31.07.2013

Stephen King "Joyland"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Joyland
Tytuł oryginału: Joyland
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Cena: 35,90 zł
Liczba stron: 334

Mroczny cień tajemnicy padający na wesołe miasteczko...

Złamane serce. Ból. Właśnie te dwa czynniki przywiodły Devina Jonesa do tytułowego Joylandu, wesołego miasteczka. Chcąc zapomnieć o ostatnim zawodzie miłosnym, dwudziestojednoletni bohater decyduje się podjąć pracę wakacyjną w parku zabaw. Już wkrótce przekonuje się, że nie jest to zwykłe miejsce, że wisi nad nim duch nierozwiązanej zagadki kryminalnej sprzed lat...

Czy to możliwe, by lunapark, kraina, która w założeniu ma sprzedawać zabawę dzieciom i ich rodzicom, nie była do końca bezpieczna? Czy nawet w takich miejscach czają się mroczne tajemnice?

Po najnowszego Kinga sięgnęłam właściwie przez przypadek. Ot, byłam w księgarni, zauważyłam tę pozycję i, kierując się przekonaniem, że King to dobry autor, wzięłam ją do domu. Jak się później przekonałam, był to pewnego rodzaju błąd...

To zdecydowanie nie jest typowa powieść tego autora. Nie jest napisana w stylu, jaki znamy, do jakiego nas przyzwyczaił. To nawet nie jest horror.

Osobiście uczucia mam bardzo mieszane. Owszem, czytało się szybko i lekko, ale, z drugiej strony...To zwykła, banalna historyjka o młodym studencie, który nie mógł poradzić sobie z opuszczeniem przez dziewczynę i postanowił wyjechać, znaleźć zajęcie, które odwiodłoby go od posępnych myśli, opowiadana przez niego samego po wielu latach. Przyznam szczerze, że akurat ten wątek wiał nudą. 

Jedynym mocnym punktem całości był motyw kryminalny, owa mroczna tajemnica, o której pisałam wcześniej, którą umieściłam w tytule opinii. Tutaj ogromne brawa dla Stephena - jej rozwiązanie wprawiło mnie w takie samo osłupienie, w jakie wprawiają mnie wszelkie dzieła Christie, królowej kryminałów. Nawet pod sam koniec, kiedy właściwie wszystko było już jasne, źle wytypowałam czarny charakter. A kiedy już wiedziałam, kto nim jest, nie mogłam uwierzyć.

Właśnie te dwie różniące się od siebie płaszczyzny - nudna opowieść o radzeniu sobie z zawodem miłosnym i porywający wątek kryminalny - sprawiają, że nie wiem, co myśleć. Do głowy przychodzi mi tylko jedno spostrzeżenie: dzieła Kinga są jak wino. Im starsze, tym lepsze. W miarę, jak o tym myślę, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w tym twierdzeniu coś jest. I że naprawdę starsze książki Kinga mają coś, czego nie mają obecne.

Joyland zostawiam z...
Trzema gwiazdkami. Nie jest to pozycja najgorsza, dobra na letnie wieczory, ale, jeżeli mówimy o królu horrorów, co najwyżej mocno średnia. Niemniej jednak fani lekkiej lektury, do której nie trzeba się zbytnio przykładać, powinni być zadowoleni.

28.07.2013

Zabawy "55" i "The versatile blogger"

Witam w niedzielne popołudnie! 

Otrzymałam nominację do zabaw 55 i The versatile blogger! Bardzo się cieszę, gdyż jestem w blogosferze zupełnym świeżakiem - bloguję dopiero 24 dni, więc fakt, że zostałam tak szybko przez kogoś zauważona, sprawia mi niezwykłą radość. Za nominację dziękuję Pani Gabrieli Szczęsnej!

Zabawa 55


10 książek, które najbardziej mi się podobały:

1. Jodi Picoult Bez mojej zgody
2. Jodi Picoult Karuzela uczuć
3. Stephen King Cujo
4. Stephen King Christine
5. Nancy H. Kleinbaum Stowarzyszenie umarłych poetów
6. Agatha Christie Morderstwo w Orient Expressie
7. Agatha Christie Tragedia w trzech aktach
8. Agatha Christie I nie było już nikogo
9. Stefan Żeromski Przedwiośnie
10. Zofia Nałkowska Medaliony
Oczywiście, tytułów mogłabym tutaj wypisać znacznie więcej, jednak zostanę przy dziesięciu ;)

9 książek, które się mi nie podobały:

1. Paulo Coelho Weronika postanawia umrzeć
2. Dan Brown Kod Leonarda da Vinci
3. Paullina Simons Ogród Letni
4. Bazell Josh Pokonać kostuchę
5. Adam Mickiewicz Dziady
6. Eliza Orzeszkowa Gloria victis
7. Eliza Orzeszkowa Nad Niemnem
8. Henryk Sienkiewicz Krzyżacy
9. Ernest Hemingway Stary człowiek i morze

8 blogów, które najczęściej odwiedzam:


7 książek, które chcę przeczytać:

1. Stephen King Pokochała Toma Gordona
2. Jodi Picoult Linia życia
3. Ignacy Karpowicz Ości
4. Glenn Cooper Biblioteka umarłych
5. Jane Austen Duma i uprzedzenie
6. Jane Austen Rozważna i romantyczna
7. Robert Marshall W kanałach Lwowa

6 powodów, by sięgnąć po książkę:

1. By zwalczyć nudę.
2. By oderwać się od codziennych problemów.
3. By przeżyć niesamowitą przygodę.
4. By powiększyć zasób słownictwa.
5. By nauczyć się zasad ortografii i interpunkcji.
6. By obcować z kulturą.

5 powodów, by nie sięgać:

Znam tylko jeden - ciężka, uniemożliwiająca czytanie choroba.

4 miejsca, gdzie najlepiej się czyta:

1.  Łóżko.
2. Działka.
3. Korytarz szkolny podczas przerw.
4. W klasie szkolnej po zakończeniu pisania sprawdzianu.

3 autorów, na których książki czekam zawsze za długo:

1. Stephen King
2. Jodi Picoult
Trzeciego takiego autora nie ma - póki co ;)

2 dobre ekranizacje:

1. Weronika postanawia umrzeć
2. Kod Leonarda da Vinci

Zabawa The versatile blogger


Zasady:

1. Podziękować nominującemu bloggerowi u niego na blogu.
2. Pokazać logo Versatile blogger u siebie na blogu.
3. Ujawnić siedem faktów dotyczących samego siebie:
- nie przepadam za fantastyką,
- uwielbiam herbatę,
- nie cierpię kawy, mdli mnie od samego zapachu,
- pomału wychodzę z długiego kryzysu czytelniczego,
- książka, która nie ma 300 stron, jest dla mnie książką krótką,
- najlepiej czyta mi się z rana i wieczorami,
- od października być może będę studentką filozofii.
4. Nominować 15 blogów, które na to zasługują:
No i tu będzie problem. Nie siedzę na czyichś blogach aż tak dużo czasu, bym była w stanie wytypować kogoś konkretnego, a jeżeli już bym była, okazuje się, że ten ktoś już brał udział w zabawie, a powielać nie chcę. Dlatego niech każdy, kto przeczyta ten post, a ma bloga i ochotę się pobawić, czuje się nominowany.
5. Poinformować autorów nominowanych blogów.
Zapraszam do udziału w zabawie wszystkich, bez znaczenia, czy stałych bywalców tego blogowego światka, czy kompletnych nowicjuszy.

