31.01.2014

Adam Mickiewicz "Pan Tadeusz"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Adam Mickiewicz
Tytuł: Pan Tadeusz
Tytuł oryginału: Pan Tadeusz
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 263

Perypetie miłosne beztroskiego młodzieńca...

Do Sędziego mieszkającego w Soplicowie na Litwie po latach nauki powraca bratanek - Tadeusz. Stryj młodzieńca w tym samym czasie gości u siebie szlachtę, w związku z procesem o zamek między Soplicami i Horeszkami. Jak zakończą się perypetie tytułowego bohatera, będącego pod urokiem dwóch pięknych kobiet - Telimeny i Zosi? Czy powstanie na Litwie uda się wzniecić? Na ostateczne zakończenie oczekuje też spór między Soplicami i zaściankiem dobrzyńskim...

Tak, moi kochani. Internetowa Biblioteczka doczekała złych czasów. Czasów, kiedy sporadycznie popełnię wpis dotyczący... lektur szkolnych, tak przez wielu z nas znienawidzonych! Ale nie martwcie się. Postaram się wykonywać robotę tak, by jak najmniej Was bolało. Kto wie, może kogoś do którejś pozycji przekonam?

Musicie wiedzieć, że miałam poważne wątpliwości, czy powinnam w ogóle dzisiejszy wpis publikować. Dręczyły mnie obawy, czy nie wywołam oburzenia, może nawet małego skandalu. A potem pomyślałam sobie: hej, młoda, to twój blog, masz prawo na nim pisać, co zechcesz, masz prawo do subiektywnego podejścia i własnego zdania. Tak więc, przyznam Wam się do tego, że...

Nienawidzę Mickiewicza. Nienawiść ta jest szczera i nie do poskromienia. Nie odmawiam mu talentu, tego, że stworzył piękną historię. Nie. Ale forma, w jakiej ją przedstawił, jest po prostu... tragiczna.

Ja sama Pana Tadeusza omawiałam w całości w drugiej klasie liceum. Próbowałam przebrnąć przez tekst, uwierzcie mi, że walczyłam dzielnie. Mimo to poległam. Sięgnęłam po film. W nim się zakochałam, mimo że to przecież to samo. Jednak te wszystkie wierszowane kwestie, wyrazy, których dzisiaj nikt nie używa - to wszystko łatwiej mi było znieść, kiedy miałam przed sobą jeszcze obraz. Obraz, który pozwolił mi dostrzec wspomniane wyżej piękno historii, perypetii tytułowego Tadeusza. Tak więc, jeżeli czyta mnie ktoś, kto tę lekturę dopiero będzie omawiał: polecam obejrzenie adaptacji filmowej.

Teraz natomiast, kiedy stwierdziłam, że blogowi przydałoby się trochę wpisów odnośnie ambitnej literatury, po przedmiot dzisiejszej notki sięgnęłam drugi raz. Miałam nadzieję, że sprawdzi się twierdzenie, że książka, kiedy przestaje być pozycją obowiązkową, staje się znośniejsza. No niestety - nie w tym przypadku. Choć powiem, że czytało mi się łatwiej niż za pierwszym razem. I dałam radę pokonać całość, a to uważam za swój ogromny sukces, bo nie raz i nie dwa miałam ochotę ten tom zamknąć, odłożyć na półkę i już nigdy do niego nie wracać. 

Oczywiście, że były momenty, które mi się podobały. Było ich jednak tak mało, że nie uratowało to dzieła Mickiewicza przed niską oceną.

A jeśli o ocenę chodzi...
Dzisiaj przyznaję dwie gwiazdki. Niestety, wyżej nie da rady. Pomysł cudowny, ale treść niemal nie do przebrnięcia, przynajmniej dla mnie. 

30.01.2014

Blog Roku 2013 - głosowanie SMS

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani!

Informację tę zamieściłam już na oficjalnym fanpage'u bloga, teraz piszę tutaj - w razie, gdyby ktoś nie miał konta na Facebooku bądź nie polubił mojej strony.

Dziś ruszył drugi etap konkursu na Blog Roku 2013 - głosowanie SMS.
Jeżeli ktoś z Was chce wesprzeć Internetową Biblioteczkę, niech wyśle, proszę, SMS o treści F00002 na numer 7122. Obowiązuje zasada - z jednego numeru telefonu można oddać tylko jeden głos na konkretny blog. Głosowanie trwa do 6.02.2014, do godziny 12.00. SMS to koszt 1,23 zł. Dochód z głosów zostanie przeznaczony na cele charytatywne.

Z góry dziękuję każdemu, kto zagłosuje!

29.01.2014

Z życia autorki: na punkcie tych filmów dosłownie zwariowałam

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Heeej!

Tak, wiem, jestem strasznie niesłowna. Posty z serii Z życia autorki miały ukazywać się regularnie raz w tygodniu - w piątki. Ostatni - zarazem pierwszy - opublikowałam 10 stycznia, dziś jest 29. I to nawet nie piątek, weekendu początek. No ale trudno. Ustalmy, że ta kategoria będzie gościnną, pojawiającą się po prostu raz na jakiś czas.  

Ten post zdecydowanie zejdzie z tematyki głównej strony - literatury. Bo będzie o filmach.
Tak, telewizję też oglądam, do kina chodzę, choć dużo rzadziej i mniej chętnie niż czytam książki. Są jednak takie produkcje, które miałam okazję zobaczyć i na punkcie których dosłownie zwariowałam. Dokładniej - jest 10 takich. Chcecie dowiedzieć się, jakie to tytuły? Zapraszam do dalszego czytania!

Uwaga: kolejność tytułów zupełnie przypadkowa - dość, że wybrałam te zupełnie najlepsze z najlepszych, nie byłabym w stanie jeszcze ich klasyfikować pod względem: najlepszy, ale gorszy niż ten i tak dalej. Bo tak naprawdę każdy miał w sobie to coś, co mnie w nim urzekło. 

Na punkcie tych filmów dosłownie zwariowałam, czyli 10 najlepszych produkcji

1. Weronika postanawia umrzeć

Ekranizacja powieści Paulo Coelho pod tym samym tytułem. Pisałam o niej tutaj. Jak książka kompletnie mnie rozczarowała, tak na filmie myślałam, że popłaczę się z radości. Wspaniały, dopracowany w każdym calu. Nie będzie miłe to, co teraz napiszę, ale mam wrażenie, że reżyser przeczytał dzieło brazylijskiego pisarza, zrozumiał, że jest ono kiepskie i postarał się nadrobić jego braki w swojej pracy. To w sumie byłoby bardzo szlachetne z jego strony. 

2. Bez mojej zgody

Kolejna superprodukcja oparta na książce. Tym razem wzięto pod lupę historię spisaną przez Amerykankę - Jodi Picoult. Istny wyciskacz łez, opowieść wzruszająca tak samo jak bestseller. Mocną stroną jest kompletnie inne zakończenie, którego nikt się nie spodziewał. Cudo.

3. Katyń

Fabuły tego obrazu nie muszę chyba przybliżać nikomu. Ręka w górę, kto nie widział? Nie widzę! Wszyscy oglądnęli? Bardzo dobrze. Uwielbiam polskie filmy w takim klimacie. Wajda się postarał, aktorzy też zagrali porządnie. Jestem zachwycona.

4. W ciemności

Czyli perełka nakręcona na podstawie W kanałach Lwowa Marshalla. Nie wiem, nie rozumiem, wytłumaczcie mi ten fenomen, że ja ogólnie za historią nie przepadam - nad czym ubolewam, bo kiedyś ten przedmiot kochałam szczerze, a potem mi go obrzydzono - a takie produkcje połykam. W sumie dobra - tematyka Holocaustu mi pasuje. No i grał Więckiewicz, którego ubóstwiam!

5. Mój rower

Pamiętam do teraz, z jaką niechęcią wybierałam się na to do kina z klasą. Dzisiaj pluję sobie w brodę, że w ogóle mogłam pomyśleć, że to będzie kiepskie. Świetny dramat. I znowu polski. Brawo, Polacy.

6. Galerianki

Tak, oglądałam. I nie, nie brzydziłam się. Uwielbiam materiały jakiekolwiek - czy to filmy, czy książki - oparte na faktach. A nikt mi nie powie, że dzisiejsze nastolatki się tak nie zachowują. Nie mówię, że wszystkie. Ale spora część. To powinien obejrzeć każdy, ku przestrodze, tak jak i...

