31.08.2015

Agatha Christie "Niespodziewany gość"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Niespodziewany gość
Tytuł oryginału: The Unexpected Guest
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Cena: 14,99 zł
Liczba stron: 124

Próbując pomóc w ukryciu zbrodni...

Kiedy w zimną listopadową noc Starkwedderowi psuje się auto, postanawia skorzystać z telefonu w pobliskim domu. Nie uzyskawszy odpowiedzi na pukanie, bohater naciska na klamkę i gdy drzwi się otwierają, wchodzi do środka. Tam już po chwili widzi martwego mężczyznę siedzącego na wózku inwalidzkim. Spotyka też kobietę, która podaje się za jego żonę i która przyznaje się do zabójstwa męża, podając przy tym bardzo przekonujący motyw. Wbrew zdrowemu rozsądkowi Starkwedder postanawia pomóc jej w ukryciu zbrodni. Początkowo wszystko wydaje się być w miarę proste, jednak już wkrótce okazuje się, że nic nie jest takie, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka...

Kochani, krótkim tytułem wstępu: bardzo Was przepraszam za to, że znikłam na tak długo i posty pojawiają się nieregularnie. Sierpień, a zwłaszcza jego połowa to straszny miesiąc, czas przygotowywania się do egzaminów poprawkowych, dodatkowo kompletnie przepadłam w świecie kolorowanek antystresowych dla dorosłych. Nie martwcie się jednak, nie porzucam bloga na stałe. Już niedługo powinno mnie tu być znacznie więcej. Zaległości, które mi się narobiły, już raczej nie uda mi się w całości nadrobić, jednak będę się starała pisać na bieżąco o tym, co czytam. Muszę w końcu się nauczyć organizacji czasu. I obiecuję, że to zrobię.

Wracając do tematu posta... Z Christie u mnie jest tak: albo jej nie czytam, bo zapominam o istnieniu tej autorki, albo, gdy już sobie o niej przypomnę, to trudno mi się zabrać za cokolwiek innego, nawet jeśli sobie przysięgam, że przeczytam jedną-góra dwie pozycje i koniec. W tym roku zabrałam się za około 4 tytuły jej autorstwa i powiedziałam sobie stop, dłuższa przerwa. I tym razem mi się nie udało - w stosie książek, z którymi wróciłam z Sopotu znalazłam Niespodziewanego gościa. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła lektury najszybciej jak się da.

Już następnego dnia po zlocie, kiedy skończyłam bodajże Pochwałę macochy, która kompletnie mi nie przypadła do gustu, stwierdziłam, że potrzebuję teraz czegoś lekkiego i normalnego, fajnego. Zrobiłam wtedy coś, czego nigdy nie robię: zaczęłam maraton książkowy późno wieczorem, już po 22.00. Oczywiście, na pierwszy ogień poszła Christie, bo króciutka i niewymagająca, a po nocach niczego cięższego nie wyobrażam sobie przyswajać.

Przez ponad połowę pozycji miałam wrażenie, że czytam nie czysty kryminał, tylko powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym w tle - tak jak to było w przypadku Niedzieli na wsi. Trudno oprzeć się takim podejrzeniom, kiedy na pierwszy rzut oka wszystko już wiadomo, wszystkie rozwiązania podane są nam na tacy/ Nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie - przyjemnie było wakacyjną nocą dać się porwać takiej nieskomplikowanej historyjce. Dodatkowo bardzo intrygowało mnie, dlaczego głównemu bohaterowi tak bardzo zależy na tym, by pomóc morderczyni w ukryciu tego, co zrobiła. Zresztą - czy znajdę tu kogoś, kogo by to nie ciekawiło? Przecież nie jest to zbyt często spotykane zachowanie.

Język powieści, tak jak i jej fabuła, jest prosty, dostosowany do potrzeb przeciętnego czytelnika. Z racji okoliczności, w jakich się z nim zetknęłam, nie mogę darować sobie komentarza: idealnie nadaje się do poduchy, na dobranoc.

Jednak ci, którzy myślą, że w Niespodziewanym gościu wszystko jest przewidywalne, bardzo się zdziwią. Choć Niedziela na wsi nie dostarczyła nam w pewnym momencie faktów, które wszystko zmieniają o 180 stopni, w przedmiocie dzisiejszego wpisu autorka wraca do robienia tego, co najwyraźniej robić kochała, a już na pewno, do tego, co wychodziło jej perfekcyjnie - mianowicie wyprowadziła czytelników w pole. Oszukała. Zaserwowała nam pod koniec taką bombę, że ciężko uwierzyć. I to jest chyba magia jej twórczości - kiedy człowiek myśli, że już wszystko wie i jaki to z niego drugi Herkules Poirot, a nagle BACH!, staje oko w oko z nowymi informacjami i cała układanka motyw -> zbrodnia -> morderca się rozsypuje. Znaczy, zostaje tylko zbrodnia, ale niekoniecznie wiadomo, dlaczego do niej doszło ani kto jej dokonał. No czad, ja lubię takie zwroty akcji.

