiej. A ja się pytam: czy to coś złego? Boli to kogoś? Przede wszystkim: czy naprawdę myślicie, że bunt to wynalazek, który pojawił się niedawno? Owszem, wtedy dziewczęta miały pięknie wyglądać, ale się nie odzywać. Nie, nie mogły wybierać sobie mężów wedle własnego uznania. Ale to przecież nie znaczy, na Boga, że żadna z nich nie próbowała tego zmienić! Jestem przekonana, że niektóre nie godziły się na taki los i to manifestowały. Pewnie były tłamszone, uciszane, jednak próbowały walczyć o siebie. I uważam, że bardzo dobrze postąpiła Bray, ukazując nam taką postawę. Bo nie wszystko jest czarno-białe, nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. Czasem wystarczy tylko głębiej i dłużej poszukać, żeby znaleźć coś, co nie pasuje do obecnego stanu rzeczy, element z innego pudełka, z innej układanki.

Niemniej jednak muszę przyznać, że dzisiaj zachowanie tych dziewuch mnie śmieszyło. Stawiały się w słusznej sprawie, mam jednak wrażenie, że robiły to w sposób żenujący.

Perypetie tej czwórki nie porwały mnie teraz tak bardzo jak przed laty. Czytało mi się miło, szybko i przyjemnie, odeszła jednak ta nutka tajemniczości i grozy. Wszystko wydało mi się troszkę mdłe. Dopiero przy samym końcu poczułam znajomy dreszczyk emocji. Szkoda.

Tak więc dzisiaj...
Jest przeciętnie. Trochę nijako i nudno, aczkolwiek sentyment pozostanie. Miło było się rozerwać przy czymś lekkim, nic więcej i nic mniej.

07.04.2014

Czas na film: "Nieulotne" (2012)

Zwiastun filmu Nieulotne znaleziony na YouTube

Film Nieulotne, którego scenariusz napisał, a potem całość wyreżyserował Jacek Borcuch, to jedna z tych produkcji, które zaczarowały mnie od razu, ledwo się o nich dowiedziałam. Kiedy tylko moim oczom po raz pierwszy ukazał się zwiastun, pomyślałam cholera, muszę to zobaczyć, to będzie świetne. Nic nie poradzę na to, że mam słabość do współczesnych polskich filmów, które - jak sugerują zapowiedzi - dotykają różnych bolesnych tematów, które, mam wrażenie, że lepiej, aby były tabu. 
Akcja podzielona jest na dwie części: hiszpańską i naszą rodzimą. Ta historia to losy dwójki młodych, zakochanych w sobie studentów, których szczęście przerywa ogromna tragedia. Czy ich związek ma w ogóle jeszcze jakiekolwiek szanse? A może tego, co uległo zniszczeniu, nie da się już odbudować?

W roli głównych bohaterów możemy podziwiać Jakuba Gierszała, którego wszyscy chyba znamy z Sali samobójców, gdzie zagrał nieszczęśliwego, opuszczonego chłopaka w wieku dojrzewania, a także Magdalenę Berus, która na wielkim ekranie zadebiutowała jako nieodpowiedzialna młoda matka w Bejbi blues. U ich boku wystąpił też między innymi Andrzej Chyra, jako ojciec dziewczyny.

Mimo ogromnej chęci, film ten udało mi się oglądnąć dopiero po ponad roku od daty premiery. I wtedy boleśnie spadłam na ziemię. To, czego się spodziewałam, nie było nawet w połowie procenta podobne do tego, co otrzymałam. Nie oznacza to niczego dobrego.

W Nieulotnych na uwagę zasługują tak naprawdę tylko dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest bardzo ciekawy kontrast między hiszpańską a polską częścią opowieści. W materiale Borcucha Hiszpania to kraj piękny i malowniczy, pełen radości (mogę to potwierdzić - byłam), nasza ojczyzna za to jest szara, brudna, a ludzie ponurzy. Z takim obrazem Polski się akurat nie zgadzam, uważam, że nie jest aż tak źle (nie zwracajcie na mnie uwagi - jestem idealistką), ale mimo wszystko -  pomysł wyeksponowania różnic między tymi dwoma państwami wydaje mi się świetny, nawet jeżeli wyszło coś przekoloryzowanego. O tym, co jeszcze mi się spodobało, przeczytacie pod sam koniec wpisu. Ćwiczcie cierpliwość, kotki.