7. Bejbi blues

To. O ile pamiętam, niektórzy (wszyscy? Większość?) aktorzy pojawili się tam po raz pierwszy na dużym ekranie. I zagrali naprawdę bardzo dobrze. Kolejna historia, którą warto przyswoić tak na zaś.

8. Blue Jasmine

Najnowsza komedia Allena, która wcale nie jest komedią. To jest dramat. I to w dodatku świetny. Uwielbiam takie psychologiczne kwestie, tragedie ludzkie.

9. Sierota

Chryste Panie, jak ten thriller zrył mi psychikę, to nie macie pojęcia. Uwielbiam takie dreszczyki emocji przy oglądaniu. Szkoda tylko, że oglądałam w internecie. Bo, oczywiście, pecha w życiu mam i zaraz pod filmem znajdował się komentarz jakiegoś życzliwego internauty, który zdradził zakończenie. Tak, przeczytałam je.

10. Stoker

Dawno nie oglądałam czegoś tak chorego i dobrego. Nie ma to jak historia o niezbyt zrównoważonej rodzince. Pamiętam, że nie byłam w stanie zrozumieć zakończenia, choć już nie przypomnę sobie, dlaczego. Ale to było mocne. A ja lubię mocne wrażenia.

No, i tak przedstawia się mój ranking 10 najlepszych. Nawet niespecjalnie zastanawiałam się nad doborem pozycji, po prostu wiedziałam, że muszą być te. Bo jakie inne? Żadna komedia nie umywa się do któregoś z wyżej wymienionych dramatów czy thrillerów. A zresztą - śmieszne filmy na ogół nie zostają na długo w pamięci, bo do życia nie wnoszą nic. Czyli w sumie nie warto za często zapychać sobie nimi głowy.

Moi kochani - gdybyście mieli jakieś sugestie, chcieli dowiedzieć się o mnie czegoś konkretnego, walcie śmiało, macie opcję pisania komentarzy. Wszystko rozważę, jeżeli nie przekroczycie granic mojej prywatności - do każdej prośby się przychylę. Tymczasem: miłego dnia!

28.01.2014

Kolumna dyskusyjna: nie mam czy nie chcę mieć czasu na czytanie?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Tak, wiem, że ostatnio mnie tu bardzo dużo. Mam nadzieję, że cieszycie się z tego tak samo jak i ja. Dzisiaj znowu naszło mnie na rozmowę.

Czasami zdarza się, że kiedy kogoś poznaję lub gdy rozmawiam ze znajomymi i temat schodzi na książki, słyszę A ja nie czytam. Nie chodzi o to, że nie lubię. Po prostu nie mam czasu. Zawsze wtedy zastanawiam się, czy taka osoba sobie żartuje czy próbuje głupio zamaskować swoją niechęć do książek.

Bo ja nie jestem w stanie zrozumieć, jak to jest możliwe, żeby nie mieć chwili czasu na lekturę. No nie rozumiem, próbowałam już na różne sposoby to rozważyć, ale nijak mi nie idzie.
I nie mówcie mi, że nie mogę wiedzieć jak to jest, bo nie mam rodziny, dzieci, nie pracuję, a chwilowo nawet nie studiuję. Uważam, że jeżeli się chce, to da się zorganizować wszystko. Przecież nikt nikomu nie każe czytać po kilkanaście stron dziennie czy 10 książek na tydzień. Ale niemożliwością jest niemożność znalezienia chwili w ogóle. I ja Wam to udowodnię.

Pracujesz lub uczysz się? Jeżeli do pracy, szkoły, uczelni dojeżdżasz tramwajem, autobusem, metrem czy czymkolwiek - masz kilka lub nawet kilkanaście minut na to, by pokonać parę stron. A zamiast tego pewnie bezmyślnie gapisz się w okno i podziwiasz krajobraz, ciągle ten sam, chyba że się pora roku zmieni, to pojawi się lub zniknie trawa czy śnieg. Sama z tego sposobu nie korzystam, o czym pisałam tutaj, ale nawet będąc kierowcą możesz poznawać jakąś ciekawą historię - za pomocą audiobooków. Niespodzianka! Ze szkoły, uczelni czy pracy trzeba jeszcze wrócić. Czyżby kolejna chwila dla lektury? Stoisz w korkach w którąkolwiek stronę? Cudownie, poznasz większy kawałek fabuły!

Ten akapit tyczy się Ciebie, uczniu lub studencie. Przerwa między zajęciami. Co wtedy robisz? Włóczysz się z kumplami po szkole czy uczelni? Słuchasz muzyki? A jakbyś chciał, to byś wziął jakiś ciekawy tytuł do ręki. Nawet, jeżeli w drugiej ręce miałbyś kanapkę, jabłko czy cokolwiek innego do jedzenia. Serio, da się jeść przy czytaniu, nie wyrządzając krzywdy papierowi. A i nie trzeba brać żadnej pozycji z domu - to jakby ktoś chciał wysunąć argument, że i bez tego plecaki są ciężkie - bo istnieje coś takiego jak biblioteka szkolna i uniwersytecka!

Popołudniu wracasz do domu, masz chwilę wolną od obowiązków i...co robisz? Włączasz komputer, logujesz się na Facebooka. Rozglądasz się po profilach znajomych, sam dodajesz posty lub grasz w durne gierki. Bo przecież czytać nie masz czasu, prawda?

Wizyty w bankach, u lekarza, gdziekolwiek, gdzie jesteś narażony na to, że będziesz czekał w kolejce. Być może nawet długiej. Kiedy już w niej utkniesz, siedzisz i narzekasz, że tracisz czas. A jakbyś wziął książkę, to byś się nie nudził. I czas szybciej by płynął.

Piątek wieczór i weekend. Krótki okres, kiedy mamy więcej wolnego. Ilu z nas spędza go na imprezach, śpiąc do południa, korzystając z komputera czy oglądając seriale w telewizji? Prawie wszyscy. A tymczasem wszystko można pogodzić. Ja na przykład - śpioch patentowany, który po maturze jakoś nie miał siły budzić się przed 10 (a czasem było grubo po tej godzinie), choć wcześniej bez problemu wstawał i o 8 rano w sobotę, w końcu powiedziałam: dość. I teraz nastawiam sobie budzik codziennie na 9. Fakt, że nie zawsze po przebudzeniu sięgam po książkę. Ale mam tę świadomość, że ona sobie leży na stoliku przy łóżku przygotowana i że gdybym tylko chciała, to miałabym większą część doby na lekturę, bo wstałam wcześniej. I byłoby tak nawet w momencie, kiedy na resztę dnia miałabym już plany, które czytanie wykluczają.

Dzieci, dzieci...sporo przy nich roboty, prawda? Ale kto powiedział, że i z maluchem nie można czytać? Nie można szkrabowi czytać? Ty, drogi rodzicu, znalazłbyś chwilę na to, co lubisz robić, a przy okazji od małego kształtowałbyś w potomstwie dobre nawyki. Przecież to same korzyści!

Dobra. Napisałam się, stworzyłam 6 akapitów, oczywistych akapitów, z radami, jak można znaleźć kilka minut w ciągu dnia na zgłębianie świata literatury. Pewnie sposobów na to jest jeszcze więcej, ale aktualnie na nie nie wpadłam. I czy teraz ktoś mi wytłumaczy, ale logicznie wytłumaczy, jak to jest możliwe, żeby nie móc wygospodarować sobie czasu na książkę? Bo mi to od razu śmierdzi fałszem. Jak się chce, to można wszystko.

Żeby nie było - ja też nie czytam codziennie. Nie czytałam w drodze do szkoły, na uczelnię - bo rano jestem nie do życia. Czasami wolę pognić na Facebooku niż sięgnąć po nawet bardzo interesującą powieść. Bo mam po prostu taki dzień. Tylko że ja potem nie mówię, że tego i tego dnia nie czytałam, bo nie miałam na to chociaż 5 minut. Mnie się po prostu nie chciało. Trudno, to się każdemu zdarza, czasami i na zajmowanie się największą pasją człowiek nie ma ochoty.

A Wy, moi kochani? Jakie tajne sztuczki stosujecie, by choć na moment odpłynąć w świat wykreowany przez autora? Wierzycie w słowa nie czytam, zarobiony jestem?

