31.05.2015

Katarzyna Kołczewska "Kto jak nie ja?"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Katarzyna Kołczewska
Tytuł: Kto jak nie ja?
Tytuł oryginału: Kto jak nie ja?
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34 zł
Liczba stron: 480

Kiedy los decyduje za nas...

Anna jest lekarzem z długoletnim stażem. Nie ma męża ani dzieci - tych drugich nigdy nie lubiła. Ze względu na to, że nie potrafi sobie poradzić z demonami przeszłości, przebywa na zwolnieniu zdrowotnym. Niestety, urlop jej nie służy - kobieta, zamiast próbować walczyć z problemami, coraz bardziej pogrąża się w alkoholizmie i uzależnieniu od leków, a co najgorsze - wydaje się, że taki stan rzeczy jej odpowiada. Wszystko zmienia się na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. To wtedy siostrzenica Anny i jej mąż giną w wypadku samochodowym, osieracając trzyletnią córeczkę. Okazuje się, że główna bohaterka to jedyna osoba, która może zająć się dziewczynką. Pytanie tylko, czy alkoholiczka i lekomanka zdobędzie się na odwagę, by wreszcie wziąć się w garść, a tym bardziej, czy poradzi sobie w nowej roli...

Kiedy tylko odłożyłam na półkę Idealne życie, postanowiłam, że będę uważnie rozglądała się za innymi pozycjami, na okładkach których widnieje nazwisko Katarzyny Kołczewskiej. Już po tej jednej książce, mimo jej słabego początku, wpadło mi do głowy określenie tej autorki mianem naszej rodzimej Jodi Picoult. Jeśli nie znacie tej drugiej, wyjaśniam: jak przyrównuję innego pisarza do niej, to znaczy, że jest cholernie dobry w pisaniu o rzeczach trudnych.

I wreszcie nadarzyła się okazja, by coś autorstwa Kołczewskiej znów przeczytać. Wystarczyło zrobić sobie przerwę w niemal ciągłym czytaniu horrorów i kryminałów, a w zamian sięgnąć po coś życiowego. Choć przyznam, że zanim przypomniałam sobie o tej kobiecie, trochę czasu minęło, pobłądzić też musiałam. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy natknęłam się na Lubimy czytać na przedmiot dzisiejszego wpisu. Od razu się nim zainteresowałam. Niedługo później - kupiłam, nie mając żadnych wątpliwości, że to będą bardzo dobrze zainwestowane pieniądze. Kiedy już dostałam przesyłkę, nie potrafiłam długo się opierać. Wzięłam tom i otworzyłam. Zaczęłam czytać.

Od pierwszych stron płonęłam. Dosłownie - dostałam wypieków na twarzy, po trosze z ciekawości, z czym to mi się przyszło zmierzyć, po trosze również dlatego, że już początkowe zdania dobrze wróżyły.

Ale choć wielkie zainteresowanie pojawiło się właściwie nagle znikąd i mnie nie opuściło, wcale nie było tak kolorowo. Pierwsze 150 stron pokonałam z wielkim trudem. Nie jest to jednak wina stylu, którym posługuje się Kołczewska - bo ten dostosowany jest do przeciętnego czytelnika. Nie natkniemy się tutaj na kwiecisty język, trudne, bo długie zdania. Wręcz przeciwnie - wszystko podane jest niczym kawa na ławę. Problem jest z tematyką książki.

Problematyka - uzależnienia, a przede wszystkim malutkie bezbronne dziecko, które nikomu nie zawiniło, a zostało samo na świecie, to, zgodzicie się chyba ze mną, nic przyjemnego ani łatwego. Tak jak ludziom, których spotykają naprawdę takie tragedie, jest bardzo ciężko znieść swoją sytuację, tak nam, czytelnikom, przysporzy kłopotu czytanie o tym. Zwłaszcza co wrażliwsze osoby staną przed wielkim wyzwaniem. Jeśli chodzi o mnie - na co dzień za empatyczną się w ogóle nie uważam, jednak tutaj coś we mnie pękło. Pękło i poraniło w środku tak mocno, że pochłonąć byłam w stanie tylko kilka-kilkanaście kartek na dzień. Mimo że do tej powieści ciągnęło mnie od samego spojrzenia na okładkę, przyznam szczerze, że trochę się jej bałam. Miałam świadomość, że nawet najtwardszego zawodnika da się w końcu złamać. Bo nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko takie, które wymagają więcej czasu. Tak było ze mną.

