28.02.2014

Kolumna dyskusyjna: biorę udział w wyzwaniach czytelniczych - po co?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Czeeeść!

Przedwczoraj, podczas codziennego przeglądania blogów, które obserwuję, zauważyłam, że Monika, autorka strony Książka na każdy dzień, opublikowała wpis dotyczący wyzwań czytelniczych. Co prawda skomentowałam go już dosyć obszernie, stwierdziłam jednak, że to za mało. Chcę bardziej szczegółowo przedstawić swoje zdanie, a i poznać Wasze. Gotowi? Jedziemy!

Każdy z nas wie, co to są wyzwania czytelnicze i na czym polegają. To takie konkurencje, podczas których mamy przeczytać określoną ilość książek w takim a takim czasie. Albo sięgnąć po tyle i tyle dzieł o takiej i takiej tematyce. I tak dalej, i tak dalej. Wszyscy również jesteśmy w stanie podać kilka przykładów takich zabaw: 52 książki, Czytam Fantastykę, Z półki... Tego jest cała masa. Dzisiaj chciałabym podyskutować o tym, po co tak właściwie tworzone są takie próby sił, jaki mają sens oraz czym kierują się ludzie, którzy decydują się na wzięcie udziału w całości.

Na samym początku mojego blogowania na Internetowej Biblioteczce byłam zachwycona takimi inicjatywami, co i rusz szukałam nowych, czytałam o nich, sprawdzałam wyniki innych. Była to dla mnie zupełna nowość, którą chciałam zbadać od środka. Myślę, że to normalny objaw, kiedy nie mamy z czymś do czynienia, a nagle pojawia się to w naszym życiu w ilości bardzo dużej, to naturalną koleją rzeczy jest to, że włączy się nam czerwona lampka z napisem Ciekawość. Ba, u mnie się nie skończyło na czytaniu o wyzwaniach - próbowałam wziąć udział w 52 książkach oraz wymyśliłam coś swojego - możecie o tym poczytać tutaj. A swoją drogą, ciekawa jestem - czy ktoś spróbował pokonać swoją niechęć? 

Przyszedł jednak taki czas, i to już po najwyżej trzech tygodniach, kiedy zrezygnowałam z udziału z 52 książkach. Bo o ile na początku wszystko szło fajnie, o tyle później trafiła w moje ręce literatura gorsza, cięższa do przebrnięcia, a więc zabierająca znacznie więcej czasu niż zazwyczaj. Nie musiałam długo czekać na to, by zacząć odczuwać presję. To już nie była zabawa, to był szalony wyścig z czasem, by pokazać sobie i przy okazji moim czytelnikom, że cholera, potrafię przeczytać tyle książek, ile rok ma tygodni. Bardzo nie spodobał mi się taki stan rzeczy, więc szybko zrezygnowałam z przedsięwzięcia. Bo, jak głosił kiedyś napis na nagłówku tego bloga, czytanie to pasja. W pasji nie ma miejsca na odczuwanie nacisku, zmuszanie się czy niechęć, a już na pewno nie ma mowy, by pochłaniać kolejne tomy jak najszybciej, po łebkach, byleby tylko statystyki były ładne. To doświadczenie skutecznie zniechęciło mnie do brania udziału w takich konkursikach, prawdę powiedziawszy - dziś nie mogę w ogóle patrzeć na posty im poświęcone. 

Próbuję doszukać się jakiejś logiki w tym, że ludzie bawią się w coś takiego. I wiecie co? Widzę ją tylko w jednym przypadku. Kiedy osoba nie jest typowym molem książkowym, a wręcz przeciwnie, zdaje sobie sprawę, że czyta zbyt mało i chciałaby to zmienić - OK, tego typu zadania mogą być, i pewnie są, dobrym motywatorem do działania, bo w końcu kiedy indziej robimy coś, na co się porwaliśmy, lepiej i efektywniej niż wtedy, kiedy mamy przysłowiowy nóż na gardle lub bat nad głową? No właśnie.
Przyznam jednak, że kompletnie nie rozumiem, dlaczego wyzwania podejmują blogerzy książkowi, którzy przecież w większości (o ile nie w 100%) deklarują się, że są amatorami słowa pisanego. Przecież te całe pojedynki tak właściwie okropnie zawężają horyzonty. Co jest takiego fajnego w czytaniu większej ilości książek z takiego a takiego gatunku czy autora? Pamiętajmy, że właściwie zawsze, oprócz zadania do wykonania, mamy na nie określony czas - a to nierzadko oznacza, że zawodnik przez długi czas nie czyta nic innego niż to, co pasuje do tego i tego. Motywator do działania? Chcecie mi powiedzieć, że miłośnicy literatury potrzebują być zmuszani do czytania tych 52 dzieł rocznie? Że gdyby nie ta inicjatywa, nie czytaliby tyle? No cóż, to tylko świadczy o danych blogerach - w moich oczach pasjonat czytania, który kocha to co robi do tego stopnia, że aż zakłada o tym stronę, ale przy tym potrzebuje czegoś, co go będzie trzymało w ryzach, traci bezpowrotnie na wiarygodności.

Wiecie, jeszcze rozumiem zabawić się od czasu do czasu i brać udział w jednej konkurencji. Sęk w tym, że właściwie codziennie widuję, jak ludzie biorą na siebie kilka lub nawet kilkanaście takich zabaw. Oczywiście w podsumowaniach częściej niż rzadziej jest płacz, że ojej, w tym tygodniu/miesiącu nie udało mi się przeczytać w ramach wyzwania tyle, ile powinienem. Pytam się: ludzie, czy Wy, do cholery, nie macie co robić? Chcecie się sprawdzić, OK - nie zabraniam, ale może warto byłoby zdecydować się na coś konkretnego, dokładnie przestudiować, co macie do wyboru i wybrać to, co interesuje najbardziej, niż płakać, że tego jest tyle, że się nie wyrabiacie. Przecież każdy ma jakieś obowiązki i skoro narzucacie sobie, że przeczytacie w ciągu roku 52 książki, przez miesiąc 10 powieści fantastycznych i 5 autorstwa Stephena Kinga (nie wiem, czy tak jest w istocie, koloryzuję, żeby Wam pokazać, o co mi chodzi) - to naprawdę jesteście zdziwieni, że nie dajecie rady? Żeby podołać temu wszystkiemu, musielibyście mocno ograniczyć jakąkolwiek aktywność w innych sferach. A to z kolei jest, po pierwsze, mało możliwe, bo uczyć się czy pracować w pewnym momencie musi każdy, a po drugie - nawet, jeżeli nam się uda, to to jest prosta droga do tego, by lekturę sobie obrzydzić. Gratuluję Wam serdecznie.

Jeżeli już koniecznie chcecie sobie urozmaicić pochłanianie kolejnych stron takimi akcjami, to może spójrzcie na siebie, swoje życie i swoje półki i sami coś wymyślcie, wedle swoich potrzeb, chęci i możliwości. Mnie na przykład w tych wielkich inicjatywach, które się rozprzestrzeniają na blogach niczym nowotwór nie zobaczycie. Ale ustaliłam sobie własne wytyczne. I tak miesięcznie staram się pokonać przynajmniej 4 tytuły, częściej sięgać po tomy ambitne i klasykę, poznawać literaturę polską i przełamać niechęć do fantastyki. No dobrze, jeszcze stwierdziłam, że przeczytam całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza i Jeżycjadę. Ale to wszystko bez zbędnych ograniczeń czasowych, po prostu - uda się albo nie uda. Teraz, potem albo nigdy.

A czy Wy bawicie się w wyzwania czytelnicze? Może macie takie samo zdanie jak ja? Ustalacie sobie jakieś prywatne cele, które staracie się realizować?

27.02.2014

Share Week 2014, czyli poleć bloga

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w czwartek!

Ach, czujecie to? Za rogiem czai się na nas to, co wszyscy kochamy - weekend, a na dodatek wszystko wskazuje na to, że już niedługo będziemy mogli cieszyć się prawdziwą, piękną, wiosenną pogodą. A w każdym razie tak jest u mnie ;) Co prawda miałam Wam dać odpocząć od siebie przez kilka dni i odezwać się dopiero pierwszego marca przy okazji rozpoczęcia głosowania na książkę miesiąca, ale...