Jeszcze raz dziękuję za nominację! :)

27.07.2013

Stephen King "Christine"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Christine
Tytuł oryginału: Christine
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Agnieszka Lipska
Cena: 39 zł
Liczba stron: 526

Wpadając w sidła niebezpiecznej fascynacji...

Siedemnastoletni Arnie Cunningham nigdy nie miał w życiu lekko. Ciągłe szykany, ataki na jego osobę, rozkład zajęć podporządkowany rodzicom, a zwłaszcza lubiącej mieć wszystko pod kontrolą matce - to wszystko, co miał. Przez cały czas, od wczesnego dzieciństwa, przy jego boku trwał tylko jeden przyjaciel - Dennis. 
Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia. Na Cunninghama uczucie fascynacji i chęć pożądania Christine - dwudziestoletniego samochodu będącego, mówiąc delikatnie, wrakiem - spada jak grom z jasnego nieba. Oh, gdyby tylko wiedział, jak wiele tragedii może spaść na człowieka poprzez miłość do auta...

Czy przez silne uczucie można stać się zupełnie innym człowiekiem? Zmienić swoje priorytety? Oddalić się od rodziny i przyjaciół?

Zanim przejdę do opisywania swych wrażeń po przeczytaniu Christine, muszę Wam wyjaśnić pewną rzecz. Otóż, są 3 główne rzeczy, z którymi ja nienawidzę mieć do czynienia podczas czytania książki. 

Zaczynając od najmniej ważnej, pierwszą jest wykorzystywanie po raz kolejny tego samego motywu. Nie kłuje mnie to w oczy, jeżeli dana problematyka jest rozpatrywana z różnych stron, jeżeli autor potrafi sklecić różne, wciągające człowieka historie - to jest szczególnie ważne, kiedy twórca powiela motyw, którego dotknął osobiście w którymś z poprzednich dzieł. 

Drugi czynnik to język. Język ciężki do przebrnięcia, czasem trochę nieskładny - utrudniający czytanie. Chyba wszyscy mieliśmy kiedyś ochotę rzucić ciężką dla nas lekturę w kąt i więcej do niej nie wracać, prawda? 

Ale najgorsze - oczywiście, dla mnie i tylko dla mnie - jest bardzo powolne rozwijanie się akcji.

Zgadnijcie, z którym czynnikiem stanęłam oko w oko, zaczytując się w Christine? Jeżeli nie mieliście tej pozycji w ręku, pierwszy raz o niej słyszycie, podpowiem Wam: z trzecim.

Zdaję sobie sprawę, że King jest znany z tego, że w jego dziełach wydarzenia najpierw rozwijają się bardzo powoli, by później ruszyć pędem. Nie zmienia to jednak faktu, że przez pierwsze 250 stron opisywanego dziś tytułu się męczyłam. Jasne, na początku było fajnie, poznawałam bohaterów, zarys historii, ale...z czasem zaczęło mnie to nużyć. Chciałam, by coś się wydarzyło, niekoniecznie na dużą skalę - ale jednak, żeby cokolwiek zaczęło się dziać. Niestety, do dwieście pięćdziesiątej strony miałam tylko zapewnienia w stylu wkrótce zaczęło się dziać bardzo źle.

Na całe szczęście jest to jedyny minus, jedyna wada, o której dziś wspomnę. Jedyna, bo cała reszta była po prostu fenomenalna. Tak jak pierwsze 250 stron przetrawiłam ciężko, powoli, tak później... Później czytałam z coraz większym zaangażowaniem i chęcią. Z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wypadków. Po raz pierwszy także doświadczyłam uczucia prawdziwego strachu podczas czytania. Do tego stopnia, że raczej odpuszczałam sobie czytanie wieczorami, w obawie o nocne koszmary.

Z rosnącym przerażeniem obserwowałam przemianę nieśmiałego, cichego chłopca w zaślepionego fascynacją do samochodu mężczyznę. Patrzyłam, jaką niechęcią, wręcz nienawiścią, darzy każdego, kto ośmieli się wytknąć mu bezsens tego, co robi. A także to, co pod wpływem tej nienawiści działo się w małym miasteczku...

Podsumowując...
King dostaje dziś ode mnie cztery gwiazdki. Jedną odjęłam za stanowczo zbyt wolne tempo akcji.

24.07.2013

Wyzwanie czytelnicze: pokonaj swoją niechęć!

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Witajcie!

W przerwie między recenzjami - cały czas jestem w trakcie czytania Christine - pomyślałam, że możemy się trochę pobawić. Jak? Biorąc udział w wyzwaniu czytelniczym, na pomysł którego wpadłam sama jeszcze wczoraj. Poniżej znajdziecie wszelkie informacje, niezbędne do rozpoczęcia zabawy.

Każdy z nas, mimo że jest miłośnikiem literatury, ma takie gatunki książek, za którymi nie przepada, prawda? Wszyscy wiemy też, że swoje horyzonty należy poszerzać, a z niechęcią choć próbować walczyć. Tak narodził się pomysł wyzwania pod tytułem Pokonaj swoją niechęć.

Główne zasady wyzwania:

1.Nikt nikogo do niczego nie zmusza. To Wy decydujecie, kiedy i czy w ogóle chcecie wziąć udział w zabawie. Zawsze możecie się też z niej wycofać. Jedyny termin, jakiego należy przestrzegać, to 6 miesięcy. Przed upływem tego czasu należy zakończyć wyzwanie.
2. Wyzwanie polega na tym, by każdy z Was wybrał jeden gatunek literatury, którego nie lubi, i w ciągu sześciu miesięcy przeczytał minimum 5 książek z tego gatunku.
3. Żeby nie było zbyt łatwo - aby nie było tak, że ktoś wpisuje byle jakie tytuły, byle sprawiać wrażenie, że wziął udział w wyzwaniu - oprócz wypisania tych tytułów, wszystkie 5 pozycji należy zrecenzować u siebie na blogu.

Formularz przystąpienia do wyzwania:

Data przystąpienia do zabawy:
Gatunek, którego nie lubię:
Tytuły, które przeczytałam/em na potrzeby wyzwania (wraz z autorem i odnośnikiem do recenzji):
Data ukończenia wyzwania:

Pamiętajcie, że to wszystko ma być jedynie zabawą. Jej celem jest próba poszerzenia horyzontów czytelniczych każdego z nas. Kto wie, może dzięki takiemu wyzwaniu ktoś odkryje, że dany gatunek literacki wcale nie jest taki zły?

To jak, moi Kochani? Weźmiecie udział w wyzwaniu, czy będę bawiła się sama? 

20.07.2013

Nancy H. Kleinbaum "Stowarzyszenie umarłych poetów"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Nancy H. Kleinbaum
Tytuł: Stowarzyszenie umarłych poetów
Tytuł oryginału: Dead Poets Society
Wydawnictwo: Rebis
Tłumaczenie: Paweł Laskowicz
Cena: 23,90 zł
Liczba stron: 156

W poszukiwaniu własnego ja...

