29.04.2015

Jerome D. Salinger "Buszujący w zbożu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jerome D. Salinger
Tytuł: Buszujący w zbożu
Tytuł oryginału: Catcher in the rye
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Cena: brak informacji
Liczba stron: 304

Kiedy wszystko się w nas buntuje...

Szesnastoletniego Holdena Caulfielda poznajemy w momencie, kiedy postanawia uciec z college'u. Chłopak wcześniej został wydalony z kilku szkół, a i teraz dyrekcja Pencey wydała zarządzenie, by nastolatek po świętach do placówki już nie wracał. Bohater, zirytowany otaczającą go rzeczywistością, postanawia przez kilka dni "pobuszować" po Nowym Jorku, zanim wróci do domu rodzinnego i przyzna się rodzicom do kolejnej porażki na tle edukacji...

Są na świecie takie książki, które znać trzeba. Powody mogą być różne - między innymi wartości, które autor chciał nam przekazać i niekiedy udało mu się to zrobić w sposób niezwykle ujmujący i fakt, że pozycja narobiła na świecie szumu, kiedy się ukazała. Idealnym przykładem tej drugiej powieści jest Buszujący w zbożu.

Bo wiecie, kiedyś było inaczej. Kiedy w 1951 roku ukazał się debiut Salingera, w Stanach Zjednoczonych wybuchł ogromny skandal. Dzisiaj, w czasach, kiedy bestsellerami są książki pokroju Pięćdziesięciu twarzy Greya, dla wielu fakt, że przedmiot dzisiejszego wpisu mógł być uważany za kontrowersyjny i wulgarny, może być nie do pojęcia. Coś niemożliwego, przecież mowa o niewinnej książeczce. A jednak.

Z Buszującym w zbożu było w moim przypadku podobnie jak z Balladyną - przeczytać chciałam, miałam zamiar, ale jednak długo nie mogłam się zebrać, żeby tom z biblioteki wypożyczyć. Z tą różnicą, że Ballandyna kiedyś była moją lekturą, więc już ją znałam, chciałam jedynie odświeżyć, a o tej pierwszej książce tylko wiele słyszałam. Ostatnio nadarzył mi się kryzys, mimo długiej listy tytułów, które poznać muszę, nie miałam w ogóle pomysłu, na co się zdecydować, kiedy odwiedzę bibliotekę, żeby zrobić zapasy. Spontanicznie wybrałam więc dzieło Salingera. 

Powiem szczerze, że coś mnie od tej pozycji odpychało już od początku, choć wyraźnej przyczyny zlokalizować nie byłam w stanie. Kiedy tylko wróciłam do domu, wrzuciłam ją na sam koniec stosiku, który zabrałam z biblioteki. Ale w końcu przyszedł czas, kiedy musiałam się z nią zmierzyć, w nieskończoność odwlekać tego momentu nie mogłam. Otworzyłam Buszującego..., jak to mam ostatnio w zwyczaju, z samego rana, no i zaczęłam sprawdzać, czy było się czego bać.

A teraz róbcie ze mną, na co macie ochotę, gryźcie, bijcie, palcie na stosie, jednak ja zdania nie zmienię. Nie miałam powodów do obaw, co więcej - rozumiem, dlaczego mówimy w tej sytuacji o klasyce, fenomenie i wszystkim innym, co jest wow, ale... nie lubię, no po prostu nie lubię ustrojstwa.

Schody zaczęły się stosunkowo późno. Uwierzcie, że nawet długo byłam zadowolona prostotą i przystępnością stylu autora.

Bo język, moi drodzy, w tej powieści jest świetny. A w każdym razie - idealnie pasuje do narracji pierwszoosobowej (no patrzcie, kolejny plus). Do historii, którą opowiada nam nastolatek. I o to chodziło, to nie miało być silenie się na używanie słów wielkich, które zrobią wrażenie. To miała być opowieść szesnastolatka, wkurzonego szesnastolatka, który tak jak umie, opowiada nam, co go boli. Wyszło? Wyszło.

No to co mi pasowało? Fabuła. Nie trafiła do mnie. Dzięki niej zaczęłam myśleć, że są książki, do których trzeba podejść w odpowiednim czasie. Jak zabierzesz się za nie za późno, to już po herbacie, woda po pierogach, przegrana sprawa. Mnie się to chyba właśnie przydarzyło - mam niecałe 21 lat, więc jestem naprawdę niedużo starsza od Holdena. Niedużo, ale jednocześnie chyba wystarczająco dużo, żeby jego gadanie i podejście do świata i ludzi wzbudzało we mnie irytację. Każdy bywa wściekły, czasem nawet cholernie wściekły. Są chwile, kiedy chcemy wszystko zostawić w diabły i się gdzieś schować, uciec. Ale wypadałoby robić coś więcej. Stawiać czoła przeciwnościom losu, usuwać przeszkody, walczyć z tym, co wywołuje w nas wszelkie negatywne emocje. Nie wszyscy to robią. Może połowa się decyduje. Caulfield nie. Caulfield gada, gada, włóczy się i od czasu do czasu robi coś, na co jest zdecydowanie zbyt młody. Właściwie nawet nie "od czasu do czasu", tylko tak często, że aż poczułam tym przesyt. Liczyłam na jakiś przełom, zwrot akcji, punkt kulminacyjny - nie doczekałam się.

W związku z tym, co napisałam wyżej, Holdena uważam za postać idealną, wzorzec wręcz. Drodzy pisarze, bierzcie przykład i twórzcie podobnie. Pierwsza zasada dobrej powieści: dobra tematyka. Druga: odpowiedni język. Trzecia: bohaterowie, obok których czytelnik nie przejdzie obojętnie. Niech się nawet wkurza i modli, żeby ta męka się już skończyła, żeby nadeszła ostatnia strona, ale niech coś czuje. No, chyba że autor stworzy kreaturę, przez którą potem dostaje listy z pogróżkami od "fanów". Wtedy już jest słabo. 

W każdym razie, mimo narracji pierwszoosobowej, którą kocham, mimo Caulfielda, którego gdybym spotkała, to bym poturbowała i nie zważając na to, że czytało się lekko i szybko - ja mówię "nie". Bo ta lektura do mojego życia niczego nie wniosła. I nie mówię tutaj o braku akcji, której tempo jest zawrotne. To po prostu nie te czasy, ja też już nie jestem w odpowiednim wieku. Piski niezadowolonych z życia dorastających ludzi nie robią na mnie wrażenia, zresztą tak naprawdę, jakby się postarać, to każdy z nas byłby w stanie znaleźć takiego niezadowolonego człowieka i posłuchać jego narzekań. I to codziennie. Kilka razy dziennie. Ale osoby będące w wieku podobnym do Holdena i przeżywające podobne rozterki - im jak najbardziej może się spodobać. 

Choćby się waliło i paliło...

Ja dam co najwyżej trzy gwiazdki. Doceniłam wszystko, co byłam w stanie, reszta mi się nie podoba i nawet w pewnym stopniu przyćmiewa to, co dobre. Mnie to jednak nie załamuje, nie wszystko musi się podobać każdemu. Nawet klasyka może nie przypaść do gustu. Trudno, poszukam czegoś innego, lepszego.

28.04.2015

Liebster Blog Award

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Kochani, dziś bez zbędnych wstępów - autorka bloga rude recenzuje nominowała mnie do chyba wszystkim dobrze znanej zabawy - Liebster Blog Award. Jeśli jednak ktoś nie wie, o co chodzi, pokrótce wyjaśniam zasady: bloger nominuje 11 innych blogerów (tych, których strony mają mniejszą liczbę obserwatorów) do odpowiedzenia na 11 pytań, które ten wymyślił. Osoba, która odpowie na pytania, wymyśla swoje 11 pytań i typuje 11 innych blogerów do odpowiedzenia na nie. Nie można typować blogera, który wytypował nas. Jasne? Podejrzewam, że tak. Pozwólcie więc, że przejdę do sedna...