27.01.2014

Carlo Collodi "Pinokio"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Carlo Collodi
Tytuł: Pinokio
Tytuł oryginału: La aventure di Pinocchio
Wydawnictwo: MEA Sp. z o.o.
Tłumaczenie: Halina Kozioł
Cena: brak informacji
Liczba stron: 64

Przygody drewnianego pajacyka...

Kiedyś, dawno temu, w maleńkim miasteczku, żył sobie biedny stary stolarz imieniem Gepetto. Niestety, nikt go nie odwiedzał - zbyt pochopni w ocenie ludzie sądzili, że jeśli ktoś jest biedny, to i niemądry. Kiedy pewnego dnia Gepetto wystrugał sobie pajacyka, który - o cudzie! - mówił, chodził i zachowywał się jak prawdziwy, żywy chłopiec, starcowi wydawało się, że nastąpił definitywny koniec samotności i smutnego życia. Jakże jednak się pomylił! Pinokio - bo takie imię dostała kukiełka - okazał się być nie najmilszym towarzyszem. Jego niemądre harce nieustannie dostarczały trosk stolarzowi...

Któż z nas nie zna bajki o pajacyku, któremu wydłużał się nos za każdym razem, gdy skłamał?

Chociaż od kilku dni dzielnie zmagam się z lekturą Pana Tadeusza, dziś postanowiłam zrobić sobie od tego tytułu małą przerwę. Koniecznie chciałam powrócić na chwilę do Pinokia. I tak, miałam w tym konkretny cel. Musiałam przekonać się, czy z biegiem lat zmieniłam zdanie o tej bajce. Bo – wierzcie lub nie - historia autorstwa Collodiego była dla mnie za dzieciaka udręką. Nie cierpiałam jej strasznie. Dziś nie przypominam sobie powodów takiego a nie innego podejścia, pamiętam jedynie nie najlepsze samopoczucie na samą myśl o tej króciutkiej książeczce.

Ze smutkiem stwierdzam, że nie. Pogląd na Pinokia nie zmienił mi się ani trochę. No dobra - dzisiaj doceniłam oprawę graficzną całości, cudne ilustracje. Ale treść wywołuje we mnie takie same dreszcze obrzydzenia jak kilka czy kilkanaście lat temu.

Nie mówię, że cała opowieść nie ma sensu, żadnego morału. To oczywiście jest. Ale...czy naprawdę nie można było tego napisać lepiej?

Odniosę się w tym momencie do poprzedniej historii mojego dzieciństwa - Pollyanny. Czyż tam przesłanie nie było bardzo proste? Nie chodziło o to - aż o to i tylko o to - by choć spróbować znaleźć powody do radości, uśmiechu, w każdej sytuacji? By - pozwolę sobie przypomnieć Wam trochę treści - kiedy dostajemy kule dla osoby niepełnosprawnej, zamiast upragnionej lalki radować się tym, że ten sprzęt nie jest nam potrzebny, nogi mamy zdrowe? No właśnie. I mimo że przekaz miał być tak banalny, Porter udało się stworzyć piękną powieść.

U Collodiego jest podobnie. Przesłanie proste - należy zawsze mówić prawdę, szanować rodziców, nie migać się od pracy. Szkoda tylko, że nie potrafił tego ubrać w ciekawą fabułę. 

Nie wiem. No nie wiem, ja się wynudziłam i teraz, i za każdym razem w przeszłości. To jest dla mnie chyba zbyt dziecinne, mimo że ta książka jest przecież przeznaczona specjalnie dla dzieci. I mimo tego, że głównie jako szczeniak ją czytałam.

To jest po prostu... za proste. W ogóle nie wymagało myślenia. Ot, bajeczka do przeczytania w kilkanaście minut. Podejrzewam, że już w dzieciństwie ujawniła się u mnie miłość do bardziej opasłych tomisk. Bo mała ilość stron też mi bardzo przeszkadza. I robiła to w przeszłości.

Wiecie co? Mnie się naprawdę nie chce dłużej o tej lekturze gadać.
Daję dwie gwiazdki, jedną za dobry morał, drugą za piękne obrazki. Za wykonanie nie daję nic, nie mam w zwyczaju naciągać ocen, czułabym się wtedy, jakbym okłamywała nie tylko samą siebie, ale i Was, czytelnicy.

26.01.2014

Kolumna dyskusyjna: biblioteki - niepotrzebne nikomu instytucje, które trzeba zamknąć?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dobry wieczór w niedzielę!

Recenzji ostatnio naprodukowałam sporo. Post z cyklu Z życia autorki dopiero układa mi się w głowie - mimo że miałam go opublikować już dawno temu. Mając jednak potrzebę pisania, pomyślałam, że moglibyśmy podyskutować. A temat dzisiejszej rozmowy to biblioteki i ich przydatność w ludzkim życiu.

Wszyscy chyba pamiętamy incydent, kiedy to minister Boni wpadł na genialny pomysł zamknięcia bibliotek szkolnych. Sama nie zgłębiałam tematu bardziej niż to potrzebne, nie próbowałam szukać powodów, dla których ktoś wymyślił taki projekt ustawy - choć wydaje mi się, że chodziło o kasę, jak zawsze. Niemniej jednak sama idea wywołała u mnie stan niemalże przedzawałowy, przeraziłam się nie na żarty i najszybciej jak mogłam przyłączyłam się do protestu. Cieszę się bardzo, że Polacy pokazali, że potrafią się zjednoczyć, zrobić coś razem i wygraliśmy w tej sprawie, uratowaliśmy biblioteki szkolne. Ale...

Nadal są na świecie tacy, którzy uważają, że wypożyczalnie książek są nikomu niepotrzebne. Najlepiej byłoby, gdyby je zlikwidowano, budynki przeznaczono na inne cele. Bo kto w tych czasach czyta książki?! Przecież to takie nudne. Jest wiele aktywności, którymi można zapełnić swój wolny czas, dlaczego ktoś uparł się na zgłębianie literatury, co on, głupi jakiś? A jeżeli już czyta - dlaczego nie miałby korzystać z księgarń? Internet, ogólny postęp daje takie możliwości, że na dobrą sprawę wcale nie musimy mieć w ręce papierowych wydań naszych ulubionych powieści. Dzisiaj możemy czytać nawet na komórce. Więc na cholerę w ogóle biblioteki?! Bezsens, trwonienie pieniędzy na głupoty. Lepiej postawić kolejnego McDonald'sa, tam przynajmniej ktoś zagląda.

Taaa. Powiem szczerze - uważam się za osobę o dość wysokim progu tolerancji. Wiele zachowań, które innych doprowadzają do spazmów, ja znoszę ze spokojem, praktycznie wcale mnie to nie rusza. Ale podejście do sprawy bibliotek - i do wielu innych kwestii, niekoniecznie związanych z czytaniem - które zaprezentowałam w poprzednim akapicie, sprawia, że nóż w kieszeni mi się otwiera. Nigdy nie zrozumiem, jak można być aż tak ograniczonym, mieć tak zaściankowe poglądy, ani przez moment się nie zastanowić nad tym, o czym i co właściwie się mówi.

Ja rozumiem, że ktoś może nie być molem książkowym. Że swój wolny czas woli poświęcić innym zajęciom, swojej pasji. Nie mam z tym problemu, zresztą kiedyś już o tym pisałam. To, że ktoś stroni od książek, w żadnym razie nie sprawia, że uważam go za gorszego. Bo czemu bym miała to robić? Taki człowiek może mieć inne ciekawe zainteresowania, którym oddaje się bez reszty, tak jak ja nałogowo odpływam w świat wykreowany przez autora. Ale bądźmy poważni - skoro ja szanuję to, że ktoś nie czyta, to wymagam, by ten ktoś szanował mnie i mój wybór. I to nie tylko poprzez oszczędzanie sobie szykan w stylu O, a ta znowu marnuje czas na literki!. Ja żądam też rozwagi w wypowiadanych przez siebie zdaniach odnośnie tego, w czym się nie siedzi, a na czym znam się ja. Myślenie. To nie boli. Serio.

Czy choć jedna osoba nieczytająca, która uważa, że biblioteki powinny zostać zamknięte, może mi logicznie uargumentować swoje stanowisko? Skąd zdania typu skoro czyta, to niech kupuje? Skąd przekonanie, że e-booki czy audiobooki to to samo, żadna różnica, więc o co ta afera? Czy Wy, ludzie - zwracam się do tych, którzy tak sądzą - w ogóle wiecie, co mówicie? Otóż nie wydaje mi się.

