18.04.2015

Peter Hedges "Co gryzie Gilberta Grape'a"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Peter Hedges
Tytuł: Co gryzie Gilberta Grape'a
Tytuł oryginału: What's Eating Gilbert Grape
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Aldona Biała
Cena: 19,50 zł
Liczba stron: 350

Kiedy sytuacja życiowa nas przerasta...

Dwudziestoczteroletni Gilbert Grape nie ma łatwego życia. Przed laty jego ojciec odebrał sobie życie. Od tego czasu matka ciągle je i robi się coraz grubsza, mimo że kiedyś była najpiękniejszą dziewczyną w całej okolicy. Młodszy brat bohatera, Arnie, jest upośledzony. Siostry też przyprawiają go o ból głowy - trzydziestoczteroletnia Amy do dziś nie może pogodzić się ze śmiercią swojego idola, którym był Elvis Presley, a młodsza Ellen, będąca w trudnym wieku dojrzewania, myśli tylko o makijażu, chłopcu i Jezusie. Młody mężczyzna coraz częściej czuje, że to wszystko go przerasta...

Pomysł sięgnięcia po Co gryzie Gilberta Grape'a podsunęła mi moja mama. Od jakiegoś czasu, zwłaszcza kiedy chciałam obejrzeć jakiś film, wspominała o ekranizacji tej powieści. Powtarzała, że jest świetna, że DiCaprio i Depp dali czadu, całość jest wzruszająca i naprawdę warto ją zobaczyć. A jak dobrze wiecie - ja jestem wierna zasadzie najpierw książka, potem film. Nie powiem, słowa rodzicielki mnie zaciekawiły, byłam ciekawa, co też takiego w tej produkcji jest wow. Dlatego najszybciej jak tylko mogłam, postarałam się o wypożyczenie przedmiotu dzisiejszego wpisu z biblioteki, tym bardziej, że wcześniej poczytałam trochę o fabule i moje zainteresowanie nim wzrosło. Gdyby tego wszystkiego jeszcze było mało - opinie ludzi na portalach, blogach też były w dużej mierze pozytywne. 

Oczekiwania, ale i obawy miałam naprawdę spore, bo też i tematyka nie jest łatwa, trzeba ją umieć ją ugryźć z odpowiedniej strony. Pomyślałam: no przecież nie każdy jest jak Coelho, który wziął się za Weronikę postanawiającą umrzeć  i w rezultacie stworzył byle jaką powieść, bo najwyraźniej się w ogóle do jej pisania nie przygotował, nie próbował wejść głębiej w psychikę tytułowej postaci ani nic z tych rzeczy. Będzie OK, mówiłam sobie. Podobno jak człowiek powtarza sobie coś wystarczająco często i się nakręca, to prędzej czy później w to wierzy i dzieje się tak, jak myślał, że będzie się działo.

I cóż, zastanawiam się, czy za mało wysiłku włożyłam w to, żeby samą siebie przekonać, że przeczytanie tej książki będzie dla mnie super przeżyciem? Za mało się starałam? Mój wewnętrzny głos nie był zbyt pewny siebie? Nie wiem, co zawiniło i nie chce mi się nad tym już dłużej zastanawiać - robię to już od dwóch tygodni z hakiem - w każdym razie: nie. Powieść Hedgesa nie jest i nigdy nie będzie jedną z tych, z którymi po latach będę miała cudowne wspomnienia. Nie będę też do niej chciała wrócić.

Tak naprawdę do teraz myślę, co autorowi chodziło po głowie. Co on chciał nam przekazać? O czym opowiedzieć? Ze swojej strony miałam nadzieję, że ta pozycja pokaże nam, jak człowiek radzi sobie z tym, co go spotyka. No bo spójrzmy prawdzie w oczy - te wszystkie nieszczęścia mogą spaść na każdego człowieka na tym świecie. Może i rodzina Grape'ów jest fikcyjna, ale na pewno jej problemy nie są wymyślone. To się naprawdę może zdarzyć i się zdarza. Więc ja, naiwna, myślałam, że poczytam trochę o tym, jak młody chłopak dzielnie to wszystko znosi, chociaż wiadomo, że nie jest mu łatwo. A tu nie. Tu się rzucają w oczy przede wszystkim jego narzekania. Wszystko jest złe, matka-wieloryb, wkurzające rodzeństwo, niepowodzenia w relacjach damsko-męskich... Po pewnym czasie wstawki, w których Gilbert znów utyskiwał na los, zaczęły mnie nużyć. Czekałam, naprawdę długo czekałam, aż przestanie zachowywać się jak rozpuszczony trzynastolatek, zrozumie, że jest dorosły i zrobi coś, żeby choć trochę polepszyć swoją sytuację. Pytanie za sto punktów: jak myślicie, doczekałam się tego?

Jak na ironię, z tej wady, jaką jest niemożność określenia, o czym jest ten tytuł i wkurzenie na tytułowego bohatera, rodzi się też zaleta. Całość może sobie być nijaka, ale obok tego, że postaci wywołują we mnie emocje nie umiem przejść ot tak, obojętnie. Może zresztą taki był pomysł samego Hedgesa, wykreować taki charakter, który jest aż przejaskrawiony, do granic rozmamłany, byle tylko oddziaływał na czytelnika. No cóż, udało mu się. Ja Gilberta nie cierpię. Zresztą poza Arniem trudno mi wskazać osobę, która nie wywołuje u mnie piany na ustach. 

Czy jestem w stanie wskazać jeszcze jakieś plusy? Tak. Autor posługuje się językiem, który nie nastręcza trudności, jest dostosowany do przeciętnego czytelnika. Dzięki temu kolejne strony czyta się dosyć szybko i sprawnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tutaj o jakichś głębszych refleksjach, rozmyślaniach nie ma mowy. Przynajmniej w moim przypadku. Chociaż, powiem szczerze, że ze względu na to, że nastawiałam się na coś co najmniej bardzo dobrego, a tego nie dostałam, kolejne kartki pokonywałam z trudem, a uczucie rozdrażnienia wzrastało mniej więcej co kilkanaście linijek tekstu.

No, dobre jest jeszcze to, że wszystko od początku do końca spisane jest z perspektywy Grape'a, co pozwala nam go bardzo dobrze poznać i zrozumieć jego postawę, sposób myślenia. Szkoda, że punktu widzenia matki czy samego Arniego nie mamy tak przybliżonego, wtedy już w ogóle byłoby super.

No cóż, chyba nikogo to nie zaskoczy...
Jest słabo, bardzo słabo. Dobrze skonstruowani bohaterowie i fajny sposób przedstawienia fabuły to za mało. Oczekiwałam zdecydowanie więcej. Od książki tego nie dostałam. Za to film był świetny, dużo lepszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.