Tak jak pisałam wyżej - boleśnie spadłam na ziemię i obiłam sobie tyłek. Bo dalej już było tylko gorzej. Nie wiem, może to ja jestem nieczuła, nie rozumiem dzisiejszych filmów, ale... nie trafia do mnie ekranizacja, w której nie wiadomo właściwie, o co chodzi. To znaczy - wiemy, jakie nieszczęście spadło na młodych, ale to niczego nam nie daje. Na pierwszy plan wychodzą krótkie sceny, podczas których możemy obserwować różne miny bohaterów, dialogów za to nie ma żadnych - i akcji też nie ujrzymy, bo wlecze się ona wolniej od umierającego żółwia. Z ciekawości przeszukałam YouTube w poszukiwaniu jakichś informacji, jak do całości się odnoszą aktorzy czy też sam reżyser. Znalazłam wypowiedź Borcucha i wybuchnęłam śmiechem. A kiedy przestałam się śmiać, złapałam się za głowę.
Bo, moi drodzy, reżyser tegoż filmiku twierdzi, że Nieulotne można interpretować na różne sposoby. I znowu się zastanawiam, czy przypadkiem nie mam jakiejś ułomności, która mi tego robić nie pozwala. Wybaczcie - również za mały spoiler - ale jakoś nie umiem odnaleźć drugiego dna w zbliżeniu na studentkę, która namiętnie przytula toaletę po tym, jak na imprezie za dużo wypiła. Przykładów mogę mnożyć tu jeszcze wiele, ale musiałabym zdradzić praktycznie każdy jeden wątek, każdy urywek. 

Sam dramat tych młodych też pozostawia wiele do życzenia. Myślałam, że to będzie coś większego. Że będą zamieszani w to razem, że się będą wspierali i wspólnymi siłami pokonywali przeciwności losu, prostowali to, co się wygięło. A tu nic. O co chodzi, ja się pytam.

Aktorzy tym razem się nie popisali. Gierszał był takim samym zamulonym facetem, jak w Sali samobójców. Berus za to, po bardzo dobrym - według mnie - początku, tutaj kompletnie sobie nie poradziła. Patrząc na jej grę, na mimikę, miałam skojarzenie z Bellą ze Zmierzchu. Wiecie, porażenie mięśni, które nie pozwala na zmianę wyrazu twarzy i tak dalej. 

I w tym całym syfie wyłania się perełka: zakończenie. Równie niejasne jak cała fabuła, ale to akurat dobrze - otwarte zakończenia to jest to, co lubię. To tutaj jest miejsce na to, by widz zaczął snuć przypuszczenia, co też tak naprawdę zrobił ten i ten, jak dalej wyglądał jego żywot, a nie przez całe 1,5 godziny. Ja nie miałam ochoty zastanawiać się, co pomyślał filmowy Michał w momencie, kiedy wszystko zrobiło gwałtowny, szybki obrót o 180 stopni. Chciałam to widzieć.

Nieulotne to jedno z moich największych rozczarowań ostatnich miesięcy, o ile nie lat. Zdaję sobie sprawę, że krążą opinie, że to miało być coś artystycznego, skłaniającego do refleksji. Tylko że jak chcę poobcować z prawdziwą sztuką, to wolę sięgnąć po dobytek jakiegoś malarza i się trochę na niego pogapić. A refleksje wywołują u mnie mocne książki i wzruszające filmy. Niemniej jednak - nikomu nie polecam ani nie odradzam. Sami musicie wiedzieć, czego oczekujecie po wizycie w kinie czy po seansie w domu. Nakreśliłam Wam mniej więcej, czego możecie się spodziewać. Reszta zależy wyłącznie od Was.

05.04.2014

Paulo Coelho "Alchemik"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Paulo Coelho
Tytuł: Alchemik
Tytuł oryginału: O Alquimista
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Tłumaczenie: Basia Stępień i Andrzej Kowalski
Cena: 30 zł
Liczba stron: 211

W pogoni za marzeniami...

