10.05.2015

Małgorzata Halber "Najgorszy człowiek na świecie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Halber
Tytuł: Najgorszy człowiek na świecie
Tytuł oryginału: Najgorszy człowiek na świecie
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 349

Wypowiadając wojnę nałogowi...

Krystyna od zawsze miała problem z kontaktami z innymi ludźmi. Nigdy nie wiedziała, jak i o czym z nimi rozmawiać. Żeby poczuć się odrobinę lepiej i pewniej w towarzystwie, musiała się napić. Więc piła. Piła przed szkołą, przed wykładem, przed pracą. Przed spotkaniem z chłopakiem i na imprezie. I czuła się dobrze. Ale do czasu. Lekarstwo, jakim był dla niej alkohol, wkrótce przestało działać. Tuż przed trzydziestką bohaterka podjęła decyzję: dość, koniec z tym nałogiem. Od tego czasu kobieta zaczęła starać się naprawić swoje życie...

O Najgorszym człowieku na świecie nagle zrobiło się wokół mnie głośno. Wszędzie widziałam, że się o tej książce pisało. Nawet kumpele mówiły mi: ty, to jest dobre. Musisz przeczytać!
Postanowiłam więc po raz kolejny złamać jedną ze swoich zasad. Olałam to, że na co dzień unikam książek, o których jest głośno, o których mówi się w samych superlatywach. Że, jeśli je już w ogóle czytam, to dopiero wtedy, kiedy szum ucichnie. Uciszyłam też ten cichy wredny głosik w mojej głowie, który mówił mi, że jak coś jest powszechnie chwalone, to znaczy, że jest do niczego, wiesz o tym doskonale!. Debiut Halberowej nagle stał się pozycją, którą przeczytać muszę jak najszybciej. O dziwo przy kasie w Empiku ani przez moment nie miałam wątpliwości, jakoś tak czułam, że to się okażą bardzo dobrze wydane pieniądze.

Niedługo później moje odczucia się sprawdziły. I to nie w stu, ale w miliardach procent. Przestudiowałam dokładnie opis na tylnej okładce, pomyślałam - rewelacja, przecież akurat poluję na książki o wszelkich problemach życiowych, nałogach i tym podobnych. A kiedy już przedmiot dzisiejszego wpisu otworzyłam, szybko rozdziawiłam gębę z zachwytu.

I nie chodzi mi o krój czcionki ani jej wielkość, chociaż to też przypadło mi do gustu. Ja się zakochałam w stylu tej - jakby nie patrzeć - zawoalowanej autobiografii. Tak, moi drodzy, według mnie tak właśnie Najgorszego człowieka... należy nazywać. Chociaż sama pani Halber zdecydowała się nazwać narratorkę swojej powieści Krystyną, wystarczy trochę sprytu. I dojście do internetu. Wtedy, gdy już trochę o autorce przeczytamy - polecam zwłaszcza wywiady - dostrzeżemy ogromne podobieństwa między nią a bohaterką, którą stworzyła. Problemy z kontaktami międzyludzkimi. Praca w telewizji. Choroba alkoholowa. Nawet kierunek studiów. To wszystko łączy te dwie kobiety.

Wracając do kwestii, którą rozpoczęłam - styl, język. Obłędny, moi drodzy. Łatwy, łopatologiczny wręcz. To nie jest żaden Mickiewicz czy inny Sienkiewicz. Halber zdecydowała się wykładać wszystko niczym kawę na ławę, nie stosować żadnych upiększeń. Krótkie, proste zdania pozbawione skomplikowanych wyrażeń. A jeśli już jakieś są, to wytłumaczone w przystępny sposób. 
Z tego, co zdążyłam poczytać w internecie, wiele osób za wadę postrzega fakt, że na kolejnych kartach pojawiają się liczne wulgaryzmy. I tak, ja się zgadzam, one są. W ilości bardzo dużej. Tylko pytam: co z tego? To jest forma pamiętnika (kolejny argument przeciwników - formy pamiętnikarskiej się nie wydaje. Zadaję pytanie: kto tego zabrania?). Jak się pisze takie cudo, to z własnej perspektywy. To po to, żeby, między innymi, wylać swoje żale, uporać się z niepowodzeniami, I niech każdy, kto pamiętnik prowadzi, pisze tak, jak potrafi. Bądźmy szczerzy: każdy ma jakiś sposób na odreagowywanie stresów czy innych negatywnych sytuacji, które go spotykają. Jedna osoba płacze. Druga krzyczy. Ktoś jeszcze inny przeklina. No i pytam, pytam i oczekuję odpowiedzi, co jest w tym złego? Może i to nie jest eleganckie, może i kogoś razi, ale tak to już jest, nie wszystko musi się podobać.
Możecie mówić, że jestem aż zbyt tolerancyjna, że na wiele rzeczy przymykam oko, ale właśnie dlatego, że to jest pamiętnik, nic a nic mnie te brzydkie słówka nie obchodzą. Niech są, przynajmniej dzięki nim widać emocje narratorki. Wszelkie inne niedoskonałości też jakoś mi umykają, nie są dla mnie ważne. Gdyby to był inny gatunek książki, czepiałabym się. Ale jak ktoś się decyduje napisać o swoim życiu w taki sposób, to niech to robi tak, jak uważa za słuszne. To nie jest powieść historyczna, żebyśmy się mieli czepiać, że coś jest nieścisłe. 

