28.03.2015

Małgorzata Musierowicz "Ida sierpniowa"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Ida sierpniowa
Tytuł oryginału: Ida sierpniowa
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 173

Kiedy trzeba nauczyć się samodzielności...

Dla piętnastoletniej Idy Borejko rodzinne wakacje nie mają nic wspólnego z przyjemnością. Dlatego właśnie nastolatka decyduje się uciec znad jeziora, gdzie przebywała wraz z rodzicami i rodzeństwem. Gdy realizuje zamierzenie i wraca do domu, pojawia się problem: jedzenie. Coś do powrotu pozostałych członków rodziny jeść trzeba, a żeby móc przygotować sobie posiłek, trzeba mieć pieniądze na zakup odpowiednich składników. Tylko skąd je wziąć? Dziewczyna, by nie umrzeć śmiercią głodową, a tym bardziej - by nie musieć wracać z podkulonym ogonem do ojca, matki i sióstr - postanawia znaleźć pracę. Wkrótce zatrudnia się jako dama do towarzystwa u pewnego starszego pana. W pracy czekają na dziewczynę wyzwania małe i duże...

Wiecie, czasami jest tak, że człowiek potrzebuje przeczytać coś lekkiego i krótkiego, mimo że na co dzień preferuje raczej dłuższe powieści. Nie wiem, czy kiedyś już Wam o tym pisałam, ale osobiście raczej wybieram lektury spośród tych pozycji, które liczą sobie średnio po 300 stron. Z pewnym wyjątkiem. Jeżycjada to cykl cienkich książeczek, które nierzadko mają mniej niż 200 kartek. A jednak całą serię uwielbiam i kiedy nie mam czasu albo ochoty na nic dłuższego i skomplikowanego, to sięgam właśnie po którąś jej część. Z racji tego, że już dawno sobie obiecałam przeczytać każdy tom po kolei, właśnie przyszedł czas na kolejny, czwarty już.

Główną bohaterkę historii Musierowicz, jak zresztą i całą jej rodzinę znamy z Kwiatu kalafiora. Ida, która w przedmiocie dzisiejszego wpisu gra pierwsze skrzypce, jest rudowłosą, raczej brzydką, a już na pewno bardzo zakompleksioną dziewczyną, w dodatku znaną z wybuchowości i skłonności do hipochondrii. Wiem doskonale, że jej kreacja może czytelników zarówno bawić, jak i nieźle irytować. 

Na szczęście autorka w książce poświęconej perypetiom tej dojrzewającej Borejkówny szykuje nam niespodziankę. Oto średnia córka Borejków, w czas niedługi po tym, kiedy zdecydowała się zwiać z rodzinnego wyjazdu, zaczyna jakby pokornieć, kolokwialnie mówiąc: ogarniać się. A wszystko dzięki pracy, którą podjęła i różnym problemom, którym musiała stawić czoło.

Całą tę przemianę obserwujemy i pochłaniamy z przyjemnością. Musierowicz bowiem nie rezygnuje z lekkiego, przystępnego dla przeciętnego odbiorcy stylu. Zresztą, gdyby to zrobiła, byłaby to raczej niefortunna decyzja, z racji tego, że cała saga jest kierowana przede wszystkim do dzieci i młodzieży. A do tak młodych ludzi przemawia przede wszystkim prosty język i niezbyt skomplikowana fabuła.

Wydarzenia przedstawione w Idzie... wciągają i intrygują, choć przyznaję, że im bliżej końca, tym coraz mniej. Kiedy zaczynałam czytać, wprost zachodziłam w głowę, jak ta młoda sobie poradzi zupełnie sama, czy nie stanie się jej żadna krzywda. A może ten jej pracodawca okaże się jakimś niebezpiecznym człowiekiem? Może tylko udawał starego, potrzebującego towarzystwa mężczyznę, mając nadzieję, że zgłosi się jakaś chętna nastolatka, której zrobi jakieś świństwo? Szybko jednak zrozumiałam, że tego rodzaju dreszczyk emocji - to nie tutaj. Tu się wszystko skończy dobrze, obędzie się bez gwałtów i innych okropieństw. Bo przecież Jeżycjada to emanująca ciepłem rodzinnym seria, całkowicie wolna od wszystkiego co dziś jest na topie, to znaczy: zero seksu, zero przemocy, a już na pewno całkowity brak hektolitrów krwi. Tylko relacje między przeuroczymi członkami rodziny i wszystko, co tych ludzi dotyczy. Ach, jak miło czasem zagłębić się w coś takiego!