Ale blogosferę ogarnął istny szał. Wszystko za sprawą jednego faceta - Andrzeja z bloga jestKultura. To on ogłosił, że rusza kolejna edycja jego autorskiego pomysłu Share Week.

O co tu chodzi?

Share Week to coroczna zabawa, trwająca dokładnie tydzień (nie domyślilibyście się tego po jej nazwie, prawda?). Zasady są proste - każdy, kto chce, publikuje, gdzie chce listę blogów, które odwiedza regularnie i uważa za godne polecenia, a potem podrzuca ją Andrzejowi. Mogą być trzy adresy, może być i więcej.
To wydarzenie idealnie obrazuje, że my, blogerzy, nie dbamy tylko i wyłącznie o własne strony, ale współpracujemy - mówimy innym o ciekawych stronach, zapraszamy na nie i być może ktoś odwdzięczy się nam tym samym.
Początkowo nie chciałam w tym uczestniczyć, twierdząc, że tego jest za dużo, że to wręcz łańcuszek. A potem pomyślałam: hej, nie bądź jędzą, podziel się ciekawymi linkami. Może ktoś rzuci linka do ciebie. I tak oto przed Wami...

Moja lista blogów wartych polecenia


Klaudynę cenię za różnorodność. Tutaj nie ma ściśle określonego tematu - raz trafi się recenzja książki, potem zapowiedź filmowa, jeszcze kiedy indziej - przeczytamy coś o materiałach do nauki języka obcego. Jak zwykle nie lubię aż takiego rozrzutu, misz-maszu, tak tutaj absolutnie mi nie przeszkadza. Aha, i jeszcze jedno: kocham Kreatywny Klub Dyskusyjny!


Blog, którego nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu i który tak właściwie powinien zająć pierwsze miejsce, gdyby nie fakt, że robiąc jakiekolwiek rankingi nie przejmuję się kolejnością, nie robię list od najlepszych do najgorszych książek etc., więc i tu sobie daruję. A wiecie, czemu blog Jarka powinien być na szczycie? Bo gdyby nie on, Internetowa Biblioteczka nigdy by nie powstała. To Krytycznym okiem podczytywałam nałogowo po maturze, to Jarka wpisami byłam zachwycona, to Jarek zaimponował mi tym, jaki jego strona ma staż i to Jarkowi pozazdrościłam, a wkrótce przestałam zazdrościć i po prostu stwierdziłam, że spróbuję osiągnąć coś podobnego.


Stosunkowo niedawne odkrycie, na stronę Moniki dostałam się zupełnie przez przypadek jakiś miesiąc temu. Przyznam szczerze, że nie czytałam wszystkiego, starannie wybieram sobie notki, które mogą mnie zainteresować, a na resztę nie patrzę, ale to, z czym się zapoznałam, zachwyciło mnie. Dziewczyna ma super podejście do tego, co robi, o czym pisze. I, wbrew pozorom, nie obraca się tylko wokół tematu książek.

A jak wyglądałaby Wasza lista blogów wartych polecenia? Wzięliście już udział w zabawie? Nie? To gorąco zachęcam, nie ma na co czekać!

26.02.2014

Jules Verne "W 80 dni dookoła świata"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jules Verne
Tytuł: W 80 dni dookoła świata
Tytuł oryginału: Le tour du monde en quatre-vingts jours
Wydawnictwo: Waza
Tłumaczenie: brak informacji
Cena: 12,90 zł
Liczba stron: 194

Zakładając się o rzecz niemożliwą do zrobienia...

Phileas Fogg to londyński gentleman. W życiu kierował się ściśle określonymi zasadami, planem dnia, który wypełniał punkt po punkcie codziennie o sztywno określonych godzinach. Trzymania się swoich własnych założeń i wytycznych wymagał nie tylko od siebie, ale i od służby dla niego pracującej. Zazwyczaj stronił od kontaktów z ludźmi, nawet z kolegami z klubu, którego był członkiem, nie spoufalał się zanadto. Podczas jednego z takich spotkań zrobił coś, co każdy odebrał jako dowód na to, że jest szaleńcem: założył się, że przejedzie cały świat dookoła w jedyne 80 dni. W grę wchodzą duże pieniądze...

Czy to możliwe, by Fogg miał realne szanse na wygranie tak wariackiego zakładu?
To nie było moje pierwsze spotkanie z opisywaną dziś książką. Jako dziecko czytałam ją przynajmniej kilka razy. Dlaczego sięgnęłam po nią ponownie? Chciałam się przekonać, jakie będę miała do niej podejście po latach. Bo w przeszłości historia Verne'a nie podobała mi się w ogóle, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie powodów mojej awersji do niej. Jedno jest pewne: na myśl o W 80 dni dookoła świata nóż otwierał mi się w kieszeni tak samo, jak przy Pinokiu. Z zadowoleniem stwierdzam, że tym razem całość pochłonęłam z pewną dozą przyjemności.

Jasne, że nie stwierdziłam nagle, że to najlepsza powieść przygodowa, jaka wpadła mi w ręce kiedykolwiek. Jednak dziś widzę w niej coś, czego nie widziałam wcześniej. Ale żeby nie zaczynać od środka...

Uwielbiam absurd i pozornie nienormalne zachowanie ludzi. A czy można powiedzieć, że upieranie się, że zwiedzi się cały świat w 80 dni i twierdzenie, iż przewidziało się każdą jedną przeszkodę stojącą na drodze do zrealizowania celu, jest czymś logicznym? Oczywiście, że nie. Mnie zwyczajnie bawił upór Fogga, prawdę powiedziawszy tylko czekałam, aż stanie się coś, co mu pokaże dobitnie, że nie pozjadał wszystkich rozumów.

Ze smutkiem stwierdzam, że jak na przygodówkę, emocjonujących zdarzeń było tutaj zatrważająco mało. Większość stron to jedynie pobieżne opisy miejsc, w których znajdowali się bohaterzy. Nic ciekawego.

Mimo to wszystko uważam, że dzieło Verne'a to idealny przykład heroizmu postaci, jego upartego dążenia do celu. O ile wiem, jest to lektura w szkole, bodajże w podstawówce - a przynajmniej tak było kiedyś, choć mnie to nie objęło (a może po prostu nie pamiętam?). Jeżeli nadal tak jest, to bardzo dobrze. Jeśli nie, szkoda. Bo dzieciaki powinny przeczytać coś, co im pokaże, że jak się czegoś chce, to można to dostać. Wystarczy zacięcie, konsekwentne działanie, niepoddawanie się pomimo porażek i... wiara w powodzenie. Tylko tyle i aż tyle. To właśnie dlatego tak dobrze mi się czytało perypetie Fogga i jego towarzyszy. Żałuję, że nie dostrzegłam tego wszystkiego wcześniej!

A teraz o wydaniu. Straszne, tragiczne! To znaczy - nie jest aż tak źle jak w przypadku Biblioteki umarłych, ale tego, co napisał Cooper, chyba nie da się pobić. Nie zmienia to faktu, że W 80 dni dookoła świata przetłumaczono niedbale. Czytając poszczególne zdania, miałam wrażenie, że to jedno dziecko pisało dla innych kolegów w swoim wieku. Do tego okrutna ilość błędów: literówek, źle postawionych znaków interpunkcyjnych. W jednym fragmencie zauważyłam zmianę narracji z trzecio- na pierwszoosobową. A na domiar złego pod koniec znalazłam... uwaga, pisownia oryginalna... uspokuj się. Ręce opadły mi całkowicie. Jak można tak bardzo nie uważać na to, co się robi, co się wydaje?! Mnie by było wstyd.

No i cóż...
Jest przeciętnie. Ani dobrze, ani źle. Wystawiłabym pewnie wyższą notę, ale z reguły nie odpuszczam tak dużej ilości pomyłek w tekście. 

24.02.2014

Gena Showalter "Alicja w Krainie Zombi"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Gena Showalter
Tytuł: Alicja w Krainie Zombi
Tytuł oryginału: Alice in Zombieland
Wydawnictwo: Mira
Tłumaczenie: Jan Kabat
Cena: 32,99 zł
Liczba stron: 505

Kiedy świat okazuje się być zupełnie inny niż myśleliśmy...