Krystyna. Boże, co to jest za kobieta. Ja ją uwielbiam. Nie mogłam powstrzymać żalu i litości, kiedy czytałam, co ją spotykało. Miałam ochotę wziąć ją w ramiona, przytulić i powiedzieć: dziewczyno, będzie dobrze. Siedzisz po uszy w bagnie, ale jesteś mądra i silna, wyjdziesz z tego. I serio miałam nadzieję, że to się wszystko dobrze skończy, że na ostatniej stronie przeczytam, że Krysia pić przestała ostatecznie, poznała fajnego pana, stworzyli cudowną parę i tak dalej, i tak dalej.

Celowo o tematyce samej w sobie wspominam tak późno, bo ci, którzy czytają mnie regularnie, doskonale wiedzą, co ja sądzę. A jeśli ktoś nie wie - dla autorki szacunek wielki za to, że postanowiła napisać o czymś, co nie jest wcale łatwe, a co się, niestety, zdarza. Podziw tym większy za to, że odważyła się powiedzieć głośno, że to są jej własne doświadczenia, że może nie widać, ale ona ma problem. Duży problem. Taki, który może nawracać i psuć wszystko.
To, że świetnie, że całość jest spisana w pierwszej osobie, też wiecie. I chyba, że bosko, że mieliśmy okazję przekonać się, jak myśli alkoholik, jak próbuje podjąć walkę z nałogiem.

Na koniec jeszcze jeden ważny plus - Małgorzata Halber swoją publikacją obala mit. Mit pijaka, który leży kompletnie schlany na ulicy, pachnąc moczem i wymiocinami, w których się wytarzał, upadając. Otóż nie, ludzie. Alkoholikiem może być każdy. To może być typowy kloszard spod budki z piwem, taki, o jakim pisałam przed chwilą. Ale zdarza się, że człowiek, który pije, jest porządny. Że na pierwszy rzut oka nikt nie widzi, że dzieje się coś niekoniecznie dobrego. Bo przecież ta osoba normalnie się uczy, chodzi do pracy, ma rodzinę nawet. A że wypije na imprezach, które się zdarzają co weekend? Przecież to nic złego. Każdy tak robi. I wiecie, co Wam Halber powie na te Wasze durne przekonania? Że nie, nie każdy tak robi, jedynie wiele osób, nie można kategoryzować. I owszem, picie alkoholu nie jest niczym złym, ale do czasu. W pewnym momencie, jeśli nie jesteśmy uważni, trunki mogą się stać czymś bardzo dla nas niebezpiecznym. Nawet, jeśli początkowo pijemy rzadko i w stosunkowo małej ilości. Zwyczajnie możemy sięgać po więcej i więcej. Przy coraz różniejszych okazjach, bo powód, nie ukrywajmy, zawsze się znajdzie. I tak aż do chwili, kiedy alkohol rządzi naszym życiem. A wtedy jest już bardzo, bardzo źle.

Inaczej być nie może...
Stawiam najwyższą notę, bo nie mogę znaleźć żadnej wady na tyle poważnej, żeby zabrać nawet jedną gwiazdkę. Ja się zwyczajnie zachwyciłam. Długo będzie mi ta książka siedzieć w głowie. Pewnie do niej jeszcze kiedyś wrócę. A tymczasem - niedługo wybieram się na spotkanie z autorką.

6 komentarzy:

  1. Jestem teraz mniej więcej w połowie i mnie też ona zachwyciła!
    magdalenawkrainieczarow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie wiedzieć, że tych zachwyconych tą książką jest więcej ;)

      Usuń
  2. Nałóg alkoholowy jest okropny.Mam kilku znajomych, którzy są już alkoholikami. Książka kusząca, ale ja się raczej nie zdecyduje.
    Zapraszam do siebie.
    http://niebo-pieko-ziemia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak będę miała chwilę wolną, to wejdę na Twoją stronę ;)

      Usuń
  3. Jestem pod wrażeniem Twojego przepełnionego emocjami tekstu :) I muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś, bo ja zamieszania wokół tego tytułu nie doświadczyłam - trochę kojarzę okładkę, ale nic poza tym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty przepełnienia emocjami w moim wykonaniu nie widziałaś :D Ale dzięki za miłe słowa!

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.