Wkrótce jednak, kiedy powoli minął pierwszy szok i przyzwyczaiłam się do smutku bijącego z tej historii, rozbujałam się. Spokojnym, żółwim wręcz tempem przebrnęłam przez te 150 stron, a potem się rozpędziłam jak Struś Pędziwiatr. To był błąd. Ogromny. Dopiero wtedy mocno mną tąpnęło. Poważnie, dam Wam dobrą radę: jeśli się zdecydujecie na tę lekturę, dozujcie sobie ją w jak najmniejszych dawkach. Poświęćcie na ten tom nawet i miesiąc, ale nie róbcie sobie tej krzywdy i nie rzucajcie się na niego, byle jak najszybciej skończyć i odhaczyć na liście przeczytanych. Ładunek emocjonalny całości jest zbyt duży i zwyczajnie możecie go nie udźwignąć. Wiem, co mówię, bo sama 3/4 połknęłam w kilka godzin i potem przez długi czas nie mogłam dojść do siebie.

No bo jak tu ze spokojem patrzeć na dziewczynkę, która nie dość, że straciła rodziców na kilka dni przed świętami, to jeszcze potem przeżyje kolejne dramaty, bo okaże się, że otaczający ją dorośli ludzie nie do końca wiedzą, co z nią począć? W końcu Anna nigdy nie chciała mieć dzieci. A w chwili, kiedy Ola trafiła pod jej opiekę, była już po pięćdziesiątce. Oprócz problemów z alkoholem i lekami kompletnie nie wiedziała, jak zajmować się trzylatką. Nie miała wiedzy o odpowiedniej diecie dla takiego malucha. Nie umiała się z nią bawić. Nie umiała dać odpowiedniego wsparcia. Tak naprawdę chwilami miałam wrażenie, że prawdziwy dzieciak trafił pod skrzydła kolejnego, mentalnego dzieciaka. Najgorsze w tym wszystkim było obserwowanie, jak dziadkowie reagują na te wydarzenia. A właściwie - jak nie reagują. Ktoś powie: ale przecież oni stracili córkę, jest im ciężko. Odpowiem: tak, stracili córkę.  Tylko że świat kręci się nadal. Gosia nie żyje, a wraz z nią jej mąż, ale z wypadku ocalała ich wnuczka, którą powinni otoczyć troskliwą opieką najszybciej, jak to tylko możliwe. Ja nie umiem zrozumieć, dlaczego postąpili tak, a nie inaczej. Dla mnie nie ma usprawiedliwienia na zachowania tego typu. 

Bohaterowie są rewelacyjni! Żadne tam płaskie, papierowe postaci. To są kreacje z duszą. Mamy Annę, przygniecioną własnymi problemami i kompletnie niegotową na to, co jeszcze zgotował dla niej los. Dziadkowe Oli - cierpiący po stracie dziecka rodzice, którzy nie potrafią wziąć się w garść. I wreszcie Oleńka - najmłodsza z tego grona i najbardziej zraniona. Z jednej strony autentycznie cieszyłam się, że nie jest w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło. Z drugiej - rozumiem, że to dla jej opiekunów problem. Nigdy w takiej sytuacji nie byłam, ale wyobrażam sobie, że zajmowanie się sierotą, która ciągle wypytuje o mamę i tatę, to wcale nie jest kaszka z mlekiem. W każdym razie - postaci zostały skonstruowane tak, że nie miałam ani przez chwilę takiego wrażenia, że są fikcyjne. Przecież właściwie nie są - takich ludzi na świecie jest pełno. Bo i dramatów podobnych do tego opisanego w Kto jak nie ja? nam nie brakuje. I to kolejny atut powieści - jej realizm.


