09.08.2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Natasza Socha
Tytuł: Rosół z kury domowej
Tytuł oryginału: Rosół z kury domowej
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 296

Próbując pozbierać się po rozwodzie...

Wiktoria przez dwanaście lat trwania swojego małżeństwa była perfekcyjną żoną i panią domu. Zapomniawszy o sobie i swoich potrzebach, pragnieniach, poświęciła się dbaniu o ognisko domowe. Dlatego w stan szoku wprowadziły ją wypowiedziane pewnego dnia słowa męża: Nie wiem, czy się domyślałaś lub na ile się domyślałaś, ale tak, mam kogoś. Bohaterka, nie mogąc sobie poradzić z upokorzeniem, postanowiła wyjechać do Niemiec i zamieszkać ze swoją ciotką Klarą. Nie wie, że w nowym otoczeniu pozna Judith, Marę i Leę - kobiety, których sytuacja życiowa jest podobna do jej własnej. Już niebawem cztery kury domowe wpadły na pomysł, jak na nowo rozbudzić w sobie poczucie, że są atrakcyjne i mają prawo do samorozwoju w takim samym stopniu jak mężczyźni...

Po zachwycie, jaki wywołała we mnie Macocha obiecałam sobie, że będę uważnie śledziła "poczynania" autorki. Może nie maniakalnie, ale jednak zamierzałam sięgać po pozycje napisane przez Sochę. W żadnym razie nie jestem zwolenniczką literatury typowo kobiecej, ale też uważam, że od czasu do czasu przeczytanie czegoś tylko i wyłącznie dla relaksu i śmiechu to żaden grzech. A nawet jeśli grzech, to cóż, któż z nas jest święty?

Nakreślenie fabuły Rosołu w kurze domowej, tak samo jak w przypadku Macochy, nie wywołało u mnie ani rumieńców na policzkach, ani szybszego bicia serca. Pomyślałam, że to pewnie taka tam książeczka, która ma takie same szanse na okazanie się fajną lekturką (w razie, gdybym potrzebowała czegoś lekkiego), ale i na to, by mnie kompletnie rozczarować. Niemniej jednak tytuł trafił do mojego magicznego zeszytu, w którym stworzyłam sobie wielką (no dobra, wielka to ona będzie w przyszłości. Na razie cały czas się rozrasta) listę tego, co bym chciała przeczytać. I mimo że z Sopotu przywiozłam do domu 18 książek, więc na zapas literatury nie mogłam narzekać, to niedługo potem zrobiłam zakupy.

Jakie miałam oczekiwania? Przede wszystkim: miało być lekko, przyjemnie i zabawnie. Cholernie zabawnie. Przecież moje pierwsze zetknięcie z twórczością Sochy wiązało się z niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, dlaczego teraz miałoby być inaczej? 

Jak ma się stosunek oczekiwań do rzeczywistości? No, powiem Wam, że jest niekoniecznie zadowalająco. Te czynniki: lekkość, przyjemność, zabawność podczas czytania właściwie nigdy nie współgrały, nie było momentu, w którym występowałyby wszystkie trzy obok siebie. Zawsze było albo lekko, ale niezbyt przyjemnie, albo przyjemnie, albo zabawnie. No, dobrze, lekkość była wyczuwalna cały czas. Ale obok niej ramię w ramię szła tylko zabawa albo przyjemność, satysfakcja z lektury. 

Przy czym, uwaga, to, że były chwile, kiedy było lekko, ale bez przyjemności, spowodowałam właściwie wyłącznie ja sama. Zdecydowałam się na powieść, której problematyki nie jestem na tym etapie do końca zrozumieć. Nie jestem kurą domową, nie mam rodziny, dzieci - problemy bohaterek są dla mnie obce. I chociaż jestem w stanie domyśleć się, że ich położenie jest godne pożałowania, że one same się wkurzają - hej, gdyby ktoś mi próbował zabrać moją wolność, zakazać blogować, czytać, kolorować, to nie wiem, co bym takiemu człowiekowi zrobiła - to jednak pewnych rzeczy nie zrozumie nikt, kto tego nie przeżył na własnej skórze. A ja mam tak, że jak coś nie do końca do mnie trafia, to się denerwuję. I o radości nie ma mowy, zwłaszcza w temacie książek.