Mam to szczęście, że osobiście mogę sobie pozwolić na to, by dość często odwiedzić księgarnię i kupić sobie jakiś tytuł. Albo i kilka. Ale nie kupuję dosłownie każdej książki, którą chcę przeczytać, która wpadnie mi w oko podczas buszowania po regałach. Bo gdybym tak robiła, to moje półki już dawno by się złamały pod ciężarem nierzadko opasłych tomisk. Nawiasem mówiąc, już teraz muszę nowe nabytki trochę upychać. A poza tym - kasa. Przeciętny tytuł to wydatek rzędu około 30 zł za sztukę, ja czytam wiele i jeszcze więcej chcę przeczytać - czy jest tu jakiś geniusz matematyczny, który szybko policzy mi, ile musiałabym wydać w samej księgarni, by mieć wszystko to, co zechcę? Majątek. Zbankrutowałabym. Nawet, gdybym korzystała z tańszych opcji - i tak wydałabym mnóstwo pieniędzy na same książki. A nie tylko nimi żyję, wbrew pozorom. Znam wiele osób, które lubią oddać się lekturze, ale miejsca w domu czy też pieniędzy nie mają praktycznie wcale. Są skazani na biblioteki. Na biblioteki, które dla wielu są niepotrzebne, a dla nich są jedynym dostępem do darmowej (!) kultury. Naprawdę, świetnym pomysłem jest zabieranie im tego.

Idźmy dalej. Kolejnym argumentem na nie dla takich miejsc, jest, jak często słyszę, fakt, że teraz można czytać w internecie. Słuchać audiobooków. I to przecież jest to samo, w innej formie, ale to samo!
Poprawcie mnie, jeżeli się mylę - nie korzystam ani z jednej, ani z drugiej formy, którą wymieniłam - ale wydaje mi się, że i e-booki i audiobooki są czymś, za co trzeba płacić. Przynajmniej jeżeli mówimy o w 100% legalnym dostępie do nich. A jak ktoś nie ma pieniędzy? Co wtedy ma zrobić? Poza tym - i to już będzie mnie dotyczyło - dla dość sporej grupy czytelników to jednak nie jest to samo. Ja sobie nie wyobrażam siedzieć i czytać przy komputerze nawet porywający horror Kinga, i odczuwać takie same emocje jak przy tradycyjnej książce. Nie. Ja muszę mieć papier, muszę czuć jego zapach, dotknąć okładki, móc się wygodnie rozsiąść w łóżku, z herbatą i jakąś dobrą przegryzką pod ręką. Audiobooki? Muszą być dobrze zrobione, historia opowiadana przez odpowiedniego lektora, z poprawną dykcją. Szczerze nie chciałoby mi się z tym eksperymentować, zanim znajdę to, co mi odpowiada. A i na tekście słuchanym trudno mi się skupić na dłuższą metę.

Ostatnia kwestia, jakiej dziś dotknę. Jeżeli ktoś jest zdania, że biblioteki należy zamknąć i poda mi przy okazji jakiś magiczny sposób na zdobycie książek, które nie są wznawiane, w sprzedaży ich po prostu zwyczajnie nie ma, to chylę czoła. Naprawdę, zwrócę honor i już nigdy nie będę psioczyć. Czekam, czekam, swoje pomysły możecie umieszczać w komentarzach. Albo napisać mi maila.

Podsumowując mój i tak już przydługi wywód - żyjmy i dajmy żyć innym. Wypożyczalnie może i nie cieszą się taką popularnością jak restauracje typu fast food, jednak są potrzebne. Jeżeli nie czytasz, nie utrudniaj tego innym. Bo nie wiesz, jaką ktoś ma sytuację, może nie może sobie pozwolić na częste zakupy. Może jest niesłyszący. Albo ma jakiekolwiek inne powody, by korzystać z tych niepotrzebnych Tobie, nieczytający człowieku, bibliotek.

Moi kochani, a co Wy uważacie? Czy korzystacie z takiego sposobu nabywania książek? Czy jesteście za odcinaniem molom książkowym darmowego dojścia do literatury?

25.01.2014

Stephen King "Cujo"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Cujo
Tytuł oryginału: Cujo
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Jacek Manicki
Cena: 32 zł
Liczba stron: 350

Miasto, któremu zagraża wielkie niebezpieczeństwo...

Castle Rock - to właśnie tym cichym, spokojnym miasteczkiem w stanie Maine wstrząsnęła fala przerażających wydarzeń. To tutaj Cujo - wielki, ale łagodny bernardyn zaraża się wścieklizną. Od tej pory nie ma już śladu po przyjaznym piesku, zwierzę bowiem zamienia się w żądną krwi maszynę do zabijania...

Czy aby na pewno my, dorośli, mamy rację, mówiąc dzieciom, że na świecie nie ma potworów?

Po Cujo sięgnęłam dawno temu, kiedy przeżywałam okres wzmożonej chęci poznawania literatury grozy. O ile pamięć mnie nie myli, była to jedna z pierwszych powieści Kinga, która wpadła mi w ręce. 

Pamiętam do dziś mieszane uczucia, które towarzyszyły mi podczas czytania. Z jednej strony - naprawdę jest to dobrze skonstruowany horror, z drugiej jednak - czegoś mi brakowało. Z opisu zamieszczonego na okładce ze skrzydełkami - która to forma średnio przypadła mi do gustu, ale nie będę już marudzić, bo nie chcę wyjść na dewotkę, której nic nie pasuje - dowiadujemy się, że Cujo robi rzeczy straszne, ale reakcje ludzi, wstrząśniętych jego bezwzględnością są nie mniej przerażające..., i zabijcie mnie, ale ja nie przypominam sobie jakichś szczególnych tych reakcji.

Co natomiast bardzo mi się podobało, to fakt wprowadzenia wątku pobocznego, jakim było życie i problemy rodziny Trentonów. Ogólnie jestem fanką takich historii, a już w ogóle pasują mi one do horrorów, choć tego nie umiem wytłumaczyć. Po prostu jedno z drugim mi jakoś tak fajnie współgra.

Przedmiot dzisiejszego wpisu to typowy King. Mamy tu wszystkie cechy, jakimi odznaczają się jego dzieła: dobrze wykreowane postaci, wolno rozwijającą się akcję, a także napięcie, które ze strony na stronę systematycznie się zwiększa.

Zastanawiam się tylko, czy całość byłaby tak samo dobra, gdyby nie osoba dziecka Trentonów. I dochodzę do wniosku, że chyba jednak nie. A dlaczego? Bo przecież większość ludzi najbardziej porusza los dzieci, zwłaszcza, jeżeli nie jest on zbyt łaskawy. To nad biednymi, krzywdzonymi maluchami wszyscy płaczą i się trzęsą. Powiedzcie mi, że tak samo rusza Was nieszczęście osób dorosłych. Tak więc król horrorów, podobnie jak w innej książce wykorzystał tę naszą słabość, by nas poruszyć. Nie mam mu jednak tego za złe. Przynajmniej zrobił to, co zrobił, porządnie.

Co jeszcze do dziś siedzi mi w głowie, to fakt, że chwilami miałam wrażenie, że nie jestem czytelnikiem. Kiedy już naprawdę mocno zagłębiłam się w treść, wydawało mi się, że w jakiś sposób uczestniczę w tej całej masakrze, tylko że mnie się nic złego nie dzieje - ja tu tylko siedzę z boku i obserwuję. Nie jestem narażona na niebezpieczeństwo, nie pomagam bohaterom. Po prostu patrzę, jestem tak jakby duchem.

Ponownie zdarzyło mi się czuć autentyczne sympatie i antypatie do ludzi występujących w pozycji. To chyba znak, że przez jakiś czas naprawdę żyłam tym, co czytałam.

Zakończenie niby wbiło mnie w fotel, ale z drugiej strony... w głębi duszy spodziewałam się czegoś podobnego.

Cujo otrzymuje...
Cztery gwiazdki. Jedną odjęłam za ponowne chwytanie nas za serce poprzez postać dziecka i zbyt małą ilość reakcji na wydarzenia w miasteczku innych ludzi. Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli ktoś ma ochotę urządzić sobie wieczór z dreszczykiem, to właśnie po ten tytuł powinien sięgnąć.