Co mi się jeszcze podobało? To, że autorka, świadomie lub nie, zadaje nam pewnego rodzaju pracę domową: przemyślenia. Nie wiem, jak inni, ale ja długo myślałam, co zrobiłabym, gdyby spotkało mnie coś takiego. Zastanawiałam się, czy byłabym w stanie zająć się dzieckiem, które nagle zostało samo na świecie. Czy byłabym dobrą opiekunką. Nawet próbowałam wejść w skórę tej dziewczynki - chciałam się dowiedzieć, jak ona widzi to wszystko i jak rozumie to na swój dziecinny sposób,

Żadne słowa nie oddadzą tego, co naprawdę sądzę, więc...
Po prostu wystawię pięć gwiazdek. Kołczewska mnie oczarowała, zmasakrowała mi mózg i przeczołgała tak, że była chwila, że naprawdę miałam dość i żałowałam, że zaczęłam czytać, ale to było chwilowe. Teraz naprawdę się cieszę, że Kto jak nie ja? trafiła w moje ręce. Ach, i jeszcze małe odniesienie do początku wpisu: Jodi Picoult ma OGROMNĄ rywalkę. Obie panie tworzą na bardzo zbliżonym poziomie. Przyznam szczerze, że teraz jest 1:0 dla naszej rodaczki. Przepraszam, Jodi, długo zajmowałaś pierwsze miejsce w moim sercu, ale teraz stał się jakiś przełom. Nie przejmuj się, nadal cię bardzo lubię, po prostu przeżywam fascynację kimś innym, a to może się zdarzyć każdemu.

24.05.2015

Jana Frey "Bez odwrotu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jana Frey
Tytuł: Bez odwrotu
Tytuł oryginału: Ruckwarts ist kein Weg: Schwanger mit 14
Wydawnictwo: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Tłumaczenie: Ewa Knichnicka
Cena: brak informacji
Liczba stron: 133

Kiedy zbyt szybko musimy dorosnąć...

Niespełna piętnastoletnią, wychowywaną od zawsze jedynie przez matkę Lilli poznajemy w momencie, kiedy ta przeżywa swoją pierwszą miłość. Bardzo zależy jej na Dawidzie, swoim chłopaku, i wygląda na to, że on w stosunku do niej czuje to samo. Niestety, romantyczne uczucie doprowadza do wydarzenia, po którym nic nie będzie już takie samo. Nastolatka zachodzi w ciążę. Nie jest przygotowana na bycie matką - przecież sama jest jeszcze właściwie dzieckiem. Ale co się stało, to się nie odstanie. Młodzi muszą wypić piwo, które sami nawarzyli...

Kilka tygodni temu postanowiłam zrobić wielkie porządki na półce Chcę przeczytać na Lubimy czytać. Wszystkie książki, o których wiedziałam, że już po nie nie sięgnę, bo przeszła mi ochota, usunęłam, za to dodałam nowe. Obiecałam też sobie, że odtąd nie będę sięgała po żadne pozycje spoza tej listy, którą mam już utworzoną - najpierw przeczytam to, co planowałam już od dawna, a dopiero potem ewentualnie pozwolę sobie na odrobinę spontaniczności w doborze lektur. Inaczej nigdy w życiu nie wygrzebię się z czytelniczych zaległości, a do tego bardzo nie chcę dopuścić.

Bez odwrotu jest powieścią, co do której się wahałam. Zostawić ją czy usunąć? Warto poświęcić jej czas czy może lepiej znaleźć coś wartościowszego? W końcu stwierdziłam: zaryzykuję. Pewnie dlatego, że książki z Ossolineum były pewnego rodzaju hitem, kiedy uczęszczałam do gimnazjum, a nawet może jeszcze trochę wcześniej. Po prostu zadziałał sentyment. W każdym razie, przedmiot dzisiejszego wpisu miejsca na półce nie oddał. Niedługo potem znalazłam go w bibliotece i wypożyczyłam, chcąc jak najszybciej się przekonać, czy podjęłam dobrą decyzję, dając mu szansę.

Cóż mogę powiedzieć? Zmarnowałam 2 dni na tytuł, który jest mdły jak nieposolone ziemniaki. Żałuję cholernie, bo w tym czasie mogłam zagłębić się w coś dużo lepszego, co nie pozostawi po sobie uczucia zażenowania.