Na całe szczęście, że styl całości pozwala się w niej zatopić. Możesz nie rozumieć rozterek tych kobiet, dziwić się, jak mogą być takie głupie, żeby się godzić na takie traktowanie - ale na tempo przewracania kartek to nie wpływa. Nie ma takiej opcji. Brak kwiecistego języka, skomplikowanych wyrażeń, zbyt rozbudowanych zdań - co tu może być przeszkodą? Nic.

A śmiechu tutaj było już najmniej. Owszem, kilka razy się uśmiechnęłam, kiedy przeczytałam jakieś dziwne porównanie, ale na tym koniec. Jestem ponadto zdania, że publikacja o takiej tematyce nie może zbyt rozśmieszać. Ja na ten przykład nie widzę nic śmiesznego w robieniu z jakiegokolwiek człowieka więźnia swojego własnego domu, w tym, by uniemożliwiać mu realizowanie swoich pasji. Walka o swoje - choćby nawet oparta na zwariowanym pomyśle tego, kto się w końcu zbuntuje - to też nie jest powód do salw śmiechu. Tu się można roześmiać tylko z kwestii wypowiadanych przez postaci. 

Postaci natomiast, moi drodzy, są wykreowane z należytą starannością. Cztery kobietki, które początkowo przez długi czas są przekonane, że nie zasługują na więcej niż mają, a które potem rozkwitają i zamieniają się w pewnych siebie ludzi żądnych tego, co im się należy, co zostało im bezprawnie - choć też z ich winy - odebrane. Super patrzyło mi się na tę przemianę. Autentyczną odrazę poczułam do męża Judith, zresztą do reszty małżonków również nie pałam sympatią, ale tamten przebił wszelkie granice.

To, co napisałam, może Wam się wydać świadectwem tego, że żałuję, że po Rosół... sięgnęłam. W końcu cały czas zaznaczałam, że coś jest nie w porządku, że coś mi zgrzytało. Ale wiecie co? Tak nie jest. Nie zważam na to, że prawdopodobnie jestem za młoda na takie książki i to dlatego nie do końca jestem w stanie pojąć, o co chodzi. Nie dbam o to, że nie obśmiałam się jak dzika. Wystarczy mi sam fakt, że spędziłam miło czas. Że tym razem fabuła nie była tak przewidywalna. Że było dużo poważniej, ale jednak lekko. Można to połączyć? Można. 

Hej, jeszcze Wam coś powiem - po zakończeniu powieści, oprócz podziękowań, w egzemplarzu znajdziemy jeszcze przepisy na słodkości. Przyznam, że bardzo oryginalny to dodatek, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam, jestem mile zaskoczona. Kto wie, może kiedyś spróbuję zrobić babeczki czekoladowo-serowe...

Koniec gadania, czas na przyznanie gwiazdek...
Cztery. Jest bardzo dobrze. Odejmuję jedną za własne gapiostwo i niezastanowienie się nad tym, czy to na pewno jest coś dla mnie. To jedno mi przeszkadzało i nie jestem w stanie nie wziąć tego pod uwagę. Cała reszta jak najbardziej gra.

8 komentarzy:

  1. Nie ukrywam, że jestem ogromnie ciekawa tej powieści, a z drugiej strony lekko boję się, że to nie będzie książka, która przypadnie do mojego dziwnego gustu :D Ale trzeba dawać szansę polskim autorom.

    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jest ryzyko, że się nie spodoba jednak ;) Jakbym miała się tym lękiem kierować, to bym w ogóle nie czytała.

      Usuń
  2. Przepisy na końcu książki pojawiały sie juz w wielu tytułach. Mnie natomiast podobała sie konstrukcja powieści :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja na przepisy nigdy nie natrafiałam :D

      Usuń
    2. Ja trafiałam dość często. :) :)

      Usuń
  3. Mnie akurat niewiele w niej zgrzytało, właściwie to ją po prostu pochłonęłam. Tylko szalenie trudno mi sklecić recenzję...

    www.maialis.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mnie też trudno było ująć wszystko w słowa.

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.