29.08.2013

Ignacy Karpowicz "Ości"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Ignacy Karpowicz
Tytuł: Ości
Tytuł oryginału: Ości
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 469

Tkwiąc w zawiłościach życia...

Związki bywają skomplikowane. Trudne. Wiedzą o tym bohaterowie powieści Karpowicza - Maja, Szymon, Krzyś, Andrzej, Norbert, Maks, Maria, Ninel... z tą tylko różnicą, że oni nad tym skomplikowaniem próbują przejść do porządku dziennego. Zaakceptować to, czego wielu z nas by nie zaakceptowało. Zrozumieć to, co dla zwykłych ludzi na zawsze zostanie niezrozumiane...

Czy to możliwe, że zdrada może nieść jakiekolwiek pozytywne skutki?

Przyznam szczerze, że do tej powieści podchodziłam jak do jeża. Nie jest i nigdy nie było to działaniem z mojej strony celowym i świadomym, jednak prawda jest taka, że, poza obowiązkowymi lekturami szkolnymi, nie czytam polskich autorów. To się nie zdarza. Tak po prostu, nieświadomie, nie wpada mi nic w oko, w ręce. Ości dostałam w prezencie. Pomyślałam dobra, czemu nie?. Czy żałuję? Absolutnie!

Karpowicz przeniósł mnie w świat absurdu. Nienormalnych - dla mnie osobiście - poglądów i poczynań. Oto Ninel, kobieta 50+, od zawsze martwiąca się tym, że jej syn, Franek, jest normalny i bezproblemowy. Norbert, rasista i homofob, będący w związku z Ninel i... Maksem. Czy to nie brzmi niemożliwie? A to nie wszystko - ale więcej szczegółów z fabuły zdradzać Wam nie chcę.

Podczas czytania w większości się śmiałam. Styl pisania autora jest lekki i nasycony - ba, przesycony! - humorem. Umierałam, czytając zdania takie jak orientacja seksualna: zajebać Rosjan. A było tego dużo więcej.

Dla mnie ta pozycja to papierowe wydanie Mody na  sukces. Niby ktoś z kimś, a tak naprawdę każdy z każdym. I jeszcze o tym wiedzą i to akceptują. Absurd!

Jedyne, czego mi brakowało, to odrobina sensu. Wątku głównego. Karpowicz, jak to się mówi, skakał z kwiatka na kwiatek, tutaj - z wątku na wątek, ze zdarzeń dotyczących danego bohatera do innych wydarzeń i innej postaci. Tak naprawdę trochę się gubiłam, nie wiedziałam, na czym powinnam się skupić. Dlatego czytałam tak długo.

Mimo wszystko Ości oceniam na...
Cztery gwiazdki. Był to naprawdę miły, śmieszny dodatek do codzienności. Na letnie wieczory, kiedy nie chce się czytać żadnej ambitnej literatury, jest jak znalazł. Polecam!

17.08.2013

Lilian J. Braun "Kot, który lubił Brahmsa"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lilian J. Braun
Tytuł: Kot, który lubił Brahmsa
Tytuł oryginału: The Cat Who Played Brahms
Wydawnictwo: Elipsa
Tłumaczenie: Anna Gren
Cena: 12 zł
Liczba stron: 185

Na tropie rozwiązania kryminalnej zagadki...

Znużenie pracą dopada czasem każdego. To właśnie ten czynnik skłonił dziennikarza, Jima Qwirellana, do przystania na propozycję przyjaciółki swej zmarłej matki, i wyjazd do spokojnej miejscowości na urlop. Szybko jednak okazało się, że miejsce jego wypoczynku wcale nie jest tak ciche i beztroskie, jak mogłoby się wydawać. Niebawem on i jego genialny kot, Koko, są na tropie rozwiązania kryminalnej zagadki...