24.01.2014

Jodi Picoult "Krucha jak lód"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Krucha jak lód
Tytuł oryginału: Handle with care
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 36 zł
Liczba stron: 613

Zmagając się z chorobą dziecka...

Dla każdego rodzica najważniejsze jest tylko jedno: by ich dzieci były zdrowe. Niestety, życie to nie koncert życzeń. Nie jest także sprawiedliwe. Dlatego właśnie Charlotte i Sean O'Keefe zmagają się z największą tragedią, jaka może dotknąć rodzicieli: chorobą ich sześcioletniej córeczki Willow. Narodzenie dziecka, mimo że było ono wyczekiwane i bardzo chciane, spowodowało nieodwracalne zmiany na gorsze w życiu rodziny - pasmo bezsennych nocy, rosnące długi...
Wkrótce małżeństwo staje przed pytaniem: co stałoby się, gdyby o chorobie Willow dowiedzieli się dużo wcześniej niż to faktycznie miało miejsce? Czy mała wtedy w ogóle by się narodziła...?

Jak poradzić sobie ze świadomością, że najbliższa nam osoba cierpi na nieuleczalne schorzenie?

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga regularnie - a także ci, którzy znają mnie osobiście - zdążyli się już chyba zorientować, że lubuję się w powieściach dotykających ciężkie życiowe tematy, a Picoult uważam za pisarkę, której takowe dzieła są idealne w każdym calu. Moja przygoda z tą kobietą zaczęła się od sięgnięcia po Bez mojej zgody przez zupełny przypadek, którego nie żałuję ani trochę. Od razu wiedziałam, że inne książki jej autorstwa też muszę przeczytać.

Krucha jak lód, o ile dobrze pamiętam, była drugą, na którą się zdecydowałam. Mimo ogromnego zachwytu nad poprzednim tytułem, tutaj dręczyły mnie wątpliwości: a co, jeżeli to był jednorazowy wyskok, jeżeli inne pozycje są kiepskie, a ja się napalam jak głupia nie wiadomo na co? Na szczęście szybko okazało się, że nie miałam absolutnie żadnych podstaw do obaw.

Jodi jak zwykle zaserwowała nam ciężką tematykę - i znów jest to choroba dziecka. Powtarzalność tego samego motywu w niczym jednak nie przeszkadza. Autorce udało się ponownie stworzyć porywającą, łapiącą za serce historię i ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że się powtarza.

Co uwielbiam w jej twórczości, to fakt, że możemy poznać myśli i odczucia każdego jednego bohatera, a to dzięki rozdziałom pisanym z ich perspektywy - tak jest i w przedmiocie dzisiejszego wpisu. Uważam taki zabieg za strzał w dziesiątkę - opowieść z punktu widzenia jednej osoby byłaby niepełna, niekonkretna. Przecież dramaty ludzkie mają to do siebie, że każdy przeżywa je na swój własny, indywidualny sposób, prawda?

Kolejnym plusem całości jest fakt, że zmusza do myślenia, do chwili zastanowienia się nad sobą i życiem. Co my zrobilibyśmy, gdyby to nasze dziecko było chore? Czy w ogóle podjęlibyśmy się zadania, jakim jest opieka nad takim człowieczkiem? Jak odbiłoby się to na naszym życiu, związku, karierze, psychice? Sądzę, że dobra lektura charakteryzuje się właśnie między innymi tym, że nie przechodzi bez echa, że wprawia w zamyślenie. I wzrusza. Bo jak tu nie uronić łzy, czytając o dziewczynce, która nigdy nikomu krzywdy nie zrobiła, a tak cierpi? Jak nie współczuć rodzicom, którzy muszą dźwigać ciężar nieszczęścia swego dziecka i patrzeć na to, jak się męczy?

Chociaż zdążyłam się przekonać, że Picoult lubi zaszokować czytelnika nieoczekiwanym zwrotem akcji, zakończeniem, którego nikt się nie spodziewał, fakt, że znowu to zrobiła, zadziwił mnie strasznie. Spodziewałam się czegoś mocnego na koniec, to prawda. Ale coś takiego w życiu do głowy by mi nie przyszło.

Tak więc dzisiaj...
Cztery gwiazdki. W ostatniej chwili zdecydowałam się jednak zabrać jedną za powtarzalność motywu, mimo że podczas pochłaniania kolejnych stron zupełnie mi to nie wadziło.

23.01.2014

Paullina Simons "Ogród Letni"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Paullina Simons
Tytuł: Ogród Letni
Tytuł oryginału: The Summer Garden
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Katarzyna Malita
Cena: 36 zł
Liczba stron: 816

Próbując zapomnieć o koszmarze wojny...

Tatiana i Aleksander Barringtonowie przez lata żyli w przymusowej separacji wywołanej największym piekłem, które rozpętało się w XX wieku: wojną. Kiedy w końcu - niemal przez przypadek - odnajdują się w Ameryce, która zawsze jawiła im się jako kraina marzeń, razem z synkiem Anthonym próbują uporać się z traumą i rozpocząć życie na nowo...

Czy po latach dramatu, walki o przetrwanie, wszystko może wrócić do normy? Czy da się żyć tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło?

Ogród Letni jest trzecią częścią serii opowiadającej o losach małżeństwa Barringtonów. Niestety, nie miałam okazji zapoznać się z poprzednimi tomami - a i o tym dowiedziałam się przez przypadek, kiedy dostałam go w prezencie. Stwierdziłam jednak, że kaprysić nie będę i praktycznie od razu zabrałam się do czytania, z postanowieniem, że pierwszą i drugą część wypożyczę bądź kupię przy okazji.

Przyznam szczerze, że opisywana dziś przeze mnie pozycja wywołała u mnie ogromny szok. Żałuję, że nie mogę powiedzieć, by miało to pozytywne znaczenie.

Kiedy przebiegłam wzrokiem opis na tylnej okładce, pomyślałam, że szykuje się dobra lektura historyczna, połączona z romansem, być może i dramatem, z racji wątku wojny. Jakże się pomyliłam...

Wątków poświęconych próbie przetrwania Aleksandra - żołnierza, o ile pamiętam - w trakcie konfliktu zbrojnego było jak na lekarstwo. I pamiętam, że ciężko mi się je przetrawiało. 

Wiele za to było niepotrzebnych, rozwlekłych dialogów i... scen seksu. Chwilami miałam wrażenie, że mam w ręku coś w rodzaju 50 twarzy Greya, erotyka niemal wychylała z każdego kąta. A nie były to króciutkie wstawki. Po którejś z kolei - kiedy miałam ich za sobą już tyle, że palców u rąk zabrakło - poczułam się cholernie zmęczona i zdegustowana, bo ile można? Naprawdę nie można było się skupić na tym, jak para po tragedii odbudowuje swoje życie? Może inaczej - koniecznie trzeba było skupić się na tym, jak odbudowywała życie intymne? A co z resztą, z relacją ojca - którego długo nie było - z synem? Długo liczyłam, że znajdę coś na ten temat. Ja rozumiem, że teraz pozycje ociekające seksem się sprzedają, ale... bez przesady może, co?

Całość była dla mnie tak trudna i męcząca w odbiorze, że skończenie jej zajęło mi... uwaga... pół roku, może nawet więcej. Musiałam się przymuszać, by w ogóle pokonać choć kilka stron w ciągu dnia. To skutecznie zniechęciło mnie do sięgnięcia po poprzednie tomy. Skoro ten był tak tragiczny, to po reszcie także nie spodziewam się wiele, choć może i robię błąd - bo przecież zazwyczaj jest tak, że początek jest najlepszy, a z egzemplarza na egzemplarz poziom spada. Tylko że chyba nie mam ochoty się przekonywać, czy tak jest i w tym przypadku. Mam za to ogromną ochotę zapomnieć jak najszybciej o tej lekturze.

Tak więc dzisiaj...
Jedna gwiazdka. Powieści Simons nie mogę polecić nikomu - no chyba że maniakom scen erotycznych w ilości bardzo dużej.

21.01.2014

Eleanor H. Porter "Pollyanna"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Eleanor H. Porter
Tytuł: Pollyanna
Tytuł oryginału: Pollyanna
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Cena: brak informacji
Liczba stron: 178

Poszukując radości w życiu...