Tradycja, honor, dyscyplina i doskonałość - to cztery zasady, którymi od zawsze kierowała się i szczyciła Akademia Weltona, elitarna szkoła średnia dla chłopców. Dlatego, kiedy w miejsce nauczyciela angielskiego, który odszedł na emeryturę, przychodzi John Keating, prezentujący zupełnie inne podejście do nauczania młodzieży niż reszta pedagogów, w szkole wybucha poruszenie. Nauczyciel odkrywa w uczniach coś, czego dotąd nikt w nich nie zauważył...

Jak wiele możemy się o sobie dowiedzieć z pomocą innej osoby? Jaką rolę w naszym życiu mogą pełnić odpowiednio nastawieni nauczyciele? O tym wszystkim opowiada nam Kleinbaum.

Historia, którą przedstawia, zapiera dech w piersi. Nie pozwala się od siebie oderwać, a przy tym jest krótka. Sama zaczęłam czytać ją wczoraj, skończyłam dziś wieczorem - trochę nienasycona. Zawiedziona, że wszystko skończyło się tak szybko. Żądna dalszych losów bohaterów.

To cudowna opowieść o dorastaniu. Poznawaniu swego ja. Szukaniu swego miejsca i roli w świecie. O walce o to, co w życiu bardzo ważne, co nasz żywot ubarwia - walce o marzenia.

Choć do języka powieści mogłabym się przyczepić - choć zastanawiam się, czy to nie jest przypadkiem kwestia dość niedbałego przekładu na polski - to reszta...reszta jest perfekcyjna. 

Autorka zadbała o to, by postaci miały wyraziste charaktery. Rzadko mi się zdarza odczuwać sympatię lub antypatię do bohaterów, podchodzę do nich raczej bez emocji, neutralnie - a tutaj się to stało. Autentycznie polubiłam Johna - ba, swoim zachowaniem przypominał mi kilku moich własnych nauczycieli - i nie cierpiałam Andersona.

Jednak, w odróżnieniu od wielu, nie wzruszyłam się ani razu. Wręcz powiem, że spodziewałam się takiego obrotu spraw...

Co do liczby gwiazdek...
Cztery. Pozycja bardzo dobra - dałabym najwyższą ocenę, gdyby nie uczucie niedosytu...

19.07.2013

Stephen King "Dallas '63"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Dallas '63
Tytuł oryginału: 11/22/63
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Tomasz Wilusz
Cena: 49 zł
Liczba stron: 850

Próbując zmienić bieg historii...

Każdy z nas przeżył - bądź dopiero przeżyje - taki moment w życiu, który najchętniej by wymazał. Cofnął. Odwołał. Jestem niemal pewna, że gdybyśmy mieli taką możliwość, większość z nas by z niej skorzystała. Szansę taką zdobył Jake Epping - trzydziestopięcioletni rozwodnik, nauczyciel angielskiego. Jest tylko kilka trudności do pokonania. Pierwszą z nich jest to, że to, co miał zmienić, nie było błahą sprawą - jego misją było uratowanie prezydenta Kennedy'ego przed śmiercią na skutek zamachu. Drugą i najgorszą zaś to, że przeszłość wcale nie chce ułatwić mu zadania. Wręcz przeciwnie, robi wszystko, by uchronić bieg dawnych wydarzeń przed zmianą...

Czy ingerencja w przeszłość jest dobra? Czy należy korzystać z absolutnie każdej możliwości naprawienia błędów? Stephen King przekonuje, że, niezależnie od intencji, nie powinniśmy tego robić.

Przyznam szczerze, że przedmiot dzisiejszej notki dość mocno mnie rozczarował i nadszarpnął wizerunek Kinga jako króla w moich oczach. Nie zarzucam nic jego warsztatowi - książka została jak zwykle dobrze napisana i wciągała mnie bez reszty, ale...męczyło mnie poczucie, że ja to już czytałam, że coś podobnego miałam już w ręku, ale nie potrafiłam ustalić konkretnego tytułu. Dziś, kiedy kończyłam przygodę z tą pozycją, nagle mnie olśniło...

Uważam, że Dallas '63 to niemal wierna kopia Cmętarza zwieżąt. Jasne, że pomiędzy tymi tytułami występują duże różnice - inne historie, inni bohaterowie, inne zakończenia, ale... dla mnie to jedno i to samo. 

I w jednej, i w drugiej książce został poruszony problem zmiany przeszłości. Bohaterowie mieli całkiem odmienne motywy działania, jednak wszystko inne pozostało niemal niezmienione. W obydwóch opowieściach zmiana biegu wydarzeń wyszła bohaterom na złe. Postrzegam to jako napisanie dokładnie tego samego, jednak w innych słowach. Przesłanie zostaje to samo. I ja się pytam: po co? Po co jeden autor pisze dwie książki, niby niezależne od siebie, o tym samym? Inna sprawa, że King lepiej wypada, pisząc horrory, a ta pozycja horrorem nie jest.

Niestety, zawiodłam się - czytało się dobrze, jednak poczucie pewnego rodzaju powtórki męczyło i przesłaniało mi wszystko inne. Nie skreśla to w moich oczach Kinga zupełnie - nigdy w życiu, staram się nie spisywać żadnego autora na straty przez jedną nieudaną opowieść - ale niesmak pozostał.

Podsumowując...
Trzy gwiazdki - pozycja przeciętna. Za to, że to już było...

14.07.2013

Kerstin Gier "Z deszczu pod rynnę"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Kerstin Gier
Tytuł: Z deszczu pod rynnę
Tytuł oryginału: Für Jede Lösung ein Problem
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Urszula Pawlik
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 333

Gdy nic nie układa się po naszej myśli...


Każdy z nas ma czasami taki dzień, w którym absolutnie nic się nie udaje. Samochód nie chce zapalić, autobus się spóźnia, w szkole/pracy mają do nas pretensje...kto z nas tego nie zna?
Gerri to trzydziestoletnia kobieta. Wielu z nas powiedziałoby o niej: Boże, ale ta dziewucha ma pecha w życiu - mimo swojego wieku, nie ma ukończonych studiów, porządnej pracy, mieszkania, partnera, dzieci...nie ma też perspektyw na lepsze jutro. Dlatego też postanawia zakończyć te swoje nieudane życie. Okazuje się, że i to nie chce się jej udać...

Czy serię niepowodzeń ludzkich można obrócić w żart? Gier udowadnia, że tak.

Autorka w bardzo zabawny sposób przedstawia historię kobiety, której szczęście na oczy w życiu nie widziało. I to do tego stopnia, że bohaterka nie potrafi nawet bez przeszkód, skutecznie odebrać sobie życia...

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, gdy już trochę wdrożyłam się w książkę, to skojarzenie z inną książką, ale też i filmem - Dziennikiem Bridget Jones. Czy przypadkiem i w jednym, i w drugim nie chodziło z grubsza o to samo? W obu dziełach były nieszczęśliwe, dojrzałe kobiety... Tylko że bohaterka Z deszczu pod rynnę planowała się zabić.

