05.07.2015

Helen Fielding "Bridget Jones. W pogoni za rozumem"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Helen Fielding
Tytuł: Bridget Jones. W pogoni za rozumem
Tytuł oryginału: Bridget Jones: the edge of reason
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
Cena: 25 zł
Liczba stron: 347

Kiedy wszystko niby zaczyna się układać...

Wygląda na to, że w życiu trzydziestokilkuletniej Bridget Jones zaczyna panować długo oczekiwana przez nią stabilizacja i szczęście. Kiedyś - wiecznie samotna, dziś partnerka Marka Darcy'ego powoli odkrywa uroki życia w związku. Ale jak to w życiu bywa - kłopoty i nieszczęścia czekają tuż za rogiem, gotowe by zaatakować z nową siłą...

Uświadomiłam sobie, że kilka dni temu strzeliłam sobie chyba w stopę. Przy okazji wpisu o Macosze dość duży akcent położyłam na akcenty humorystyczne w tej powieści i to, że podczas lektury czasami łzy śmiechu spływały mi strumieniem po twarzy. A tymczasem druga część dziennika jednej z najsławniejszych blondynek na świecie to w pewnym sensie dowód na to, że z moim poczuciem humoru nie jest najlepiej.

Dlaczego tak sądzę? Z prostego powodu. Gdzie nie czytam opinii, tam rzesze ludzi zachwalają twórczość Fielding, nazywając ją niekiedy nawet jedną z najdowcipniejszych pisarek, z jakimi dane im się było zetknąć. A ja, czytając takie słowa, mam ochotę otworzyć okno, wystawić za nie głowę i wrzasnąć: Boże, zatrzymaj świat, bo ja wysiadam!!!.

Być może pamiętacie, że po pierwszą część Dziennika... sięgnęłam ponad rok temu (a jeśli nie pamiętacie, nie ma sprawy. Wystarczy, że klikniecie tu i będziecie mogli sobie co nieco przypomnieć). I nie byłam zbytnio zachwycona tym, co otrzymałam. Owszem, czytało się lekko, szybko i dość przyjemnie, ale niczego zabawnego w tej książeczce nie znalazłam, a wręcz przeciwnie.

I niestety, ale dzisiaj, będąc już po kontynuacji - nadal przeklinam w duchu swoją niedającą się poskromić awersję do porzucania serii książek w połowie - muszę powiedzieć, że moje kiepskie wrażenie się tylko umocniło.

Bo Bridget, co prawda, owszem, wybrała się w pogoń za rozumem, ale jej się nie powiodło. Tak właściwie, to mogła sobie całą wyprawę darować. Ta kobieta jest tak irytującą, dziecinną i - nie boję się tego stwierdzić głośno - głupią babą, że tu trzeba cudu albo innej ingerencji Boskiej, żeby jej pomóc.

Miało być zabawnie? Wyszło żenująco. No dobra, przyznaję, parsknęłam śmiechem, gdy nasza ukochana bohaterka pomalowała sobie policzki bodajże szarym cieniem do powiek. To akurat było dla mnie zabawne, choć za diabła nie potrafię Wam wyjaśnić, dlaczego. Tak zwyczajnie mnie to rozbawiło. Poza tym jednym fragmentem jednak na mojej twarzy nie gościł nawet cień uśmiechu. Fielding chciała być zabawna i to widać. Tylko że przedobrzyła. Chciała stworzyć jakąś satyrę na współczesne kobiety w wieku 30+, które mają mniejszy lub większy problem z uporządkowaniem swojego życia. Miała być satyra, wyszło totalnie przejaskrawione, przesadzone coś, co trafi tylko do osób, które potrafią śmiać się totalnie ze wszystkiego i nigdy, ale to nigdy nie dziwią się głupotą ludzką. Ja tak nie potrafię. Lubię pożartować z tego, że ktoś zrobi coś, czego nie powinien ze względu na swój wiek, zawód, pozycję społeczną czy cokolwiek innego. Nie przeczę, lubię. Ale jednocześnie bardzo łatwo jest przekroczyć moją granicę wytrzymałości. Z potworną łatwością przechodzę płynnie od płaczu ze śmiechu do stanu, w którym lepiej, żeby taki wygłupiający się człowieczek do mnie nie podchodził, bo naprawdę potrafiłabym być niemiła. I bardzo, ale to bardzo chciałabym być niemiła dla Helen Fielding. 

Jak na ironię, autorka ta stworzyła idealną bohaterkę literacką. Bridget jest kobietą, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Nie można obok niej przejść obojętnie. Ja akurat z chęcią wlazłabym na karty tego jej dziennika, znalazła ją i nią potrząsnęła. Chociaż nie sądzę, żeby to coś dało. 

Dzisiaj już nie stwierdzę, że czytało się szybko i przyjemnie. Przeciwnie, najwyraźniej podświadomie liczyłam na to, że w dalszych częściach Jones trochę się, mówiąc kolokwialnie, ogarnie i zacznie robić ze swoim życiem coś mądrego. Nie dostałam tego, za to przyszło mi zmierzyć się z czymś, co było tak właściwie, poza kilkoma kwestiami, tym samym, co pierwsza część Dziennika..., a to już nie jest dobre. Musiałam się zmuszać do pokonywania kolejnych stron, mimo że styl nie był wcale wyszukany i spokojnie mogłabym całość pokonać w kilka godzin. Mam poczucie zmarnowanego czasu. Boję się pomyśleć, co będzie z ostatnim tomem, po który sięgnę już niebawem.

Ach, zapomniałabym - czy ktoś z Was jest w stanie mi wytłumaczyć, jak na podstawie książek tak słabych, że gorszych już być chyba nie może, czasami kręci się nieziemsko dobre ekranizacje? Bo filmowe wersje perypetii Bridget Jones to jedne z najlepszych komedii, jakie widziałam. 

A dzisiaj...
Wystawiam dwie gwiazdki, bo nie widzę nawet najmniejszego powodu, by dać ich więcej. Zawiodłam się bardzo. A szkoda, bo pomysł na fabułę był ogólnie niezły. Wykonanie w sumie może też, jeśli przyjąć, że to ja jestem sztywniarą. Nie wiem. W każdym razie - nie podobało mi się. Nie kupuję tego humoru i już.

2 komentarze:

  1. Czytałam daaaawno temu... w poprzednim wieku chyba nawet albo coś w pobliżu i też nie byłam zachwycona.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.