Po śmierci ojca, jedynej bliskiej osoby, jedenastoletnia Pollyanna Whittier trafia do domu swojej ciotki, panny Polly Harrington. Mimo pogodnego nastawienia do życia i postanowienia - będącego właściwie grą, w którą grała z nieżyjącym rodzicem - by w każdej sytuacji szukać czegoś, z czego można czerpać radość, zdecydowanie nie jest to łatwe doświadczenie dla osieroconej dziewczynki. Krewna okazuje się być osobą oschłą, nader surową i negatywnie nastawioną do wysłuchiwania opowieści o życiu siostrzenicy...

Czy to możliwe, by dziecko nauczyło osoby dorosłe optymizmu?

Niedawno postanowiłam wrócić na chwilę do książek, które kiedyś już czytałam. Dziś zafundowałam sobie mały powrót do przeszłości, do lat mojego dzieciństwa. Musicie bowiem wiedzieć, że Pollyanna to historia, która wiernie towarzyszyła mi w czasie moich szczenięcych lat. Kiedy nie było czego czytać, czytałam ponownie, raz za razem, tę poruszającą historię. Teraz, korzystając z tego, że po latach fabuły nie pamiętałam niemal w ogóle, oraz z tego, że naprawdę chciałam poprzypominać sobie stare czasy, stwierdziłam, że poświęcę Pollyannie chwilę znowu, a przy okazji zobaczę, czy moje odczucia do tej opowieści się zmieniły.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że tak naprawdę sporo pamiętałam. Owszem, umknęło mi wiele wydarzeń, i to dość kluczowych dla całości. Jednak wiele cytatów wyraźnie siedziało mi w głowie przez te wszystkie lata - pamiętałam je dokładnie, słowo w słowo, ale z czasem zapomniałam, skąd pochodzą. 
Nie przeszkodziło mi wcale to, że nie był to pierwszy raz, kiedy sięgnęłam po tę pozycję. W ostatnich godzinach zakochałam się w niej ponownie. 

Opowiadanie o dziecku, które grało w grę polegającą na wynajdywaniu nawet najgłupszych powodów do radości, urzeka. Cudownie jest czasem poczytać coś niewymagającego, przypomnieć sobie, jak beztroskie są dzieci i - być może - samemu ponownie choć na moment stać się takim maluchem. A może nie na moment? Nie na kilka minut? Bo - tak naprawdę - co stoi na przeszkodzie temu, byśmy chociaż próbowali codziennie wynajdywać motywację do uśmiechnięcia się? Chociaż jeden mały pretekst w ciągu dnia może uczynić go lepszym, kolorowym. Wydaje mi się, że jest to nam potrzebne - bo szara rzeczywistość naprawdę jest szara. I może zniechęcić. Ilu z nas jest zagonionych, zawalonych obowiązkami, zobowiązaniami, nie ma czasu na nic? Wielu, o ile nie wszyscy. Dlatego myślę, że gra w radość idealnie sprawdziłaby się w roli takiego małego promyczka słońca, który sprawiłby, że zwykły dzień byłby choć trochę bardziej znośny niż zwykle. A powód do uciechy wcale nie tak trudno znaleźć. Czasami wystarczy się po prostu dłużej zastanowić.

Wracając jeszcze na chwilę do fabuły. Ogromnie współczułam tytułowej bohaterce. Współczułam nie tylko dlatego, że w bardzo młodym wieku straciła rodziców i rodzeństwo. Żal mi jej było przede wszystkim z prostego powodu: kiedy człowieka - zwłaszcza dziecko - spotyka taka tragedia jak śmierć kogoś bliskiego, potrzebuje on kogoś, kto pomógłby mu przez to przejść. Potrzebuje troski, uwagi. Pollyanna nie mogła liczyć na czułość cioci. Została wręcz zmuszona do tego, by zapomnieć o życiu, jakie wiodła przed przyjazdem do nowego miejsca zamieszkania. Czy to nie przerażające?

Wydaje mi się, że już więcej mówić nie muszę, pozostaje mi tylko...
Wystawić przedmiotowi dzisiejszego wpisu pięć gwiazdek. To był rewelacyjny poranek i popołudnie, spędzone z ukochaną opowiastką z dzieciństwa.

20.01.2014

Lauren Weisberger "Diabeł ubiera się u Prady"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lauren Weisberger
Tytuł: Diabeł ubiera się u Prady
Tytuł oryginału: The devil wears Prada
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Hanna Szajowska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 448

Pracując dla potwora...

Andrea Sachs to młoda dwudziestotrzyletnia kobieta będąca świeżo po skończeniu college'u. Jej marzeniem jest zostanie pisarką. Podjęcie pierwszej po studiach pracy - odwleczone jak tylko się dało - okazało się łatwiejsze niż sądziła. Wkrótce główna bohaterka zostaje zatrudniona w prestiżowym magazynie o modzie, z obietnicą, że jeżeli przepracuje rok bez żadnych rażących wpadek, dostanie posadę w gazecie, którą sama wskaże. Niestety, nie wie jeszcze, jak dalekie od tego, do czego w życiu dąży, będzie jej zajęcie, ani że jej szefowa to najbardziej nieludzka kobieta na świecie...

Jak wiele można zrobić, ile poświęcić, by zrealizować swoje marzenia?

Po debiut literacki Lauren Weisberger sięgnęłam bez wyraźnego powodu. Wiedziałam, oczywiście, że na jego podstawie nakręcono film. Nie miałam jednak w planach go oglądnąć. Stwierdziłam za to, że przydałaby mi się lektura czegoś lekkiego, przy czym mogłabym się pośmiać i wyluzować. Szperając po internecie, po stronach poświęconych książkom, zdecydowałam się właśnie na przedmiot dzisiejszego wpisu, nie wiedząc kompletnie, czego mogę się spodziewać.

Bardzo szybko zdążyłam się przekonać, że wybór, którego dokonałam, to strzał w dziesiątkę. Pozycję - mimo że nie można o niej powiedzieć, by była krótka - czyta się bardzo szybko i przyjemnie - oczywiście, jeżeli ktoś ma ochotę i czas na regularne czytanie. Język powieści nie jest wymagający, przez co trafi do przeciętnego czytelnika.

Ostatni raz, kiedy czytałam coś tak niewymagającego i wymuszającego uśmiech na mojej twarzy, był chyba wtedy, kiedy sięgnęłam po książkę Parkina.

Z czego wynika ten uśmiech podczas lektury? Oczywiście z absurdu zachowania szefowej głównej bohaterki. Tak, okropnie traktowała swoich podwładnych. I tak, była zadufana w sobie. Jednak jej niepoważne obejście spowodowało, że uznałam ją za wybitnie głupią i żenującą. A z takiej głupoty i żenady, jak ta opisana w Diable ubierającym się u Prady, to ja się śmieję zawsze.

Mimo wszystko nie obyło się bez chwil refleksji. Niesamowicie żal mi było Andrei, ze smutkiem patrzyłam na to, jak się zaharowuje, a w zamian nie dostaje nawet dziękuję. Z przerażeniem odkrywałam, jak bardzo destrukcyjny wpływ miała praca na jej życie prywatne. A przede wszystkim, zwłaszcza pod wpływem jednego fragmentu, zaczęłam się zastanawiać: cholera, czy naprawdę warto tak uparcie gonić za marzeniami? Czy to ma sens? Może jednak czasami lepiej odpuścić sobie coś, czego pragniemy, na rzecz zwykłego spokoju? Fakt, że naprawdę istnieją ludzie, którzy są w stanie ryzykować utratę rodziny i przyjaciół tylko po to, by utrzymać posadę - której nienawidzą - jest dla mnie jakąś abstrakcją. Niewesołym kawałkiem rzeczywistości. Kawałkiem, który na zawsze pozostanie dla mnie niezrozumiały.

Mam wrażenie, że robię to coraz częściej, jednak znów powiem kilka słów na temat wydania książki. Tak, kochani, po raz kolejny będzie o błędach. Choć ta książka nie jest nimi upstrzona, nie jest też od nich wolna. Rzuciło mi się w oczy przynajmniej kilka razy wyrażenie zadzwonić od, zamiast zadzwonić do (kogoś). Im dalej się zagłębiałam, tym częstsze były też inne literówki. Bardzo, ale to bardzo chciałabym wiedzieć, z czego to wynika. Z grubości całości? Nieuwagi korektora? Czy może czegoś innego? Kurczę, wiele bym dała, by poznać odpowiedź.