Nie jest to książka, przy której spędza się godziny, analizując każdą przygodę, która spotyka Gerri - to po prostu lekkie, napisane bardzo prostym językiem, czytadło. Idealne, jeżeli ktoś czyta wyłącznie dla rozrywki. Choć szczerze powiem, że ja bohaterce współczułam - ale ja w ogóle emocjonalna jestem i wszędzie szukam drugiego dna, w wielu przypadkach całkowicie niepotrzebnie.

Nie tego, co tu dostałam, szukam w literaturze, jednak absolutnie nie powiem, żeby czas spędzony przy książce tej autorki był czasem zmarnowanym.

Krócej rzecz ujmując...
Daję trzy gwiazdki. Pozycja ani mnie nie zanudziła, ani nie zostawiła po sobie jakichś większych śladów, emocji, czegokolwiek. Ot, miło się czytało. Jednak razi mnie podobieństwo, o którym pisałam już wcześniej...można się było pokusić o inną tematykę lub ująć temat jakoś ciekawiej - tak myślę.

13.07.2013

Dan Brown "Kod Leonarda da Vinci"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Dan Brown
Tytuł: Kod Leonarda da Vinci
Tytuł oryginału: The da Vinci code
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Krzysztof Mazurek
Cena: 33,90 zł
Liczba stron: 561

Próbując dochować tajemnicy przed światem...

W życiu każdego z nas jest coś, co chcemy ukryć. Czasami przed kimś konkretnym, czasami przed ludźmi w ogóle. 
Kiedy ginie kustosz muzeum, Jacques Sauniere, tajemnica sięgająca korzeniami początków chrześcijaństwa jest w niebezpieczeństwie. Pozostały tylko dwadzieścia cztery godziny - po tym czasie sekret na zawsze skryją mroki historii. Niezwykłą zagadkę rozwikłać może tylko jedna osoba - Robert Langdon, historyk i badacz symboli. Nie będzie jednak łatwo: bohater jest ścigany przez policję i bezlitosnego mordercę...

O Kodzie Leonarda da Vinci słyszeliśmy chyba wszyscy - myślę, że nikomu nie muszę bardziej szczegółowo przedstawiać tego tytułu. Swego czasu był na niego absolutny szał, mówiło się o nim niemal ciągle. Używało się przy tym słów takich jak kontrowersja.

Rok temu, właściwie nagle, postanowiłam, że bardzo chcę się zapoznać z tą pozycją i sprawdzić, czy jest ona godna zamieszania, które wokół niej powstało.

Co mogę powiedzieć? Nic dobrego. Spodziewałam się historii trzymającej w napięciu przez cały czas, już od pierwszej strony. Czekałam też na obiecywane kontrowersje. Co otrzymałam? 

Papkę. Tak, papkę - inaczej tego tworu nie da się nazwać. Cała opowieść była nazbyt rozwleczona, po prostu...nudna. Szokujących faktów, prócz tematyki religii, Kościoła, nie było tam w ogóle. 

Styl, w jakim książka została spisana, przeraził mnie do głębi. Doszło do tego, że ja, osoba, która, jeżeli ma czas, czyta książki o podobnej grubości - ponad 500 stron, czyli wcale nie tak mało - w tydzień, Kod... męczyłam przez dwa miesiące. Próbowałam czytać, czasem mi się udawało, czasem zasypiałam, innym razem - łapałam się na tym, że odpływam myślami gdzieś daleko albo zwyczajnie nie rozumiem, co autor miał na myśli. Nigdy wcześniej nie sądziłam, że można się tak cieszyć, że skończyło się czytać...

Nic więcej nie potrafię z siebie wykrzesać, jeżeli chodzi o tę książkę. Zostawiam ją z...
Jedną gwiazdką, choć uważam, że to i tak zbyt dużo. Porażka kompletna, nabijanie czytelników w butelkę, obiecywanie niezapomnianych wrażeń, których absolutnie tutaj nie ma, strata pieniędzy - oto, co ma nam do zaoferowania Brown.

12.07.2013

Christiane F. "My, dzieci z dworca ZOO"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Christiane F.
Tytuł: My, dzieci z dworca ZOO
Tytuł oryginału: Wir Kinder vom Bahnhof Zoo
Wydawnictwo: Iskry
Tłumaczenie: Ryszard Turczyn
Cena: 24 zł
Liczba stron: 222

Kiedy nałóg rządzi naszym życiem...

Narkotyki to jedna z najniebezpieczniejszych dla nas rzeczy. Uświadamia się to nam od najmłodszych lat. Bo dragi osaczają człowieka, kuszą tym, że po nich samopoczucie jest lepsze. Spragnieni uczucia komfortu psychicznego, nawet nie wiemy kiedy - uzależniamy się. Niszczymy organizm. Dlatego tak bardzo chroni się nas przed zaczęciem ćpania.
Niestety, są ludzie, których problemów nie zauważał nikt. Ludzie, którym nikt nie starał się wpoić, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić substancje odurzające. Przykładem takiego człowieka jest Christiane F. Dziewczynka, która pierwszą przygodę z narkotykiem - haszyszem - miała już w wieku dwunastu lat. A dalej było już tylko gorzej...

Co jest w stanie zrobić człowiek zdesperowany? Osoba opuszczona, pragnąca zwrócić na siebie uwagę? Dlaczego ktoś uważa, że ćpanie to dobre wyjście?

Christiane F. to prawdziwa osoba - dziś już dorosła kobieta. Prawdziwa jest również historia, którą nam opowiedziała. Historia o tym, jak, zaniedbywana przez rodzinę, próbowała szukać akceptacji i zrozumienia poza nią. O tym, jak znalazła to wszystko wśród ćpunów. I o tym, jak sama młodocianą ćpunką się stała. Niczego nie ubarwia, nie szczędzi nam szczegółów, nie ukrywa - wykłada wszystko jak kawę na ławę. Poznajemy wstrząsające, obrzydliwe wręcz detale z jej burzliwej młodości. 

Drastyczności całej opowieści - napisanej, jak już wspomniałam, językiem ostrym, dobitnym - dodają dołączone do niej fotografie. Chociażby zdjęcie typowego mieszkania narkomana. Lub martwej narkomanki.
Sama czytałam tę pozycję z przerażeniem i niesmakiem. Okrucieństwo z niej wyzierające było na tak wysokim poziomie, że musiałam sobie dawkować ją po kolei, dzień po dniu. Odetchnęłam z ulgą, kiedy czytać skończyłam.

Mimo to, uważam, że jest to tytuł, który powinien w pewnym okresie swojego życia przeczytać każdy. Ku przestrodze. By przeczytać relację prawdziwej dziewczyny, która wpadła w nałóg narkotykowy, by przekonać się, do czego to może doprowadzić. Być może tego typu terapia szokowa na kogoś wpłynie. Być może uratuje od tragedii choć kilka osób.

Kończąc swój wywód, My, dzieci z dworca ZOO zostawiam z...
Pięcioma gwiazdkami - pozycja rewelacyjna. Nie dlatego, że jest przyjemna, bo nie jest. Dlatego, że porusza bardzo poważny problem, nie owijając przy tym niczego w bawełnę.

11.07.2013

Jodi Picoult "Karuzela uczuć"


Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Karuzela uczuć
Tytuł oryginału: The pact
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Cena: 32 zł
Liczba stron: 509

Kiedy jeden dzień rujnuje całe życie...