1. Jaka jest twoja ulubiona książka polskiego autora?
Literaturę, która wyszła spod pióra naszych rodzimych autorów, nadal czytam rzadko - zdecydowanie częściej jednak, niż bywało to jeszcze około półtora roku temu. Nie chcę w tym zagadnieniu brać pod uwagę lektur, których znajomość obowiązywała mnie na języku polskim w szkole. Dlatego odpowiem, że taką moją ulubioną pozycją napisaną przez Polaka jest Dom na Wyrębach autorstwa Stefana Dardy. Cenię w tym horrorze przede wszystkim fakt, że mimo że jest bezkrwawy - naprawdę potrafi przerazić. Świetne budowanie napięcia. Rewelacyjne (!) opisy. I w ogóle, to zapraszam Was tutaj, żebyście zrozumieli, dlaczego wybrałam właśnie ten tytuł, a nie inny.

2. Czy czytasz jakieś magazyny książkowe? Jeżeli tak, to jakie i czego głównie w nich szukasz?
Nie czytam, nie mogę znaleźć żadnego, który zainteresowałby mnie na tyle, bym chciała czytać go regularnie. Żeby było śmieszniej, sama nie wiem, czego właściwie oczekuję od takiej gazety poświęconej książkom. Musi mieć po prostu to coś, ale czym to jest - sama jeszcze nie odkryłam.

3. Co najbardziej podoba ci się w czytaniu książek i czy od zawsze lubiłaś czytać?
A bo ja wiem, co mnie do tych książek tak ciągnie? ;) Chyba to, że możemy się dzięki nim oderwać od wszystkiego i odetchnąć. I to, że w zależności od tego, co akurat czytamy, przenosimy się z miejsca na miejsce, z jednych czasów do zupełnie innych. Taka długa podróż właściwie za darmo. No, chyba że ktoś nie korzysta z bibliotek, ale hej - 30-40 złotych, by zwiedzić nawet najbardziej odległe kraje? Czad! Z czasów, które już jestem w stanie pamiętać, kojarzę, że do książek mnie zawsze ciągnęło. O dziwo dowiedziałam się jednak, że jak byłam zupełnie malutka, nie lubiłam, kiedy mama mi czytała, bo wolałam słuchać piosenek na Vivie...

4. Jaka jest twoja ulubiona pora i pozycja do czytania?
Nie jestem osobą, która wydziwia. Zagłębiam się w lekturę standardowo - siedząc przy biurku lub w łóżku. Jeśli pogoda pozwala, biorę tom, mój ulubiony składany stoliczek (nie umiem czytać bez stołu/blatu, na którym bym mogła książkę oprzeć) i idę na dwór. Czasem się zdarzy, że poczytam w kolejce do lekarza. A co do pory - czytam, kiedy najdzie mnie ochota i kiedy mam czas, ale ostatnio ukochałam sobie czytanie zaraz po obudzeniu się. Tak, jestem z tych niepoważnych osób, które potrafią wstać dużo wcześniej niż muszą, żeby tylko dziennie kilka-kilkanaście stron więcej pokonać. Tydzień temu o 6.30 rano siedziałam już z Buszującym w zbożu w ręku, choć zajęcia miałam na 11.30...

5. Wymień trzy książki, które najbardziej zapadły ci w pamięć. Dlaczego akurat te?
Oczywiście, na pierwszym miejscu cała saga o Harrym Potterze, bez której pewnie moje życie wyglądałoby inaczej, prawdopodobnie w ogóle bym nie była tak zakochana w książkach jak jestem. A tak poza tym, najbardziej zapamiętuję pozycje, od których zaczęoa się moje zainteresowanie dorobkiem danego autora lub/i gatunkiem, tematyką. Myślę, że dobrym wyborem będzie tu Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie i Uciekinier Stephena Kinga.

6. Jaka była/byłaby pierwsza książka, którą czytałaś/czytałabyś swojemu dziecku?
Nie mam pojęcia. Nie mam dzieci, poza tym - nie potrafię tak planować z góry. Uważam ponadto, że takie zakładanie, że zrobi się to i to jest nieco głupie. Jestem zwolenniczką dowiadywania się, co lubi konkretne dziecko i znajdywania odpowiednich książeczek pod kątem tej wiedzy. 

7. Książka, którą koniecznie chcesz mieć w swoich zbiorach?
A musi być jedna? Generalnie nie mam czegoś takiego, że absolutnie MUSZĘ mieć to i to w swojej prywatnej biblioteczce, jest mi w sumie obojętne, czy coś kupuję, czy wypożyczam (choć, naturalnie, lubię mieć na własność), jednak ostatnio naszła mnie ochota, by zebrać całą kolekcję dzieł Jane Austen. W twardej oprawie, dodajmy.

8. Książka idealna na jesienną chandrę?
Hm, nie zastanawiałam się nad tym. Tytuły, w które się zagłębiam, wybieram na podstawie moich aktualnych chęci. Raz na zły humor pomoże mi Christie, innym razem King, a jeszcze kiedy indziej Picoult czy coś z klasyki dziecięcej lub młodzieżowej. Reguły - a tym bardziej jednej, konkretnej książki - na chandrę to ja nie mam.

9. Co najbardziej lubisz i czego nie znosisz w prowadzeniu bloga?
Lubię to, że muszę się wysilać. Że to nie jest taka prosta sprawa, napisać coś o książce. Także patrzenie na to, jak z dnia na dzień ta strona się rozwija i świadomość, że to wszystko moja zasługa, sprawia mi przyjemność. A czego nie lubię? No cóż, powiem szczerze - przykro mi się czasem robi, kiedy poświęcę czas na wpis, a on pozostanie bez reakcji czytelników. 

10. Okładka książki, która urzekła cię od pierwszego wejrzenia?
Mam trzy takie, wszystkie pokazywałam w stosownym czasie na blogu: 
   
Ogólnie rzecz biorąc, można powiedzieć, że jestem maniaczką twardych opraw - wydają mi się one takie eleganckie, poza tym są praktyczniejsze, bo ciężko je zniszczyć, o ile się w ogóle da - mnie się to jeszcze nie udało. Ale takie Idealne życie, mimo że okładkę ma miękką, to też coś w sobie ma. 

A teraz pora na moje 11 pytań...:

1. Wymień trzech autorów, których książki uwielbiasz. Co w ich pisaniu jest takiego zachwycającego?
2. A teraz w drugą stronę - trzej autorzy, na myśl o których niemal dostajesz dreszczy z obrzydzenia. Czym Cię do siebie tak zrazili?
3. Czy są książki, które w jakiś sposób zmieniły coś w Twoim życiu? Jeśli tak, podaj tytuły i napisz, na co miały wpływ (uwaga: nie liczy się odpowiedź: "dzięki książkom znalazłem pasję"!).
4. Jak próbowałbyś udowodnić człowiekowi, który stroni od czytania, że ta forma spędzania wolnego czasu jest naprawdę wartościowa i po prostu fajna?
5. Ile razy w miesiącu odwiedzasz bibliotekę lub w inny sposób uzupełniasz zapasy książek do czytania?
6. Czy miałeś okazję zobaczyć na żywo swojego ulubionego pisarza, np. na spotkaniu autorskim?
7. Czy oglądasz ekranizacje swoich ulubionych powieści?
8. Jak zaczęła się Twoja przygoda z ulubionym gatunkiem książek?
9. Książek o jakiej tematyce nie czytasz? (nie, nie liczą się podręczniki szkolne czy materiały potrzebne na studia)
10. Czy jest jakaś książka, na której ekranizację czekasz?
11. Gdybyś mógł wskrzesić jednego pisarza, kto by to był?

