04.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowe serce"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowe serce
Tytuł oryginału: Tintenherz
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 44,90 zł
Liczba stron: 498

A gdyby słowo pisane ożyło...

Dwunastoletnia Meggie wolałaby pewnie, by ta noc, kiedy zobaczyła postać dziwnego mężczyzny za oknem, nigdy nie nadeszła. Bo gdyby nikogo nie zauważyła, nie przestraszyła się i nie powiedziała o niczym ojcu, wszystko byłoby w porządku. Czasu i uczynków nie da się jednak cofnąć. Wkrótce dziewczynka znajduje się w samym środku wydarzeń, których nie rozumie, a kiedy - po długim naciskaniu - ojciec wyjawia jej prawdę, ta wydaje się być czymś niemożliwym. Mała bohaterka poznaje świat od zupełnie innej strony: jest jednocześnie dużo mroczniejszy, zdecydowanie bardziej niebezpieczny, ale przy tym piękniejszy niż dotąd...

O Atramentowej trylogii słyszałam wiele dobrego odkąd pamiętam. Już dawno wykiełkowała we mnie jakaś ciekawość, chęć sprawdzenia, co to w ogóle jest, ale jakoś tak się złożyło, że dotąd po żaden tom nie sięgnęłam. Aż w końcu zapisałam się do wyzwania czytelniczego, w ramach którego przeczytać miałam trylogię. Choć na początku trochę się wahałam, co wypożyczyć (zwykle unikam cyklów książek), ostatecznie stanęło na tym, że skorzystam z okazji i w końcu te sławetne dzieła Funke poznam. Dziś skończyłam część pierwszą, kolejne czekają na swoją kolej na regale.

Co mogę powiedzieć? Na pewno to, że nie żałuję swojej decyzji. Nie tylko nie żałuję - wypożyczenie właśnie tej trylogii już teraz, po samym początku, mogę nazwać strzałem w dziesiątkę. Jednocześnie: tak jak stwierdziłam w przypadku Alicji w Krainie Zombi, tak teraz również powiem: wow, zaskoczenie czytelnicze. Wielkie. Podejrzewam, że na skalę roczną, o ile nie dłużej.

Doskonale wiecie, że ja nie przepadam za fantastyką, że zwyczajnie staram się jej nie czytać. Jestem wierna realizmowi, tak w życiu, jak i w książkach. Opowieści o czarodziejach, magii, wymyślonych stworzeniach i zdarzeniach, które nie mają racji bytu w prawdziwym świecie - to wszystko mnie nie interesuje, nie ma dla mnie żadnego uroku. A jednak Atramentowe serce sprawiło, że się zatraciłam. Od pierwszej strony byłam nastawiona bardzo pozytywnie i nie musiałam długo czekać, aż świat wykreowany przez autorkę kompletnie mnie zauroczy i wciągnie.

Zapowiedź czegoś dobrego widać już na pierwszy rzut oka - przepiękna, schludna, twarda oprawa zachęca do lektury. A kiedy powieść się otworzy, jest już tylko systematycznie coraz lepiej. Język, jakim operuje Funke, jest prosty - choć przyznaję, że dla mnie chwilami za prosty; początkowo irytowała mnie dość spora liczba powtórzeń w tekście, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam i przestałam zwracać na to uwagę - i przyjemny w odbiorze. Klasyka, jeśli chodzi o pozycje kierowane do dzieciaków, co nie? Cała fabuła została spisana w sposób niezwykle plastyczny. Czytając, możemy dokładnie wyobrazić sobie miejsca, postaci, co jest kolejnym niekwestionowanym plusem.

Tematyka również zachwyca. Ręka w górę, mole książkowe, który z Was nigdy nie chciał, nie myślał chociaż o tym, jakby to było, gdyby bohaterowie naszych ulubionych książek z dzieciństwa istniały naprawdę? Choć wydaje mi się, że autorka ugryzła to zagadnienie z dość nietypowej strony - pokazując, że spełnienie tego naszego pragnienia wcale nie musi być dla nas dobre. Wręcz może być niebezpieczne, groźne dla życia i zdrowia. 

Jeśli chodzi o tempo akcji, raczej nie możemy na nic narzekać: wydarzenia rozgrywają się dosyć szybko, ciągle coś się dzieje, nieoczekiwany obrót zdarzeń goni następny nieoczekiwany obrót... Ja osobiście miałam problem, by od lektury się odkleić, taka byłam ciekawa, co za chwilę się stanie. Podobało mi się, że dobro i zło przeplatało się, przez co nie opuszczał mnie dreszczyk emocji.

Wiecie, przy okazji takich tomisk, zawsze dopada mnie refleksja: dlaczego w literaturze kreacja złej i wrednej ciotki to coś dość często spotykanego? Nigdy tego nie rozumiałam i jestem ciekawa, dlaczego tak jest. 

A właśnie, straszna ciotka. Elinor to właściwie jedyna postać, do której zdążyłam zapałać pewnym uczuciem, od razu ją polubiłam. Nie wiem dlaczego, ale reszta bohaterów nie wywarła na mnie szczególnego wrażenia.

Nigdy nie sądziłam, że to powiem albo chociażby pomyślę, ale fakt jest faktem: czasem opasłe pozycje z powodzeniem mogłyby być krótsze. Była chwila - na szczęście już blisko zakończenia - że poczułam autentyczne znużenie. Nie mam pojęcia, dlaczego to wystąpiło, może zbyt wiele emocji mnie dopadało przez te prawie 500 stron? Niezależnie od powodu, stało się jak się stało: czasem nie kojarzyłam faktów i musiałam się wracać do poprzednich kartek.

Tak więc dziś jest...
Bardzo dobrze. Do ideału troszkę brakuje - może gdyby większość postaci nie była dla mnie obojętna, byłabym skłonna wystawić najwyższą notę. 
Przedmiot dzisiejszego wpisu polecam wszystkim - młodym i starym. To przepiękna opowieść, dzięki której możemy choć na trochę przenieść się do innego, niebezpiecznego, ale pięknego, świata.

6 komentarzy:

  1. Od dawna za mną chodzi ta trylogia, choć do dnia dzisiejszego nie wiedziałam o czym ona jest. Ale dzięki Twojemu tekstowi mam większą ochotę na "Atramentowe serce" i liczę, że i mnie zaskoczy. Liczę również na to, że jednak większość bohaterów nie będzie mi obojętna. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta książka wyszła, kiedy byłam jeszcze nastolatką. pamiętam, jak oszczędzałam pieniądze żeby ją kupić, ale po pewnym czasie tego zaniechałam :) Chyba teraz się za nią rozejrzę, aby ją w końcu przeczytać.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.