Alicja nigdy nie wierzyła w opowieści ojca o czających się na świecie potworach. Nie wykazywała większego zainteresowania, kiedy uczył ją, jak z nimi walczyć. Gdy po zmroku nie wolno jej było przebywać poza domem, bo rodzic obawiał się o bezpieczeństwo rodziny, zazdrościła koleżankom w swoim wieku normalnych rodzin, prowadzących zwyczajny tryb życia. Właściwie zawsze uważała, że tata jest alkoholikiem-szaleńcem. Wstydziła się go. Aż do dnia, w którym skończyła 16 lat. To właśnie wtedy uległa namowom młodszej ukochanej siostry. To właśnie wtedy szantażem zmusiła matkę, by porozmawiała z mężem. To tego dnia cała rodzina Bellów wyszła z domu wieczorem. Och, gdyby tylko główna bohaterka wiedziała, jaką górę nieszczęść sprowadziła na siebie i bliskich swoim postępowaniem…

Przedmiot dzisiejszego wpisu idealnie podsumowuje jedno zdanie: największe zaskoczenie ostatnich miesięcy, a może nawet i lat. Ale po kolei...

Po Alicję w Krainie Zombi (zombie, do cholery! Ciekawe, dlaczego imię królowej kryminałów jest spolszczane na siłę, poprzez usuwanie jednej litery, to samo dzieje się ze słowem zombie, ale jakoś z pisownią łikend się w żadnej książce nie spotkałam? Jakieś sugestie co do tego?) sięgnęłam po wielu tygodniach wahań. W końcu jednak zdecydowałam się spróbować z tym zmierzyć. Sprowokowały mnie liczne negatywne opinie i recenzje, właściwie nie wiem, czy spotkałam się z tym, by ktoś wyliczał jakiekolwiek zalety odnośnie tej pozycji. Ja już tak mam, im bardziej coś jest krytykowane, tym bardziej mnie do tego ciągnie. W drugą stronę to nie działa, co jest zastanawiające.

Opory miałam wielkie, bo Alicja... zdecydowanie należy do gatunku fantastyki, a tej nie lubię - zresztą, jeżeli czytaliście tę notkę, doskonale o tym wiecie. Z racji tego, że już od dawna obiecuję sobie, że z niechęcią do poszczególnych rejonów literatury będę walczyć, postanowiłam zrobić to teraz, miałam wrażenie, że to będzie dobry początek, nic za lekkiego i za ciężkiego jak na pierwszy raz. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę i bardzo się z tego cieszę!

Na stronie Lubimy czytać, przeglądając opinie innych użytkowników o tym tytule, natknęłam się na wpis jakiegoś faceta, który wyraził się wyjątkowo negatywnie. Mnóstwo zarzutów, między innymi, że jest to badziewna młodzieżówka. Tak, zgadzam się, ta powieść zapewne przypada do gustu głównie nastolatkom. Tylko czy badziewna? Nie jestem co do tego przekonana. Według krytyków literackich jest pewnie jeszcze gorzej niż źle. Przeciętnemu Kowalskiemu za to może bardzo się spodobać. 

Autor tego wpisu wystosował również ostrzeżenie: czytelniku, jeżeli ukończyłeś już gimnazjum czy szkołę średnią, nie czytaj tego, bo to pułapka. I teraz mam zagwozdkę. Gimnazjum skończyłam dawno temu, liceum, co prawda dopiero rok, ale też już za mną. Czy, jeżeli przeczytałam ten tom i, o zgrozo, spodobał mi się, oznacza to, że jestem bardzo dziecinna, czy człowiekowi za bardzo dorosłość uderzyła do głowy?

Podam jeszcze jeden przykład. Jakaś blogerka książkowa - niestety, adresu jej strony nie pamiętam - zarzuciła autorce, że... wymyśliła własną wersję zombie. Że to, co ona przedstawiła w swoim wykreowanym świecie, wcale zombie nie jest. Ludzie, niech mi ktoś wytłumaczy - co jest złego w wychodzeniu poza schematy, łamaniu pewnych zasad? Czy kogoś to boli? Bo mnie absolutnie. Wręcz przeciwnie – ja cenię takie powiewy świeżości.

W tym przypadku nie bolał mnie nawet wątek miłosny. Zresztą, ja ledwo zwracałam na niego uwagę. Koncentrowałam się na walce z potworami.

Co do bohaterów - każdy z nich wywoływał we mnie jakieś emocje. Alicję podziwiałam za upór i to, że nie poddała się po życiowej tragedii. Jej przyjaciółek nie trawiłam, bo były przedstawicielkami tego gatunku ludzi, od których trzymam się z daleka. I mogłabym tak wyliczać w nieskończoność, ale tego nie zrobię, bo musiałabym zdradzić zbyt dużo fabuły.

Naprawdę, nie wiem, co w tej Alicji... jest. Przecież podobnych pozycji jest na pęczki. A jednak to właśnie dzieło Showalter pochłonęłam w kilka dni.

Dzisiaj mam tylko jedno poważne zastrzeżenie. Tytuł. Ręka w górę, komu skojarzył się z Alicją w Krainie Czarów. O, widzę, że wielu. No to teraz - kto szukał podobieństw i odniesień do tego dzieła? Wszyscy? No właśnie. Też to robiłam. I znalazłam tylko dwa. Wydaje mi się, że Showalter specjalnie zatytułowała pierwszą część swojej trylogii tak, a nie inaczej. Chciała wzbudzić zainteresowanie większe niż zazwyczaj. Trzeba przyznać, że udało się jej. W sumie ją rozumiem - nie wydaje mi się, by całość sprzedałaby się tak dobrze, gdyby nazywała się, nie wiem, Doliną zombie. Albo Nie opuszczaj domu po zmroku czy podobnie. Nie zmienia to mimo wszystko faktu, że skoro już zdecydowała się na taki krok, mogła, i właściwie powinna, postarać się bardziej wzorować na tym, co stworzył Carroll. A może w pozostałych częściach pojawi się kot? Albo Kapelusznik? 

A tymczasem...
Dzisiaj w pełni zasłużone cztery gwiazdki. Bardzo dobrze się przekonać, że nie każda powieść fantastyczna jest zła i nie do przełknięcia. Jeszcze lepiej odprężyć się przy lekturze. Polecam, dla odmiany i młodym, i starym.

20.02.2014

Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Matthew Quick
Tytuł: Poradnik pozytywnego myślenia
Tytuł oryginału: Silver Linings Playbook
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka i Joanna Dziubińska
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 374

Wierząc w siłę pozytywnego myślenia...

Pata Peoplesa, głównego bohatera Poradnika pozytywnego myślenia, poznajemy w chwili, gdy jego matka zabiera go z tak zwanego niedobrego miejsca, które okazuje się być szpitalem psychiatrycznym. Mężczyzna trafił tam przed laty z powodu problemów emocjonalnych. Moment, w którym Pat wraca do domu, jest przełomowy - decyduje się on robić wszystko, co w jego mocy, by odzyskać ukochaną żonę. Wierzy, że pozytywne nastawienie do życia może zdziałać cuda...

Od razu powiem Wam jedno: nigdy nie zamierzałam zapoznać się z tą książką. Najpierw w ogóle nie wiedziałam o jej istnieniu - myślałam, że nakręcono tylko film, który miałam okazję obejrzeć kilka miesięcy wcześniej. Później po prostu nie miałam ochoty na czytanie tej historii. Aż w końcu stwierdziłam, że jednak to zrobię. Bo film, który zdobył 8 nominacji do Oscara, był dla mnie tak żenująco głupi, że aż poczułam się w obowiązku sprawdzić, na podstawie czego powstał taki chłam. Na wiele się nie nastawiałam.

Początkowo, ku mojemu zdziwieniu, czytało mi się dobrze i przyjemnie, a jedyne, na co mogłam narzekać i, co oczywiste, nie odmówiłam sobie tej przyjemności, była okładka przedstawiająca aktorów, którzy wcielili się w dane role. Nadal nie rozumiem, dlaczego powstają takie oprawy. Że co, oszczędność kreatywności ludzi, którzy te okładki projektują? Pójście na łatwiznę? Zresztą, nieważne. 