Tradycyjnie już, pozwalam sobie na lekkie złamanie zasad - nie typuję jedenastu osób. Powiem za to: hej, kto chce, niech czuje się nominowany i pisze post z odpowiedzią na moje pytania, a potem daje mi znać, że to uczynił! :)

25.04.2015

Graham Masterton "Ogród zła"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Graham Masterton
Tytuł: Ogród zła
Tytuł oryginału: Garden of Evil
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Wiesław Marcysiak
Cena: brak informacji
Liczba stron: 335

Odnaleźć sprawcę piekielnych liturgii...

Rozpoczęcie nowego roku szkolnego zapoczątkowuje lawinę problemów w życiu Jima Rooka, nauczyciela angielskiego. Niedługo po wejściu do klasy, mężczyzna dokonuje makabrycznego odkrycia: piękna, naga, martwa dziewczyna z szeroko rozpostartymi nogami i rękami wisi przybita do sufitu. Wkrótce okazuje się, że denatka to córka bohatera, o istnieniu której ten nawet nie wiedział. Do szkoły nadciągają ciemne chmury i ogromne niebezpieczeństwo. Liczba ofiar, które giną w podobny sposób systematycznie się zwiększa. Wszystkie te tragiczne wydarzenia mają związek z nowym uczniem - synem pastora Kościoła Bożego Podboju...

Już dawno uświadomiłam sobie, że moje horyzonty literackie są dość wąskie. Owszem, mam kilka ulubionych gatunków, ale nawet w ich obrębie jestem niezwykle wręcz wybredna: czytam tylko powieści autorów, których zdążyłam już wypróbować i polubić. Raczej nigdy ta liczba nie przekracza trzech nazwisk, a przerażająco często - zamyka się na jednym lub dwóch. Najprostszy przykład? Kryminały - ukochałam sobie Agathę Christie, o czym doskonale wiecie. I tylko ją właściwie. Horrory? Standardowo, Stephen King. Ten stan rzeczy zaczął mi wadzić - postanowiłam, że postaram się poznać też książki innych autorów, których dorobek warto znać. 

Kilka tygodni temu (tak, od jakiegoś czasu piszę i publikuję wpisy z ogromnym opóźnieniem) wybrałam się na spacer do biblioteki. Mniej więcej wiedziałam, co wypożyczę, choć zamierzałam sobie też pozwolić na odrobinę spontaniczności. W każdym razie - na liście, którą sobie przygotowałam, znalazł się między innymi zapisek: Graham Masterton. I tyle, bez żadnego tytułu książki. Bo sama nie mogłam nic znaleźć. Stwierdziłam, że poproszę o pomoc bibliotekarkę, chociaż raz zdam się na to, co ktoś poleca. W końcu jeżeli człowiek pracuje w miejscu pełnym literatury, to powinien się trochę w niej orientować, no nie? Koniec końców, miła pani podsunęła mi pod nos Ogród zła. Nie chciało mi się sprawdzać, o czym to jest, miałam nadzieję, że mogę tej kobiecie ufać. Zaryzykowałam, zapakowałam przedmiot dzisiejszego posta i inne pozycje do plecaka i wróciłam do domu. W drodze zaznajomiłam się z opisem zamieszczonym na tylnej okładce Ogrodu... Przyznam, że już wtedy zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka, ale byłam twarda. Powiedziałam sobie: odpuść, nie uprzedzaj się na starcie, chociaż spróbuj to poznać.

Dwa dni później, była to bodajże niedziela, obudziłam się nieziemsko wcześnie, bo jeszcze przed ósmą rano. Choć próbowałam, nie mogłam zasnąć ponownie. Poddałam się więc i wstałam. Pomyślałam sobie, że skorzystam z okazji, że wszyscy w domu, włącznie z moją kotką, jeszcze śpią i zacznę przygodę z Mastertonem. Dałam sobie jeszcze chwilę na dobudzenie się i zaczęłam realizować swój zamiar.

Początek wcale nie był taki zły. Od razu przypadł mi do gustu raczej lekki styl autora. Zdanie po zdaniu pokonywałam z łatwością i jakąś tam przyjemnością. W głowie pojawiła się myśl: no i co? Nie jest źle, prawda? A tak się bałaś. Im więcej kartek było za mną, tym szerszy był mój uśmiech, a zadowolenie rosło z prędkością światła. Aż tu nagle...

Jednak pojawił się moment, kiedy miałam ochotę wprost krzyczeć z przerażenia. Nie miało to żadnego związku z fabułą, bohaterów nie spotkało nic, czego można by się było realnie przestraszyć. Ja po prostu zaczęłam sobie uświadamiać, że choć moje początkowe obawy zostały chwilowo uciszone, to mimo wszystko nie były one pozbawione sensu. W gruncie rzeczy, powiem szczerze, że wdepnęłam w całkiem niezłe rozległe bajorko. Śmierdzące w dodatku.

Gdzieś przed setną stroną zaczęłam mieć wrażenie, że dobra, język Mastertona mi pasuje, bo ułatwia czytanie, ale tematykę, to on sobie wybiera co najmniej dziwną. Chorą wręcz, powiedziałabym. Była taka chwila, że przez głowę przemknęły mi słowa religijny bełkot. Siedziały mi one w głowie aż do końca tomu i już się ich nie pozbyłam. Mało tego, od czasu, kiedy takie określenie przyszło mi do głowy, już się tylko upewniałam, że takie całkiem bez sensu to ono nie jest.

Może gdybym sama była osobą religijną, to co mi wpadło w ręce nie uderzyłoby mnie tak mocno. Możliwe nawet, że w ogóle nie zrobiłoby na mnie wrażenia. Stety albo niestety, jest zupełnie na odwrót - nie lubię wszystkiego, co związane z religią. Jakąkolwiek. Unikam wszelkich wstawek jej dotyczących. Maniakalnie. Po prostu wiem, że takie rzeczy do mnie nie tylko nie trafiają, ale nawet denerwują. Stąd też moje obawy już wtedy, kiedy czytałam opis fabuły Ogrodu zła. W głębi duszy chyba wiedziałam, że to się nie skończy dobrze, że głupio robię, dając temu tytułowi szansę, ale nie chciałam odkładać tego tomu na półkę, nawet nie próbując przez niego przebrnąć. Miałam tez nadzieję, że chociaż tematyka wybitnie mi nie leży, wykonanie wynagrodzi mi wszystkie ewentualne boleści. Ale nie.

Owszem, dzięki temu, że Masterton - przynajmniej tutaj - skomplikowanymi wyrażeniami i zdaniami nas nie atakuje, całość udało mi się pokonać w 13 godzin z dużą przerwą. W niedzielę krótko po ósmej rano zaczęłam i tego samego dnia o wpół do dziesiątej wieczorem skończyłam czytać. Ale nie było to dla mnie nic przyjemnego. Bardziej przelatywanie przez treść dla samego odbębnienia tego. Starałam się jak mogłam za bardzo nie angażować w przedstawione wydarzenia. Czasami się nie udawało i to był ten czas, kiedy niemalże piszczałam z bólu psychicznego.

O postaciach powiem krótko - płaskie, nijakie i stereotypowe w dodatku. Głupia blondynka. Szurnięty artysta. Nawiedzeni fanatycy religijni. No ludzie, co za popis kreatywności. Nawet nie miałam siły się denerwować. Wszystkie swoje siły przeznaczyłam na to, by jak najszybciej się z tym uporać. Kiedy już tego dokonałam, miałam ochotę wręczyć samej sobie jakiś medal. Wiecie, dzieciaki jak są u lekarza i dzielnie znoszą badania, pobieranie krwi na przykład, to dostają naklejkę z napisem DZIELNY PACJENT. Albo lizaka. Mnie też się coś takiego należy. Jeszcze tak dumna z siebie z powodu, że udało mi się coś przeczytać do końca, to ja nie byłam. Kosmos.