Są takie chwile w życiu, które rujnują wszystko, co do tej pory udało nam się osiągnąć. Co gorsza - czasami jest to stan permanentny. Kiedy nie da się niczego odbudować, kiedy jedyne, co nam pozostaje, to pogodzić się z losem i jego wyrokami. 
Tak stało się w momencie, gdy nocny spokój rodziny Harte'ów i Goldów zburzył dźwięk telefonu. To właśnie wtedy przyjacielska nić, łącząca oba rody, została przerwana. To wtedy z ich domów uleciało szczęście. A tego, co się stało, nie mógł zrozumieć nikt - córka Goldów, Emily, zmarła od kuli rewolwerowej. Jej chłopak, Chris Harte, został ranny w głowę.
Dla rodzin obu nastolatków rozpoczyna się najcięższy okres w życiu. Okres, w którym starają się dociec, co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy...

Jak wiele jest w stanie zrobić człowiek dla ukochanej osoby? Czy gotowość do zrobienia absolutnie wszystkiego jest czymś, co należy chwalić?

Picoult w swojej kolejnej książce, Karuzeli uczuć, stara się nam uzmysłowić, że nie każda rzecz, którą robimy dla bliskich nam osób, w ogólnym rozrachunku jest dobra. Próbuje pokazać nam, że we wszystkim trzeba mieć umiar. Że o ukochaną osobę trzeba walczyć i czasami wręcz nie można liczyć się z jej zdaniem. Robi to w sposób dla siebie typowy - mocno oddziałujący na psychikę. Niczego nie mówi nam wprost - jednak to, co chce nam przekazać, łatwo wyczytać między wierszami na każdej stronie.

Autorka ponownie serwuje nam spotkanie z ciężką tematyką. Tematyką, która może dotknąć każdego z nas. I znów stara się przedstawić różne punkty widzenia poprzez rozdziały, w których poznajemy myśli każdego bohatera po kolei.

Język powieści jest prostszy niż ten, z którym stykamy się, czytając Bez mojej zgody - brakuje tu, na szczęście, terminologii medycznej. Jednak Karuzela uczuć obfituje w liczne nawiązania do przeszłości. Nawiązania, bez których nie zrozumiemy przesłania całej historii...

Nie byłabym sobą, gdybym nie chlipała przy niemal każdej stronie książki. Tylko że tu chlipałam już od pierwszych linijek.

Jedyne, co mi się tak naprawdę nie spodobało, to zakończenie - biorąc pod uwagę pewne fakty, o których dowiadujemy się w środku akcji, wydaje mi się ono dość mocno naciągane i nieprawdziwe. A może to ja się za bardzo czepiam?

Jeżeli chodzi o liczbę gwiazdek...
Cztery gwiazdki - pozycja bardzo dobra. Jedną odebrałam za zakończenie, które mi się mimo wszystko nie podoba.

10.07.2013

Nicholas Sparks "Jesienna miłość"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Nicholas Sparks
Tytuł: Jesienna miłość
Tytuł oryginału: A walk to remember
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Cena: brak informacji
Liczba stron: 208

Kiedy na prawdziwą miłość kładzie się cień tragedii...

Ze słowem "miłość" mamy zazwyczaj same dobre skojarzenia. Uważamy, że miłość jest piękna. Że powoduje, że człowiek czuje się szczęśliwy. A jednak - strzała Amora potrafi też zranić. I to na wskroś. 
Wydawałoby się, że romans dwójki całkowicie odmiennych pod względem charakteru nastolatków - przebojowego Landona i cichej Jamie - to nic poważnego. Zwykłe, szczenięce zakochanie, które rozwieje się szybciej niż się zaczęło. Wydawałoby się też, że, jak to przystało na pierwsze uczucie, będzie ono piękne, niczym nieskalane. Niestety, los bywa okrutny. Tym razem przyszykował dla pary zakochanych bardzo niemiłą, bolesną niespodziankę...

Kto z nas nie drży na myśl, że naszej ukochanej osobie - niekoniecznie partnerowi, ale chociażby bliskiemu krewnemu - może stać się krzywda? Kto przechodzi obojętnie obok tego, że nie może ukoić cierpienia osoby, którą kocha, powstrzymać nadchodzącej tragedii? Nikt.

Taka sama historia przydarzyła się bohaterom Jesiennej miłości. Połączył ich przypadek. Gdyby nie on, cicha córka pastora, zawsze stojąca na uboczu, i przebojowy siedemnastolatek najpewniej nigdy by się bliżej nie poznali. A kiedy już poczuli do siebie coś więcej, niż tylko koleżeństwo, okazało się, że nie mogą się tym cieszyć w stu procentach...

Dzieło Sparksa opisuje jedną z najgorszych sytuacji, jaka może przytrafić się człowiekowi. Dramat ludzi darzących się nawzajem ogromną miłością, a jednak mających świadomość, że to nie potrwa długo. Że tego, co nadchodzi, nie da się odegnać. Że trzeba już, teraz, zaraz wykorzystywać każde chwile razem, bo niedługo ich już nie będzie. Ktoś powiedziałby: prawdziwe romansidło. I pewnie miałby rację.

Ten tytuł to kolejny przypadek w mojej biblioteczce. Ponownie natknęłam się na film na jej podstawie, który chciałam obejrzeć. Jednak nie oglądam filmu, dopóki nie przeczytam książki.

Przyznam szczerze, że opisana historia jest piękna, ale... Czegoś mi brakowało. Czegoś mi brakowało z jednej strony, ale z drugiej - czułam aż przesyt. Czym? 

Postacią Jamie. Ta dziewczyna była po brzegi wypełniona dobrem, nigdy się nie skarżyła, nigdy nie obrażała, pomagała zawsze, nawet tym, którzy jej ubliżali. W życiu rzeczywistym nie trawię takich osób, więc trudno wymagać ode mnie innego stosunku do postaci literackiej. Ideał się znalazł...Miernota, nie ideał. Mniejsza o to.

Sam wątek główny jest ciężki, czyli akurat taki, jak lubię najbardziej. 

Język, o ile pamiętam - czytałam Jesienną miłość około roku temu, jak nie więcej - był prosty, niewymagający. Być może miała to być książka skierowana do grupy ludzi będących w wieku głównych postaci. Jeżeli tak - idealnie udało się wszystko dopasować. Ja jednak uważam, że można było to trochę lepiej napisać, utrudnić, uczynić ciekawszym.

Koniec końców jednak, nie uważam, żeby było aż tak źle, jak to myślałam od razu po przeczytaniu. Mimo wszystko jednak - drugi raz już bym tej książki nie przeczytała...

Jeżeli o ocenę końcową chodzi...
Trzy gwiazdki - pozycja przeciętna, ni to dobra, ni zła. Powiedziałabym, że odpowiednia dla tych, którzy szukają czegoś na długie, letnie wieczory, niekoniecznie wesołego, ale napisanego prostym językiem. Jednak wielbiciele pięknych opisów, napięcia podczas czytania będą musieli sięgnąć po inny tytuł.

09.07.2013

Alice Sebold "Nostalgia anioła"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Alice Sebold
Tytuł: Nostalgia anioła
Tytuł oryginału: The lovely bones
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Hanna Szajowska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 367

Bo człowiek po śmierci nie opuszcza bliskich...

