29.04.2015

Jerome D. Salinger "Buszujący w zbożu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jerome D. Salinger
Tytuł: Buszujący w zbożu
Tytuł oryginału: Catcher in the rye
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Cena: brak informacji
Liczba stron: 304

Kiedy wszystko się w nas buntuje...

Szesnastoletniego Holdena Caulfielda poznajemy w momencie, kiedy postanawia uciec z college'u. Chłopak wcześniej został wydalony z kilku szkół, a i teraz dyrekcja Pencey wydała zarządzenie, by nastolatek po świętach do placówki już nie wracał. Bohater, zirytowany otaczającą go rzeczywistością, postanawia przez kilka dni "pobuszować" po Nowym Jorku, zanim wróci do domu rodzinnego i przyzna się rodzicom do kolejnej porażki na tle edukacji...

Są na świecie takie książki, które znać trzeba. Powody mogą być różne - między innymi wartości, które autor chciał nam przekazać i niekiedy udało mu się to zrobić w sposób niezwykle ujmujący i fakt, że pozycja narobiła na świecie szumu, kiedy się ukazała. Idealnym przykładem tej drugiej powieści jest Buszujący w zbożu.

Bo wiecie, kiedyś było inaczej. Kiedy w 1951 roku ukazał się debiut Salingera, w Stanach Zjednoczonych wybuchł ogromny skandal. Dzisiaj, w czasach, kiedy bestsellerami są książki pokroju Pięćdziesięciu twarzy Greya, dla wielu fakt, że przedmiot dzisiejszego wpisu mógł być uważany za kontrowersyjny i wulgarny, może być nie do pojęcia. Coś niemożliwego, przecież mowa o niewinnej książeczce. A jednak.

Z Buszującym w zbożu było w moim przypadku podobnie jak z Balladyną - przeczytać chciałam, miałam zamiar, ale jednak długo nie mogłam się zebrać, żeby tom z biblioteki wypożyczyć. Z tą różnicą, że Ballandyna kiedyś była moją lekturą, więc już ją znałam, chciałam jedynie odświeżyć, a o tej pierwszej książce tylko wiele słyszałam. Ostatnio nadarzył mi się kryzys, mimo długiej listy tytułów, które poznać muszę, nie miałam w ogóle pomysłu, na co się zdecydować, kiedy odwiedzę bibliotekę, żeby zrobić zapasy. Spontanicznie wybrałam więc dzieło Salingera. 

Powiem szczerze, że coś mnie od tej pozycji odpychało już od początku, choć wyraźnej przyczyny zlokalizować nie byłam w stanie. Kiedy tylko wróciłam do domu, wrzuciłam ją na sam koniec stosiku, który zabrałam z biblioteki. Ale w końcu przyszedł czas, kiedy musiałam się z nią zmierzyć, w nieskończoność odwlekać tego momentu nie mogłam. Otworzyłam Buszującego..., jak to mam ostatnio w zwyczaju, z samego rana, no i zaczęłam sprawdzać, czy było się czego bać.

A teraz róbcie ze mną, na co macie ochotę, gryźcie, bijcie, palcie na stosie, jednak ja zdania nie zmienię. Nie miałam powodów do obaw, co więcej - rozumiem, dlaczego mówimy w tej sytuacji o klasyce, fenomenie i wszystkim innym, co jest wow, ale... nie lubię, no po prostu nie lubię ustrojstwa.

Schody zaczęły się stosunkowo późno. Uwierzcie, że nawet długo byłam zadowolona prostotą i przystępnością stylu autora.

Bo język, moi drodzy, w tej powieści jest świetny. A w każdym razie - idealnie pasuje do narracji pierwszoosobowej (no patrzcie, kolejny plus). Do historii, którą opowiada nam nastolatek. I o to chodziło, to nie miało być silenie się na używanie słów wielkich, które zrobią wrażenie. To miała być opowieść szesnastolatka, wkurzonego szesnastolatka, który tak jak umie, opowiada nam, co go boli. Wyszło? Wyszło.

No to co mi pasowało? Fabuła. Nie trafiła do mnie. Dzięki niej zaczęłam myśleć, że są książki, do których trzeba podejść w odpowiednim czasie. Jak zabierzesz się za nie za późno, to już po herbacie, woda po pierogach, przegrana sprawa. Mnie się to chyba właśnie przydarzyło - mam niecałe 21 lat, więc jestem naprawdę niedużo starsza od Holdena. Niedużo, ale jednocześnie chyba wystarczająco dużo, żeby jego gadanie i podejście do świata i ludzi wzbudzało we mnie irytację. Każdy bywa wściekły, czasem nawet cholernie wściekły. Są chwile, kiedy chcemy wszystko zostawić w diabły i się gdzieś schować, uciec. Ale wypadałoby robić coś więcej. Stawiać czoła przeciwnościom losu, usuwać przeszkody, walczyć z tym, co wywołuje w nas wszelkie negatywne emocje. Nie wszyscy to robią. Może połowa się decyduje. Caulfield nie. Caulfield gada, gada, włóczy się i od czasu do czasu robi coś, na co jest zdecydowanie zbyt młody. Właściwie nawet nie "od czasu do czasu", tylko tak często, że aż poczułam tym przesyt. Liczyłam na jakiś przełom, zwrot akcji, punkt kulminacyjny - nie doczekałam się.