Jeśli chodzi o bohaterów - jak już pisałam, na pierwszy plan wysuwa się Ida. Świetnie patrzyło mi się na to, jak stopniowo zmienia się jej zachowanie, choć całkowita beztroska i zagubienie, tak charakterystyczne dla burzliwego okresu dojrzewania, wcale nie zniknęły. Inne postacie występujące to tylko tło. Jakoś nie potrafiłam na dłużej skierować swojej uwagi na żadną z nich, za bardzo pochłonięta byłam główną bohaterką. No dobrze, jeszcze Lisieccy wywoływali we mnie emocje, negatywne, ale jednak. I Krzyś mnie denerwował. Ale to tyle.

Kolejny tom Jeżycjady otrzymuje ode mnie...
Cztery gwiazdki. Jest dobrze, bardzo dobrze. Czegoś mi jednak brakuje, jakiegoś elementu, który pozwoliłby mi stwierdzić, że lektura była czymś rewelacyjnym. Choć, przyznam szczerze, nie jestem w stanie powiedzieć, o co dokładnie chodzi. Pozornie wszystko gra, a jednak jest mały uszczerbek, który trudno mi zlokalizować.

Mam nadzieję, że nie muszę po raz milionowy mówić, że Musierowicz to autorka, której dorobek powinno znać jak najwięcej osób? ;)

24.03.2015

Gabriela Zapolska "Moralność pani Dulskiej"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Gabriela Zapolska
Tytuł: Moralność pani Dulskiej
Tytuł oryginału: Moralność pani Dulskiej
Wydawnictwo: Akant Ltd.
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 287

Oby tylko ludzie nie gadali...

Aniela Dulska jest kobietą, która przeraźliwie boi się skandali i ludzkiego gadulstwa. Dlatego dba, by w jej domu nie działo się nic, co mogliby w niepożądany sposób skomentować sąsiedzi. Wydawać by się mogło, że jej działania odnoszą spodziewany skutek. Niestety, okazuje się, że syn kobiety, mający skłonności do hulaszczego trybu życia, szykuje matce niespodziankę, którą niezmiernie trudno będzie zamieść pod dywan...

Choćbyśmy nie wiem jak się starali, zacofanie będzie siedziało we wnętrzu każdego z nas i nigdy się stamtąd nie wyniesie. Jak świat światem ludzie bali się, że na światło dzienne wyjdą ich prywatne brudy, żeby się broń Boże nie wydało, że wcale nie są tacy idealni, za jakich starali się uchodzić. I tego podejścia nie zmieni nikt i nic, żaden postęp cywilizacyjny, żadna zmieniająca się wraz z upływem czasu mentalność ludzka. 

Tę prawidłowość zaobserwowała również Gabriela Zapolska i postanowiła wykorzystać ją do stworzenia satyry na naturę ludzi. Satyry, która nigdy się nie zdezaktualizuje, do której zawsze będzie można zajrzeć i wyciągnąć nigdy nietracące na wartości wnioski. Udało jej się to znakomicie.

Sytuacja przedstawiona w Moralności pani Dulskiej właściwie nie jest jakaś zaskakująca. Nawet i dzisiaj możemy natknąć się na kobietę, niekoniecznie nawet starszą, dla której najważniejsza będzie nieposzlakowana opinia wśród znajomych i obcych jej osób. I takiej kobiecie może się przytrafić coś, co tą reputacją mocno zachwieje, nawet jeśli stanie się to głównie w oczach samej - spanikowanej - zainteresowanej. Uważam, że taki zabieg, celowe zdecydowanie się na opisanie czegoś, co bez trudu da się zaobserwować w świecie rzeczywistym, a nie tylko na kartach powieści, jest świetny. Nadaje całości utworu takiej... realności. Nawet powiedziałabym, że lekkości, bo chyba lżej się czyta o czymś, co możemy sobie wyobrazić, chociaż domyślać się, co się w takiej sytuacji czuje.