Ludzie tracą życie na różne sposoby. W wyniku choroby, starości, nieszczęśliwego wypadku...
Czternastoletnia Susie Salmon miała przed sobą całe życie. Niestety, zostało ono przerwane w chyba najbardziej brutalny sposób, jaki istnieje: przez zabójstwo poprzedzone gwałtem dokonanym przez "miłego" pana z sąsiedztwa. Dziewczynkę poznajemy w chwili, gdy, już po śmierci, trafia do nieba. Stamtąd też opowiada nam całą swoją historię...

Czy nasi bliscy, którzy już odeszli z tego świata, odchodzą na dobre? Czy obserwują nasze poczynania? Czuwają nad nami? 

Czytając Nostalgię anioła przekonujemy się, że jest spora szansa, że, mimo braku namacalnej obecności, nasi bliscy zmarli nadal przy nas są. Tak, jak było w przypadku Susie, która cały czas obserwowała starania rodziny. Starania o to, by dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z ich wnuczką, córką, siostrą. Dziewczynka patrzyła, jak jej młodszy braciszek poznawał znaczenie słów odeszła, nie żyje. Znaczenie słów, których tak małe dziecko nie powinno jeszcze rozumieć. Bo dzieci jak najdłużej powinny żyć beztrosko.

Ale Nostalgia anioła to nie tylko życie rodziny próbującej uporać się ze stratą, obserwowane przez nieżyjącą nastolatkę. To także opowieść całego jej bytu. Istnienia, które dopiero się rozkręcało, którego bohaterka tak naprawdę nie zdążyła jeszcze dobrze poznać...

Co mogę powiedzieć po lekturze? Czytając poprzednie linijki, pewnie myślicie: wow, ale fajnie, ta Daria to musi być zachwycona. Otóż... Nie, nie jestem zachwycona. Jestem wręcz zawiedziona. 

Nie wiem dokładnie, o co chodzi, jednak oczekiwałam po tej powieści czego innego. Może trochę mniej wątków z życia zamordowanej, a więcej dramatycznych obrazów cierpienia rodziny po stracie ukochanej krewnej. Cóż, niestety, taka jestem - lubię czytać o ludzkich tragediach.

Na pewno bezdyskusyjnym plusem tej powieści jest to, że została spisana na podstawie prawdziwych wydarzeń. Wiecie, że Sebold sama w wieku czternastu lat została zgwałcona? To właśnie popchnęło ją do stworzenia książki o takiej tematyce. Niestety, mogła, naprawdę mogła zrobić to dużo lepiej...

I na koniec liczba gwiazdek...
Dwie gwiazdki - pozycja nie będąca kompletną porażką, ale i tak zasługująca na miano bardzo słabej. Szkoda.

08.07.2013

Agatha Christie "Morderstwo w Orient Expressie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Morderstwo w Orient Expressie
Tytuł oryginału: Murder on the Orient Express
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Anna Wiśniewska-Walczyk
Cena: 24,90 zł
Liczba stron: 263

Kiedy wśród nas czai się morderca...


Czasami jeden szczegół może zmienić wszystko. Przykładowo zachorowanie na grypę powoduje, że nie możemy iść na zaplanowane wcześniej spotkanie z przyjaciółmi. Zdarza się, że jedno zdarzenie zmienia nie tylko ciąg dalszych wydarzeń, ale i ich wagę. Tak jak stało się to w przypadku Herkulesa Poirota wracającego z Azji do Europy po rozwiązaniu jednej z wielu zagadek kryminalnych. To właśnie wtedy Orient Express, pociąg, którym podróżował, ugrzązł w zaspie śnieżnej. To właśnie w nocy podczas tego wymuszonego postoju jeden z pasażerów kolei pada ofiarą morderstwa. Tej nocy podróż do Europy przestaje być zwykłą podróżą. Staje się kolejnym dochodzeniem, próbą wyłapania sprawcy...

Jakie uczucia towarzyszą człowiekowi, kiedy ten znajduje się w obszarze niebezpieczeństwa? Czy trudno jest złapać mordercę ukrywającego się w pociągu? Dlaczego w ogóle doszło do tego incydentu? I najważniejsze - czy zabójca nadal jest na miejscu zdarzenia? Tego wszystkiego dowiadujemy się, czytając Morderstwo w Orient Expressie.

Najlepsze, co jest w dziełach Christie, to wodzenie za nos czytelnika - kiedy wskazane nam poszlaki pozwalają na domysły, kto mógł zabić, zaraz pojawia się kolejna kwestia, która poddaje nasz typ w wątpliwość. I tak naprawdę do samego końca nie możemy być pewni, jaka jest prawidłowa odpowiedź. Odpowiedź, która zazwyczaj jest zaskakująca.

Sama tę powieść - a wspomnę, że była to pierwsza książka tej autorki, która wpadła w moje ręce - dosłownie połknęłam. Wczułam się tak, że musiałam siłą się oderwać i zostawić trochę na potem - w 2-3 godziny przeczytałam jakieś 170 stron. Nie muszę chyba mówić, że szczęka opadła mi z wrażenia, kiedy został odkryty morderca? Naprawdę, takiego zakończenia się nie spodziewałam.

Jak generalnie nie przepadam za klasyką jakąkolwiek - no dobra, lubię połączenie czerni i bieli - tak dzieła Agathy, włącznie z tym, o którym dziś Wam piszę, to klasyka, którą sobie ukochałam. Klasyka, z którą trzeba choć spróbować się poznać...

Morderstwo w Orient Expressie otrzymuje...
Cztery gwiazdki - pozycja bardzo dobra. Dlaczego nie pięć? Bo ja wymagająca jestem, mało która pozycja uzyskuje u mnie miano absolutnie rewelacyjnej.

06.07.2013

Stephen King "Cmętarz zwieżąt"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Cmętarz zwieżąt
Tytuł oryginału: Pet sematary
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Cena: 32 zł
Liczba stron: 423

Kiedy życie w nowym miejscu zamienia się w koszmar...

Przeprowadzając się do nowego domu - zwłaszcza, kiedy ten znajduje się w innym mieście, a nawet kraju, niż dotychczasowy - mamy nadzieję. Nadzieję na to, że nowe życie będzie lepsze. Ciekawsze. Łatwiejsze. Robimy wszystko, by nasze marzenia się ziściły. Niewątpliwie wszystko, co tylko można, robili też Creedowie. Trafili dobrze: spokojna okolica, mili sąsiedzi, wspaniała praca - to miła odmiana od zgiełku i hałasu Chicago, gdzie mieszkali wcześniej. Dodając do tego samą rodzinę i stosunki w niej panujące: kochające się, szczęśliwe małżeństwo i dwójka ich rozkosznych urwisów - Ellie i Gage, a także pupil rodziny, kot Church, można by stwierdzić: sielanka. Nikt jednak nie spodziewał się incydentu, który zbliżał się wielkimi krokami. Incydentu, który wkrótce miał przerodzić się w niewyobrażalną rodzinną tragedię, po której nic nie miało już prawa wrócić do normy...

Do czego może doprowadzić igranie z wyrokami losu? Co może stać się, kiedy nie potrafimy zaakceptować bolesnej rzeczywistości taką, jaką jest i próbujemy ją zmienić? Czy zawsze, kiedy wydaje nam się, że nasze działanie przyniesie pozytywne skutki, wszystko naprawdę kończy się dobrze? Mistrz horroru, Stephen King, przekonuje nas, że... nie.