Kot, który lubił Brahmsa to kolejna pozycja, która wpadła mi w ręce przez przypadek. Akurat nie miałam nic innego do czytania, w księgarni była wyprzedaż, a mnie dodatkowo skusiła obietnica zamieszczona na okładce, głosząca, że jest to Największy hit od czasu Agaty Christie (nawiasem mówiąc, mógłby mi ktoś wytłumaczyć ten fenomen uporczywego spolszczania tego imienia? Czy naprawdę naciśnięcie jednego klawisza więcej to aż tak duży wysiłek?). Autorkę tę uwielbiam, jej dzieła uważam za perłę literatury, więc oczywiste jest, że obok takiej rekomendacji obojętnie przejść nie mogłam. A co do moich wrażeń...

Porównanie przedmiotu dzisiejszego wpisu do twórczości królowej kryminału uważam za niesamowicie duże nadużycie. Owszem, książkę, dzięki jej językowi i stylowi, czytało się bardzo łatwo i szybko, jednak co z tego, skoro to właściwie nie jest kryminał?

Przedstawiona zagadka kryminalna jest banalna, bez większego trudu można wpaść na jej rozwiązanie. Niedobrze - kryminał z prawdziwego zdarzenia, przynajmniej według mnie, charakteryzuje się tym, że czytelnik dostaje mnóstwo różnych poszlak, które co i rusz wskazują na winę innej osoby. Tutaj tego nie było, wszystko właściwie zostało nam podane na tacy.

Co do języka jeszcze - jest prosty. Aż zbyt prosty - jestem zdania, że synonimy, wyrazy bliskoznaczne są po to, by ich używać, a tymczasem tutaj napotkać można liczne powtórzenia

Podsumowując...
Daję trzy gwiazdki. Nie jest to kompletna porażka, bo osobom, które chcą się rozerwać w letni wieczór, z całą pewnością mogę ten tytuł polecić, jednak mistrzyni gatunku Braun nie dorasta do pięt i nie ma nawet co ich stawiać obok siebie. Szkoda, ale może kolejna, szósta część serii Kot, który... będzie lepsza? Taką mam nadzieję!

11.08.2013

Jodi Picoult "Linia życia"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Linia życia
Tytuł oryginału: Harvesting the heart
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 36 zł
Liczba stron: 541

Wychowując się bez rodzica...

Największe, najważniejsze szczęście, które może spotkać człowieka już na samym początku życia, to możność wychowywania się w pełnej rodzinie. Niestety, Paige, główna bohaterka dzieła Jodi Picoult, nie pamięta, co to znaczy mieć przy sobie mamę i tatę. Kiedy miała 5 lat, jej matka opuściła ją bez słowa. Dziewczynka została z ojcem, który zajmował się nią najlepiej jak potrafił. Jego córka jednak, w miarę jak dorastała, odczuwała skutki braku kontaktu z rodzicielką...

Czy łatwo jest żyć bez kobiety, która nosiła nas przez 9 miesięcy w brzuchu? Czy nieobecność matki może pozostawić niezmywalne piętno na człowieku? 

Linia życia jest historią, która równie dobrze mogłaby się przydarzyć każdemu z nas - o opuszczeniu przez tą, która nie powinna z własnej woli opuszczać nas nigdy. Jest także opowieścią o wątpliwościach i błędach osoby, która nie miała prawidłowego wzorca matki. O kobiecie, która, wychowywana jedynie przez tatę, w końcu chce znaleźć swoje miejsce na świecie. Która boi się, że kiedy już sama będzie miała dziecko, zrani je dokładnie tak samo, jak doświadczyła tego osobiście przed laty na własnej skórze. Która nie może zapomnieć o bólu z dzieciństwa, rozpaczliwie zastanawiając się, co też zrobiła źle, że odwróciła się od niej jedna z najbliższych jej osób.