Moje pierwsze zetknięcie z tym autorem było...
Bardzo słabym przeżyciem, o którym wolałabym zapomnieć. Na pochwałę zasługuje tylko ten nieskomplikowany styl. Cała reszta do dzisiaj wywołuje u mnie dreszcze obrzydzenia. Ale nie skreślam tego pisarza - szukam dalej. Bo przecież musiał napisać coś, co przypadnie mi do gustu, prawda? Gorąco w to wierzę.

24.04.2015

Elizabeth Flock "Dogonić rozwiane marzenia"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Elizabeth Flock
Tytuł: Dogonić rozwiane marzenia
Tytuł oryginału: Sleepwalking in Daylight
Wydawnictwo: Harlequin
Tłumaczenie: Małgorzata Borkowska
Cena: 34,99 zł
Liczba stron: 316

Kiedy nie cieszy nas to, czego pragnęliśmy...

Samantha przed laty pragnęła stworzyć prawdziwą rodzinę. Taką z gromadką szczęśliwych, zdrowych dzieci i kochającym mężczyzną u boku. Dziś coraz częściej żałuje, że podjęła się realizacji tego marzenia. Choć kiedyś była kobietą niezależną i odnoszącą sukcesy, teraz jest przede wszystkim kurą domową, która nie ma czasu dla siebie.
Cammy, córka Samanthy i Boba, niewłaściwy sposób dowiedziała się prawdy o samej sobie. Nie umie sobie z nią poradzić. Żeby uciec od problemów, trzyma się z paczką podejrzanych znajomych i sięga po narkotyki. Próbuje też pozbyć się bólu, zapisując wszystkie myśli w pamiętniku.
Wkrótce na matkę i córkę czeka punkt zwrotny. Dzień, w którym nie miało się zdarzyć nic szczególnego, który miał być taki, jak wiele poprzednich. Niestety, po nim już nic nigdy nie będzie takie samo...

Ostatnio naszło mnie, żeby spróbować poczytać coś innego. Jak ja to mówię, wyjść z własnej strefy komfortu. Na chwilę zapomnieć o ukochanych gatunkach i autorach i sięgnąć po coś, czego zupełnie nie znam. Nadarzyła się ku temu okazja - kolejna wizyta w bibliotece. Co prawda z gatunkami nie do końca mi wyszło, bo ostatecznie wzięłam jeden kryminał, ale w stosiku znalazło się sporo nowych nazwisk. Elizabeth Flock to doskonały przykład takowego.

Zależało mi, żeby tym razem zagłębić się w lekturę o życiu. Nie żadne tam lukrowane pierdoły, szczęśliwa miłość na dobre i na złe. Celowałam w problemy ludzkie, nałogi i szarą rzeczywistość. Opis przedmiotu dzisiejszego wpisu doskonale mi do tego pasował. Do tego piękna okładka tylko zachęcała, by to właśnie tę pozycję przygarnąć na jakiś czas do domu. 

Ledwo wróciłam z wypożyczalni i już postanowiłam zacząć tę powieść. Czułam, że to będzie coś niesamowitego, niecodzienne przeżycie. Jak się okazało, miałam rację.

Już od pierwszych stron czułam klimat tej historii. Nawet początkowe linijki były pełne bólu głównych bohaterek, czuło się, że nie są szczęśliwe. Za wszelką cenę chciałam dociec źródła tych problemów i niepowodzeń. Bo wydawałoby się, że te kobiety mają wszystko, a jednak coś nie zgrzyta, jest jakiś cień, który całkowicie zakrywa im radość z życia. 

W przypadku młodszej z nich, Cammy, wszystko wiadomo jest właściwie od początku. Opis na tylnej okładce zdradza, jaki to sekret skrywali jej rodzice. Pozostawała jedynie obserwacja i trzymanie kciuków, że nastolatka jakoś sobie z tym ciosem poradzi.
Z Samanthą jest nieco gorzej, to złożona sprawa. Ona dopiero wdraża nas w szczegóły dotyczące jej życia, ujawnia kawałek po kawałku przyczyny swojego nieszczęścia, choć ogólny zarys tego wszystkiego także mamy.

Bardzo podobała mi się narracja, na jaką zdecydowała się autorka. Powieść została podzielona na rozdziały pisane z perspektywy dwóch bohaterek. Doskonale wiecie, że ja uwielbiam taki zabieg. Dzięki niemu czuję, że naprawdę znam postaci, które opowiadają nam swoją historię. Wiem, co myślą i dlaczego, mogę też próbować zastanawiać się, co czują. Przeszkadzało mi jednak to, że nie wiemy nic o Bobie. A raczej nasza wiedza ogranicza się do tego, co mówią o nim żona i córka. Szkoda, bo naprawdę chciałabym wiedzieć, dlaczego zachowywał się tak, a nie inaczej, obraz byłby pełniejszy.

Mimo dość ciężkiej tematyki, całość czytało się dobrze. Winą za to obarczam styl, którym posługuje się Flock - nieskomplikowane słownictwo, konkretne zdania, żadnych niedomówień. Jedynie ludzie, którzy bardzo wczuwają się w fabułę, będą mieli problem z przebrnięciem przez kolejne kartki - jak już wyżej wspomniałam, Samantha i Cammy dzielą się z nami swoimi przeżyciami i wcale nie ukrywają przy tym złych emocji. Wręcz wylewają na nas smutek, żal i niezgodę na to, co je spotyka. Bardziej empatyczni i wrażliwi czytelnicy na pewno bardzo to przeżyją.

O tym też już nadmieniałam, ale podkreślę jeszcze raz. Ogromnym atutem tego tytułu jest jego tematyka i to, że wszystkie przedstawione w nim wydarzenia mogą dotknąć każdego żyjącego na tym świecie. Ja bardzo lubię takie opowieści, jakieś fantastyczne wątki na dłuższą metę bardzo mnie męczą.

Dzięki temu, w jaki sposób całość została spisana, możemy też mówić o bardzo dobrze nakreślonych sylwetkach bohaterów. Wiemy, co przeżywają, jak się z tym czują, a to oznacza, że raczej nie możemy przejść obok nich obojętnie. Żal było mi Cammy i kibicowałam jej bardzo. Żywiłam ogromną nadzieję, że pojawi się jakiś dorosły, który jej pomoże. Rodziców dziewczyny natomiast nie cierpiałam. Nie mogłam pojąć, dlaczego niby widzą, że coś jest nie tak, ale nie podjęli żadnych poważniejszych kroków do naprawy sytuacji - chociaż matka jeszcze chciała. Jednak ojciec się wypiął, co mnie irytowało tym bardziej, że nie rozumiałam motywów jego działania. 

I moi drodzy, wisienka na torcie - zakończenie. Niby gdzieś tam w środku kiełkowało we mnie podejrzenie, że może się stać tak, a nie inaczej, a jednak, kiedy moje przypuszczenia się sprawdziły, zdębiałam. Zwyczajnie nie mogłam uwierzyć i to do tego stopnia, że parę kartek musiałam czytać kilka razy. Bo się może pomyliłam. Bo może za chwilę przeczytam co innego. Bo może źle zrozumiałam sens tego fragmentu. Ale nie. Nic się nie zmieniło mimo wszystko. Wszystko zostało tak, jak było, a ja siedziałam zszokowana jeszcze długo. 

No i cóż tu zrobić...
Nic, tylko stwierdzić, że jest bardzo dobrze. Nie idealnie, ale blisko. Gdybym tylko miała okazję bliżej poznać Boba, to kto wie, może...

19.04.2015

Agatha Christie "Niedziela na wsi"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Niedziela na wsi
Tytuł oryginału: The Hollow
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Jolanta Bartosik
Cena: 19 zł
Liczba stron: 237

Śmierć podczas weekendu na wsi...