Bo wiecie, jakbym nadal miała te czternaście, piętnaście lat, to pewnie byłabym zachwycona. W tym wieku opowieści o dziewczynach, które za szybko wkroczyły w dorosłość, decydując się na pójście z chłopakiem do łóżka albo robiąc coś równie głupiego, bardzo mnie korciły. Do dziś pamiętam to uczucie zaciekawienia po usłyszeniu podobnej historii. Intrygowało mnie, co kieruje takimi dziewuchami. A potem zastanawiałam się, jak radzą sobie z tym, co narobiły, Czy ponoszą konsekwencje swoich czynów? Czy są dobrymi matkami? Czy mogą liczyć na pomoc rodziców i ojca dziecka? Takie tam typowe bzdury. Posunęłam się nawet do tego, że im współczułam. No ale miałam tylko czternaście, piętnaście lat.

Teraz lat mam prawie dwadzieścia jeden i choć nadal przejawiam zainteresowanie takimi sprawami, wciąż zdarza mi się myśleć nad tym, jak takie dziecko poradzi sobie w sytuacji, kiedy musi szybko dorosnąć, Bez odwrotu Jany Frey to książka, która wywoływała u mnie tylko i wyłącznie uczucie irytacji.

Skąd ta irytacja? Z naiwności i łatwości fabuły, z jej przewidywalności. Cóż za utarty schemat: ona w okresie dorastania, on też, zapewne buzują im hormony, więc idą ze sobą do łóżka. Oczywiście, nie do końca wiedzą, czym to się może skończyć, o ile w ogóle mają taką świadomość. I jak na złość okazuje się, że tak, najgorszy z możliwych scenariuszy wkrótce się spełni. Dzieci będą miały dziecko. Człowieczka, którego trzeba urodzić, utrzymać i wychować. Wydawać by się mogło, że to tylko trzy rzeczy. Nic specjalnego. Ale to są czynności z gatunku tych, o których nasi bohaterowie nie mają zielonego pojęcia.

I naprawdę, na początku to jeszcze miałam nadzieję, że aż tak banalna ta opowiastka nie będzie. Spodziewałam się czegoś, choćby najmniejszego elementu, który mnie zaskoczy. A tu nic. Wszystko tak, jak mogłam się tego spodziewać.

Szybko zrozumiałam, że tu nie będzie niczego wow. Że Lilli, jak głupia była, tak za bardzo przez rosnący brzuch nie zmądrzeje. Że chłopak, mimo że kapkę starszy, też się nagle odpowiedzialną głową rodziny nie stanie. Że tak właściwie po przyjściu na świat to dziecko może mieć tylko przerąbane. W pewnym momencie zaczęłam tylko zakładać się sama ze sobą, jak bardzo głupota rodziców na tym maleństwie się odbije. Odbić się musiała, złudzeń nie miałam.

Tutaj dochodzimy do najbardziej znaczącego plusa całości. Bezmyślność Lilli i jej chłopaka. Denerwowało mnie to, czułam ogromną złość. Chciałam wejść na karty powieści i dać im po solidnym razie w twarz na otrzeźwienie. Albo zabrać dzieciaka. Bo nie mogłam patrzeć na to, co ta dwójka robi. A jak wiecie doskonale, cenię sobie ogromnie, kiedy autor tworzy takie postaci, obok których nie umiem przejść obojętnie. Brawo, Frey, wyszło doskonale. 

Idźmy dalej - dobre jest też to, że publikacja przedstawia wydarzenia, które się naprawdę mogą wydarzyć. Które się wydarzają każdego dnia. Tu nie ma żadnego koloryzowania, upiększania na siłę. 

O dziwo tym razem narracja pierwszoosobowa i przystępny język nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Może dlatego, że przyszło mi się zmierzyć z wypocinami niedojrzałej, zwyczajnie tępej dziewuchy, która na własne życzenie znalazła się w samym środku problemów, z którymi nie potrafiła sobie poradzić. Żeby jeszcze próbowała jakoś się pogodzić z losem, pochylić głowę i przyznać, że narozrabiała, ale jest gotowa zmierzyć się ze skutkami swojego postępowania. Ale nie, ja miałam wrażenie, że Lilli ma pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie. Od wszystkich wymagała pomocy i współczucia, od siebie nie dając absolutnie nic.