Przyznam, że czytając, miałam różne odczucia. Raz czułam lekkie wzruszenie, innym razem znużenie - które ogarniało mnie zwłaszcza na fragmentach dotyczących pracy Nicholasa. Czego też nie mogę zrozumieć, to różnic w narracji - dlaczego w rozdziałach poświęconych Paige narracja była pierwszoosobowa, a w tych, w których uwaga skupiała się na Nicholasie, trzecioosobowa? Dziwny zabieg - nie spodobał mi się. Przywykłam już, że Picoult pozwala nam w swoich powieściach poznać myśli i odczucia wszystkich najważniejszych bohaterów danej historii - a tutaj trochę nam tego poskąpiła. Jasne, że trzecioosobowa narracja też nam mówiła, co czuł Nicholas, o czym myślał, jednak...mam wrażenie, że gdyby było to pisane z jego perspektywy, obraz jego osoby byłby pełniejszy, ciekawszy. Chwilami miałam wrażenie, że rozdziały mu poświęcone to zwykłe powtórzenia z tego, co obserwowała i opisywała Paige. Żadnych głębszych analiz, wytłumaczenia, co czuł, dlaczego to czuł - niczego ponad to, co wiedzieliśmy, czego mogliśmy się domyślić.

Z racji tematyki, spodziewałam się, że pozycja poruszy mnie do głębi, będzie aż przeładowana emocjami. I czuję trochę niedosytu. Tak naprawdę większe wrażenie sprawiła na mnie tylko końcówka - tu autentycznie czułam napięcie.

Jedno pozostaje niezmienione - niektóre zachowania postaci wprawiały mnie w osłupienie. Wymuszały refleksje. Czy ja zachowałabym się tak samo? Dlaczego ten człowiek tak postąpił? Czy zrobił słusznie? Co nim kierowało (chwilami moje myśli brzmiały dosłownie co ty, do cholery, wyrabiasz, pusta głowo?!). I, szczerze powiedziawszy, tylko to ratuje Linię życia od naprawdę niskiej oceny.

A ocena to...
Trzy gwiazdki. Tylko. Z bólem serca - bo autorkę uwielbiam. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że jak na inne książki, które czytałam, ta jest napisana byle jak. A szkoda, bo tematyka pozwalała na stworzenie naprawdę porywającej fabuły...

06.08.2013

Kolumna dyskusyjna: literatura a "literatura"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry we wtorkowe popołudnie!

Popularność tematów Kolumny dyskusyjnej, szczerze mówiąc, mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że jesteście aż tak chętni do wymieniania poglądów. W związku z tym nie czekamy nie wiadomo na co - rozmawiamy dalej!

Wczorajsza dyskusja ponownie zboczyła z toru. Tak narodził się temat kolejnej. A jest nim: literatura a "literatura", czyli czy każda książka jest tak samo wartościowa? Czy nie jest ważne, co się czyta, najważniejszy jest sam fakt czytania? Na te pytania spróbujemy dziś udzielić jednoznacznej odpowiedzi - mam nadzieję też, że podsuniecie temat kolejnego wpisu, dobrze Wam to idzie. Gotowi? Jedziemy.

Jeżeli o mnie chodzi, oczywiste jest, że książka książce nierówna. Nie ma co porównywać, przykładowo, dzieł Mickiewicza do książek autorstwa Cabot. Istnienia podziału na literaturę ambitną i lekką nikt nie da rady zanegować. Bo wszystko widać w treści czytanego przez nas tytułu. Nie wszystko, co czytamy, wnosi coś do naszego życia. Nie wszystko skłania nas do refleksji. Nie o wszystkim myślimy jeszcze długo po skończeniu lektury. Dlaczego tak jest? Ponieważ gdybyśmy mieli czytać same ambitne dzieła - te typu Pana Tadeusza czy Potopu - zwariowalibyśmy. Powiedzcie sami, ilu z Was nie miało problemu z przeczytaniem tych pozycji? Ja miałam. I miał prawie każdy, kogo znam. Jeżeli ktoś się interesuje historią, lubi się natrudzić przy czytaniu - będzie zachwycony. Nie trafi to jednak do każdego. A i nie można zapomnieć, że co za dużo, to niezdrowo. Co z tego, że coś lubimy, skoro będziemy się tym otaczać na aż zbyt dużą skalę? Wszystko można sobie obrzydzić.

Dość duża grupa ludzi czyta po to, żeby się zrelaksować. Wręcz pośmiać. Stąd istnienie dzieł lekkich i przyjemnych, w sam raz na przeczytanie w jeden wieczór.

