25.04.2015

Graham Masterton "Ogród zła"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Ogród zła
Tytuł oryginału: Garden of Evil
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Wiesław Marcysiak
Cena: brak informacji
Liczba stron: 335

Odnaleźć sprawcę piekielnych liturgii...

Rozpoczęcie nowego roku szkolnego zapoczątkowuje lawinę problemów w życiu Jima Rooka, nauczyciela angielskiego. Niedługo po wejściu do klasy, mężczyzna dokonuje makabrycznego odkrycia: piękna, naga, martwa dziewczyna z szeroko rozpostartymi nogami i rękami wisi przybita do sufitu. Wkrótce okazuje się, że denatka to córka bohatera, o istnieniu której ten nawet nie wiedział. Do szkoły nadciągają ciemne chmury i ogromne niebezpieczeństwo. Liczba ofiar, które giną w podobny sposób systematycznie się zwiększa. Wszystkie te tragiczne wydarzenia mają związek z nowym uczniem - synem pastora Kościoła Bożego Podboju...

Już dawno uświadomiłam sobie, że moje horyzonty literackie są dość wąskie. Owszem, mam kilka ulubionych gatunków, ale nawet w ich obrębie jestem niezwykle wręcz wybredna: czytam tylko powieści autorów, których zdążyłam już wypróbować i polubić. Raczej nigdy ta liczba nie przekracza trzech nazwisk, a przerażająco często - zamyka się na jednym lub dwóch. Najprostszy przykład? Kryminały - ukochałam sobie Agathę Christie, o czym doskonale wiecie. I tylko ją właściwie. Horrory? Standardowo, Stephen King. Ten stan rzeczy zaczął mi wadzić - postanowiłam, że postaram się poznać też książki innych autorów, których dorobek warto znać. 

Kilka tygodni temu (tak, od jakiegoś czasu piszę i publikuję wpisy z ogromnym opóźnieniem) wybrałam się na spacer do biblioteki. Mniej więcej wiedziałam, co wypożyczę, choć zamierzałam sobie też pozwolić na odrobinę spontaniczności. W każdym razie - na liście, którą sobie przygotowałam, znalazł się między innymi zapisek: Graham Masterton. I tyle, bez żadnego tytułu książki. Bo sama nie mogłam nic znaleźć. Stwierdziłam, że poproszę o pomoc bibliotekarkę, chociaż raz zdam się na to, co ktoś poleca. W końcu jeżeli człowiek pracuje w miejscu pełnym literatury, to powinien się trochę w niej orientować, no nie? Koniec końców, miła pani podsunęła mi pod nos Ogród zła. Nie chciało mi się sprawdzać, o czym to jest, miałam nadzieję, że mogę tej kobiecie ufać. Zaryzykowałam, zapakowałam przedmiot dzisiejszego posta i inne pozycje do plecaka i wróciłam do domu. W drodze zaznajomiłam się z opisem zamieszczonym na tylnej okładce Ogrodu... Przyznam, że już wtedy zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka, ale byłam twarda. Powiedziałam sobie: odpuść, nie uprzedzaj się na starcie, chociaż spróbuj to poznać.

Dwa dni później, była to bodajże niedziela, obudziłam się nieziemsko wcześnie, bo jeszcze przed ósmą rano. Choć próbowałam, nie mogłam zasnąć ponownie. Poddałam się więc i wstałam. Pomyślałam sobie, że skorzystam z okazji, że wszyscy w domu, włącznie z moją kotką, jeszcze śpią i zacznę przygodę z Mastertonem. Dałam sobie jeszcze chwilę na dobudzenie się i zaczęłam realizować swój zamiar.

Początek wcale nie był taki zły. Od razu przypadł mi do gustu raczej lekki styl autora. Zdanie po zdaniu pokonywałam z łatwością i jakąś tam przyjemnością. W głowie pojawiła się myśl: no i co? Nie jest źle, prawda? A tak się bałaś. Im więcej kartek było za mną, tym szerszy był mój uśmiech, a zadowolenie rosło z prędkością światła. Aż tu nagle...