Szybko okazało się, że mój zachwyt nad tą pozycją był chwaleniem dnia przed zachodem słońca. Owszem, czytało się łatwo i szybko, ale na pewno nie przyjemnie. Z czasem - już przed setną stroną, więc naprawdę w mgnieniu oka - zaczęło mnie w tej powieści irytować wszystko. Dosłownie wszystko.

Miałam cichą nadzieję, że będzie w porządku, bo tematyka kusiła, nęciła i obiecywała wiele. Ale widać, że autor nie miał pojęcia, co wyrabia, o czym pisze.

Skoro mamy w tytule pozytywne myślenie, to myślałam, że będziemy obserwować, jak główny bohater odbudowuje swoje życie na nowo i mimo przeciwności losu nie poddaje się, bo wierzy w szczęśliwe zakończenia. A tymczasem wątków takiego charakteru było mało, bo... całość była przepełniona opisami meczów footballowych (obiecuję, że przemilczę fakt spolszczania tego słowa na futbol. Ups!). Może męską część czytelników to ucieszyło, mnie zdenerwowało i wynudziło. 

Zastanawiam się, czy Quick widzi różnicę pomiędzy problemami emocjonalnymi a ułomnościami, które powodują, że chory, mimo bycia osobą od dawna już dorosłą, zachowuje się jak dziecko. Pat łatwo wpadał we wściekłość, zgoda. Ale jego nierozumienie podstawowych mechanizmów rządzących światem było już mocno przesadzone. Chyba że ktoś mi powie, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym tak działa na ludzi. No i dla mnie pozytywne nastawienie do świata, wiara, że wszystko będzie dobrze a naiwność i usilne odpychanie od siebie rzeczywistości to nie jest to samo. Gdzieś pod koniec lektury w mojej głowie pojawiła się myśl, że może ja powinnam temu człowiekowi współczuć, że powinno mi być go szkoda i mimo wszystko wypadałoby trzymać kciuki za to, by jednak wszystko ułożyło mu się tak, jak tego bardzo chciał. Ale nie byłam w stanie się na to zdobyć. Może jestem za mało empatyczna, może zgorzkniała. Po prostu - zachowanie tej postaci nieodmiennie wywoływało we mnie wewnętrzny sprzeciw i odrazę.
Jak już jesteśmy przy postaciach, dawno (nigdy?) nie zdarzyło mi się przeczytać żadnej historii, w której tak wiele osób na raz irytowałoby mnie. Oprócz Pata, mamy tu: ojca-nadętego bufona, matkę-nadopiekuńczą beksę, Veronicę-damulkę i Ronniego-pantoflarza. Istna mieszanka wybuchowa. Właściwie nie umiem wskazać bohatera, którego bym polubiła albo takiego, który by mnie zwyczajnie nie wkurzał.

Uważam, że potencjał, jaki miała ta opowieść, został doszczętnie zrujnowany przez ugryzienie tematu ze złej strony i skupianie się nie na tym, co trzeba. Ja jestem załamana, naprawdę.

Na koniec...
Wystawiam dwie gwiazdki. Z chęcią zostawiłabym przedmiot dzisiejszego wpisu z najniższą oceną, ale pomyślałam, że chociaż łatwy do przebrnięcia styl całości zasługuje na pochwałę i uznanie. Tak czy siak - szkoda. Polecam każdemu, komu nie przeszkadza mieszanina przejaskrawienia charakterów, absurdu zachowania i relacji sportowych na papierze.

17.02.2014

30-Day Book Challenge 21-30

Zdjęcie znalezione na Google Grafika. Kliknij, aby powiększyć

Hej!

Przez dwa ostatnie poniedziałki mieliście okazję zapoznać się z moimi odpowiedziami na pytania w ramach zabawy 30-Day Book Challenge (jeśli jeszcze nie widziałeś, zapraszam tu i tu). Dziś pora na ostatnie dziesięć odpowiedzi, a więc i zamknięcie cyklu.

30-Day Book Challenge część III (pytania 21-30)

21. The first novel you remember reading 
(Pierwsza powieść, którą pamiętasz, że czytałeś)

Przez długi czas nie wiedziałam, co mam tu napisać. Nawet chciałam to zagadnienie pominąć, taką pustkę w głowie miałam. A potem mnie olśniło. I chyba nikogo nie zdziwi, że pierwszą przeczytaną przeze mnie powieścią jest powieść fantastyczna, czyli Harry Potter i Kamień Filozoficzny? To klasyka dzieciństwa naprawdę wielu ludzi, w tym i moja.

22. A book that makes you cry
(Książka, która sprawia, że płaczesz)

To zależy, o jakim płaczu mówimy. To znaczy, o płaczu z jakiego powodu. Jeżeli spowodowanego tym, że w ogóle muszę tę książkę czytać, to przykładów mogę mnożyć wiele - Pan Tadeusz, Cierpienia młodego Wertera, Dziady... wnioskuję jednak, że nie o to chodzi w tym pytaniu. O łzy ze śmiechu też nie. Czyli co nam zostaje, wzruszenie poruszającą fabułą? Rzadko zdarza mi się tak naprawdę ryczeć przy lekturze. Ale mogę powiedzieć, że oczy miałam wilgotne, kiedy poznawałam losy bohaterów Bez mojej zgody czy przy Kruchej jak lód.

23. A book you wanted to read for a long time but still haven't
(Książka, którą chciałeś przeczytać przez długi czas, ale do tej pory Ci się nie udało)

Od bardzo dawna czaję się na książki, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a zdarzyło mi się oglądnąć filmy powstałe na ich podstawie - mam tutaj na myśli tytuły typu Dziennik Bridget Jones czy Charlie i fabryka czekolady. Nie umiem wybrać jednej pozycji, jest ich zdecydowanie za dużo.

24. A book that you wish more people would've read
(Książka, co do której żałujesz, że nie czyta jej więcej osób)

Tutaj nie miałam wątpliwości - bezsprzecznie W kanałach Lwowa. Tematyka ważna, opracowanie znakomite, a tymczasem nie znam nikogo, kto by ten tytuł znał. Wszyscy przynajmniej kojarzą W ciemności, czyli jego ekranizację nakręconą przez Holland, ale kiedy pytam o książkę, ludzie wytrzeszczają oczy i słyszę A to jest taka?. W sumie - sama dowiedziałam się zupełnie przypadkiem o jej istnieniu. 

25. A character who you can relate to the most 
(Postać, z którą najbardziej się utożsamiasz)

I ten punkt zostanie bez odpowiedzi, bo takiej postaci po prostu nie ma. Nie zdarzyło mi się jeszcze znaleźć szczególnie dużego podobieństwa między mną a bohaterem jakiejś książki.

26. A book that changed your opinion about something
(Książka, która zmieniła Twoją opinię o czymś)

Tu problem jest o tyle poważny, że książki nie zmieniają mojego zdania o niczym. Co najwyżej pomagają mi je wykreować bądź zmuszają do przemyślenia danego tematu z innej strony niż to już zrobiłam - co nie kończy się, mimo wszystko, zmienieniem poglądu. Przy dziełach Jodi Picoult często zdarza mi się, na przykład, rozmyślać nad tym, ile rodzic może zrobić dla dobra swojego dziecka i czy są w tym jakieś granice, czy może panuje zasada: wszystko albo nic.

27. The most surprising plot twist or ending
(Najbardziej zaskakujący zwrot akcji lub zakończenie)

Znów nie dam rady odpowiedzieć jednoznacznie. Prawie wszystkie powieści Picoult w pewnym momencie wprawiają mnie w osłupienie. Wielkie oczy zrobiłam też bliżej końca Cujo. Jestem pewna, że przykładów mogę mnożyć i mnożyć, ale na razie tylko to wpadło mi do głowy.

28. Favorite tittle of a book
(Ulubiony tytuł książki)

Już, już chciałam pisać, że nie zwracam uwagi na tytuły książek. Po chwili zastanowienia jednak - bardzo podoba mi się dopasowanie tytułu Kruchej jak lód do całości fabuły (kto czytał, ten rozumie). 