King w swojej powieści porusza bardzo ważny, zawsze aktualny problem: nieumiejętność pogodzenia się z tym, co nieuniknione. Przekonuje, w bardzo oddziałujący na naszą psychikę sposób, że próba zmienienia przeszłości może przynieść bardzo opłakane skutki. Choć życie nie zawsze jest piękne i usłane różami, czasami spotykają nas porażki i tragedie, powinniśmy to zaakceptować. Powinniśmy to zaakceptować, by nie paść ofiarą jeszcze większego cierpienia. Takiego, jakie spotkało głównych bohaterów.

Przyznam szczerze: bałam się. Bałam się, współczułam, trzymałam kciuki, wierzyłam, że wszystko skończy się dobrze - razem z bohaterami. Pochłaniałam ich historię w tempie ekspresowym - bo inaczej się nie dało. Była doprecyzowana w każdym możliwym szczególe. Język i zbudowane napięcie powodowało, że chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej. Ale przede wszystkim nauczyłam się, że nie wolno za wszelką cenę walczyć o szczęście...

Podsumowując...
Stephen King za Cmętarz zwieżąt otrzymuje aż cztery gwiazdki - pozycja bardzo dobra. Jeden punkcik odjęłam przez własne preferencje - jestem wierna realizmowi zawsze i wszędzie, nawet w książkach, nie za bardzo pociągają mnie wątki fantastyczne.

05.07.2013

Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Paulo Coelho
Tytuł: Weronika postanawia umrzeć
Tytuł oryginału: Veronika decide morrer
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Tłumaczenie: Grażyna Misiorowska i Basia Stępień
Cena: 39 zł
Liczba stron: 213

Szczęście niejedną ma definicję...

My, ludzie, oceniamy innych niemal codziennie. Ten brzydki, tamten głupi...i tak w nieskończoność. O ile opinie typu ale on brzydki/ale głupi opierają się tak naprawdę tylko i wyłącznie na naszym guście i powierzchowności - tak, powierzchowności, bo kiedy, jak nie od razu po poznaniu kogoś, rzucamy pierwsze, nieraz bardzo niepochlebne, komentarze? - o tyle, twierdząc, że komuś się powodzi i jest najzwyczajniej w świecie szczęśliwy, bardzo często ulegamy pozorom, dodatkowo tworząc sobie samym definicję szczęścia. A czym jest szczęście? Jestem pewna, że każdy, kogo bym o to zapytała, udzieliłby innej odpowiedzi. Może jakieś czynniki by się zgadzały, może każdy z Was odpowiedziałby, że na szczęście składa się zdrowie, ale pełna odpowiedź zawsze będzie inna. Bo szczęście jest jednym z tych pojęć, które nie posiada jednej, jedynie słusznej, uniwersalnej odpowiedzi. Veronika Deklava to młoda kobieta. Piękna, ciesząca się powodzeniem u mężczyzn, niezależna, odnosząca sukcesy. Wielu z nas powiedziałoby: ale musi być szczęśliwa. Samej Deklavie jednak obecne życie z jej tylko znanych względów nie odpowiadało. To uczucie nieszczęścia, pustki - niewywołane żadną depresją, ciężkimi wspomnieniami z dzieciństwa, czy jakąkolwiek inną chorobą psychiczną - spowodowało, że bohaterka postanowiła popełnić samobójstwo. Połknąwszy dużą ilość tabletek, nie umiera jednak. Budzi się w szpitalu psychiatrycznym. Szpitalu, w którym, mimo ciążącego nad nią wyroku lekarzy, odkrywa inne życie i korzysta z niego jak tylko się da...

Co popycha ludzi do prób samobójczych? Jak żyć ze świadomością zbliżania się tego, co nieuchronne, a co nas przeraża? Udzielenie odpowiedzi na te pytania było zadaniem Paulo Coelho.

Mnie samej książka wpadła do ręki przypadkiem - gdyby nie reklama filmu nakręconego na jej podstawie, który chciałam obejrzeć, zapewne nigdy bym po nią nie sięgnęła.

Cierpię na pewnego rodzaju awersję do pisarzy, którzy są na topie - dawno temu wykiełkowało we mnie przekonanie, że jeżeli o czymś jest zbyt głośno, to jest to przereklamowane i niewarte rozgłosu.

Jakąś dziwną obsesję na punkcie Coelho zauważyłam w swoim środowisku już dawno temu. Słyszałam między innymi, że wybiera sobie najtrudniejsze, ale zarazem najbardziej ciekawiące ludzi tematy, że dochodzi do wartych przemyślenia wniosków.

Co sama mogę powiedzieć po lekturze Weronika postanawia umrzeć? Na pewno to, że tematyka jest ciężka, bo nie jest niczym łatwym pisać, a nawet czytać o śmierci, o tym, że ktoś jest na tak ostrym zakręcie życiowym, że sam chce szybciej odejść z tego świata. Jak wszyscy wiemy, takie tematy przyciągają rzesze ciekawskich...

Tylko co z wartymi przemyślenia wnioskami? Sama ich nie zauważyłam. A naprawdę próbowałam je znaleźć. Dla mnie to wyglądało tak - człowiek miał pomysł, naprawdę dobry pomysł, ale kiedy zabrał się do pracy, okazało się, że jego realizacja wcale nie jest taka prosta.

Niestety, ludzie mają to do siebie, że często, kiedy coś okazuje się trudniejsze, niż sądzili, wymagające większego wysiłku, niż zakładali na początku, idą po linii najmniejszego oporu. Wykonują zadanie jak najszybciej, niedbale, byle skończyć. I niestety, ale odniosłam wrażenie, że tak samo było w przypadku tego sławnego brazylijskiego pisarza. Mdłe, bezsensowne morały - aż wylewały się z kart powieści. A ja bym chciała bliżej poznać psychikę, motywy działania Weroniki. Co czuła po słowach lekarzy w szpitalu psychiatrycznym tuż po tym, kiedy próbowała odebrać sobie życie. Jasne, ktoś mógłby powiedzieć, że jej uczucia przekładały się na to, co robiła - jednak dla mnie to nie to samo.

To naprawdę mogła być dobra powieść. Gdyby tylko bardziej się przyłożyć, gdyby przybliżyć nam psychikę osoby, która ma myśli samobójcze, gdyby ograniczyć ilość morałów...

Podsumowując...
Weronika postanawia umrzeć otrzymuje zaledwie jedną gwiazdkę, co klasyfikuje ją do całkowitych rozczarowań - za to, że był potencjał. Potencjał, który został nieodwracalnie zmarnowany przez byle jakie wykonanie. No cóż, może kiedyś będę miała okazję przeczytać lepszą książkę tego autora!

04.07.2013

Jodi Picoult "Bez mojej zgody"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Bez mojej zgody
Tytuł oryginału: My sister's keeper
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 32 zł
Liczba stron: 528

Kiedy walka o dobro dziecka staje się przyczyną nieszczęścia innych...