Kiedy Hercules Poirot przybywa w roli gościa na obiad do lady Angkatell, ma nadzieję, że wreszcie odpocznie od codziennych obowiązków. W końcu jest na wsi, wszędzie panuje cisza i spokój, nie ma mowy, by to wszystko zmąciło jakieś niecodzienne wydarzenie. Jaki wstrząs przeżywa, gdy po przybyciu na miejsce pierwsze, co widzi, to krwawiący mężczyzna leżący przy basenie, a nad nim kobieta z bronią w ręku! W pierwszym odruchu detektyw myśli, że całe zajście nie wymaga głębszego wyjaśnienia, jednak już wkrótce przekona się, że nic nie jest takie proste jak może się wydawać...

No i stało się. Sięgnięcie po Kota wśród gołębi przypomniało mi, jak bardzo uwielbiam powieści Agathy Christie, a także - jak mało dotychczas ich przeczytałam.
Nieco ponad tydzień temu, kiedy w domu zabrakło mi książek, które mogłabym przeczytać, a pogoda dopisywała, wybrałam się na spacer do biblioteki. Mniej więcej wiedziałam, na wypożyczenie czego się zdecyduję, ale postanowiłam też zdobyć się na trochę spontaniczności. Skończyło się tak, że kiedy zobaczyłam całą dość sporą półkę z dziełami Christie, nie dało rady mnie od niej odciągnąć. Coś wziąć musiałam. Nie zastanawiałam się zbyt długo, wybór padł na Niedzielę na wsi w dużej mierze dlatego, że to właśnie ta pozycja jako jedna z pierwszych wpadła mi w ręce. No i miał w niej występować Poirot. 

Po powrocie do domu próbowałam jeszcze poćwiczyć silną wolę. Zacząć lekturę od innych tytułów, które wypożyczyłam. To też spaliło na panewce. Poddałam się więc i otworzyłam przedmiot dzisiejszego wpisu na pierwszej stronie.

Niedługo potem odpłynęłam. Przestało się dla mnie liczyć cokolwiek. Byłam tylko ja i historia. Czułam się, jakbym była w miejscu, w którym rozgrywała się akcja. Wiecie, taki niewidoczny obserwator. Wszystko widzi i słyszy, ale nikomu nie przeszkadza, bo nikt nie zdaje sobie sprawy z jego obecności. Do tej pory takie wrażenie podczas lektury miałam dosłownie parę razy. I to jest świetne uczucie!

A wszystko to dlatego, że Christie po raz kolejny stworzyła powieść, która wciąga i nie chce puścić czytelnika wolno. Ponownie urzeka nieskomplikowany styl wypowiedzi, za to nie do końca jasna fabuła. 

Ale uwaga! Niedziela na wsi nie jest typową książką autorki. Czytając ją, może się nam wydawać, że czytamy powieść obyczajową, w której wątek kryminalny jest tylko dodatkiem do całości, nie najważniejszym jej punktem. Fani małego, wąsatego Belga też mogą nie być do końca usatysfakcjonowani - postaci tej jest jak na lekarstwo. Mnie to jednak w ogóle nie przeszkadzało - z tego, co wiem, Agatha, oprócz bycia królową kryminałów, pisała też świetne obyczajówki. Jeśli tak jest w istocie, to najwyraźniej nieświadomie sięgnęłam po dowód na poparcie tej tezy. I nie żałuję.

Nie wadziło mi nawet ślimacze tempo wydarzeń. Zabrzmi to może śmiesznie, jednak wydaje mi się ono idealnie dopasowane do miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Na wsi wszystko powinno dziać się powoli. Nawet w obliczu morderstwa i zagadki, którą trzeba rozwikłać jak najszybciej.

Miłą odmianą jest także w moim mniemaniu fakt, że tym razem nie przewracamy strony za stroną, by odnaleźć odpowiedź na pytanie kto?, tylko po to, by zrozumieć dlaczego?. To pozycja, w której najważniejsze są motywy zbrodni, nie zaś ten, kto się jej dopuścił. I tu także plus - świetnie poznawało mi się bohaterów, ich zachowanie i wzajemne związki między nimi.

Właśnie, bohaterowie. Ich charaktery zostały dopracowane z należytą starannością. Najbardziej w pamięć zapadły mi trzy postaci: irytująca lady Angkatell, której gadulstwo i bujna wyobraźnia doprowadzały mnie do furii. Doktor Christow, którego postępowania za diabła nie mogłam zrozumieć, choć bardzo się starałam. Jego żona, której w sumie współczułam, ale i zastanawiałam się, dlaczego nie jest w stanie pokazać światu, że nie taka z niej znowu nieporadna, głupia istotka, na jaką wygląda. Oni wszyscy, mimo że tak różni i nie bez wad, zyskali sobie moją sympatię.

Największą wadą Niedzieli... - choć, jak sobie teraz myślę, przywara ta wynika z faktu, że tu co innego wypływa na wierzch, na co innego trzeba zwrócić uwagę - jest to, że nie trzeba się wysilić, by odkryć, kto stoi za morderstwem. Do niedawna myślałam, że nigdy mi się nie zdarzy, bym przy kryminałach autorstwa tej kobiety zgadła, kto jest winien. A tu? Przeczytałam opis na tylnej okładce i już miałam podejrzenie. Później fabuła utwierdziła mnie w moim przekonaniu, choć autorka jeszcze walczyła i próbowała zrobić czytelników w bambuko. Nie udało się jej. Strzeliła sobie sama w stopę, podając nam niemal na tacy pewną bardzo ważną poszlakę. Kiedy do niej dotarłam, już wiedziałam, że moja intuicja nie zawiodła, choć do końca zostało jeszcze wiele stron. Co prawda rozważałam jeszcze inne opcje, przyglądałam się innym tropom, ale w głębi duszy wiedziałam, że moja pierwsza myśl była najlepsza.

Niech się wali, niech się pali...
Według mnie jest bardzo dobrze. Choć oczekiwania miałam troszkę inne, w zamian dostałam coś innego. W żadnym razie nie gorszego. Po prostu coś, co różni się od tego, co już znałam. Christie dała mi się poznać od innej strony i nie zawiodła. Wręcz przeciwnie - udowodniła mi tylko, że potrafiła stworzyć opowieść, którą czyta się z ogromną przyjemnością, choć nie jest to typowy kryminał, do których w jej wykonaniu jesteśmy wszyscy przyzwyczajeni.

18.04.2015

Peter Hedges "Co gryzie Gilberta Grape'a"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Peter Hedges
Tytuł: Co gryzie Gilberta Grape'a
Tytuł oryginału: What's Eating Gilbert Grape
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Aldona Biała
Cena: 19,50 zł
Liczba stron: 350

Kiedy sytuacja życiowa nas przerasta...

Dwudziestoczteroletni Gilbert Grape nie ma łatwego życia. Przed laty jego ojciec odebrał sobie życie. Od tego czasu matka ciągle je i robi się coraz grubsza, mimo że kiedyś była najpiękniejszą dziewczyną w całej okolicy. Młodszy brat bohatera, Arnie, jest upośledzony. Siostry też przyprawiają go o ból głowy - trzydziestoczteroletnia Amy do dziś nie może pogodzić się ze śmiercią swojego idola, którym był Elvis Presley, a młodsza Ellen, będąca w trudnym wieku dojrzewania, myśli tylko o makijażu, chłopcu i Jezusie. Młody mężczyzna coraz częściej czuje, że to wszystko go przerasta...

