28.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowa śmierć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowa śmierć
Tytuł oryginału: Tintentod
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 646

Ostateczna walka dobra ze złem...

Minęły już prawie trzy miesiące odkąd Elinor straciła kontakt z Mo, Meggie i Resą. Jeszcze wcale nie tak dawno temu - może dwa, trzy lata temu - gdyby ktoś powiedział tej kobiecie, że pokocha kiedyś jakiegoś człowieka tak bardzo, że każdy dzień bez niego będzie dla niej katorgą, wyśmiałaby go w twarz. A jednak życie bez tych trojga u boku nie ma już tego uroku co kiedyś. Tymczasem zaginieni na kartach książki bohaterowie co i rusz muszą stawiać czoła przeróżnym niebezpieczeństwom w tym pięknym, ale budzącym grozę wymyślonym świecie...

Kiedy zbliżałam się do końca fatalnej w moim odczuciu Atramentowej krwi zaczął mi ciążyć na sercu fakt, że oto przede mną jeszcze jedna, na szczęście już ostatnia część trylogii. Wyszłam z założenia, że skoro po pierwszym tomie poziom całości tak drastycznie się obniżył, nie ma co liczyć na cud, że nagle oto znowu stanę oko w oko z czymś cudownym. Będzie albo tak samo żle, albo jeszcze gorzej. Stwierdziłam też, że mimo wszystko lepiej zmierzyć się z wrogiem teraz i mieć go z głowy jak najszybciej, niż odkładać to w nieskończoność (a raczej do momentu, kiedy biblioteka zacznie się upominać o zwrot już i tak przedłużonych pozycji). Zacisnęłam więc zęby, siadłam i otworzyłam Atramentową śmierć.

Na przyszłość: niech mnie ręka boska broni przed pochopnym wydawaniem osądów co do książek. No dobra, w sumie co do wszystkiego. Kiedy tylko przesunęłam wzrokiem po pierwszych linijkach powieści, uderzyła mnie myśl, że może jednak niemożliwe może stać się możliwe...

Bo przede mną, moi kochani, znalazła się historia, którą - mimo wcześniejszych problemów i niepowodzeń - pokochałam z miejsca. Cornelia Funke znowu odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty. Środkowy tom cyklu mógł być wynikiem zwykłego kryzysu twórczości, gorszego okresu. Okresu, który na szczęście minął, a Atramentowa śmierć stanowi doskonały dowód na potwierdzenie tej tezy.

Autorka ponownie, jak w przypadku Atramentowego serca, ujmuje nas lekkością i plastycznością swojego stylu. Czytając, znowu możemy zobaczyć przed oczami ten stworzony ze słów świat. Powiedziałabym nawet, że tutaj sprawa z językiem, jakim została spisana całość, ma się lepiej niż kiedykolwiek - nie kłuły już w oczy liczne powtórzenia, choć, oczywiście, zdarzały się. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że seria ta dorasta wraz z czytelnikami - którymi przecież, przynajmniej docelowo, mają być dzieciaki i młodzież.

Mnogość wydarzeń i nieprzewidywalnych zwrotów akcji mnie osobiście przyprawiła o zawrót głowy. Do tego stopnia, że często musiałam wracać do wcześniejszych stron i doczytywać o pewnych rzeczach, bo w gąszczu tej naładowanej po brzegi fabuły bardzo łatwo jest się zgubić. Mimo wszystko - nie potrafię tego, że tyle się działo, ze stanowczością nazwać wadą. Podejrzewam, że wina leży po mojej stronie, może po prostu nie skupiłam się należycie podczas czytania. Poobserwuję jak sprawa się będzie miała przy innych książkach.

Podobnie jak z wielością zdarzeń, sprawa ma się z postaciami występującymi. Zatrzęsienie. Cały czas przewijał się ktoś nowy, aż zaczęłam tracić wątek, nie mogłam się rozeznać: kto tu jest dobry, a kto zły? Na szczęście wydanie, które wpadło mi w ręce, jest opatrzone w ściągę, która nazywa się bodajże Kto jest kim w Atramentowym Świecie, w której to spisani są wszyscy bohaterowie, alfabetycznie, wraz z krótkim opisem. Bardzo to było przydatne.

Niestety, jeden minusik jest. Mianowicie - znowu miałam wrażenie, że cała ta powieść jest rozwleczona aż do przesady. Naprawdę czasem lepiej jest napisać zwięźlej, krócej, niż rozpisywać się w nieskończoność. Nie dopadło mnie uczucie znużenia takie jak przy pierwszej części cyklu, ale i tak w pewnym momencie poczułam, że chyba mam już trochę dosyć. Cieszę się, że udało mi się mimo to dotrzeć do końca.

Z trylogią rozstaję się dziś, przyznając...
Cztery gwiazdki. Jest dobrze, bardzo dobrze, ale nie idealnie. Miło było oderwać się trochę od realizmu, przyjemnym zaskoczeniem było to, że jednak autorka nie szła poziomem w dół, jak to się zapowiadało. 

Natomiast, gdybym miała wszystkie części ocenić jako jedną całość, serię - przyznałabym gwiazdki trzy. Za zawód, jakiego doznałam wcześniej, nie mogłabym go nie wziąć pod uwagę.

Tak bardzo polubiłam to jak pisze Funke, że nie mam pojęcia, jak się teraz na nowo przyzwyczaję do innych autorów. To będzie trudne, oj będzie.

6 komentarzy:

  1. Kilka lat temu przeczytałam pierwsze dwa tomy i do tego trzeciego nie mogę się jakoś zabrać...

    OdpowiedzUsuń
  2. O jejku, Cornelia! Pamiętam jak w podstawówce przeczytałam jej 'Księcia Złodziei' i byłam nim zachwycona! Co prawda Atramentowej trylogii nie czytałam jeszcze, ale chyba to zrobię - lubię czytać powieści dla młodzieży, zwłaszcza autorów, których lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozycję, o której pisałaś, też mam na półce - czytałam ją za dzieciaka, a w lipcu dostałam ją na wymianie książkowo-blogowej w Sopocie ;) Nic z niej nie pamiętam, więc będę musiała sobie odświeżyć treść.

      Usuń
  3. A ja nie słyszałem o tych książkach, ale chętnie to zmienię :)

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.