Jednak pojawił się moment, kiedy miałam ochotę wprost krzyczeć z przerażenia. Nie miało to żadnego związku z fabułą, bohaterów nie spotkało nic, czego można by się było realnie przestraszyć. Ja po prostu zaczęłam sobie uświadamiać, że choć moje początkowe obawy zostały chwilowo uciszone, to mimo wszystko nie były one pozbawione sensu. W gruncie rzeczy, powiem szczerze, że wdepnęłam w całkiem niezłe rozległe bajorko. Śmierdzące w dodatku.

Gdzieś przed setną stroną zaczęłam mieć wrażenie, że dobra, język Mastertona mi pasuje, bo ułatwia czytanie, ale tematykę, to on sobie wybiera co najmniej dziwną. Chorą wręcz, powiedziałabym. Była taka chwila, że przez głowę przemknęły mi słowa religijny bełkot. Siedziały mi one w głowie aż do końca tomu i już się ich nie pozbyłam. Mało tego, od czasu, kiedy takie określenie przyszło mi do głowy, już się tylko upewniałam, że takie całkiem bez sensu to ono nie jest.

Może gdybym sama była osobą religijną, to co mi wpadło w ręce nie uderzyłoby mnie tak mocno. Możliwe nawet, że w ogóle nie zrobiłoby na mnie wrażenia. Stety albo niestety, jest zupełnie na odwrót - nie lubię wszystkiego, co związane z religią. Jakąkolwiek. Unikam wszelkich wstawek jej dotyczących. Maniakalnie. Po prostu wiem, że takie rzeczy do mnie nie tylko nie trafiają, ale nawet denerwują. Stąd też moje obawy już wtedy, kiedy czytałam opis fabuły Ogrodu zła. W głębi duszy chyba wiedziałam, że to się nie skończy dobrze, że głupio robię, dając temu tytułowi szansę, ale nie chciałam odkładać tego tomu na półkę, nawet nie próbując przez niego przebrnąć. Miałam tez nadzieję, że chociaż tematyka wybitnie mi nie leży, wykonanie wynagrodzi mi wszystkie ewentualne boleści. Ale nie.

Owszem, dzięki temu, że Masterton - przynajmniej tutaj - skomplikowanymi wyrażeniami i zdaniami nas nie atakuje, całość udało mi się pokonać w 13 godzin z dużą przerwą. W niedzielę krótko po ósmej rano zaczęłam i tego samego dnia o wpół do dziesiątej wieczorem skończyłam czytać. Ale nie było to dla mnie nic przyjemnego. Bardziej przelatywanie przez treść dla samego odbębnienia tego. Starałam się jak mogłam za bardzo nie angażować w przedstawione wydarzenia. Czasami się nie udawało i to był ten czas, kiedy niemalże piszczałam z bólu psychicznego.

O postaciach powiem krótko - płaskie, nijakie i stereotypowe w dodatku. Głupia blondynka. Szurnięty artysta. Nawiedzeni fanatycy religijni. No ludzie, co za popis kreatywności. Nawet nie miałam siły się denerwować. Wszystkie swoje siły przeznaczyłam na to, by jak najszybciej się z tym uporać. Kiedy już tego dokonałam, miałam ochotę wręczyć samej sobie jakiś medal. Wiecie, dzieciaki jak są u lekarza i dzielnie znoszą badania, pobieranie krwi na przykład, to dostają naklejkę z napisem DZIELNY PACJENT. Albo lizaka. Mnie też się coś takiego należy. Jeszcze tak dumna z siebie z powodu, że udało mi się coś przeczytać do końca, to ja nie byłam. Kosmos.

Moje pierwsze zetknięcie z tym autorem było...
Bardzo słabym przeżyciem, o którym wolałabym zapomnieć. Na pochwałę zasługuje tylko ten nieskomplikowany styl. Cała reszta do dzisiaj wywołuje u mnie dreszcze obrzydzenia. Ale nie skreślam tego pisarza - szukam dalej. Bo przecież musiał napisać coś, co przypadnie mi do gustu, prawda? Gorąco w to wierzę.

2 komentarze:

  1. Mam za sobą cztery powieści Mastertona.
    DZIEWICZA PODRÓŻ- obyczajówka, dobra
    PANI FORTUNY- obyczajowa , bardzo dobra.
    UPADŁE ANIOŁY-choć także nie lubię religijnych , to miło wspominam .
    CZERWONY HOTEL- horror, ale lekki.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.