Sam język, którym posługiwała się Zapolska, również dopasowany jest do tematyki dramatu. Jeśli chcecie przeczytać coś, nad czym trzeba się pogłowić, poszukajcie czegoś innego. Autorka Moralności... bowiem wykłada wszystko jak kawę na ławę. Żadnego lania wody, domyślania się, niezrozumiałych kwestii. Jest krótko, zwięźle i na temat. Na tyle prosto, że jak się ma czas, to całość spokojnie da się pochłonąć w może dwie godziny. Zwykle nie lubię takich króciutkich, banalnych książeczek, ale jednak w tym przypadku się zakochałam.

Być może mam specyficzne poczucie humoru, ale fakt jest faktem: podczas lektury niejednokrotnie miałam ochotę wybuchnąć dzikim śmiechem. Bawiło mnie postępowanie Dulskiej. Śmieszyło mnie, jak radziła sobie z synem, który miał zupełnie inne zapatrywania na świat i życie. Ach, jakie to wszystko było cudowne!

Bohaterowie również zostali wykreowani z należytą starannością. Jak wspominałam wyżej - cudowna, słodka i zabawna w swoim kołtuństwie Aniela. Fantastyczny, stawiający się syn. Nawet Felicjan, którego równie dobrze mogłoby nie być, bo jego rola została ograniczona do takiego minimum, że autentycznie się zapominało, że ktoś taki jest, miał swój urok.

Czy wspomniałam już, że natrafiłam na wydanie z piękną okładką i drukiem tak ogromnym, że większego w żadnej innej książce nie widziałam? Poważnie, kiedy zamknęłam tom, wszystko, na co patrzyłam, wydawało mi się zmniejszone. Maciupeńkie.

Tu się nie da inaczej, trzeba wystawić...
Najwyższą notę. Nie mam za co odjąć nawet połowy gwiazdki, wszystko było rewelacyjne. Oby więcej takich tytułów wpadało mi w ręce! 

17.03.2015

Co ja czytam, czym się jaram? Share Week 2015

Zdjęcie zaczerpnięte z bloga Andrzeja Tucholskiego

Cześć, kochani!

Wiecie co? Ostatnio mam jakiś przestój. We wszystkim - i w pisaniu (w planach kilka słów o Moralności pani Dulskiej - już niebawem), i w czytaniu. A plan zajęć wcale naładowany po brzegi nie jest, więc wymówki w tej postaci nie mam. Po prostu mi się nie chce, ale obiecuję, że powolutku wrócę do formy.

Moje ostatnie lenistwo i roztargnienie spowodowało, że przegapiłam moment rozpoczęcia Share Weeku 2015. Z tego, co widzę, ledwo zdążyłam, bo dziś już 17 marca, a akcja kończy się 21. Na szczęście na Facebooku wyświetlił mi się post Karoliny, która wytypowała swoje ulubione blogi. Zatem - pora nadrobić zaległości i wyjawić, jakie to trzy blogi czytam mniej lub bardziej maniakalnie i z całą pewnością mogę je polecić szerszemu gronu odbiorców.

Co ja czytam, czym się jaram? Share Week 2015

Blog Marty poznałam rok temu - właśnie przy okazji kolejnej edycji Share Weeku, pierwszej, w której brałam udział. Przeglądałam prawie wszystkie listy innych ludzi w nadziei, że znajdę coś ciekawego dla siebie. I znalazłam. Ludzie, ależ ta dziewczyna świetnie pisze! Ma lekkie, przyjemne w odbiorze pióro, jest mądra, a jej optymizm mnie osobiście powala na kolana. Poważnie, Marta jest bodajże w moim wieku bądź ciut starsza, ale czuję się, jakby nas dzieliły wieki. Chylę czoła za to, że regularnie udowadnia swoim czytelnikom, że się da. Że można z kompletnie nieogarniętego człowieka stać się mistrzem organizacji czasu. Że da się z uśmiechem zaczynać i kończyć dzień. Może nie uwierzycie, ale i spełnianie marzeń jest wykonalne. A żeby to wszystko osiągnąć, wystarczy po prostu wytrwale pracować na sukces, zapomnieć na moment, że jest to długi i nierzadko ciężki proces. W chwilach zwątpienia, spadku motywacji - Marta pomoże. Napisze kolejne motywujące wpisy. Pokaże swojego zabawnego kota. Albo nagra filmik, na którym się będzie do nas wygłupiać. W każdym razie - w potrzebie nikogo nie zostawi. I dlatego warto jej blog znać i czytać regularnie.