Jednak, czy naprawdę liczy się to, że ktoś czyta? Czy to jest najważniejsze? Otóż... Nie, choć większość ludzi myśli o, ten czyta. Musi być oczytany! Nie, moi kochani. Wcale nie musi.

Nie neguję czytania określonych gatunków literatury. Każdy czyta to, co mu pasuje. Ja nie przepadam za fantastyką, ale Ty możesz ją uwielbiać. I to jest OK. Tylko czy naprawdę można przyrównywać osobę czytającą same pozycje typu Dziennik Bridget Jones do kogoś, kto czyta zarówno poważniejsze, jak i lżejsze dzieła?

Bądźmy szczerzy - tytuły pisane pod publiczkę, ku ucieszy i relaksowi czytelników, bogactwem językowym nie grzeszą. Zawiłą, wymagającą skupienia fabułą, też nie. Zatem co mamy z zaczytywania się w takich dziełach? Jedynie radość. Uczucie zapełnienia wolnego czasu, którego, być może, w inny sposób nie mogliśmy spożytkować, nie mieliśmy pomysłu.

A teraz spójrzmy na drugą stronę. Książki z przesłaniem. Mały książę - lektura lekka w formie, a jednak zawierająca wartości uniwersalne, aktualne zawsze. Nie wierzę, że po przeczytaniu czegoś z tego pokroju człowiek nie zyskuje nic. No chyba, że się nie skupia na tym, co robi (a co tam - w końcu Mały książę to lektura, najważniejsze jest, by ją przeczytać i nie dostać jedynki ze sprawdzianu z treści - a to ze zrozumieniem sensu całości mało ma wspólnego).

Jedynym czynnikiem, który może pełnić rolę wspólnego mianownika (pozdrawiam wszystkich matematyków!) dla osób lubiących czytać książki ambitne i tych, którzy jednak stawiają relaks na pierwszym miejscu, jest sam fakt, że w ogóle czytają. Nic więcej ich nie łączy. Nie sposób więc ich porównywać. I nie jest ważne, że ktoś czyta w ogóle - wypadałoby, żeby coś z tego mieć. Co z tego, że ktoś czyta, skoro dotyka samych książczyn pokroju 50 twarzy Greya?

Moi kochani, jakie macie zdanie na ten temat? Uznajecie sam fakt czytania za coś absolutnie najważniejszego? Czy może patrzycie jeszcze na to, co dana osoba czyta? Książka to książka, czy istnieją książki i "książki"?

05.08.2013

Kolumna dyskusyjna: czytam - czy to czyni mnie lepszym?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w ten piękny poniedziałek!

Nadal jestem w trakcie czytania kolejnej pozycji przeznaczonej do recenzji. Ale czy to oznacza, że do czasu, aż skończę, ma się tu nic nie dziać? Nie! Dlatego zapraszam do kolejnej dyskusji w ramach Kolumny dyskusyjnej. A dziś...

Ci z Was, którzy śledzili rozmowę toczącą się w komentarzach pod ostatnią notką, wiedzą, że konwersacja ta nieco zboczyła z pierwotnego kursu. Pojawiły się, między innymi, dywagacje nad tym, czy osoby obyte z literaturą, regularnie coś podczytujące, są w jakiś sposób lepsze od tych, którzy nie czytają w ogóle. I właśnie to będzie tematem dzisiejszych rozważań.

