31.05.2015

Katarzyna Kołczewska "Kto jak nie ja?"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: Kto jak nie ja?
Tytuł oryginału: Kto jak nie ja?
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34 zł
Liczba stron: 480

Kiedy los decyduje za nas...

Anna jest lekarzem z długoletnim stażem. Nie ma męża ani dzieci - tych drugich nigdy nie lubiła. Ze względu na to, że nie potrafi sobie poradzić z demonami przeszłości, przebywa na zwolnieniu zdrowotnym. Niestety, urlop jej nie służy - kobieta, zamiast próbować walczyć z problemami, coraz bardziej pogrąża się w alkoholizmie i uzależnieniu od leków, a co najgorsze - wydaje się, że taki stan rzeczy jej odpowiada. Wszystko zmienia się na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. To wtedy siostrzenica Anny i jej mąż giną w wypadku samochodowym, osieracając trzyletnią córeczkę. Okazuje się, że główna bohaterka to jedyna osoba, która może zająć się dziewczynką. Pytanie tylko, czy alkoholiczka i lekomanka zdobędzie się na odwagę, by wreszcie wziąć się w garść, a tym bardziej, czy poradzi sobie w nowej roli...

Kiedy tylko odłożyłam na półkę Idealne życie, postanowiłam, że będę uważnie rozglądała się za innymi pozycjami, na okładkach których widnieje nazwisko Katarzyny Kołczewskiej. Już po tej jednej książce, mimo jej słabego początku, wpadło mi do głowy określenie tej autorki mianem naszej rodzimej Jodi Picoult. Jeśli nie znacie tej drugiej, wyjaśniam: jak przyrównuję innego pisarza do niej, to znaczy, że jest cholernie dobry w pisaniu o rzeczach trudnych.

I wreszcie nadarzyła się okazja, by coś autorstwa Kołczewskiej znów przeczytać. Wystarczyło zrobić sobie przerwę w niemal ciągłym czytaniu horrorów i kryminałów, a w zamian sięgnąć po coś życiowego. Choć przyznam, że zanim przypomniałam sobie o tej kobiecie, trochę czasu minęło, pobłądzić też musiałam. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy natknęłam się na Lubimy czytać na przedmiot dzisiejszego wpisu. Od razu się nim zainteresowałam. Niedługo później - kupiłam, nie mając żadnych wątpliwości, że to będą bardzo dobrze zainwestowane pieniądze. Kiedy już dostałam przesyłkę, nie potrafiłam długo się opierać. Wzięłam tom i otworzyłam. Zaczęłam czytać.

Od pierwszych stron płonęłam. Dosłownie - dostałam wypieków na twarzy, po trosze z ciekawości, z czym to mi się przyszło zmierzyć, po trosze również dlatego, że już początkowe zdania dobrze wróżyły.

Ale choć wielkie zainteresowanie pojawiło się właściwie nagle znikąd i mnie nie opuściło, wcale nie było tak kolorowo. Pierwsze 150 stron pokonałam z wielkim trudem. Nie jest to jednak wina stylu, którym posługuje się Kołczewska - bo ten dostosowany jest do przeciętnego czytelnika. Nie natkniemy się tutaj na kwiecisty język, trudne, bo długie zdania. Wręcz przeciwnie - wszystko podane jest niczym kawa na ławę. Problem jest z tematyką książki.

Problematyka - uzależnienia, a przede wszystkim malutkie bezbronne dziecko, które nikomu nie zawiniło, a zostało samo na świecie, to, zgodzicie się chyba ze mną, nic przyjemnego ani łatwego. Tak jak ludziom, których spotykają naprawdę takie tragedie, jest bardzo ciężko znieść swoją sytuację, tak nam, czytelnikom, przysporzy kłopotu czytanie o tym. Zwłaszcza co wrażliwsze osoby staną przed wielkim wyzwaniem. Jeśli chodzi o mnie - na co dzień za empatyczną się w ogóle nie uważam, jednak tutaj coś we mnie pękło. Pękło i poraniło w środku tak mocno, że pochłonąć byłam w stanie tylko kilka-kilkanaście kartek na dzień. Mimo że do tej powieści ciągnęło mnie od samego spojrzenia na okładkę, przyznam szczerze, że trochę się jej bałam. Miałam świadomość, że nawet najtwardszego zawodnika da się w końcu złamać. Bo nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko takie, które wymagają więcej czasu. Tak było ze mną.

Wkrótce jednak, kiedy powoli minął pierwszy szok i przyzwyczaiłam się do smutku bijącego z tej historii, rozbujałam się. Spokojnym, żółwim wręcz tempem przebrnęłam przez te 150 stron, a potem się rozpędziłam jak Struś Pędziwiatr. To był błąd. Ogromny. Dopiero wtedy mocno mną tąpnęło. Poważnie, dam Wam dobrą radę: jeśli się zdecydujecie na tę lekturę, dozujcie sobie ją w jak najmniejszych dawkach. Poświęćcie na ten tom nawet i miesiąc, ale nie róbcie sobie tej krzywdy i nie rzucajcie się na niego, byle jak najszybciej skończyć i odhaczyć na liście przeczytanych. Ładunek emocjonalny całości jest zbyt duży i zwyczajnie możecie go nie udźwignąć. Wiem, co mówię, bo sama 3/4 połknęłam w kilka godzin i potem przez długi czas nie mogłam dojść do siebie.