Chyba nic już nie da się tutaj dodać...
Dziś zdecydowałam się nie doceniać absolutnie niczego i wystawić najniższą notę. Realizm zdarzeń, wywołujący emocje bohaterowie i prostota stylu autora powoli stają się dla mnie czynnikami mało ważnymi. Potrzebuję czegoś więcej, historii, która zmasakruje mi psychikę,zmusi do przemyśleń, być może odmieni mój pogląd na jakąś sprawę. A tu dostałam tylko coś, co właściwie każdy z nas może zaobserwować na co dzień i co chyba nikogo już nie dziwi. Dosyć, moje wymagania zaczynają rosnąć!

23.05.2015

A może by tak nad morze? W lipcu. Z książką. I blogerami

Zdjęcie z bloga Co warto czytać?

Kochani!

Na wstępie chciałabym przeprosić za długą przerwę w pisaniu, ale zbliżający się koniec roku akademickiego, a co za tym idzie - sesja i zaliczenia przed nią nie dają o sobie zapomnieć. Dzisiaj w planach miałam opinię o książce. Ale ona będzie jutro, bo dziś wypadła bardzo ważna sprawa, o której chcę Was poinformować.

Czy pamiętacie mój wpis o spotkaniu blogowo-książkowym z lipca zeszłego roku? Otóż, moi drodzy, szykuje się kolejna, trzecia już edycja tego wydarzenia. Do tej pory uczestniczyłam w tej inicjatywie tylko raz, ale wydaje mi się, że z roku na rok organizatorki tego spędu działają z coraz większym rozmachem, co przekłada się na liczbę uczestników.

Trzecie spotkanie z cyklu A może nad morze? Z książką odbędzie się 11 lipca 2015 roku w Sopocie. Start o godzinie 14.00. Co będziemy robić? Przede wszystkim chyba gadać. Nie tylko o literaturze. Wymieniać się książkami. Integrować się, biorąc udział w książkowym quizie. Zbierać książki dla najmłodszych z Bursztynowej Przystani - pierwszego hospicjum dla dzieci w Gdyni. I robić wiele, wiele innych rzeczy. Pokrótce - spędzimy razem kilka godzin i będziemy się świetnie bawić.

Ponieważ liczba miejsc jest ograniczona, trzeba się spieszyć. Do 20 czerwca można wysyłać zgłoszenia i wyrażać chęć wzięcia udziału w wydarzeniu.

Gorąco zachęcam Was do zapoznania się ze szczegółami imprezy - możecie trochę o niej poczytać chociażby tutaj

To co, do zobaczenia w lipcu w Sopocie? :)

10.05.2015

Małgorzata Halber "Najgorszy człowiek na świecie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Halber
Tytuł: Najgorszy człowiek na świecie
Tytuł oryginału: Najgorszy człowiek na świecie
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 349

Wypowiadając wojnę nałogowi...

Krystyna od zawsze miała problem z kontaktami z innymi ludźmi. Nigdy nie wiedziała, jak i o czym z nimi rozmawiać. Żeby poczuć się odrobinę lepiej i pewniej w towarzystwie, musiała się napić. Więc piła. Piła przed szkołą, przed wykładem, przed pracą. Przed spotkaniem z chłopakiem i na imprezie. I czuła się dobrze. Ale do czasu. Lekarstwo, jakim był dla niej alkohol, wkrótce przestało działać. Tuż przed trzydziestką bohaterka podjęła decyzję: dość, koniec z tym nałogiem. Od tego czasu kobieta zaczęła starać się naprawić swoje życie...