Jasne, jak już mówiłam: wszelkie akcje propagujące czytelnictwo zawsze popierałam, popieram i popierać będę. Jednocześnie jestem jednak zdania, że z czytaniem jest jak z footballem. Bieganiem. Rysowaniem. Słowem: z każdą możliwą formą spędzania wolnego czasu. Jedni lubią usiąść i odpłynąć w fikcyjny, wytworzony przez autora świat, drudzy wolą w tym czasie pospacerować. Nie jest to nic złego. Akcje propagujące czytanie? Są czymś dobrym, ale ja od nich cudów nie wymagam. Nie da rady sprawić, by nagle rzucili się czytać wszyscy. Uważam jednak, że nawet garstka osób, która da się przekonać, to duży sukces i nawet z czterech czy pięciu nowych miłośników książek należy się cieszyć.
Nawiązując do ostatniego z wpisów, chyba dla nikogo - no, może poza tymi osobami, które nie mają kont na portalach społecznościowych typu Facebook - nie jest szokiem, że powstają strony o nazwach takich jak Czytam książki. Tak, jestem zajebista czy Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki. Przyznaję bez bicia: sama polubiłam te stronki, tak jak chyba wszystko, co związane z literaturą, a co wpadło mi w oko. Tylko że od pewnego czasu włos staje mi dęba na głowie, kiedy widzę, co tam się wyrabia.

Miałam nadzieję, że te nazwy fanpage'ów to taki chwyt reklamowy. Mocne wejście, które tylko zachęca do kliknięcia Lubię to!. I niestety, ale w wielu przypadkach tak nie jest. Strony, które mają - przynajmniej według mnie - zachęcać do czytania, propagować je, zamieniają się w siedlisko osób, które uważają się za władców świata dlatego, że coś czytają, przy czym wykazują się kompletną arogancją w stosunku do tych, którzy preferują inny sposób spędzania wolnego od obowiązków czasu. Ja się pytam: jakim prawem? Kto zezwala ludziom na tego typu samosądy? I - przede wszystkim - dlaczego nie potrafią oni zaakceptować odmienności drugiego człowieka? Dlaczego inne zainteresowania spotykają się z aż taką napaścią i pogardą? Pomyślałby kto, że czytelnicy to ludzie oczytani. A ludzie oczytani powinni trzymać jakiś poziom. Niestety, uparte wyśmiewanie ludzi, którzy od literatury stronią, tego poziomu nie pozwala utrzymać.

Ja sama dziwię się, jak można nie lubić czytać. Tym bardziej, że znam osoby, które nawet nie próbowały tego polubić, po prostu spojrzały na książkę, najczęściej grubszą - i najczęściej lekturę szkolną, bo nic tak nie zniechęca ludzi do literatury jak obowiązek czytania - i powiedziały nie. Nie, nie lubię. No ludzkie pojęcie to przechodzi. Mimo wszystko jednak, czuję się w obowiązku i takie podejście do tematu akceptować, tolerować. Bądź co bądź, nie moje życie, nie moja broszka. Mogę spróbować zachęcić zbłąkaną owieczkę (uwaga: epitet ten nie został użyty w celu obrażenia kogokolwiek!), ale nikogo nie mogę do niczego zmusić. Obrażać też nie. Wyśmiewanie to najmarniejszy, najmniej skuteczny sposób na przekonanie kogoś do czegokolwiek.

Żebyście nie pomyśleli, że jestem jakąś świętą, co się z samego nieba urwała. Czasami są chwile, kiedy czuję się lepsza. Ba, nawet często. Bo jakże tu nie czuć się lepszym od kogoś, kto nie dość, że nie czyta, to ma ubogie słownictwo, nie potrafi samodzielnie myśleć, kreować własnych opinii i poglądów? A przecież nieczytanie =/= głupota. Nie zawsze. Ale jednak czasem tak. I takie wyjątki od reguły kłują w oczy najbardziej...

A Wy? Jak zapatrujecie się na kwestię tych czytelników, którzy czują się lepsi od wszystkich, którzy nie czytają? Pochwalacie ich? Potępiacie? Są przypadki, w których rozumiecie tego typu zachowanie?

03.08.2013

Kolumna dyskusyjna: czytelnictwo w Polsce

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Witam w sobotę!

Dzisiejszy wpis będzie pierwszym z cyklu nazwanego Kolumną dyskusyjną, zapowiadanego już od jakiegoś czasu na oficjalnym fanpage'u Internetowej Biblioteczki.

Dziś chciałabym z Wami porozmawiać o czytelnictwie w naszym kraju.