29. A book everyone hated but you liked
(Książka, której wszyscy nienawidzili, ale Tobie się podobała)

Uwaga, osoby o słabym sercu czy innych problemach z ciśnieniem, proszę tego nie czytać, nie chcę mieć nikogo na sumieniu. Uwielbiałam Zmierzch, całą serię. Mimo że zdawałam sobie sprawę, że to nie jest nic ambitnego, mądrego, wnoszącego cokolwiek do życia na dłużej.

30. Your favorite book of all time
(Książka, którą uważasz za najlepszą książkę wszechczasów)

Ania z Zielonego Wzgórza. Może być czytana nawet i milion razy, ale porywa tak samo. Identycznie jak Pollyanna

No, kochani czytelnicy - możemy sobie zaśpiewać To już jest koniec... tej zabawy. Niebawem postaram się poszukać innej. Albo sama jakąś wymyślę.

14.02.2014

Liebster Blog Award

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dobry wieczór!

Dziś skorzystałam z okazji, że jedna z blogerek, Agnieszka z bloga Książka od kuchni została nominowana do zabawy Liebster Blog Award. Dziewczyna, po odpowiedzeniu na swoje 11 pytań, nie wyznaczyła nikogo konkretnie do dalszego przepytywania, jednak dała znać, że gdyby ktoś chciał - wymyśli pytania. Pomyślałam: czemu nie? I tak oto przyłączam się do zabawy ;)

1. Używasz zakładek, czy zaginasz rogi?
Używam zakładek, nie wyobrażam sobie świadomie i z premedytacją zaginać rogów. Dla mnie jest to równoznaczne z niszczeniem książki.
2. Wolisz książki papierowe czy e-booki?
Kłamać nie będę - z e-bookami doświadczenie mam praktycznie zerowe. Ale i nie mam ochoty zmieniać tego stanu rzeczy. Czytanie dla mnie jest czymś, czego nie powinno się unowocześniać, jeżeli nie ma się ku temu poważnych powodów.
3. Słuchasz audiobooków?
Nie. Próbowałam wysłuchać Lalki, jednak ostatecznie nie podołałam. Przyznam jednak, że ostatnio zaczynam się zastanawiać, czy nie usiłować nadal przekonywać się do audiobooków.
4. Jaka książka Cię rozczarowała?
Ojej, na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niestety, wbrew pozorom na koszmary czytelnicze natrafiam dość często...
5. Gdybyś mogła spotkać się z dowolnym autorem, kto by to był?
Jodi Picoult. Chciałabym się z nią spotkać, porozmawiać choć przez chwilę. Nigdy wcześniej żaden autor nie oczarował mnie tak bardzo swą twórczością.
6. Czytasz polskich twórców?
Tak, ale zdarza mi się to bardzo rzadko. Planuję jednak nadrobić zaległości.
7. Jaką książkę pamiętasz z dzieciństwa?
Najbardziej, oczywiście, w pamięci utkwiła mi Pollyanna. A zaraz za nią Ania z Zielonego Wzgórza i cykl przygód Harry'ego Pottera.
8. Gdzie najczęściej czytasz?
Tu, gdzie jest mi najwygodniej - czyli w moim własnym pokoju, na łóżku.
9. Czy książka to dobry pomysł na prezent dla drugiej osoby?
Myślę, że jeżeli mamy pewność, że dana osoba lubi czytać, znamy, choć pobieżnie, jej gust i orientujemy się przynajmniej mniej więcej, co już czytała, a czego jeszcze nie - i co ewentualnie z tych nieprzeczytanych pozycji przeczytałaby najchętniej - to książka jako prezent jest bardzo dobrym pomysłem, nawet powiedziałabym, że najlepszym.
10. Spełniasz swoje marzenia?
Staram się. To, czego bardzo pragnę, a co jest w zasięgu moich możliwości, chciałabym jednak osiągnąć, a nie pozostawić w sferze marzeń.
11. Gdybyś miała opisać swój najlepszy dzień w trzech słowach, jak by one brzmiały?
Szczęście, radość i satysfakcja.

Moi kochani, ja również nie wyznaczę nikogo do dalszej zabawy. Jeżeli ktoś ma ochotę - niech napisze w komentarzu, że chce się pobawić, wymyślę pytania.

13.02.2014

TOP 5: książki najlepsze na Walentynki

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Heej!

Pamiętacie jak 23 grudnia opublikowałam ranking pięciu najlepszych książek na Boże Narodzenie? Kto czyta tego bloga regularnie, zapewne kojarzy. Kto nie wie o co chodzi, może sobie zajrzeć. A wiecie, co jest jutro? 14 dzień lutego. Walentynki. Święto Zakochanych. Z tej okazji przygotowałam dla Was...

TOP 5: książki najlepsze na Walentynki

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Ręka w górę, kto jest zdziwiony faktem, że umieściłam Romea i Julię w tym zestawieniu i to na pierwszym miejscu. Nie widzę, wszyscy się tego spodziewali? To było do przewidzenia. Bo przecież dzieło Shakespeare'a, opowieść o dwóch nastolatkach pochodzących ze zwaśnionych rodów, których połączyło wielkie uczucie, to jedna z najsłynniejszych historii miłosnych...

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cierpienia młodego Wertera Goethego to jedna z moich największych bolączek, jeżeli mowa o lekturach obowiązkowych w liceum. Ale do dzisiejszego rankingu pasuje idealnie - młody chłopak, nieszczęśliwie zakochany, cierpiący... Tak, zdecydowanie nie mogło dla tego tytułu zabraknąć tutaj miejsca.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

O tej pozycji już dawno powstał oddzielny wpis. I ponownie jak w przypadku tytułu wyżej - Jesienna miłość nie podobała mi się szczególnie, nie było tragedii, ale i rewelacji, jednak musiałam o niej dziś wspomnieć.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Znów odniosę się do czegoś, o czym już pisałam. Sama tego do końca nie rozumiem, jednak kiedy zastanawiałam się nad tym, jakie tytuły wykorzystać na potrzeby dzisiejszego wpisu, ten wpadł mi do głowy jako jeden z pierwszych, jako taki, którego nie mogłam pominąć.

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

O moich zachwytach nad Dumą i uprzedzeniem możecie poczytać tutaj. A jak klasyka romansu nie mogła się znaleźć na liście książek najlepszych do przeczytania na Walentynki?

Kurczę, patrząc na ten ranking zastanawiam się, czy znam jakąkolwiek pozycję opowiadającą historię miłości szczęśliwej, spełnionej. I wydaje mi się, że chyba nie...

12.02.2014

Kolumna dyskusyjna: czytam - i co właściwie z tego mam?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Przez ostatnie dni siedziałam i myślałam, o czym moglibyśmy jeszcze porozmawiać w ramach Kolumny dyskusyjnej. Nagle mnie olśniło. Przecież nie poruszyliśmy jeszcze najbardziej podstawowego tematu, jaki istnieje...

Weźmy pod uwagę taki scenariusz: nastolatek w szkole podczas przerwy siada na korytarzu i zaczyna czytać książkę. W tym momencie podchodzi do niego/niej kolega i, wywracając oczami z politowaniem, pyta Boże, ty znowu czytasz? Co w ogóle z tego masz?. Znana sytuacja? Ano znana. Większość moli książkowych spotyka coś podobnego. Pomyślałam, że dziś spróbujemy odpowiedzieć na pytanie takiego nieczytającego człowieka. Co daje nam czytanie?

Kiedy zastanawiam się nad odpowiedzią na tę zagadkę, pierwszym skojarzeniem, które pojawia się w mojej głowie, jest język polski. A konkretnie brak większych problemów z jego używaniem. Jasne, że błędy popełnia każdy z nas, bo człowiek nie jest nieomylny. Ale sami powiedzcie - ile jest osób nałogowo czytających, które mówią wyłanczać zamiast wyłączać, ilu moli książkowych uważa, że słowa przynajmniej i bynajmniej to wyrazy bliskoznaczne? Mało, prawda? No właśnie.

A teraz pomyślmy o naszym ojczystym języku w kontekście przedmiotu szkolnego. Osoby sięgające po literaturę nie tylko wtedy, kiedy absolutnie muszą to zrobić, przeważnie mają większy zasób słów, co pozwala im uniknąć ciągłego powtarzania pewnych słów czy wyrażeń w wypracowaniach. Rzadziej popełniają błędy ortograficzne, stylistyczne czy interpunkcyjne (choć tu niekoniecznie - i jestem tego najlepszym przykładem!). Czyżby kolejna korzyść?