O Najgorszym człowieku na świecie nagle zrobiło się wokół mnie głośno. Wszędzie widziałam, że się o tej książce pisało. Nawet kumpele mówiły mi: ty, to jest dobre. Musisz przeczytać!
Postanowiłam więc po raz kolejny złamać jedną ze swoich zasad. Olałam to, że na co dzień unikam książek, o których jest głośno, o których mówi się w samych superlatywach. Że, jeśli je już w ogóle czytam, to dopiero wtedy, kiedy szum ucichnie. Uciszyłam też ten cichy wredny głosik w mojej głowie, który mówił mi, że jak coś jest powszechnie chwalone, to znaczy, że jest do niczego, wiesz o tym doskonale!. Debiut Halberowej nagle stał się pozycją, którą przeczytać muszę jak najszybciej. O dziwo przy kasie w Empiku ani przez moment nie miałam wątpliwości, jakoś tak czułam, że to się okażą bardzo dobrze wydane pieniądze.

Niedługo później moje odczucia się sprawdziły. I to nie w stu, ale w miliardach procent. Przestudiowałam dokładnie opis na tylnej okładce, pomyślałam - rewelacja, przecież akurat poluję na książki o wszelkich problemach życiowych, nałogach i tym podobnych. A kiedy już przedmiot dzisiejszego wpisu otworzyłam, szybko rozdziawiłam gębę z zachwytu.

I nie chodzi mi o krój czcionki ani jej wielkość, chociaż to też przypadło mi do gustu. Ja się zakochałam w stylu tej - jakby nie patrzeć - zawoalowanej autobiografii. Tak, moi drodzy, według mnie tak właśnie Najgorszego człowieka... należy nazywać. Chociaż sama pani Halber zdecydowała się nazwać narratorkę swojej powieści Krystyną, wystarczy trochę sprytu. I dojście do internetu. Wtedy, gdy już trochę o autorce przeczytamy - polecam zwłaszcza wywiady - dostrzeżemy ogromne podobieństwa między nią a bohaterką, którą stworzyła. Problemy z kontaktami międzyludzkimi. Praca w telewizji. Choroba alkoholowa. Nawet kierunek studiów. To wszystko łączy te dwie kobiety.

Wracając do kwestii, którą rozpoczęłam - styl, język. Obłędny, moi drodzy. Łatwy, łopatologiczny wręcz. To nie jest żaden Mickiewicz czy inny Sienkiewicz. Halber zdecydowała się wykładać wszystko niczym kawę na ławę, nie stosować żadnych upiększeń. Krótkie, proste zdania pozbawione skomplikowanych wyrażeń. A jeśli już jakieś są, to wytłumaczone w przystępny sposób. 
Z tego, co zdążyłam poczytać w internecie, wiele osób za wadę postrzega fakt, że na kolejnych kartach pojawiają się liczne wulgaryzmy. I tak, ja się zgadzam, one są. W ilości bardzo dużej. Tylko pytam: co z tego? To jest forma pamiętnika (kolejny argument przeciwników - formy pamiętnikarskiej się nie wydaje. Zadaję pytanie: kto tego zabrania?). Jak się pisze takie cudo, to z własnej perspektywy. To po to, żeby, między innymi, wylać swoje żale, uporać się z niepowodzeniami, I niech każdy, kto pamiętnik prowadzi, pisze tak, jak potrafi. Bądźmy szczerzy: każdy ma jakiś sposób na odreagowywanie stresów czy innych negatywnych sytuacji, które go spotykają. Jedna osoba płacze. Druga krzyczy. Ktoś jeszcze inny przeklina. No i pytam, pytam i oczekuję odpowiedzi, co jest w tym złego? Może i to nie jest eleganckie, może i kogoś razi, ale tak to już jest, nie wszystko musi się podobać.
Możecie mówić, że jestem aż zbyt tolerancyjna, że na wiele rzeczy przymykam oko, ale właśnie dlatego, że to jest pamiętnik, nic a nic mnie te brzydkie słówka nie obchodzą. Niech są, przynajmniej dzięki nim widać emocje narratorki. Wszelkie inne niedoskonałości też jakoś mi umykają, nie są dla mnie ważne. Gdyby to był inny gatunek książki, czepiałabym się. Ale jak ktoś się decyduje napisać o swoim życiu w taki sposób, to niech to robi tak, jak uważa za słuszne. To nie jest powieść historyczna, żebyśmy się mieli czepiać, że coś jest nieścisłe. 