Jeśli zaś chodzi o postaci - są jak zawsze wykreowane z należytą starannością, choć szczerze przyznam, że w przypadku Niespodziewanego gościa dosyć nijakie, niezapadające w pamięć. Poza, rzecz jasna, Starkwedderem, wydawać by się mogło, że szaleńcem chcącym chronić złego człowieka. Poza nim - niestety, żadnego bohatera nie polubiłam za bardzo.

Tym razem Christie zasłużyła na...
Cztery gwiazdki. Gdyby nie mdłe postaci, z których tylko ta jedna się broni, było naprawdę doskonale. Mimo to - Christie jak to Christie, warto przeczytać, bo kawał dobrej literatury to jest.

09.08.2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Natasza Socha
Tytuł: Rosół z kury domowej
Tytuł oryginału: Rosół z kury domowej
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 296

Próbując pozbierać się po rozwodzie...

Wiktoria przez dwanaście lat trwania swojego małżeństwa była perfekcyjną żoną i panią domu. Zapomniawszy o sobie i swoich potrzebach, pragnieniach, poświęciła się dbaniu o ognisko domowe. Dlatego w stan szoku wprowadziły ją wypowiedziane pewnego dnia słowa męża: Nie wiem, czy się domyślałaś lub na ile się domyślałaś, ale tak, mam kogoś. Bohaterka, nie mogąc sobie poradzić z upokorzeniem, postanowiła wyjechać do Niemiec i zamieszkać ze swoją ciotką Klarą. Nie wie, że w nowym otoczeniu pozna Judith, Marę i Leę - kobiety, których sytuacja życiowa jest podobna do jej własnej. Już niebawem cztery kury domowe wpadły na pomysł, jak na nowo rozbudzić w sobie poczucie, że są atrakcyjne i mają prawo do samorozwoju w takim samym stopniu jak mężczyźni...

Po zachwycie, jaki wywołała we mnie Macocha obiecałam sobie, że będę uważnie śledziła "poczynania" autorki. Może nie maniakalnie, ale jednak zamierzałam sięgać po pozycje napisane przez Sochę. W żadnym razie nie jestem zwolenniczką literatury typowo kobiecej, ale też uważam, że od czasu do czasu przeczytanie czegoś tylko i wyłącznie dla relaksu i śmiechu to żaden grzech. A nawet jeśli grzech, to cóż, któż z nas jest święty?

Nakreślenie fabuły Rosołu w kurze domowej, tak samo jak w przypadku Macochy, nie wywołało u mnie ani rumieńców na policzkach, ani szybszego bicia serca. Pomyślałam, że to pewnie taka tam książeczka, która ma takie same szanse na okazanie się fajną lekturką (w razie, gdybym potrzebowała czegoś lekkiego), ale i na to, by mnie kompletnie rozczarować. Niemniej jednak tytuł trafił do mojego magicznego zeszytu, w którym stworzyłam sobie wielką (no dobra, wielka to ona będzie w przyszłości. Na razie cały czas się rozrasta) listę tego, co bym chciała przeczytać. I mimo że z Sopotu przywiozłam do domu 18 książek, więc na zapas literatury nie mogłam narzekać, to niedługo potem zrobiłam zakupy.

Jakie miałam oczekiwania? Przede wszystkim: miało być lekko, przyjemnie i zabawnie. Cholernie zabawnie. Przecież moje pierwsze zetknięcie z twórczością Sochy wiązało się z niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, dlaczego teraz miałoby być inaczej? 

Jak ma się stosunek oczekiwań do rzeczywistości? No, powiem Wam, że jest niekoniecznie zadowalająco. Te czynniki: lekkość, przyjemność, zabawność podczas czytania właściwie nigdy nie współgrały, nie było momentu, w którym występowałyby wszystkie trzy obok siebie. Zawsze było albo lekko, ale niezbyt przyjemnie, albo przyjemnie, albo zabawnie. No, dobrze, lekkość była wyczuwalna cały czas. Ale obok niej ramię w ramię szła tylko zabawa albo przyjemność, satysfakcja z lektury. 