Pomysł sięgnięcia po Co gryzie Gilberta Grape'a podsunęła mi moja mama. Od jakiegoś czasu, zwłaszcza kiedy chciałam obejrzeć jakiś film, wspominała o ekranizacji tej powieści. Powtarzała, że jest świetna, że DiCaprio i Depp dali czadu, całość jest wzruszająca i naprawdę warto ją zobaczyć. A jak dobrze wiecie - ja jestem wierna zasadzie najpierw książka, potem film. Nie powiem, słowa rodzicielki mnie zaciekawiły, byłam ciekawa, co też takiego w tej produkcji jest wow. Dlatego najszybciej jak tylko mogłam, postarałam się o wypożyczenie przedmiotu dzisiejszego wpisu z biblioteki, tym bardziej, że wcześniej poczytałam trochę o fabule i moje zainteresowanie nim wzrosło. Gdyby tego wszystkiego jeszcze było mało - opinie ludzi na portalach, blogach też były w dużej mierze pozytywne. 

Oczekiwania, ale i obawy miałam naprawdę spore, bo też i tematyka nie jest łatwa, trzeba ją umieć ją ugryźć z odpowiedniej strony. Pomyślałam: no przecież nie każdy jest jak Coelho, który wziął się za Weronikę postanawiającą umrzeć  i w rezultacie stworzył byle jaką powieść, bo najwyraźniej się w ogóle do jej pisania nie przygotował, nie próbował wejść głębiej w psychikę tytułowej postaci ani nic z tych rzeczy. Będzie OK, mówiłam sobie. Podobno jak człowiek powtarza sobie coś wystarczająco często i się nakręca, to prędzej czy później w to wierzy i dzieje się tak, jak myślał, że będzie się działo.

I cóż, zastanawiam się, czy za mało wysiłku włożyłam w to, żeby samą siebie przekonać, że przeczytanie tej książki będzie dla mnie super przeżyciem? Za mało się starałam? Mój wewnętrzny głos nie był zbyt pewny siebie? Nie wiem, co zawiniło i nie chce mi się nad tym już dłużej zastanawiać - robię to już od dwóch tygodni z hakiem - w każdym razie: nie. Powieść Hedgesa nie jest i nigdy nie będzie jedną z tych, z którymi po latach będę miała cudowne wspomnienia. Nie będę też do niej chciała wrócić.

Tak naprawdę do teraz myślę, co autorowi chodziło po głowie. Co on chciał nam przekazać? O czym opowiedzieć? Ze swojej strony miałam nadzieję, że ta pozycja pokaże nam, jak człowiek radzi sobie z tym, co go spotyka. No bo spójrzmy prawdzie w oczy - te wszystkie nieszczęścia mogą spaść na każdego człowieka na tym świecie. Może i rodzina Grape'ów jest fikcyjna, ale na pewno jej problemy nie są wymyślone. To się naprawdę może zdarzyć i się zdarza. Więc ja, naiwna, myślałam, że poczytam trochę o tym, jak młody chłopak dzielnie to wszystko znosi, chociaż wiadomo, że nie jest mu łatwo. A tu nie. Tu się rzucają w oczy przede wszystkim jego narzekania. Wszystko jest złe, matka-wieloryb, wkurzające rodzeństwo, niepowodzenia w relacjach damsko-męskich... Po pewnym czasie wstawki, w których Gilbert znów utyskiwał na los, zaczęły mnie nużyć. Czekałam, naprawdę długo czekałam, aż przestanie zachowywać się jak rozpuszczony trzynastolatek, zrozumie, że jest dorosły i zrobi coś, żeby choć trochę polepszyć swoją sytuację. Pytanie za sto punktów: jak myślicie, doczekałam się tego?

Jak na ironię, z tej wady, jaką jest niemożność określenia, o czym jest ten tytuł i wkurzenie na tytułowego bohatera, rodzi się też zaleta. Całość może sobie być nijaka, ale obok tego, że postaci wywołują we mnie emocje nie umiem przejść ot tak, obojętnie. Może zresztą taki był pomysł samego Hedgesa, wykreować taki charakter, który jest aż przejaskrawiony, do granic rozmamłany, byle tylko oddziaływał na czytelnika. No cóż, udało mu się. Ja Gilberta nie cierpię. Zresztą poza Arniem trudno mi wskazać osobę, która nie wywołuje u mnie piany na ustach. 

Czy jestem w stanie wskazać jeszcze jakieś plusy? Tak. Autor posługuje się językiem, który nie nastręcza trudności, jest dostosowany do przeciętnego czytelnika. Dzięki temu kolejne strony czyta się dosyć szybko i sprawnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tutaj o jakichś głębszych refleksjach, rozmyślaniach nie ma mowy. Przynajmniej w moim przypadku. Chociaż, powiem szczerze, że ze względu na to, że nastawiałam się na coś co najmniej bardzo dobrego, a tego nie dostałam, kolejne kartki pokonywałam z trudem, a uczucie rozdrażnienia wzrastało mniej więcej co kilkanaście linijek tekstu.

No, dobre jest jeszcze to, że wszystko od początku do końca spisane jest z perspektywy Grape'a, co pozwala nam go bardzo dobrze poznać i zrozumieć jego postawę, sposób myślenia. Szkoda, że punktu widzenia matki czy samego Arniego nie mamy tak przybliżonego, wtedy już w ogóle byłoby super.

No cóż, chyba nikogo to nie zaskoczy...
Jest słabo, bardzo słabo. Dobrze skonstruowani bohaterowie i fajny sposób przedstawienia fabuły to za mało. Oczekiwałam zdecydowanie więcej. Od książki tego nie dostałam. Za to film był świetny, dużo lepszy.

12.04.2015

Małgorzata Musierowicz "Opium w rosole"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Opium w rosole
Tytuł oryginału: Opium w rosole
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 235

Bo każde dziecko potrzebuje uwagi...

O Genowefie powiedzielibyśmy dzisiaj, że jest niedostatecznie pilnowana. Bo jak inaczej nazwać małą dziewczynkę, która samopas błąka się po mieście i wprasza się do obcych sobie ludzi na obiady? Dodatkowo plącze się w zeznaniach odnośnie tego, jak się nazywa i co właściwie porabiają jej rodzice. Rodzina Borejków i inni bohaterowie będą mieli nie lada zagwozdkę z tym, najwyraźniej złaknionym czyjejkolwiek uwagi, dzieckiem...

To już oficjalne. Jeżycjada to jedyny znany mi cykl książek, gdzie z tomu na tom jest coraz lepiej. Znaczy, dobra, żeby nie było, że mi to zaraz wytkniecie, przyznaję: Kłamczucha była według mnie bardzo słaba. Ale potknięcia i słabsze pozycje zdarzają się nawet najlepszym pisarzom. Musierowicz też. Wybaczam jej to zresztą, bo potem zaczęła się wyraźnie rehabilitować i tworzyć coraz to lepsze historie.

Ale w przypadku Opium w rosole to już wyraźnie przesadziła. Jeszcze do niedawna uparcie twierdziłam, że nie ma, nie było i nigdy nie będzie lepszej części tej serii niż Kwiat kalafiora. No i patrzcie, co tu się nagle stało. Jakbym się z kimś o to założyła, powiedziała, że dam sobie rękę uciąć, że nic fajniejszego już Musierowicz nie napisze, dzisiaj tej ręki bym nie miała.

Z przedmiotem dzisiejszego wpisu nie miałam styczności nigdy wcześniej. Jakoś nie wpadł mi w ręce, a mnie samej nie spieszyło się, by go poznać. No ale skoro uparłam się, by cały cykl pochłonąć, i to jeszcze po kolei, to wiadomo - zaległości trzeba nadrobić. Nie powiem, miałam jakieś tam obawy, coś mi nie grało. 

I skończyło się, moi drodzy, na bezpodstawnych lękach. Opium... jest bowiem opowieścią, która wciąga już od pierwszych słów. Nie żartuję: przeczytałam jedno zdanie i już byłam jak zahipnotyzowana. A przecież to dopiero początek i prawdziwa radocha wynikająca z lektury była jeszcze daleko przede mną.