Co do oceny...
Cztery gwiazdki, pozycja bardzo dobra. Idealna, jeżeli potrzebuje się czegoś na leniwy wieczór. W sumie szkoda, bo myślę, że gdyby nie błędy, byłabym skora przyznać maksymalną ocenę.

10.01.2014

Z życia autorki: za to jestem w stanie nawet zabić

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Heeej!

W ostatnim poście trochę ponarzekałam na tę naszą blogosferę książkową. Zadałam też pytanie, czego Wam, czytelnikom (niekoniecznie blogującym) brakuje na takich stronach. Jedna z wypowiadających się dziewcząt wysunęła sugestię: lifestyle'owe ciekawostki z życia blogerów. Jakże dobrze trafiła! Sama przez ostatnie parę tygodni przygotowywałam się do wprowadzenia tej kategorii postów na bloga. Nie pozostaje mi więc teraz nic innego jak tylko przychylić się do prośby czytelniczki. Już od dziś w każdy piątek - chyba że wypadki losowe to uniemożliwią - będzie pojawiał się post z serii Z życia autorki, co, mam nadzieję, pozwoli Wam mnie trochę poznać.

Dziś nie wychodzę poza tematykę główną bloga - będzie o literaturze. A konkretniej - o rzeczach, elementach w książkach, które sprawiają, że dane tytuły chcę rzucić w kąt, a autora zabić. Mam nawet w głowie obraz tego, w jaki sposób załatwiłabym takiego człowieka. Ale nie, nie napiszę tego publicznie - bo nie chcę zostać posądzona o demoralizację. Ani mieć nikogo na sumieniu, bo wejdzie sobie, nie daj Boże, jakiś sfrustrowany człowieczek do mnie na bloga, przeczyta to i owo, i jeszcze wypróbuje. Tak więc sposób zamordowania zostaje owiany tajemnicą, ale bądźcie pewni - chodzi mi o coś bardzo brutalnego. Ktoś może zaraz mi napisać: ale halo, o tym, co ci się nie podoba w książkach, to ty piszesz w recenzjach, więc na cholerę taki post? Otóż nie, jak się przekonacie dalej, o wielu aspektach słowem nie wspominam. Gotowi? Lecimy!

Za to jestem w stanie nawet zabić, czyli czego w książkach nienawidzę?

1. Miękkie okładki

Tak, wiem, że tytuły oprawione w twarde okładki są cięższe. I droższe chyba też. Ja jednak wolę wydać więcej, bo miękka okładka... może się po prostu łatwo zniszczyć. Z tego powodu obawiam się zabierać lekturę gdziekolwiek, bo co, jeżeli się pogniecie? Już raz tak mi się zdarzyło. A ja tak bardzo chciałabym mieć książkę wszędzie, gdzie się znajduję, ale i nie bać się, że się poniszczy.

2. Brak opisów fabuły na tylnej okładce

Teraz rzadko zdarza mi się iść do księgarni czy biblioteki z przysłowiowego buta, czyli bez uprzednio przygotowanej listy tego, co chcę przeczytać. Kiedy jednak tak robiłam, szlag mnie trafiał, kiedy, buszując po regałach, znajdowałam pozycję, która może i mnie zainteresowała tytułem czy okładką, ale nie miała opisu fabuły z tyłu. Skutecznie zniechęcało mnie to do kupna czy wypożyczenia danej książki. Ja muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia - i nie chodzi mi o rozwlekłe zarysy, co znajdę na kartach powieści. Lekkie wprowadzenie, nic więcej. Fragment całości (zazwyczaj są to dialogi) czy informacje o autorze nic mi nie mówią, ja chcę konkrety, o czym to jest. Kupowaniu kota w worku mówię stanowcze NIE!

3. Uparte spolszczanie imion autorów

Moda, której nie zrozumiem nigdy. Widzę to zwłaszcza podczas zagłębiania się w kryminały Agathy Christie. No właśnie, Agathy. To jest Agatha, nie Agata! Ktoś mi wyjaśni, jakim problemem jest naciśnięcie jednego klawisza więcej, tego z literą h? Wiem, że może w przypadku tej autorki wielkiej zmiany tutaj nie ma, ale mnie to denerwuje. To tak, jakby zamiast Stephen King, na okładce miało widnieć: Stefan King. Albo Stefan Król. Treść książki - tłumaczmy na nasz język, dane autora - powinny zostać nieruszone!

4. Okładki z podobiznami bohaterów

Wiele tytułów zostało zekranizowanych, zgoda. Jednak dla mnie niedopuszczalne jest umieszczanie na oprawie podobizn aktorów, które wcieliły się w dane role. To samo, jeżeli chodzi po prostu o rysunki postaci, wykonane na wzór tego, co wymyślił autor. Ludzie, NIE! To zabija moją wyobraźnię. Kiedy widzę taką okładkę, nie potrafię sobie wyobrazić niczego podczas czytania. A przecież czytamy też po to, by tę umiejętność u siebie wykształcić, prawda?

5. Błędy

Jakiekolwiek. Logiczne (choć tych raczej nie widuję), ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne. Wszystkie. Książki to nie tylko relaks, one powinny też nieść za sobą jakąś wartość edukacyjną. Mówi się często, że czytając książki, uczymy się poprawnie pisać. Ehe, szkoda, że ja coraz częściej w to wątpię. 

6. Obcojęzyczne wstawki

Choć też zależy, o jakim języku mówimy. Z angielskim nie ma problemu, to samo - niemiecki. Jako tako przeżyłabym jeszcze hiszpański (gdybym kiedykolwiek natrafiła na lekturę ze wstawkami w tym języku - a chyba tego jeszcze nie doświadczyłam). Inne języki - odpadają. Bo innych języków się nie uczyłam. Jak widzę wstawkę z francuskiego (znów podam dzieła Christie jako przykład), to mnie trafia szlag. Nie wiem, jak się czyta to i to - co jest dla mnie problemem. Ktoś może mi powiedzieć: w internecie jest masa słowników, wiele umożliwia sprawdzenie, jak się wymawia dane słowo. Zgoda, nie neguję tego. Ale jak czytam, to czytam, a nie włączam komputer, żeby coś sprawdzić.

7. Zbyt powolne rozwijanie się akcji

Zwłaszcza, kiedy książka jest krótka. Powolną fabułę wybaczam tylko niektórym autorom, Kingowi przede wszystkim. Innym, szczególnie tym, których nie znam, nie odpuszczam - potrafię rzucić w kąt, jeżeli za długo się nic nie dzieje.

8. Fantastyczne wydarzenia i postaci

Z tym akurat staram się walczyć i czasami nawet mi wychodzi. Jednak póki co jestem bardzo sceptycznie nastawiona do magii w książkach. Jestem zwolenniczką realizmu.

9. Nijakie bądź nazbyt rozbudowane charaktery postaci

Bożeeee, nienawidzę. Zarówno moment, kiedy postać jest nijaka, bez wyrazu, jak i na odwrót - jest aż przeładowana. Z tą drugą sytuacją miałam do czynienia przy okazji czytania Jesiennej miłości. Główna bohaterka była wręcz święta, nigdy się nie denerwowała, nie gniewała, nie robiła absolutnie NIC złego. Przecież to jest tak sztuczne, że aż śmieszne!

10. Wciskanie wątków miłosnych

Wszędzie. W każdą możliwą historię. Nie znoszę, nie znoszę, nie znoszę. Wątki miłosne same w sobie nie są złe, ale muszą być poprawnie opisane. A to mało kiedy się zdarza - zazwyczaj wychodzi z tego tania historyjka o miłości.

Dobra, kochani. Główne grzechy wypisałam, więcej chyba nie wymodzę nic, a i tak mam wrażenie, że rozpisałam się za bardzo. 
Już za tydzień kolejna notka z cyklu Z życia autorki, a w niej... Albo nie. Dowiecie się w swoim czasie, cierpliwości.
W każdym razie - jeżeli jest coś, czego chcielibyście się o mnie dowiedzieć, śmiało - zasugerujcie mi to, ja wszystko przemyślę i może uchylę kolejny rąbek tajemnicy. Tylko pamiętajcie - żadnego przekraczania granic, tematów zbyt prywatnych. Nie wyciągniecie ode mnie rozmiaru stanika, koloru bielizny ani innych pikantnych szczegółów!