No bo jak tu ze spokojem patrzeć na dziewczynkę, która nie dość, że straciła rodziców na kilka dni przed świętami, to jeszcze potem przeżyje kolejne dramaty, bo okaże się, że otaczający ją dorośli ludzie nie do końca wiedzą, co z nią począć? W końcu Anna nigdy nie chciała mieć dzieci. A w chwili, kiedy Ola trafiła pod jej opiekę, była już po pięćdziesiątce. Oprócz problemów z alkoholem i lekami kompletnie nie wiedziała, jak zajmować się trzylatką. Nie miała wiedzy o odpowiedniej diecie dla takiego malucha. Nie umiała się z nią bawić. Nie umiała dać odpowiedniego wsparcia. Tak naprawdę chwilami miałam wrażenie, że prawdziwy dzieciak trafił pod skrzydła kolejnego, mentalnego dzieciaka. Najgorsze w tym wszystkim było obserwowanie, jak dziadkowie reagują na te wydarzenia. A właściwie - jak nie reagują. Ktoś powie: ale przecież oni stracili córkę, jest im ciężko. Odpowiem: tak, stracili córkę.  Tylko że świat kręci się nadal. Gosia nie żyje, a wraz z nią jej mąż, ale z wypadku ocalała ich wnuczka, którą powinni otoczyć troskliwą opieką najszybciej, jak to tylko możliwe. Ja nie umiem zrozumieć, dlaczego postąpili tak, a nie inaczej. Dla mnie nie ma usprawiedliwienia na zachowania tego typu. 

Bohaterowie są rewelacyjni! Żadne tam płaskie, papierowe postaci. To są kreacje z duszą. Mamy Annę, przygniecioną własnymi problemami i kompletnie niegotową na to, co jeszcze zgotował dla niej los. Dziadkowe Oli - cierpiący po stracie dziecka rodzice, którzy nie potrafią wziąć się w garść. I wreszcie Oleńka - najmłodsza z tego grona i najbardziej zraniona. Z jednej strony autentycznie cieszyłam się, że nie jest w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło. Z drugiej - rozumiem, że to dla jej opiekunów problem. Nigdy w takiej sytuacji nie byłam, ale wyobrażam sobie, że zajmowanie się sierotą, która ciągle wypytuje o mamę i tatę, to wcale nie jest kaszka z mlekiem. W każdym razie - postaci zostały skonstruowane tak, że nie miałam ani przez chwilę takiego wrażenia, że są fikcyjne. Przecież właściwie nie są - takich ludzi na świecie jest pełno. Bo i dramatów podobnych do tego opisanego w Kto jak nie ja? nam nie brakuje. I to kolejny atut powieści - jej realizm.


Co mi się jeszcze podobało? To, że autorka, świadomie lub nie, zadaje nam pewnego rodzaju pracę domową: przemyślenia. Nie wiem, jak inni, ale ja długo myślałam, co zrobiłabym, gdyby spotkało mnie coś takiego. Zastanawiałam się, czy byłabym w stanie zająć się dzieckiem, które nagle zostało samo na świecie. Czy byłabym dobrą opiekunką. Nawet próbowałam wejść w skórę tej dziewczynki - chciałam się dowiedzieć, jak ona widzi to wszystko i jak rozumie to na swój dziecinny sposób,

Żadne słowa nie oddadzą tego, co naprawdę sądzę, więc...
Po prostu wystawię pięć gwiazdek. Kołczewska mnie oczarowała, zmasakrowała mi mózg i przeczołgała tak, że była chwila, że naprawdę miałam dość i żałowałam, że zaczęłam czytać, ale to było chwilowe. Teraz naprawdę się cieszę, że Kto jak nie ja? trafiła w moje ręce. Ach, i jeszcze małe odniesienie do początku wpisu: Jodi Picoult ma OGROMNĄ rywalkę. Obie panie tworzą na bardzo zbliżonym poziomie. Przyznam szczerze, że teraz jest 1:0 dla naszej rodaczki. Przepraszam, Jodi, długo zajmowałaś pierwsze miejsce w moim sercu, ale teraz stał się jakiś przełom. Nie przejmuj się, nadal cię bardzo lubię, po prostu przeżywam fascynację kimś innym, a to może się zdarzyć każdemu.

4 komentarze:

  1. Zaciekawiła mnie ta pozycja tej książki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam przeczytać, warto naprawdę ;)

      Usuń
  2. Uwielbiam życiowe historie, pełne emocji i realnych bohaterów- poszukam tego tytułu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziel się wrażeniami po lekturze ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.