Rzadko tak się zdarza, ale w przypadku tego tytułu podobało mi się absolutnie wszystko. Sam pomysł na fabułę - rewelacyjny. Nadal poznajemy perypetie znanych nam postaci, ale dochodzi do tego coś więcej, coś poważniejszego, ważniejszego. Kwestia małej dziewczynki, która pojawia się nie wiadomo skąd, nigdy nie towarzyszy jej żaden dorosły. Malutka nigdy nie przychodzi bezinteresownie, zawsze chce zjeść obiadek u ludzi, do których akurat zapuka. Czasami nawet upiera się, że będzie u nich spać, że zostanie na zawsze. A jakby tego było mało - niesamowicie szybko się do nich wszystkich przywiązuje i traktuje jak rodzinę. Dziwna sprawa, śmierdziała mi od samego początku. Jednak właśnie dlatego, że to wszystko było takie zagmatwane, niejasne, aż chciało się czytać. Pragnęłam się dowiedzieć, o co chodzi, co ten dzieciak wyprawia, dlaczego się tak zachowuje.

Właśnie, co do dzieciaka. Genowefa przez bardzo długi czas, właściwie prawie całą książkę, miała ogromne szanse na to, by stać się numerem jeden na mojej prywatnej liście znienawidzonych przeze mnie postaci literackich. Nie mogłam jej znieść. Jej zachowanie traktowałam jako bezczelność, namolność. Kręciłam głową na myśl, jak można tak swojej pociechy nie pilnować i pozwalać na to, by robiła co chce, narzucała się nieznajomym. Przeszło mi dopiero kiedy wszystko się wyjaśniło. Kiedy zrozumiałam, co kieruje tą dziewuszką. Gdy zobaczyłam, że to nie jest rozpuszczona, puszczona samopas gówniara, której się zwyczajnie nudzi. Ona po prostu szuka uwagi i ciepła, które powinna otrzymać w domu, od rodziców.

W powieści obecni byli też inni bohaterowie. Moja ukochana rodzina Borejków. Ojej, jak to fajnie było znów spotkać się z Idą, kiedy ta była już starsza, dużo dojrzalsza! Moja ulubienica - Gabrysia, która tutaj akurat chyba się uspokoiła, to już nie ta sama chłopczyca, którą znaliśmy z poprzednich części Jeżycjady. Nawet Nutria i Pulpecja stały się jakieś do strawienia. A profesor Dmuchawiec, jak ja uwielbiam tego gościa! No i Ewa. Ewa, którą z jednej strony obdarzyłabym solidnym uderzeniem w twarz, a jak spojrzałam na nią pod innym kątem - było mi jej żal. Żal jak jasna cholera.

Wydarzenia toczyły się zadowalającym, dość szybkim tempem, które tylko potęgowało ciekawość czytelnika. Jestem pewna, że gdyby nie choroba, która męczyła mnie podczas lektury, całość przeczytałabym znacznie szybciej niż 2 dni. Niemniej jednak - i tak jest dobrze. W końcu dobrą książką należy się delektować, a nie pokonywać byle szybciej, byle mieć kolejną przeczytaną na koncie.

Co jeszcze zasługuje na uwagę i pochwałę to morał, który z powieści tej autorki aż wypływa. Pouczenie, że trzeba obdarzać miłością i uwagą wszystkich swoich bliskich, bo jeśli nie, ci mogą zacząć szukać tego gdzie indziej. Gdziekolwiek, byleby to znaleźć. 

Ach, moich odczuć się właściwie nie da nazwać słowami...
Wystawię więc w pełni zasłużone pięć gwiazdek. Jest świetnie. Oby więcej takich historii wpadało mi w ręce. No, dobrze - mogłyby być troszkę dłuższe, ale i tak lepsze to niż nic.

Ufam, że wiecie - Jeżycjadę polecam każdemu. To klasyka polskiej literatury dla dzieci i młodzieży. Warto ją znać, bo przedstawia realia, których wielu z nas nie zna: bez telewizji, komputerów, wszechobecnej przemocy i seksu. Dobrze jest sobie uświadomić, że kiedyś tak było. I że można było żyć w takich warunkach szczęśliwie.

07.04.2015

Juliusz Słowacki "Balladyna"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Juliusz Słowacki
Tytuł: Balladyna
Tytuł oryginału: Balladyna
Wydawnictwo: Orkla Press Polska
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 142

Rywalizując o zostanie żoną księcia...

Alina i Balladyna są siostrami. Choć w ich żyłach płynie ta sama krew, dziewczęta znacznie się od siebie różnią - pierwsza z nich jest osobą łagodną i kochającą, druga zaś to egoistka, która myśli tylko o tym, jak by tu się wzbogacić. W ubogiej chatce, w której mieszkają wraz ze swoją matką bohaterki pewnego dnia zjawia się książę Kirkor. Mężczyzna chce pojąć za żonę jedną z córek starej wdowy, jednak z racji tego, że obie mają szereg zalet, nie może zdecydować, która będzie jego małżonką, a która tylko szwagierką. Wtedy jego przyszła teściowa, chcąc pomóc mu w dokonaniu wyboru, proponuje, by kandydatki na żonę wybrały się na zbieranie malin. Ta, która jako pierwsza przyniesie dzban pełen słodkich owoców, wygra i zostanie żoną księcia...

Jestem przeciwniczką poglądu głoszącego, że nawet najlepsza książka stanie się tą najgorszą, jeśli tylko uczynić ją lekturą obowiązkową w szkole. Uważam, że lektury też mogą być ciekawe i wciągające. Niektóre nawet na tyle, że ludzie sięgają po nie ponownie już z własnej woli po wielu latach od omawiania ich na lekcji polskiego.

Jeśli chodzi o mnie, jestem w stanie tu i teraz, jednym tchem, podzielić się z Wami trzema tytułami, których znajomości kiedyś ode mnie wymagano, które przeczytałam, pokochałam i wiedziałam, że prędzej czy później do nich wrócę. Są to: Kwiat kalafiora, Zemsta i Balladyna właśnie. Gdybym się zastanowiła, to bym pewnie wyliczyła więcej tomów.

Powrót do tej ostatniej zabrał mi całe wieki. Niby pamiętałam, niby chciałam, ale zawsze coś mi przeszkodziło w zrealizowaniu zamierzenia. Wiecznie były inne pozycje, które absolutnie musiałam poznać JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST. Więc się wkurzyłam i podczas planowania, jak będzie wyglądał mój stosik na święta, powiedziałam sobie: już czas. Bo jak nie teraz, to już nigdy. I tym razem - jak postanowiłam, tak uczyniłam. Wybrałam się do biblioteki, wypożyczyłam książki, które sobie umyśliłam pochłonąć przez Wielkanoc. Wśród nich znalazła się w końcu Balladyna.

Nie pamiętam dokładnie swoich odczuć z pierwszego zetknięcia z tą tragedią - za dużo czasu minęło. Kojarzę tylko, że było przyjemnie. A już na sto procent pewna jestem jednego - na żadne głębsze wynurzenia i zachwyty mnie wtedy nie wzięło. Ot, otworzyłam, przekartkowałam, spodobało mi się, ale nic konstruktywniejszego. Ciekawa fabuła, tak po prostu. Dziś - cholera, ile to już minęło? 5 lat? 6? - do Słowackiego podeszłam już z innej strony. Chciałam z tego jego utworu wyciągnąć coś naprawdę godnego uwagi, a nie fajnych bohaterów czy inne bzdety. I wiecie co? Udało mi się. 

Obecnie opowieść o Alinie i Balladynie jest dla mnie świetnym przykładem na to, jak perspektywa szybkiego wzbogacenia się - czy odniesienia korzyści jakiejkolwiek innej natury - może wpłynąć na człowieka. Jak wiele może zniszczyć. Jednego dnia jesteśmy inni, drugiego, kiedy okoliczności się zmieniają, pokazujemy zupełnie inną twarz. I to wcale nie musi być dobre. Niekoniecznie też możemy zdawać sobie tak do końca sprawę z tego, co w nas siedzi. Pewne rzeczy są ukryte bardzo głęboko i wypływają na wierzch tylko w określonych sytuacjach. Bądź w ogóle.