Wiedza. No to, drodzy czytelnicy, ręka w górę - kto lubi się uczyć na sprawdziany, kartkówki czy inne kolokwia? Nikt? Prawie nikt? No właśnie. W szkole czy na studiach tak to już jest, że albo nie lubimy przyswajać materiału w ogóle - co jest zrozumiałe, bo nikt nie lubi robić czegoś, co robić musi - albo istnieją przedmioty, przy których spędzamy popołudnia i weekendy z przyjemnością, a przy innych się męczymy. Ja nie miałam problemów z nauką w szkole, lubiłam zdobywać nowe informacje, choć najbardziej wchodziły mi języki, przez krótki okres historia i WOS, a także biologia. Nienawidziłam chemii czy geografii. Ale wiedza ma to do siebie, że można zdobywać ją na różne sposoby. Zagłębienie się w lekturze też może nas czegoś nauczyć. A chyba nie muszę mówić, że przyjemniej jest z własnej woli sięgnąć po książkę niż uczyć się na kolejny zapowiedziany test?

Niech ktoś mi poda korzyści korzystania z Facebooka. Tylko takie, które nam coś dają. Informacje o tym, co słychać u znajomych, z którymi nie zawsze możemy się spotkać? Fajnie. Tylko co z tego mamy na dłuższą metę? Czy wiedza, co słychać u kumpli, jest nam niezbędna do życia? Nie wydaje mi się. To samo z imprezami czy innymi głupotami, którymi ludzie zapychają swój czas wolny. Ja nie mówię, że nie można w ogóle się tym zajmować, bo owszem - jeżeli nie przesadzamy, to nie zaszkodzi nam nic. Ale jest wiele osób, które nie widzą innych możliwości, nie mają pojęcia, co robić, kiedy nie mają do wypełnienia żadnych obowiązków. Żadnego hobby, zainteresowań czy pasji, które mogłyby ich w jakiś sposób rozwinąć. A my, mole książkowe? Sięgniemy na półkę, wybierzemy się do biblioteki czy księgarni, a potem zaszyjemy się w ulubionym miejscu z jakimś dobrym jedzeniem i piciem, zapewniając sobie w tym momencie i rozrywkę, i rozwój jednocześnie. Problem jak spożytkować wolne popołudnie, kiedy leje, a my mieliśmy zaplanowane spotkanie na świeżym powietrzu, znika. A i w momencie, kiedy się pochorujemy, możemy poczytać. No chyba, że choroba jest bardzo ciężka.

Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, jak to działa, ale fakt jest taki, że częste obcowanie ze słowem pisanym wpływa na poziom naszej kreatywności. A pomysłowość przyda nam się zawsze - i w szkole, kiedy odrabiamy prace domowe, i w pracy. Inwencja twórcza jest po prostu w cenie. I to się nie zmieni.

Znacie to uczucie, kiedy coś się wali i chcemy znaleźć coś, co pozwoli nam oderwać się od problemów i szarej rzeczywistości? Kolejne dzieło może nam w tym pomóc. Oczywiście, są inne sposoby, można na przykład sięgnąć po alkohol, ale... Nawet kilkaset stron nie wywoła u nas kaca. Hej, kolejna korzyść - możemy sięgnąć po pozycję, dzięki której przekonamy się, że są na świecie ludzie, którzy mają gorzej! To co? Przy okazji następnych ciężkich chwil pijemy czy sięgamy po najnowszy tytuł naszego ulubionego autora?

Znowu nie wiem, jaki to ma wpływ, jednak prawda jest taka, że człowiek czytający jest mniej podatny na bodźce wysyłane przez społeczeństwo. Taka osoba jest bardziej skora do samodzielnego myślenia, częściej posiada swoje zdanie, kreuje własne opinie i sądy. Nie boi się tych poglądów wypowiadać na głos. To jest fajne, pozwala się wybić z tłumu i zaistnieć. I nie mówcie mi, że Wam nie zależy na byciu zauważonym czy oryginalnym. Każdemu zależy, tylko nie każdy się przyznaje, potrzeba uwagi ze strony innych może też być głęboko ukryta.

Naliczyłam osiem korzyści wypływających z czytania. Na pewno jest tego znacznie więcej, bo jeden człowiek w tak naprawdę krótkim poście na blogu nie zbierze wszystkiego do kupy. Czy kogoś jeszcze muszę przekonywać, że kolejne strony pokonywać warto? I czy ktoś jeszcze nie rozumie, co nam daje literatura?

10.02.2014

30-Day Book Challenge 11-20

Zdjęcie znalezione na Google Grafika. Kliknij, aby powiększyć

Dzień dobry w poniedziałek!

Dziś bez zbędnych, przydługich wstępów. Dokładnie tydzień temu mieliście okazję przeczytać dziesięć moich odpowiedzi w ramach zabawy 30-Day Book Challenge (30-Day Book Challenge, część I - zobacz). Zgodnie z zapowiedzią, przyszedł czas na kontynuację cyklu. A więc...

30-Day Book Challenge, część II (pytania 11-20)

11. A book you hated
(Książka, której nienawidziłeś)

Doszłam do wniosku, że bezsensowne byłoby wspominanie tutaj o jakiejś lekturze szkolnej, to zbyt oczywisty wybór. Dlatego stawiam na Kod Leonarda da Vinci Browna. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że to jedna z najgorszych książek, które przeczytałam dla samej siebie. Męczyłam się strasznie, nie znalazłam absolutnie niczego ciekawego w tej pozycji.

12. A book you love but hate at the same time
(Książka, którą jednocześnie kochasz i nienawidzisz)

Czy kocham, to nie wiem, ale na pewno mogę powiedzieć, że bardzo przypadła mi do gustu Carrie autorstwa króla horrorów. Jak jednak możecie się przekonać, czytając recenzję, całość ma jedną, bardzo poważną - dla mnie, oczywiście - wadę. Mianowicie: akcja rozwijała się aż zbyt wolno. Zdaję sobie sprawę, że to normalne u Kinga, jednak w sytuacji, kiedy tytuł ma 205 stron, a cokolwiek godnego uwagi zaczyna się dziać na stronie 150 - uważam, że to lekkie przegięcie. A cały horror broni się tym, że jak już wydarzenia nabrały rozpędu, to naprawdę się człowiek bał.

13. Your favorite writer 
(Twój ulubiony pisarz)

Nie znoszę takich ogólnikowych pytań, a już zwłaszcza, kiedy mam podać tylko jedną odpowiedź. Już lepsze byłyby konkrety: twój ulubiony pisarz z gatunku tego i tego. Ale dobrze, już nie narzekam. Jeżeli muszę wybrać, to niech będzie Jodi Picoult. Za to, że w swoich dziełach dotyka tego, co ja lubię najbardziej - kontrowersyjnych, ciężkich tematów. A na dodatek robi to świetnie.

14. Book turned movie and completely desecrated
(Ekranizacja, która kompletnie zburzyła obraz książki)

Szkoda, że nie mogliście zobaczyć mojej miny po przeczytaniu tego pytania. Naprawdę, żałujcie. Trudniej już chyba nie będzie. Mało oglądam filmów, więc miałam niesamowity problem z wyborem takiej ekranizacji. Po namyśle jednak wydaje mi się, że właściwą odpowiedzią będzie Harry Potter i Insygnia Śmierci. Już sama książka nie powaliła mnie na kolana - to najgorsza część serii, jaka powstała - ale film na jej podstawie jeszcze bardziej pogrążył ją w moich oczach. Nie, nie i jeszcze raz NIE!

15. Favorite male character
(Ulubiona  postać męska)

Severus Snape! Uwielbiam i w książkach, i w filmach. Kojarzę, że był czarnym charakterem, a takich to ja bardzo lubię. A aktor go grający... wcielił się w rolę świetnie. I jest niesamowicie przystojny.

16. Favorite female charakter
(Ulubiona postać żeńska)

Miranda Priestly z Diabła ubierającego się u Prady. Kobieta, którą doskonale opisuje tylko jedno, jedyne słowo: absurd. No dobra, jeszcze można do tego dodać głupotę. Uwielbiam takich ludzi, przynajmniej jest się z czego pośmiać.