Spłodzenie i narodziny dziecka - to brzmi dumnie. A przynajmniej tak brzmieć powinno. Cóż bowiem może być piękniejszego na świecie, jaki większy zaszczyt od stworzenia nowego życia może spotkać dwójkę darzących się miłością ludzi? Niestety, nie taki scenariusz napisało życie dla Anny Fitzgerald. I nie chodzi o to, że pochodzi z patologicznej rodziny, że jej ojcem jest pierwszy-lepszy, pewnie nawet nie wiadomo dokładnie, kto. Nie mówimy tu też o dziecku nieplanowanym, bowiem... Anna jak najbardziej planowana była. Wręcz zaprojektowana. Nie poczęła się w sposób naturalny, jak większość ludzi na tym świecie - została poczęta metodą in-vitro. Jej istnienie miało też, od samego momentu poczęcia, określony cel. Cel szlachetny, ale, jak dowiemy się, czytając Bez mojej zgody, z czasem uciążliwy dla samej dziewczynki. Miała ona być zgodna genetycznie ze swoją starszą siostrą, u której we wczesnym dzieciństwie lekarze wykryli bardzo rzadką - i równie ciężką - odmianę białaczki. Z początku chodziło o jeden prosty zabieg. Los jednak chciał inaczej - potrzeby Kate ciągle rosły. Oznaczało to, że jej młodsza siostra, mimo cieszenia się dobrym zdrowiem, prowadziła styl życia, który bardziej pasuje do osoby obłożnie chorej. To ona, kiedy tylko stan Kate się pogarszał, jeździła do szpitali, była poddawana ciągłym zabiegom. Nie mogła żyć normalnie, jak każda dziewczynka w jej wieku - bo w każdej chwili jej siostra mogła umrzeć, a ona mogła temu zapobiec. Główną bohaterkę poznajemy, kiedy ma dokładnie 13 lat. Poznajemy ją w chwili, kiedy podejmuje decyzję, która na zawsze odmieni stosunki panujące w jej rodzinie. Zmęczona ciągłym ratowaniem rodzeństwa postanawia podjąć krok, desperacki krok, dla jednych będący może wyrazem młodzieńczego, powszechnego przecież wśród dzieci w jej wieku buntu, ale będący tak naprawdę wyrokiem śmierci dla Kate...

Jak wiele jest w stanie zrobić rodzic dla swojego dziecka? Czy, żeby ratować jego zdrowie i życie, może on posunąć się do dosłownie wszystkiego - nawet do zaprojektowania kolejnego potomstwa tak, by mogło pomóc w osiągnięciu celu? Wreszcie - czy wypada, czy można buntować się przeciw tak szlachetnej życiowej roli, jaką jest ratowanie krewnego? Na te wszystkie pytania stara się odpowiedzieć Jodi Picoult.

Nie będę ukrywała - książka do najłatwiejszych zdecydowanie nie należy i nie mówię tak przez wzgląd na to, że, czytając, zetkniemy się z wieloma terminami z dziedziny medycyny.

Trudny jest sam wątek główny - ciężka choroba, obawa o dziecko, jego życie, trwanie w niepewności, czy uda się je uratować, gorączkowe próby dokonania tego.

Tu nie ma nic śmiesznego, nic lekkiego - więc jeżeli chcecie się rozerwać przy lekturze, wybierzcie inną. Wybierzcie inną, bo ta przepełniona jest smutkiem. Smutkiem pochodzącym od rodziców, którym przytrafiła się jedna z największych tragedii, która może się przytrafić po urodzeniu dziecka - jego choroba. Smutkiem samej chorej dziewczynki. Smutkiem jej siostry, która, mimo kochania rodzeństwa, dość ma bycia na ciągłych usługach, wreszcie - smutkiem Jessego, brata nastolatek - właściwie niezauważanego przez rodziców, pomijanego.

Na kolejnych kartach powieści poznamy punkt widzenia, odczucia, myśli każdej z tych osób. Będziemy mogli się wczuć w ich sytuację, spróbować poczuć, jak to jest. Przekonamy się też, co o tym wszystkim sądzą dodatkowe postaci, takie jak Campbell - nie zdradzę, kim jest, musicie sami się o tym przekonać.

Pamiętam, że kiedyś przyszła mi do głowy pewna myśl, spostrzeżenie - że Anna Fitzgerald to współczesna Antygona. Nadal tak twierdzę. Pamiętacie, jak to było? Antygona stanęła przed wyborem tragicznym: albo pochowa brata, zgodnie z tym, jak każe jej religia, ale tym samym znieważy wolę Kreona, albo podporządkuje się, ale do końca życia będą ją męczyły wyrzuty sumienia. Jedna sprawa, dwa wybory, żaden nie jest do końca dobry, każdy ma minusy, każdy ciągnie za sobą szereg konsekwencji, niemiłych konsekwencji. W Bez mojej zgody mamy niemal to samo - bohaterka albo się zgodzi na ciągłe pomaganie chorej, co uniemożliwi jej normalne funkcjonowanie, jakiego pragnie każdy żyjący człowiek, albo postawi się woli rodziców, co z kolei najpewniej przyczyni się do śmierci ukochanej siostry. Tu także są dwa wyjścia, a że żadne nie jest dobre, nie muszę chyba wspominać. Co jest w tym wszystkim najgorsze? Że ta historia może przenieść się do naszego życia, możemy sami paść ofiarą niesprawiedliwości losu i zmagać się z tymi trudnościami, które mogą przerosnąć nasze siły...

Emocje towarzyszące czytaniu są tak duże, że ja - osoba generalnie niepłacząca przy książce, choćby nie wiem, jak była smutna - oczy miałam wilgotne niemal cały czas. Pękłam szczególnie przy zakończeniu, którego się nie spodziewałam i którego nie spodziewał się chyba nikt, kto miał tę pozycję w ręku.

Nie chcę tu teraz wydawać jednoznacznej opinii, co próbowało wielu zrobić - czy Sara i Brian Fitzgeraldowie postępowali przez cały czas odpowiednio, odpowiedzialnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu ludzi, którzy usłyszą, przeczytają o przypadku małżeństwa, które zdecydowało się zaprojektować dziecko po to, by ratować kolejne, będą oburzeni. Będą twierdzili, że jak tak można. Że we wszystkim, nawet w dbaniu o potomstwo, są granice. I ja też byłam oburzona, i też twierdziłam, że trzeba umieć przestrzegać tych wyznaczonych granic. Właściwie - nadal tak sądzę. Ale, jednocześnie, nie jestem w stanie sobie wyobrazić kochającego rodzica, który spokojnie stoi i patrzy, jak jego dziecko odchodzi w bólach, rodzica, który nie robi wszystkiego, co w jego mocy, by choć trochę poprawić byt latorośli. Jedyne, co na pewno i słusznie można zarzucić Sarze i Brianowi to niezauważanie, że mają jeszcze jedno dziecko, Jessego. Jessego, któremu również było ciężko żyć z brzemieniem choroby siostry, a który musiał radzić sobie z tym sam, tak jakby był dorosłym, odpowiedzialnym za siebie mężczyzną, a nie dopiero dorastającym chłopcem...

Na koniec - moja ocena w formie gwiazdek. Bez mojej zgody dostaje...
Pięć gwiazdek - pozycja rewelacyjna, godna uwagi, warta spędzonego nad nią czasu!