A teraz się do czegoś przyznam: w dzisiejszym wpisie miało czegoś zabraknąć. Nie chciałam się powtarzać i tworzyć listy polecającej podobnej do tej z zeszłego roku, dlatego miałam zamiar pominąć milczeniem blogi, o których wtedy napomknęłam. Ale, moi drodzy, Klaudyny nie da się nie polecić, nie można obok jej strony przejść obojętnie. Bo ta blogerka, oprócz tworzenia kolejnych wpisów o książkach i filmach, zachęca też do dyskusji na wiele ciekawych tematów, a co najlepsze - ona ma multum pomysłów na kreatywne spędzanie czasu, zarówno w pojedynkę jak i w towarzystwie, i się z nami tym wszystkim dzieli. Poza tym - no co ja będę ukrywać, dzieciaka dziewczyna ma fajnego i mówię to ja, potwór, co dzieci na co dzień unika jak diabeł święconej wody ;)

Blog Tamary jest jedynym blogiem modowym, na który wchodzę. Resztę omijam szerokim łukiem - mimo prób znalezienia czegoś dla siebie, żadna inna strona o tej tematyce nie przypadła mi do gustu, wiele - odstraszyło na amen. Za to Macademian przyciągnęła mnie do siebie od razu, choć nie mogę powiedzieć, że zaglądam do niej regularnie. Jak mi się przypomni, to ten blog odwiedzę, ale w takich chwilach to już siedzę i siedzę, i zmusić się do wyłączenia strony nie mogę. Musicie wiedzieć, że ja kocham miłością toksyczną wszystko, co kolorowe i najlepiej jaskrawe. A Tamara właśnie tak się ubiera, nie bojąc się bawić w łączenie barw i odcieni, przede wszystkim jednak - nie obawiając się wyjść w takim stroju na ulicę. Imponuje mi to, bo przecież na co dzień osób tak oryginalnych poza domem nie spotkamy. A Macademian wytykania palcami się nie boi. Ubiera się świetnie i pokazuje nam, że najważniejsze to być sobą i wyglądać tak, jak się chce wyglądać.

Moi drodzy, a jakie blogi Wy polecilibyście szerszemu gronu? Macie w zanadrzu jakieś perełki, którymi chcecie się podzielić z innymi? Stwórzcie własną listę i podeślijcie link do niej Andrzejowi albo po prostu pokażcie ją swoim czytelnikom, kolegom, komukolwiek! ;)

06.03.2015

Kathryn Stockett "Służące"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Kathryn Stockett
Tytuł: Służące
Tytuł oryginału: The Help
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 571

A gdyby tak przeciwstawić się panującym zasadom...

Lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia, amerykańskie Południe. Segregacja rasowa - sytuacja, kiedy to biali są panami, a czarnoskórzy co najwyżej ich podwładnymi - ma się bardzo dobrze. Jej zwolenników ciągle przybywa, za to nikt nie ma na tyle odwagi, by na głos wyrazić swój sprzeciw wobec panującego porządku - co nie powinno dziwić, zważywszy na konsekwencje, które czekają buntujących się.
A jednak w Jackson w stanie Missisipi mieszka młoda kobieta, która temu, jak wszyscy naokoło traktują kolorową służbę, przygląda się z przerażeniem i niesmakiem. Postanawia coś z tym zrobić. Początkowo cały plan wydaje się niemożliwy do wykonania, jednak z czasem bohaterka otrzymuje pomoc i robi co w jej mocy, by zmienić sposób myślenia ludzi...

Segregacja rasowa jest według mnie jednym z tych wielu tematów, o których należy mówić, czytać i pisać, choć stanowią wielką, brzydką plamę na historii świata. Mimo że nie mamy powodów do chwalenia się okropieństwami, których dopuściła się ludzkość, należy o nich uczyć coraz młodsze pokolenia. Po to, by ludzie wiedzieli, jakich błędów z przeszłości nigdy więcej nie popełniać.

O Służących słyszałam już dawno temu, choć głównie mówiło się w moim otoczeniu o ekranizacji powieści niż o samej książce. Wiedziałam, że temat ważny, ciężki, kontrowersyjny, więc cały czas miałam ten tytuł w pamięci, żeby kiedyś zapoznać się z tym, co pani Stockett ma nam do przekazania. Szczęśliwym zrządzeniem losu w wyzwaniu czytelniczym, w którym biorę udział, pojawiło się hasło Książka, która została zekranizowana. Zgadnijcie, jaka pozycja wpadła mi do głowy jako pierwsza i jedyna.