Jak ważne jest czytanie, jakie korzyści płyną z regularnego wykonywania tej czynności wie każdy z nas, tego tłumaczyć nikomu nie muszę. Popieram, popierałam i zawszę będę popierać wszelkie akcje mające na celu propagowanie oddawania się w lekturze. Przyznam jednak, że czegoś tutaj nie rozumiem.

Od kiedy pamiętam, wokół literatury jest szum. Rodzice, nauczyciele, osoby dorosłe krzyczą POZIOM CZYTELNICTWA SPADA! MŁODZIEŻ NIE CZYTA! Aha.
To samo jest teraz. Tylko że jesteśmy w erze portali społecznościowych typu Facebook, które umożliwiają zakładanie fanpage'ów. I tu się zaczyna. Miliard stron poświęconych literaturze - tego nie potępiam, a wręcz przeciwnie, pochwalam. Wiele z nich ma nazwy typu Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki czy Tylko szlachta czyta książki. Gdyby to były tylko żartobliwe, chwytliwe nazwy, wszystko byłoby OK. Mam jednak wrażenie, że osoby zakładające strony tego typu, a także ich użytkownicy, biorą to wszystko na poważnie i w ich wpisach faktycznie czasami widać, że czują się jak szlachta (właściwie są samozwańczą szlachtą) z tego względu, że czytają.
Fora internetowe? Udzielam się. Dość często zdarza mi się widzieć posty osób, które się witają ze stałymi bywalcami. Systematycznie czytam teksty w stylu należę do tego elitarnego grona, które czyta! i autentyczny zachwyt.

... Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, o co tutaj chodzi?

Jasne, znam sporo osób, które nie czytają. Bo nie lubią, bo nie mają czasu. Nie neguję istnienia takich osób. Ale żeby zaraz uznawać, że spotkania z literaturą są na tyle rzadkim zjawiskiem, że aż egzotycznym? Tego nie pojmuję.

Więcej niż osób nieczytających, znam moli książkowych. Niemal każda osoba, z którą mam stały kontakt, regularnie coś podczytuje. Internet pełen jest portali czytelniczych, które na brak użytkowników nie mogą narzekać. To samo, jeżeli chodzi o blogi - przecież internetowe pamiętniki poświęcone książkom to wcale nie jest coś, na co trudno się natknąć. Nas, bloggerów-recenzentów, jest strasznie dużo.

Dlaczego więc uparcie się twierdzi, że mało kto czyta? Czy ktoś ma jakieś dane, rzetelne dane, które mogłyby tę tezę potwierdzić? W twierdzącą odpowiedź na pytanie drugie szczerze wątpię.

Kochani, jak myślicie? Czy poziom czytelnictwa w Polsce jest naprawdę tak alarmująco zły, jak to się słyszy? A może to zwykłe szukanie dziury w całym?

02.08.2013

John C. Parkin "Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: John C. Parkin
Tytuł: Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha
Tytuł oryginału: Fuck it: The Ultimate Spiritual Way
Wydawnictwo: Helion
Tłumaczenie: Cezary Welsyng 
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 160

Recepta na lepsze życie...

Pieniądze. Praca. Miłość. Ludzie. Z tym wszystkim, a także z wieloma innymi czynnikami, mamy do czynienia na co dzień. Mogą one wprawiać nas w stan zadowolenia, euforii. Niestety, równie dobrze sprawdzają się w roli prowodyra licznych ludzkich nieszczęść, takich jak nerwice, depresje. Wielu ludzi, dotkniętych niepowodzeniami na jakiejkolwiek sferze życia, nie radząc sobie z nimi, popełnia samobójstwa. I właśnie dla takich zmęczonych życiem, przygnębionych osób jest ta książka...

Czy jedno wyrażenie może poprawić nasze samopoczucie a nawet jakość życia?

Filozofia f**k it, czyli jak osiągnąć spokój ducha to kolejna pozycja, na którą natknęłam się przez przypadek - tym razem przez wpis polecający na Facebooku napisany przez jedną z osób z mojego otoczenia. Zachęcona pozytywną opinią, niejedną zresztą, i opisem książki, postanowiłam ją sobie kupić i zobaczyć, czy faktycznie jest taka dobra, jak się powszechnie twierdzi. Czy żałuję wydanych pieniędzy? Ani trochę.