Krystyna. Boże, co to jest za kobieta. Ja ją uwielbiam. Nie mogłam powstrzymać żalu i litości, kiedy czytałam, co ją spotykało. Miałam ochotę wziąć ją w ramiona, przytulić i powiedzieć: dziewczyno, będzie dobrze. Siedzisz po uszy w bagnie, ale jesteś mądra i silna, wyjdziesz z tego. I serio miałam nadzieję, że to się wszystko dobrze skończy, że na ostatniej stronie przeczytam, że Krysia pić przestała ostatecznie, poznała fajnego pana, stworzyli cudowną parę i tak dalej, i tak dalej.

Celowo o tematyce samej w sobie wspominam tak późno, bo ci, którzy czytają mnie regularnie, doskonale wiedzą, co ja sądzę. A jeśli ktoś nie wie - dla autorki szacunek wielki za to, że postanowiła napisać o czymś, co nie jest wcale łatwe, a co się, niestety, zdarza. Podziw tym większy za to, że odważyła się powiedzieć głośno, że to są jej własne doświadczenia, że może nie widać, ale ona ma problem. Duży problem. Taki, który może nawracać i psuć wszystko.
To, że świetnie, że całość jest spisana w pierwszej osobie, też wiecie. I chyba, że bosko, że mieliśmy okazję przekonać się, jak myśli alkoholik, jak próbuje podjąć walkę z nałogiem.

Na koniec jeszcze jeden ważny plus - Małgorzata Halber swoją publikacją obala mit. Mit pijaka, który leży kompletnie schlany na ulicy, pachnąc moczem i wymiocinami, w których się wytarzał, upadając. Otóż nie, ludzie. Alkoholikiem może być każdy. To może być typowy kloszard spod budki z piwem, taki, o jakim pisałam przed chwilą. Ale zdarza się, że człowiek, który pije, jest porządny. Że na pierwszy rzut oka nikt nie widzi, że dzieje się coś niekoniecznie dobrego. Bo przecież ta osoba normalnie się uczy, chodzi do pracy, ma rodzinę nawet. A że wypije na imprezach, które się zdarzają co weekend? Przecież to nic złego. Każdy tak robi. I wiecie, co Wam Halber powie na te Wasze durne przekonania? Że nie, nie każdy tak robi, jedynie wiele osób, nie można kategoryzować. I owszem, picie alkoholu nie jest niczym złym, ale do czasu. W pewnym momencie, jeśli nie jesteśmy uważni, trunki mogą się stać czymś bardzo dla nas niebezpiecznym. Nawet, jeśli początkowo pijemy rzadko i w stosunkowo małej ilości. Zwyczajnie możemy sięgać po więcej i więcej. Przy coraz różniejszych okazjach, bo powód, nie ukrywajmy, zawsze się znajdzie. I tak aż do chwili, kiedy alkohol rządzi naszym życiem. A wtedy jest już bardzo, bardzo źle.

Inaczej być nie może...
Stawiam najwyższą notę, bo nie mogę znaleźć żadnej wady na tyle poważnej, żeby zabrać nawet jedną gwiazdkę. Ja się zwyczajnie zachwyciłam. Długo będzie mi ta książka siedzieć w głowie. Pewnie do niej jeszcze kiedyś wrócę. A tymczasem - niedługo wybieram się na spotkanie z autorką.

01.05.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - kwiecień 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Moi kochani, nie wiem jak dla Was - dla mnie kwiecień był cudownym miesiącem. Przeczytałam tyle książek, że nawet nie zdążyłam o nich wszystkich tu napisać - postaram się nadrobić zaległości jak najszybciej. W sumie dobrze się stało, że mam zapasowe wpisy do napisania i opublikowania - w razie gdybym nie mogła zbyt często przysiąść do kolejnych książek, po prostu dam Wam do czytania coś starszego.

A tymczasem, jak co miesiąc, przystępujemy do wyłaniania książki miesiąca. Jak zwykle głosujecie na jeden spośród wszystkich podanych tytułów i macie na to tydzień.

Głosowanie trwa od dziś, 1.05.2015, do 8.05.2015, do godz. 23.59!