07.01.2014

Kolumna dyskusyjna: dokąd zmierzasz, blogosfero książkowa?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Kilka dni temu na blogu Kreatywy rozpętała się dyskusja na temat kierunku, w którym podąża blogosfera książkowa. Uznałam, że jest to temat na tyle ciekawy, że warto rozpowszechniać go dalej. Tak więc dziś - dyskusja nie całkiem o literaturze.

Jako namiętnie blogująca pasjonatka czytania z przykrością stwierdzam, że my, blogerzy, jesteśmy... nudni. Tak właśnie. Wielu z nas ma całe stado wiernych czytelników, owszem. Nie zmienia to jednak faktu, że większość z nas nie dysponuje niczym specjalnym, co może przyciągnąć przeciętnego Kowalskiego na dłużej niż jeden post.
Sama bloguję. Czuję też potrzebę, by blogi innych moli książkowych czytać. Ale nie mogę znaleźć takiego, który ma to przysłowiowe coś. Bo wszystkie strony, które przeglądam, w pewnym momencie zlewają mi się w jedną masę (szarą! A ja lubię otaczać się kolorami!).
Było, że jesteśmy nudni. To teraz trochę o tym, jacy nie jesteśmy. Otóż, nie jesteśmy oryginalni. Prawie wszyscy blogerzy publikują podsumowania miesiąca. Wielu - stosiki. Na nowości czytelnicze większość z nas rzuca się jak wygłodniały pies na kawałek szynki. Skutek jest opłakany - wystarczy wejść na stronę główną bloggera (czy innej domeny, z której korzystamy) i zrobić szybki przegląd blogów, które obserwujemy. Nagle okazuje się, że czytamy te same książki. Nasze opinie, recenzje - też wyglądają podobnie. I wcale nie mówię tu o stylach jakimi piszemy. Bardziej chodzi mi o to, że przerażająco często zgadzamy się ze sobą co do danej lektury.

To wszystko sprawia, że nasza sytuacja wygląda co najmniej źle. Tematyka naszych stron nie cieszy się zbytnią popularnością - trafiliśmy w niszę. I nie potrafimy tego, cholera jasna, obrócić na naszą korzyść. Zamiast oferować czytelnikom - niekoniecznie pasjonatom czytania! - różnorodność, naśladujemy siebie nawzajem. A to kończy się tak, że przeciętny użytkownik Internetu, szukając ciekawych blogów na temat literatury właśnie, ostatecznie porzuci to zajęcie. Bo nie zainteresuje go ta strona, to pójdzie na inną. Na tej z kolei stwierdzi, że jest ona łudząco podobna do poprzedniej. I tak dalej, i tak dalej. No powiedzcie sami, czy to nie ma pokrycia w rzeczywistości? Czy nikt z Was nie miał nigdy wrażenia, że blogi o literaturze odwiedzają przede wszystkim sami blogerzy? Że wpadamy do siebie z wizytą po znajomości, by sprawdzić, czy koleżanka/kolega ma takie samo zdanie odnośnie tej i tej pozycji?

Czasami wydaje mi się też, że pasja, która powinna być naszym głównym motywatorem do działania, gdzieś umyka. A w tym przekonaniu utwierdzają mnie wspomniane już przeze mnie na początku wpisu podsumowania miesiąca. I - co często przy okazji takich postów się pojawia - narzekania. Że o matko, jak to się mało przeczytało książek/stron w tym miesiącu. Że jak tak można, no jak?! 
Pytam się - czy blogowanie o czymkolwiek musi się przeradzać w wyścig szczurów? W konkurowanie między sobą? Serio najważniejsze jest to, ile zrobimy w danym miesiącu, a nie to, co zrobimy? Ja rozumiem - każdy, kto pisze, może mieć jakieś swoje wytyczne, założenia. Że miesięcznie napisze tyle i tyle, przeczyta to i to, i jeszcze tamto, a najlepiej, gdyby tego się zrobiła w ostatecznym rozrachunku setka. Blogerzy! Ogarnijcie się. Pasja przede wszystkim. Jesteśmy tylko ludźmi. Pasjonatami, zgoda, ale ludźmi. Ludzie mają obowiązki. Większość z nas się uczy lub pracuje, niektórzy mają też już własne rodziny. To oczywiste, że nie damy rady pisać i czytać przez 24 godziny na dobę. Blog i książka - to mają być miłe dodatki do szarej rzeczywistości, nie jej podstawy. Czytajmy i piszmy tyle, ile jesteśmy fizycznie w stanie. Najlepiej na początku zrobić sobie założenie, że przeczytamy X tytułów i zrobimy określoną ilość wpisów (może być nawet duża liczba) - i zobaczyć, ile z tego damy radę faktycznie zrealizować. I tego się trzymać już cały czas. Nic na siłę. Jak się będziemy zmuszać, a tym bardziej konkurować, kto z nas przeczyta więcej, szybko poczujemy znużenie. Nie będzie już miłej odskoczni od codzienności. Będą kolejne dwa obowiązki. Czy nam to jest potrzebne? Przecież wszyscy powiecie, że nie. Bo kto normalny na siłę obrzydza sobie to, co kocha?

Mnie się marzy, żeby to nasze korytko było pełne barw. Żeby każdy z nas miał na siebie i na swoją stronę naprawdę fajny pomysł. Żebyśmy się przede wszystkim różnili (podobieństwa są dobre, ale, jak wiadomo, nie do przesady - kobiety mogą coś powiedzieć o tym, jak czułyby się, gdyby na jakiejś imprezie spotkały damę ubraną identycznie, nie?), a co za tym idzie - oferowali różne atrakcje. To jest ważne. Bo nie każdy, kto nas odwiedza, lubi czytać - może dopiero szuka czegoś, co go do tej aktywności zachęci. I jak ma to zrobić, kiedy kilka setek autorów blogów pisze praktycznie to samo? A taki Nowak chce poznać wiele perspektyw, czytać o wielu książkach - bo ile można siedzieć i porównywać opinie o takim Joylandzie przykładowo?

Ja sama staram się wyróżniać i - mam nadzieję - że mi to wychodzi. Nie chcę zlewać się z tłumem. Ale i nie zależy mi na zbytniej oryginalności, po prostu - nie chcę ginąć w gąszczu podobnych stron. Podsumowań nie robię - dużo na miesiąc nie piszę, archiwum mam, więc wydaje mi się, że jeżeli ktoś chce zobaczyć, co działo się wtedy i wtedy na stronie, to sobie w nie zajrzy. W stosikach nie widzę sensu. Tak samo - póki co - w konkursach. Nie rzucam się na nowości, a wręcz przeciwnie - owszem, czasami się jakaś zdarzy. Jestem jednak zdania, że w przeszłości (nawet nie tej odległej, ale, powiedzmy, w latach 2000-2010) zostało wydanych tyle perełek, że to na nich muszę się skupić. Wstyd się przyznać, z iloma ja tytułami nie miałam jeszcze do czynienia, a nierzadko mają one status znanych, czytanych na całym świecie. I to nie są byle książeczki, żadne Dzienniki Bridget Jones (dobra, przyznaję: tego też nie przeczytałam. Ale chodzi mi o powieści, hm...więcej wnoszące do życia).
Cały czas myślę, co mogę jeszcze zrobić, by jak najwięcej osób powiedziało: tu jest ciekawie, będę wchodził regularnie. Co zmienić, co dodać, z czego zrezygnować. Bo rutyna jest zła. To taki podstępny zabójca.

Moi drodzy - zwracam się również do tych, którzy nie blogują, jedynie czytają - czego Wam brakuje na takich stronach? Czego nie ma, a bardzo byście chcieli, by było? A może wręcz przeciwnie - uważacie, że jest dobrze i potrzeba zmian jest tylko moim wymysłem?

01.01.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - grudzień 2013

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Witam w Nowy Rok!

Tak, wiem, że spora część Was najprawdopodobniej jest świeżo po imprezach sylwestrowych. Mam nadzieję, że się świetnie bawiliście. Ale ja nawyków nie zmieniam i jak co miesiąc, otwieram głosowanie na książkę miesiąca - tym razem grudnia 2013.
Wiem, że znów macie skandalicznie mały wybór - w głosowaniu bierze udział tylko Dziennik nimfomanki i Zło czai się wszędzie - jednak obiecuję, że się poprawię i w następnych miesiącach będziecie mieli większe pole manewru. I więcej do czytania. 
Zasad nie przypominam, bo je znacie, prawda?

A więc... głosowanie trwa od dziś, 1.01.2014 do 8.01.2014 do godz. 23.59!