I właśnie ze względu na ukazanie tej strony ludzkiej natury ponownie zakochałam się w Słowackim. Pomysł miał świetny, rewelacyjnie go też wcielił w życie. Nie przeszkadzało mi absolutnie nic, nawet elementy fantastyczne, które przecież na co dzień raczej spotykają się z moją niechęcią.

Bohaterowie nie pozwalali na to, by przechodzić obok nich obojętnie. Nie przepadałam za Aliną, która według mnie była tak dobra, że aż przesłodzona. Żal mi było matki dziewcząt, która chciała dla nich jak najlepiej, a to z kolei obróciło się przeciw niej. Tytułowa Balladyna, choć nie da się ukryć, że kobieta zła jak siedem grzechów głównych, to jednak moja ulubienica i to niekwestionowana. Ale ja cierpię na prawdziwe umiłowanie niemal wszystkich czarnych bohaterów literackich. No bo przecież - jak jest za dobrze, to jest za mdło. I nudno.

Wszystko to razem sprawia, że całość czyta się ekspresowo. Jeśli człowiek ma możliwość - poświęci może cztery godzinki i gotowe. A najważniejsze, że nie będzie to czas stracony.

Panie Słowacki, zasługuje pan na...
Najwyższą notę. Za morał płynący z tej historii, za bohaterów, za lekkość przekazu. 

Uważam, że klasyki akurat polecać nie trzeba, mam tylko prośbę do młodszych czytelników, jeśli tu takowi zaglądają - nie odpuszczajcie sobie tej lektury, nie bazujcie na streszczeniach i opracowaniach. Słowackiemu naprawdę warto w tym przypadku dać szansę.

04.04.2015

Agatha Christie "Kot wśród gołębi"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Kot wśród gołębi
Tytuł oryginału: Cat among the pigeons
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krystyna Bockenheim
Cena: 19 zł
Liczba stron: 182

Tragiczna śmierć w ekskluzywnej szkole dla dziewcząt...

Letni trymestr w elitarnej szkole dla dziewcząt w Meadowbank nie zaczął się dobrze. Oto bowiem, wkrótce po rozpoczęciu zajęć, w pawilonie sportowym ktoś morduje jedną z nauczycielek gimnastyki, która na dodatek dopiero zaczęła pracę w placówce. Niedługo potem w tym samym miejscu ginie kolejna osoba. Wszystko wskazuje na to, że w szafkach ze sprzętem sportowym znajduje się coś, co morderca bardzo chciałby dostać w swoje ręce. Sprawą zajmuje się wywiad wojskowy, gdyż pojawia się podejrzenie, że może chodzić o bardzo cenne klejnoty. Jednak gdy poszukiwania zbrodniarza długo nie przynoszą efektu na posterunku pojawia się nieoceniony Hercules Poirot...

Ile to już czasu minęło od mojego ostatniego zetknięcia się z dziełami królowej kryminału? Według moich obliczeń - prawie półtora roku. Zdecydowanie za długo. Właśnie dlatego postanowiłam, że kiedy odwiedzę bibliotekę w celu skompletowania sobie stosiku książek na święta, coś z tytułów Christie wezmę. Nie ukrywam, że wybór miałam dość mocno zawężony - wypożyczalnia nie dysponuje wszystkimi pozycjami napisanymi przez tę autorkę, a to, co dostępne jest, swego czasu w większości przeczytałam, dodatkowo mnie samą interesują tylko historie, w których występuje Poirot, bo do Jane Marple i innych postaci pojawiających się zamiast niego jakoś nie mogę się przekonać. W końcu, po krótkim wahaniu, zdecydowałam, że spróbuję przeczytać Kota wśród gołębi, choć tu także przyznaję, że miałam pewne obawy.

Skąd we mnie ten niepokój? Z prostego względu - opis przedmiotu dzisiejszego wpisu bardzo przypominał mi inną książkę - Tajemnicę szkoły dla panien. I choć trudno porównywać Szwechłowicz z Christie, ja martwiłam się, że okażą się to dwie, bardzo podobne do siebie historie. 

Powiedziałam sobie jednak dobra, trudno, najwyżej się przemęczysz, przecież to opasłe tomisko nie jest. A może jednak się miło rozczarujesz i Kota... do domu wzięłam. Koniec końców powiedzieć muszę, że dobrze się stało, że się przełamałam. Ale po kolei...

Przez wiele stron miałam mieszane uczucia. Nie mogłam się wdrożyć w klimat, wprowadzenie w temat wydawało mi się przydługie, że nie wspomnę już o wątkach poświęconych szejkowi islamskiego państwa, które mnie w ogóle nie interesowały. Postanowiłam sobie mimo wszystko dać Agacie szansę, nie odkładać książki na półkę po nieudanych pięćdziesięciu kartkach. 

Bardzo się cieszę, że udało mi się tę początkową nudę przezwyciężyć, bo już niedługo fabuła zaczęła mnie wciągać coraz bardziej i bardziej. Wydarzenia zaczynały nabierać rozpędu, było coraz więcej niejasności, kwestii do rozwiązania. Tylko Poirota nadal brakowało, ale wiedziałam, że się pojawi. Więc czytałam. Czytałam wytrwale i z chęcią, próbując się domyślić, o co tutaj, cholera, chodzi, i co za idiota grasuje w pobliżu szkoły, zabijając sobie, jak gdyby dla zabawy, niewinnych ludzi.

A kiedy już mój ulubiony detektyw wkroczył do akcji, powieść była prawdziwą poezją. Uwielbiam jego sposób rozwiązywania spraw, ten człowiek niby nic nie robi, tylko siedzi, myśli, czasami kogoś przesłucha, ale wskazać winnego zawsze potrafi. Czad!

To wszystko razem sprawiło, że Kota... pochłonęłam prawie całego w ciągu kilku godzin. Dlaczego prawie całego - bo jeszcze tego samego dnia, w którym go wypożyczyłam, przebrnęłam przez 20 stron. Potem czasu za bardzo nie miałam, więc do lektury wróciłam po dwóch dniach. I już się nie oderwałam, dopóki nie poznałam sprawcy. Sama próbowałam go wyłapać - bez skutku. 

Ach, jeszcze słów parę o bohaterach. O Poirocie się już wypowiadać nie będę, bo wiecie doskonale, że ja go KOCHAM, KOCHAM, KOCHAM!, lecz na uwagę zasługują też inne postacie. Chociażby wspaniała pani Bulstrode albo naiwna Jennifer i Julia. Dwie ostatnie niezmiernie mnie wkurzały, ale o to tu chodzi. O wzbudzanie emocji jakichkolwiek, byle tylko nie być neutralnym, nijakim. 

Królowa dostaje dziś ode mnie...
Trzy gwiazdki. Jest przeciętnie, co wcale nie znaczy, że źle. Z tym, że doskonale też nie. Zwyczajnie przeszkadzały mi czynniki, o których wspomniałam na początku opinii, ale nie na tyle, by ocenę obniżyć jeszcze bardziej. A już na pewno nie powiem, że czas poświęcony na ten tytuł był czasem straconym albo że historii tej nie lubię. Lubię, chociaż Christie ma na koncie znacznie lepsze.

01.04.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - marzec 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Czy u Was nowy miesiąc zaczął się tak brzydko? U mnie jest zimno, pada... A przecież podobno mamy wiosnę! Trudno. Niezależnie od pogody tradycji musi stać się zadość. Od dziś głosujemy na książkę marca. Do wyboru macie jeden spośród trzech tytułów. Innych zasad nie przypominam, bo je znacie. Tak więc...

Głosowanie trwa od dziś, 1.04.2015, do 8.04.2015, do godz. 23.59!