Przy czym, uwaga, to, że były chwile, kiedy było lekko, ale bez przyjemności, spowodowałam właściwie wyłącznie ja sama. Zdecydowałam się na powieść, której problematyki nie jestem na tym etapie do końca zrozumieć. Nie jestem kurą domową, nie mam rodziny, dzieci - problemy bohaterek są dla mnie obce. I chociaż jestem w stanie domyśleć się, że ich położenie jest godne pożałowania, że one same się wkurzają - hej, gdyby ktoś mi próbował zabrać moją wolność, zakazać blogować, czytać, kolorować, to nie wiem, co bym takiemu człowiekowi zrobiła - to jednak pewnych rzeczy nie zrozumie nikt, kto tego nie przeżył na własnej skórze. A ja mam tak, że jak coś nie do końca do mnie trafia, to się denerwuję. I o radości nie ma mowy, zwłaszcza w temacie książek.

Na całe szczęście, że styl całości pozwala się w niej zatopić. Możesz nie rozumieć rozterek tych kobiet, dziwić się, jak mogą być takie głupie, żeby się godzić na takie traktowanie - ale na tempo przewracania kartek to nie wpływa. Nie ma takiej opcji. Brak kwiecistego języka, skomplikowanych wyrażeń, zbyt rozbudowanych zdań - co tu może być przeszkodą? Nic.

A śmiechu tutaj było już najmniej. Owszem, kilka razy się uśmiechnęłam, kiedy przeczytałam jakieś dziwne porównanie, ale na tym koniec. Jestem ponadto zdania, że publikacja o takiej tematyce nie może zbyt rozśmieszać. Ja na ten przykład nie widzę nic śmiesznego w robieniu z jakiegokolwiek człowieka więźnia swojego własnego domu, w tym, by uniemożliwiać mu realizowanie swoich pasji. Walka o swoje - choćby nawet oparta na zwariowanym pomyśle tego, kto się w końcu zbuntuje - to też nie jest powód do salw śmiechu. Tu się można roześmiać tylko z kwestii wypowiadanych przez postaci. 

Postaci natomiast, moi drodzy, są wykreowane z należytą starannością. Cztery kobietki, które początkowo przez długi czas są przekonane, że nie zasługują na więcej niż mają, a które potem rozkwitają i zamieniają się w pewnych siebie ludzi żądnych tego, co im się należy, co zostało im bezprawnie - choć też z ich winy - odebrane. Super patrzyło mi się na tę przemianę. Autentyczną odrazę poczułam do męża Judith, zresztą do reszty małżonków również nie pałam sympatią, ale tamten przebił wszelkie granice.

To, co napisałam, może Wam się wydać świadectwem tego, że żałuję, że po Rosół... sięgnęłam. W końcu cały czas zaznaczałam, że coś jest nie w porządku, że coś mi zgrzytało. Ale wiecie co? Tak nie jest. Nie zważam na to, że prawdopodobnie jestem za młoda na takie książki i to dlatego nie do końca jestem w stanie pojąć, o co chodzi. Nie dbam o to, że nie obśmiałam się jak dzika. Wystarczy mi sam fakt, że spędziłam miło czas. Że tym razem fabuła nie była tak przewidywalna. Że było dużo poważniej, ale jednak lekko. Można to połączyć? Można. 

Hej, jeszcze Wam coś powiem - po zakończeniu powieści, oprócz podziękowań, w egzemplarzu znajdziemy jeszcze przepisy na słodkości. Przyznam, że bardzo oryginalny to dodatek, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam, jestem mile zaskoczona. Kto wie, może kiedyś spróbuję zrobić babeczki czekoladowo-serowe...

Koniec gadania, czas na przyznanie gwiazdek...
Cztery. Jest bardzo dobrze. Odejmuję jedną za własne gapiostwo i niezastanowienie się nad tym, czy to na pewno jest coś dla mnie. To jedno mi przeszkadzało i nie jestem w stanie nie wziąć tego pod uwagę. Cała reszta jak najbardziej gra.

01.08.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - lipiec 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

O rany, jak ten czas leci! Połowa wakacji za nami - uczniowie już za miesiąc wrócą do szkół, a studentom zacznie się sesja poprawkowa... Na razie jednak, mam nadzieję, wszyscy korzystają z uroków wolnego. Co robicie? Jakimi lekturami umilacie sobie letnie, choć często nierozpieszczające pogodą, dni?

Kiedy będziecie mieli chwilę, weźcie udział w głosowaniu na książkę lipca 2015. Do wyboru macie jeden spośród czterech tytułów. Innych zasad nie przypominam - znacie je doskonale.

Głosowanie trwa od dziś, 1.08.2015, do 8.08.2015, do godz. 23.59!