Co prawda nie zgadzam się ze wszystkim, co autor chce nam przekazać - i uważam, że oprócz niego nie znajdzie się osoba, która miałaby dokładnie takie same poglądy bądź je przejęła - jednak nie da się ukryć, że jakaś mądrość w tej pozycji jest. Co popieram, to to, że ludzie nie powinni przejmować się absolutnie wszystkim, co ich dotyczy. Jednak abstrakcją i czymś śmiesznym dla mnie jest rada autora, żeby pieprzyć absolutnie wszystko, nawet rzeczy ważne. Nie trafia to do mnie w ogóle, zbyt mocno trąci anarchią.

Niekwestionowanym plusem poradnika Parkina jest jego objętość - zaledwie 160 stron - i humorystyczny, trafiający do człowieka język, który ułatwia przeczytanie całości. Czy jest jakieś ale? Tak.

Tytuł absolutnie nie jest odpowiedni dla każdego. Nie powinny po niego sięgać osoby, które nie mają dystansu. Do siebie, do świata wokół, swoich poglądów, a nawet wyznawanej wiary. Dlaczego? Dlatego, że F**k it...to nie tylko kontrowersja w tytule. To także kontrowersyjne treści typu pieprz Boga. Osoby niepotrafiące się zdystansować, odbierające wszystko na poważnie, tego typu zdania potraktują jako obrazę.

Mimo wszystko jednak, jestem zdania, że jeżeli człowiek potrafi podejść do lektury w sposób indywidualny, wybierać dotyczące jego treści, które w żaden sposób go nie rażą, nie zawiedzie się. Może zacznie przenosić filozofię pieprzenia do swojego życia i faktycznie poczuje się przez to lepiej. A jeżeli nie, to przynajmniej się rozerwie, bo to naprawdę nie jest byle książka - to jest ociekająca humorem filozofia życiowa!

Pieprzę to...
Daję cztery gwiazdki. Bo dawno się tak dobrze nie bawiłam, czytając.

01.08.2013

Głosowanie na książkę miesiąca - lipiec 2013

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Witam w czwartek!

Już dziś startujemy z obiecaną zabawą. Jest nią głosowanie na książkę miesiąca. O co chodzi? Tego dowiecie się, czytając poniższy regulamin konkursu.

Regulamin:

1. W głosowaniu może wziąć udział każdy. Nie ma znaczenia, czy jest się obserwatorem bloga, czy może znalazło się go nagle przez przypadek - panuje zasada: chcesz wziąć udział, bierzesz.
2. Każda osoba ma do dyspozycji jeden głos w całej zabawie.
3. Głosujemy w specjalnie przygotowanej ankiecie, umieszczonej po prawej stronie.
4. To Wy decydujecie o kryteriach, wedle których głosujecie. To nie musi być książka, którą przeczytaliście i najbardziej Wam się podobała. Równie dobrze możecie zagłosować na tę pozycję, której recenzja najbardziej Was zaintrygowała do zapoznania się z tytułem. Słowem: każdy powód, który wymyślicie, jest dobry, by zagłosować.
5. W głosowaniu biorą udział tylko książki, które zrecenzowałam w skończonym miesiącu. Krócej, łatwiej mówiąc: od dziś głosujemy na pozycje, które zrecenzowałam w lipcu.
6. Każde głosowanie trwa tydzień. Zaczyna się zawsze pierwszego dnia miesiąca, kończy ósmego dnia miesiąca o godzinie 23.59.
7. W przypadku, gdy po głosowaniu okaże się, że kilka książek ma tę samą, największą liczbę głosów, zorganizowana zostanie dogrywka. Dogrywka to kolejne głosowanie, również trwające tydzień, tyle że ankieta zawierać będzie tylko pozycje, które zremisowały liczbą głosów.

Prawda, że to proste? :)
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko ogłosić początek zabawy. Gotowi... Do startu... Głosujemy!

Czas trwania zabawy: 1.08.2013-8.08.2013, godz. 23.59