Kiedy już zabierałam się za czytanie przedmiotu dzisiejszego wpisu - a dostanie go w bibliotece wcale nie było prostą rzeczą, bo jest rozchwytywany i ciągle wypożyczany - spodziewałam się lektury interesującej i pouczającej, ale z gatunku tych, przez które trudno przebrnąć. A tu taka niespodzianka.

Autorka, mimo niewdzięcznego wątku głównego swojej historii, stworzyła opowieść, którą czyta się lekko i przyjemnie. To nie jest publikacja typowo historyczna, w której pełno suchych faktów i dat. Jedyne, co ta powieść ma wspólnego z autentycznością, to zachowanie białych względem czarnoskórych i to, że ci drudzy kiedyś właściwie nie mieli praw, ba - o nich się mówiło jak o gorszym gatunku ludzi. Oprócz tego - mamy fabułę, którą się wręcz pochłania. Styl, jakim posługuje się Stockett, jest prosty, dzięki czemu kolejne kartki pokonujemy szybko i bez trudu. Wiele osób może to zdziwić - ja w każdym razie zszokowana byłam - ale nawet przy książce o takiej tematyce można się szczerze uśmiechnąć pod nosem, a nawet roześmiać w głos. Tak, moi drodzy, odrobinę humoru da się wpleść wszędzie.

Co do stylu jeszcze - jeśli macie dopiero zamiar sięgnąć po Służące, niech Was nie zrażą liczne błędy i niedbałość o poprawność w niektórych rozdziałach. To zabieg celowy, bowiem takim językiem zostały spisane fragmenty z perspektywy pomocy domowych, których edukacja, jak wiemy, z oczywistych względów nie mogła być najlepszej jakości. 

Bohaterowie zostali stworzeni z ogromną starannością, osobiście nie potrafiłam żadnego z tych głównych nie darzyć jakimkolwiek uczuciem. Lubiłam właściwie chyba wszystkich, nawet - no dobrze, przyznam się, że nie nawet, tylko zwłaszcza - czarne charaktery. Tylko Celia mnie w pewnym momencie zaczęła irytować swoim brakiem pomyślunku, no ale to się zdarza.

Co jeszcze nieziemsko przypadło mi do gustu - ukazanie innej perspektywy, pokazanie, że ktoś chciał zmienić sytuację, że się nie godził na panujące zło. A była to przecież osoba, która z powodzeniem mogła na tę sprawę machnąć ręką.

Zakończenie całości lekko mnie wbiło w fotel. Nie wiem dlaczego, ale to nie było to, czego się spodziewałam. Nie będę spoilerować, więc bez szczegółów, ale: dla mnie ostatecznie koniec był bardzo smutny. Szkoda, liczyłam na coś optymistycznego.

Dziś inaczej być nie może...
Wystawiam najwyższą notę. Dostałam praktycznie wszystko, czego od tego tomu oczekiwałam, a nawet więcej. Pouczająca lektura, szczypta humoru, charakterystyczni bohaterowie... W takiej sytuacji zakończenie nie takie, jakby się chciało, żeby było, w ogóle się nie liczy.
Polecam absolutnie każdemu.

01.03.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - luty 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Najkrótszy miesiąc roku za nami. Nie wiem jak dla Was, dla mnie był on bardzo pracowity - sesja, poprawki, od niecałych dwóch tygodni nowy semestr, konkurs na Blog Roku... No na brak wrażeń i rzeczy do zrobienia narzekać nie mogłam. 

Właśnie dlatego w lutym udało mi się przeczytać tylko 3 książki - całą Atramentową trylogię Cornelii Funke. Jest to jednak dla mnie wynik bardzo satysfakcjonujący, bo sami możecie zobaczyć w postach odnoszących się do tych tytułów - to nie są cieniutkie pozycje. Fakt, że łatwe w odbiorze i dość szybko się je czyta, ale to nadal jest 500 w porywach do niecałych 700 stron. 

I właśnie wśród którejś części tej serii kryje się książka lutego. Wyłońmy ją, kochani. Wiecie, co robić.

Głosowanie trwa od dziś, 1.03.2015, do 8.03.2015, do godz. 23.59!