Santiago ma szesnaście lat. Pobierał nauki w seminarium, gdyż jego rodzice chcieli uczynić z niego księdza, co przyniosłoby dumę prostej rodzinie. Sam jednak wkrótce podjął inną decyzję. Z miłości do podróżowania i chęci poznawania świata postanowił zostać pasterzem. Podczas jednej z wielu wędrówek, kiedy za jedynych towarzyszy miał owce, dwukrotnie nawiedza go dziwny sen o Egipcie i ukrytym gdzieś w nim skarbie. Młodzieniec postanawia go odnaleźć. W czasie podróży musi pokonać wiele przeciwności losu...

Z Coelho miałam do tej pory do czynienia tylko raz - przy okazji czytania Weroniki postanawiającej umrzeć. Jak być może pamiętacie, nie mam z tej styczności z autorem dobrych wspomnień. Początkowo postanowiłam sobie, że już nigdy po żadną książkę jego autorstwa nie sięgnę. Później jednak założyłam tego bloga i pomyślałam, że skreślanie człowieka po jednej kiepsko napisanej pozycji nie jest najmądrzejszym posunięciem. Dlatego też postanowiłam próbować dalej. 

Nie ma szczególnego powodu, dla którego przy okazji ostatniej wizyty w bibliotece wypożyczyłam właśnie Alchemika. Ot, ten tytuł wpadł mi w oko, więc go wzięłam. Pamiętając poprzednie rozczarowanie, zaczynałam czytać z sercem w gardle i - już na starcie - z nie najlepszym nastawieniem.

Przez kilkanaście pierwszych stron byłam mile zaskoczona. Stwierdziłam nawet, że jest dobrze i podoba mi się, a opinię o tym autorze wydałam zbyt pochopnie. Ale później...

Później euforia opadła. Wprawdzie nadal byłam oczarowana tematyką powieści, a i kilka cytatów wpadło mi w oko, jednak... Znowu męczy mnie uczucie, że z historii o czymś świetnym, o czym lubię czytać, wyszła historia o czymś świetnym, o czym lubię czytać, ale za to beznadziejnie napisana. Jej akcja rozwijała się bardzo wolno, co spowodowało, że zaczęłam o niej myśleć w kategorii mdłe jak nieposolone ziemniaki.

Czytało się bardzo szybko, nawet nie wiem, kiedy minęło mi te ponad 200 stron, ale to wszystko we mnie wlatywało, by zaraz wylecieć i nie zostawić po sobie śladu. Łapałam się na tym, że mojej uwadze umykają dosyć ważne dla całości szczegóły, ale przedmiot dzisiejszego wpisu męczył mnie tak bardzo, że raczej nie zawracałam sobie głowy tym, by do pewnych kwestii wrócić. 

Inna rzecz to to, że Coelho najwyraźniej lubi w swoich dziełach używać wielkich słów i odnosić się do religii. O ile to pierwsze mi nie przeszkadza - choć w przypadku tego faceta wychodzi to śmiesznie - o tyle drugie sprawia zazwyczaj, że nóż w kieszeni mi się otwiera. Zwyczajnie nie lubię wpychania wszędzie Boga, cudów i tak dalej. No bo po co to robić, skoro można inaczej?

Tak więc dzisiaj...
Dzisiaj, kochani, jest bardzo słabo. Minimalnie lepiej niż poprzednio, ale nadal tego pisarza nie lubię. Alchemika ratuje tylko to, że mimo żółwiego tempa akcji czyta się szybko, a i przesłanie jest dobre. Cała reszta mnie osobiście załamała. Nawet te fajne cytaty, które faktycznie mi się spodobały, ale podobnie jak cała reszta już mi się wymknęły z głowy. Cóż, najwyraźniej nie były one znowu takie cudowne.

03.04.2014

Małgorzata Musierowicz "Małomówny i rodzina"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Małomówny i rodzina
Tytuł oryginału: Małomówny i rodzina
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 9,33 zł
Liczba stron: 184

W poszukiwaniu ukrytego skarbu...

Ptaszkowscy to wesoła, pięcioosobowa rodzina: mama Maria, babcia oraz trójka dzieci: czternastoletni Munio, rok młodszy Tunio i sześcioletnia Rzodkiewka. Niestety, po śmierci ojca rodzeństwa matka, chcąc wyżywić potomstwo, musi poświęcić się pracy. Niebawem jednak los odmienia się na lepsze. Bohaterowie przenoszą się do Śmietankowa, gdzie żywicielka rodziny ma dużo lepsze warunki do pracy, a także możliwość spędzania większej ilości czasu z dzieciakami. Szybko okazuje się też, że w nowym miejscu zamieszkania na jej pociechy czekają emocjonujące przygody...