17. Favorite quote from your favorite book
(Ulubiony cytat z ulubionej książki)

Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce. Cytat z Pokochała Toma Gordona. Za szczerość i dobitność. Lubię to.

18. A book that disappointed you
(Książka, która Cię rozczarowała)

Oj, nie było tego znowu aż tak mało, jakby się mogło wydawać. Chociażby kilka dni temu zawiodłam się na Terapii f**k it... Zupełnie nie tego się spodziewałam, a to, co otrzymałam, nie usatysfakcjonowało mnie ani trochę.

19. Favorite book turned into a movie
(Ulubiona książka, która została zekranizowana)

Znowu miałam problem z wybraniem tej jednej. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że chyba Bez mojej zgody pasuje tu najlepiej.

20. Favorite romance book
(Ulubiony romans)

Raczej tego gatunku nie czytam. Inaczej: dopiero zaczynam z nim przygodę, za mną ledwie dwa tytuły. W Dumie i uprzedzeniu się zakochałam.

No, kochani, na dziś to tyle. Już w najbliższy poniedziałek, siedemnastego lutego, trzecia i zarazem ostatnia część cyklu.

07.02.2014

Tomek Tomczyk "Blog"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Tomek Tomczyk
Tytuł: Blog
Tytuł oryginału: Blog
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 372

Sztuka zarabiania na blogowaniu...

Blogowanie jest dzisiaj bardzo modne. Obecnie prowadzenie bloga to nie tylko pasja. To także czynność, w której wielu upatruje szansy na łatwy i dość pokaźny zarobek. Bo kto by nie chciał mieć takiej pracy? Bez ustalonych godzin, które trzeba spędzić w biurze. Bez wrednego, sapiącego nam nad głową szefa. Tomek Tomczyk, szerzej znany jako Kominek, postanawia udzielić nam kilku rad, jak to zrobić. Jak wybić się z tłumu, a potem zarabiać, zarabiać, zarabiać...

Pewnie wielu z Was - mam na myśli tych, którzy znają mnie osobiście - zastanawia się, na jaką ja cholerę sięgnęłam po tę książkę. Przecież nie przepadam za Kominkiem, z różnych powodów. Przede wszystkim, mamy zupełnie inne spojrzenie na blogosferę: dla mnie pisanie jest pasją, odskocznią od rzeczywistości, dla Tomka jest to jedna z wielu okazji do zarobienia grubej kasy. Razi mnie, i to dość mocno, jego nieskromność, do której sam zresztą się przyznaje. I nic nie pomaga tutaj fakt, że doskonale sobie zdaję sprawę, że ludzie niepewni siebie, ciągle oglądający się na innych i potrzebujący aprobaty ludzi mogą sobie podetrzeć tyłek swoimi marzeniami, planami i celami. Sprawa jest prosta - jak czegoś chcesz, to o to walczysz, i nawet jeżeli początkowo nie idzie Ci dobrze, musisz udawać, że robisz to świetnie. W końcu ostatnim powodem, dla którego tego człowieka niespecjalnie lubię jest fakt, że na jego blogach przeważnie nie znajduję nic, co mogłoby mnie zainteresować. No ale przecież nie każda strona musi mnie zachwycać, nie? Mówi się trudno i szuka się innej.

Dobra, to teraz Wam wyjawię, dlaczego mimo to wszystko kupiłam Bloga. Bo nigdy wcześniej nie czytałam pozycji wydanej przez blogera i chciałam zobaczyć, jak to wygląda, co taka osoba ma do powiedzenia. A że Tomczyk jest w chwili obecnej jednym z najbardziej rozpoznawalnych blogerów, w dodatku jedynym, którego kojarzę, który coś wydał, to wybór był prosty.

Powiem Wam coś jeszcze. Decydując się na przedmiot dzisiejszego wpisu, miałam nadzieję, że będzie z czego się pośmiać, co pohejtować, delikatnie, z kulturą, ale jednak dosadnie powiedzieć Boże, jakie nudne bzdury. Kiedy wczoraj zaczynałam czytać, zerknęłam na spis treści. Pomyślałam Jezu, już żałuję, że to kupiłam, przecież nic z tego mnie nie zainteresuje!.

I wiecie co? Pośmiałam się, i owszem. Ale hejtu tu nie uświadczycie.

Bo czego by o tym człowieku nie powiedzieć, na tym, jak zarabiać na blogu, to on się zna i daje bardzo dobre rady. Rady, które choć znajdują się w dość opasłym tomisku, to czyta się je bardzo szybko. A to z kolei wina bardzo przyjemnego w odbiorze - przynajmniej dla mnie - języka. Wielokrotnie podczas lektury się uśmiechnęłam, kilka razy nawet zachichotałam. Sukces. 

W całość zagłębiłam się tak, że mimo że zaczęłam przygodę z tym tytułem wczoraj wieczorem, to skończyłam ją dzisiaj. Nie dalej jak przed trzydziestoma minutami.

Sama, jak już wspomniałam, nie jestem zwolenniczką zarabiania na blogach, nie robię tego i nie mam zamiaru zmieniać aktualnego stanu rzeczy. Jeżeli jednak zmienię zdanie, to cóż - będę miała ułatwiony start, bo mam na półce doskonały poradnik, jak zbijać forsę na tym, co piszę. 

Mimo początkowych obaw, ani przez moment żaden z rozdziałów mnie nie nudził. Bardzo pochwalam podział książki na dwie części - tę skierowaną do blogera, jak i do firm. Dzięki temu mamy okazję poznać dwa punkty widzenia, zarówno osoby chcącej zarobić, jak i tej, która te pieniądze może nam dać.

Cholera jasna. Miejsce na regałach mi się kończy, a apetyt na Blogera rośnie. Jak żyć?

No i ten...
Dziś cztery gwiazdki. Brakuje mi jakiegoś ostatecznego bodźca, za który mogłabym przyznać maksymalną ocenę. Uważam jednak, że jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto ze swojej strony chce uczynić źródło dochodów. Nie zawiedziecie się.

06.02.2014

John C. Parkin "Terapia f**k it. Prosty sposób na szczęście"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: John C. Parkin
Tytuł: Terapia f**k it. Prosty sposób na szczęście
Tytuł oryginału: F**k It Therapy
Wydawnictwo: Helion
Tłumaczenie: Marcin Machnik
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 355

Próbując wydostać się z więzienia...

Więzienie - te, które mamy na myśli, jeśli chodzi nam o dosłowne znaczenie tego słowa, jak i te metaforyczne. Każdy z nas albo w nim tkwił, albo znajduje się w nim teraz lub dopiero zostanie w nim zamknięty. To nieuniknione. Bo zakładnikiem - emocji, własnych planów i ambicji czy czegokolwiek innego - może i w pewnym momencie staje się każdy człowiek na świecie. Niektórzy nie zdają sobie sprawy z tego, że siedzą w klatce. Inni mają tę świadomość, lecz nie potrafią się uwolnić. Kolejnym się udaje, lecz to tylko kwestia czasu, kiedy znów trafią do niewoli. Właśnie dlatego John Parkin, nauczyciel mądrości, napisał książkę pod tytułem Terapia f**k it. Prosty sposób na szczęście, w której pomaga ludziom nauczyć się żyć w zgodzie ze sobą, światem, nie padając przy tym ofiarą pułapki...

Pamiętacie Filozofię f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha? Ukochałam sobie tę pozycję, mimo że traktowałam ją z przymrużeniem oka. Kiedy więc dowiedziałam się, że w sprzedaży znajduje się kolejna książka tego autora, wiedziałam, że prędzej czy później muszę ją mieć na własność.

Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się, że zainwestowałam w drugi tytuł napisany przez daną osobę i nie dręczyły mnie obawy w stylu A co, jeżeli ta poprzednia pozycja była tylko wyjątkowo taka dobra, a reszta to chłam? Przyjęłam po prostu za pewnik, że tutaj musi być dobrze. Niestety, pomyliłam się okrutnie...