W związku z tym, co napisałam wyżej, Holdena uważam za postać idealną, wzorzec wręcz. Drodzy pisarze, bierzcie przykład i twórzcie podobnie. Pierwsza zasada dobrej powieści: dobra tematyka. Druga: odpowiedni język. Trzecia: bohaterowie, obok których czytelnik nie przejdzie obojętnie. Niech się nawet wkurza i modli, żeby ta męka się już skończyła, żeby nadeszła ostatnia strona, ale niech coś czuje. No, chyba że autor stworzy kreaturę, przez którą potem dostaje listy z pogróżkami od "fanów". Wtedy już jest słabo. 

W każdym razie, mimo narracji pierwszoosobowej, którą kocham, mimo Caulfielda, którego gdybym spotkała, to bym poturbowała i nie zważając na to, że czytało się lekko i szybko - ja mówię "nie". Bo ta lektura do mojego życia niczego nie wniosła. I nie mówię tutaj o braku akcji, której tempo jest zawrotne. To po prostu nie te czasy, ja też już nie jestem w odpowiednim wieku. Piski niezadowolonych z życia dorastających ludzi nie robią na mnie wrażenia, zresztą tak naprawdę, jakby się postarać, to każdy z nas byłby w stanie znaleźć takiego niezadowolonego człowieka i posłuchać jego narzekań. I to codziennie. Kilka razy dziennie. Ale osoby będące w wieku podobnym do Holdena i przeżywające podobne rozterki - im jak najbardziej może się spodobać. 

Choćby się waliło i paliło...

Ja dam co najwyżej trzy gwiazdki. Doceniłam wszystko, co byłam w stanie, reszta mi się nie podoba i nawet w pewnym stopniu przyćmiewa to, co dobre. Mnie to jednak nie załamuje, nie wszystko musi się podobać każdemu. Nawet klasyka może nie przypaść do gustu. Trudno, poszukam czegoś innego, lepszego.

12 komentarzy:

  1. Mam na półce i chcę się z nią zmierzyć. Nie wiem tylko kiedy. Ale mam dziwne przeczucie, że odbiorę ją bardzo podobnie. Zwłaszcza, że wciąż odrzuca mnie od niej coś niezidentyfikowanego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj, przekonać się zawsze warto ;) To nie jest gruba, wymagająca pozycja - jeśli dysponujesz wolnym czasem, spokojnie zmierzysz się z nią w może dwa dni. Boleć nie będzie.

      Usuń
  2. O, całkiem niedawno próbowałam ją czytać. Niestety, na próbach się skończyło. Nie zdzierżyłam. Swego czasu bardzo była modna i należało do dobrego tonu ją znać. Wtedy nie miałam takiej możliwości, więc chciałam teraz. Cóż... Nie wciągnęła mnie jakoś.
    Nie jestem natomiast pewna, czy wiek czytelnika musi być kompatybilny z wiekiem książkowego bohatera. Równie dobrze możemy zainteresować się zupełnie dziecięcym bohaterem, tak, jak to było w przypadku Oskara i Pani Róży. Myślę, że to kwestia ponadczasowości dzieła. Buszujący najwyraźniej się zdezaktualizował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdezaktualizował się w znaczeniu takim, że już nie szokuje, nie razi - ale nadal może się podobać. Osobom starszym, które mają sentyment z pierwszego zetknięcia się z tą pozycją albo mimo wszystko znajdą w niej coś dla siebie bez względu na wiek. I osobom młodszym, będącym mniej więcej w wieku bohatera, bo one są w stanie zrozumieć jego postępowanie z prostej przyczyny - same przechodzą coś podobnego w okresie dojrzewania. Stąd mój wniosek ;)

      Usuń
  3. Czytałam ok. 15 lat temu jako lekturę w gm, więc już nic z niej nie pamiętam, jedynie, że wówczas mi się nie podobała. Chyba z ciekawości ponownie przeczytam tę książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, nie podobała się, bo lektura? :D

      Usuń
  4. Ja tej książki nie zrozumiałam i nie rozumiem, dlaczego stała się ona takim fenomenem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak napisałam - kiedyś było inaczej, wywołała szum i wielkie oburzenie. Dlatego właśnie :) Dziś się troszkę zdezaktualizowała po prostu i nie do każdego trafia.

      Usuń
  5. Twoja opinia i tak jest zdecydowanie bardziej pozytywna niż moja, bo mnie "Buszujący w zbożu" zupełnie nie przekonał... Takiej nudy dawno nie czytałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bez przesady, bo taki kompletnie do niczego to on nie jest ;)

      Usuń
  6. Czytałam, ale niestety książka mnie do siebie nie przekonała i nie skończyłam jej chyba nawet. Mam jednak w planach za jakiś czas do niej wrócić, bo wiem, że często ma to sens.

    Dzięki za wizytę u mnie i zapraszam ponownie na www.maialis.pl :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę zaglądać tak często jak będę w stanie i również zapraszam do siebie ponownie ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.