Jeżycjada, ach Jeżycjada. Do tej pory nie było mi dane przeczytać całej serii, teraz chcę to nadrobić. W końcu kto czasami nie lubi zrobić sobie małego powrotu do przeszłości, do lat dziecięcych?

Tak się jakoś złożyło, że Małomównego i rodziny nie miałam w rękach nigdy, właściwie nie wiedziałam o istnieniu tego "zerowego" tomu powieści. 

Początkowo bałam się, że będzie jak z Anią z Zielonego Wzgórza. Że nie będę już potrafiła się wczuć w nic, co kojarzy się z dzieciństwem. Na szczęście szybko pozbyłam się tych obaw.

Jasne, że na początku trochę mnie ta książka nużyła. Ze strony na stronę jednak wciągałam się coraz bardziej i bardziej. Doszło do tego, że chociaż miałam całość doczytać dzisiaj - jako że założyłam sobie, że czytam od 50 do 100 stron dziennie maksimum - zrobiłam to już wczoraj wieczorem, przy przygodach tej trójki łobuzów spędziłam niemal cały dzień.

Musierowicz to autorka, która ma doskonały dar przypominania nam, czytelnikom, jak wyglądało życie małolatów, kiedy światem nie panował jeszcze Internet i telewizja. W jej opowieściach szkraby tylko myślą, jakby tu najszybciej wymknąć się z domu i porozrabiać na świeżym powietrzu. Według mnie to ogromny plus. 

Od jej dzieł bije radość i rodzinne ciepło, co sprawia, że czytanie jest czystą przyjemnością, tym bardziej, że wszystko jest opisane językiem ociekającym humorem.

W Małomównym i rodzinie szczególnie ujął mnie wątek kryminalny. Przyznam, że to było dla mnie duże zaskoczenie, bo jednak spodziewałam się czegoś... mniej emocjonującego, spokojniejszego. I chyba dobrze, że moje podejrzenia się nie sprawdziły.

Śmiałam się niemal do łez z jednego z chłopców, który co i rusz popisywał się znajomością cytatów z najróżniejszych książek, zwłaszcza Mickiewicza. Szkoda, że na co dzień nie mam z takimi dziećmi do czynienia, a i sama nie mogę się pochwalić taką zdolnością, czytam dużo, ale nie zapamiętuję szczególnie nic.
Przedmiot dzisiejszego wpisu został dodatkowo ozdobiony ilustracjami, może nie najpiękniejszymi i czarno-białymi, nad czym osobiście ubolewam bardzo, ale i tak - miło popatrzeć.

Ciekawi mnie, jak wyglądała pierwotna jego wersja - w moje ręce trafił już egzemplarz poprawiony, sama autorka wyjaśniła na początku, że napisała wszystko na nowo, bo po czasie załamała ręce nad tym swoim debiutem. Jeżeli ktoś wie, czytał - podzielcie się wrażeniami, proszę.

Co to ja jeszcze miałam Wam powiedzieć... ach, tak. Nie przepadam za pozycjami krótkimi, tj o objętości mniejszej niż 300 stron, jednak tu te niecałe 200 wcale mnie nie bolało, było w sam raz. 

Tak więc dzisiaj...
Pięć gwiazdek, w pełni zasłużonych. Za wszystko: humor, napięcie, zabawnych bohaterów i przeniesienie nas w świat bez Internetu. Coś cudownego. Już cieszę się na resztę tej serii.

01.04.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - marzec 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry!

Dobra, moi kochani. Ostatnio długo dyskutowaliśmy - razem pobiliśmy rekord ilości komentarzy pod wpisem - a dzisiaj, mimo daty, to nie żart - zaczynamy głosowanie na książkę miesiąca. Czas wyłonić tytuł marca 2014.
Jak zwykle głosujemy w ankiecie, na jedną pozycję, głos można zmienić, a na wszystko to mamy tydzień.

Tak więc... głosowanie trwa od dziś, 1.04.2014, do 8.04.2014, do godz. 23.59!