Nie jest tak, że Terapia.... nie ma żadnych zalet, bo je ma. Język całości nadal jest łatwy, przepełniony humorem, a więc pozwalający na szybkie skończenie lektury. Jest może nieco bardziej dosadnie i wulgarnie, ale mi to nie przeszkadza. Tutaj też znalazłam to, czego nie znalazłam wcześniej - mianowicie Parkin nie tylko radzi nam pieprzyć wszystko, co nam się nie podoba, olać to i żyć dalej. On daje nam również inną wskazówkę: pieprz to. Jeżeli ci na czymś zależy, to o to walcz. I chwała mu za to.

Jednak kartka za kartką mina rzedła mi coraz bardziej. 

Nie chodzi mi o to, że ja się nie zgadzam z tymi wszystkimi mądrościami, które możemy tu znaleźć. Tak naprawdę niczego z tego nie próbowałam, więc się nie wypowiem - bo a nuż to działa? Nie mam jednak ochoty tego sprawdzać.

Bardziej przeszkadza mi to, że podczas czytania miałam wrażenie, że autor robi z nas idiotów. Że skoro ma na koncie debiut, który się bardzo ładnie sprzedał, to musi robić coś, by pozostałe jego dzieła odniosły podobny sukces. A w tym celu opowiada nam historie, rzekomo autentyczne, które według mnie wyglądały jak marnie przerobiony scenariusz filmu Oszukać przeznaczenie

I tu uwaga, pozwolę sobie na spoiler.
Weźmy pod uwagę obojętnie którą część produkcji, o której wspomniałam wyżej. Pierwszą na przykład. Grupa młodzieży wraz z kilkoma nauczycielami udaje się na jakąś wymianę czy inną wycieczkę samolotem. Przed odlotem jeden z chłopców dostaje paniki, twierdzi, że miał wizję, że samolot wybuchnie i wszyscy zginą. Robi aferę, aż w końcu - wraz z jedną z nauczycielek i kilkoma kolegami - zostaje na miejscu. A za chwilę okazuje się, że to, co mu się wydawało, naprawdę miało miejsce.
Parkin zaś karmi nas opowieściami jak to miał złe przeczucia, kiedy przyszło mu wejść do pociągu. Nie opuszczało go wrażenie, że coś się stanie. Ale postąpił racjonalnie, nie dał sobie nic wmówić i zdecydował się odbyć podróż. Podróż, podczas której okazuje się, że jeden z wagonów się pali. Nie wiem, według mnie to wyglądało bardzo podejrzanie, wręcz śmiesznie.
Koniec spoilera.

Zawiodłam się niesamowicie. I nie wyniosłam z tej książki absolutnie nic wartościowego.

Teraz trochę o wydaniu. Nie, tym razem nie o błędach. Bo całość została wydana ładnie. Trochę ubolewam nad tym, że grafika nie jest kolorowa, ale ja w tym względzie jestem jak dziecko - lgnę do wszystkiego, co nasycone barwami, nie przepadam za obrazkami czarno-biało-szarymi. Nieco przeszkadzało mi też wytłuszczanie niektórych fragmentów po bokach - choć zdaję sobie sprawę, że miało to na celu zwrócenie uwagi czytelnika na te najważniejsze aspekty. No cóż, mnie to wadziło, utrudniało skupienie się.

Niestety...
Dzisiaj tylko dwie gwiazdki, mimo wszystko. Nie tego się spodziewałam, nie na to liczyłam. Szkoda! Polecam jednak każdemu, kto chce się rozerwać podczas lektury, autor ma świetne poczucie humoru.

03.02.2014

30-Day Book Challenge 1-10

Zdjęcie znalezione na Google Grafika. Kliknij, aby powiększyć

Cześć!

Jestem w trakcie czytania kolejnej książki przeznaczonej do recenzji. Czy to jednak oznacza, że ma się tu nic nie dziać? Nie! Dlatego pomyślałam, że się pobawimy.
Na kilku już blogach widziałam zabawę pod tytułem 30-Day Book Challenge. O ile zdążyłam się zorientować, polega to na tym, żeby przez 30 dni publikować odpowiedź na jedno pytanie z całej listy. Ja jednak postanowiłam nieco przekształcić zasady i tak oto, zaczynając od dzisiaj, w poniedziałki będzie pojawiał się post z serii 30-Day Book Challenge, a w nim odpowiedzi na 10 pytań. 

Całość listy prezentuje się tak jak powyżej (niestety nie znalazłam wersji polskojęzycznej, jest tylko angielska - ale to nie problem, bo będę te pytania systematycznie tłumaczyła, a i moje odpowiedzi będą, oczywiście, w języku ojczystym).

Tak więc... 30-Day Book Challenge, część I (pytania 1-10)

1. Best book you read last year
(Najlepsza książka, którą czytałeś w zeszłym roku)

Przyznam, że miałam problem z odpowiedzią na to pytanie. Wahałam się między Filozofią f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha Johna Parkina a W kanałach Lwowa Roberta Marshalla. Przez długi czas chyliłam się ku wybraniu tej pierwszej pozycji, jednak w końcu decyduję się na drugą. Za świetne ukazanie historii, autentyczne wspomnienia osób, które istnieją naprawdę. To absolutnie podstawa, jeżeli chodzi o literaturę historyczną.

2. A book that you've read more than 3 times
(Książka, którą czytałeś więcej niż 3 razy)

Ojej, szkoda, że muszę podać tylko jedną, bo jednak sporo takich jest. No ale niech będzie, że wybiorę coś z czasów mojego dzieciństwa, czyli, jak się pewnie domyślacie, Pollyannę.

3. Your favorite series
(Twoje ulubione serie)

Ponownie miałam problem z wyborem. Tym razem dlatego, że raczej nie czytam seriami. Powiedzmy, że postawię na klasykę - cykl książek o Harrym Potterze.

4. Favorite book of your favorite series
(Ulubiona książka z ulubionych serii)

Harry Potter i Czara Ognia. Dzisiaj już nawet niespecjalnie pamiętam, o czym to było - bo ostatni raz czytałam to bardzo dawno temu - ale kojarzę, że ta część podobała mi się najbardziej.

5. A book that makes you happy
(Książka, która sprawia, że jesteś szczęśliwy)

Nie bardzo wiedziałam, jak rozumieć to pytanie. Szczęśliwy w jakim sensie? Z jakiego powodu? Zbyt mało konkretne to dla mnie. Nie zostawię jednak tego bez odpowiedzi - postawię na Anię z Zielonego Wzgórza Lucy M. Montgomery. Buzia sama się wykrzywia w uśmiechu, kiedy myślę o tej pozycji. To drugi, po powieści Harper, tytuł najbardziej kojarzący mi się z dzieciństwem.

6. A book that makes you sad
(Książka, która sprawia, że się smucisz)

Znowu - za mało precyzyjne to dla mnie. Ale mam dobry pomysł na odpowiedź. Otóż - Drugie spojrzenie autorstwa Jodi Picoult. Serce mi się kraja, że tak świetna autorka, jedna z moich ulubionych, napisała takiego gniota!

7. A book that makes you laugh
(Książka, która sprawia, że się śmiejesz)

Tutaj spokojnie mogę już wskazać na Filozofię f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha Parkina. Świetny, humorystyczny język uniemożliwiał nieśmianie się.

8. Most overrated book
(Najbardziej przeceniona książka)

Weronika postanawia umrzeć autorstwa Paulo Coelho. Tak o tym było głośno, tak wszyscy się podniecali, polecali, by przeczytać, a kiedy już uzyskałam do niej dostęp i się zagłębiłam w lekturę, pomyślałam tylko: eee, co? TO jest to arcydzieło? 

9. A book you thought you wouldn't like but ended up loving
(Książka, o której myślałeś, że ci się nie spodoba, ale ją polubiłeś)

Uciekinier Stephena Kinga (tę pozycję jednak wydał pod pseudonimem Richard Bachman). Moje pierwsze w życiu zetknięcie z literaturą grozy. Zawsze boję się próbować nowości, w każdym aspekcie życia, więc i tutaj to nastąpiło.

10. A book that reminds you of home
(Książka, która przypomina Ci o domu)

I znowu powiem, że Pollyanna. To jedna z pierwszych książek, którą przeczytałam samodzielnie. Bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem i pierwszym domem, w którym mieszkałam - a tak zrozumiałam to pytanie.

Moi kochani, a jak wyglądałyby Wasze odpowiedzi na te pytania?