21.02.2015

Cornelia Funke "Atramentowa krew"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Cornelia Funke
Tytuł: Atramentowa krew
Tytuł oryginału: Tintenblut
Wydawnictwo: Egmont
Tłumaczenie: Jan Koźbiał
Cena: 44,90 zł
Liczba stron: 622

Nie mogąc zatrzeć wspomnień...

Od wydarzeń, które pokazały Meggie całkiem inną stronę życia i świata minął już rok. Ku rozpaczy ojca dziewczynka nie może zapomnieć o tym wszystkim co się wydarzyło. Wydaje się nawet, że mała bohaterka zrobiłaby co tylko w jej mocy, by przeżyć podobną przygodę raz jeszcze, by zobaczyć więcej i zaspokoić targającą nią ciekawość. To pragnienie niedługo sprowadzi istną lawinę nowych kłopotów na trzynastolatkę i jej rodzinę...

Kiedy kończyłam czytać Atramentowe serce myślałam, że dalsze losy postaci tej trylogii poznam jednak troszkę później. Cóż jednak począć, kiedy inne pozycje do Ciebie chwilowo nie trafiają, a Atramentowa krew i Atramentowa śmierć uśmiechają się do Ciebie z regału i czekają, aż się za nie zabierzesz? Długo się nie opierałam - zaledwie kilka dni minęło, kiedy otwierałam drugą część cyklu o Atramentowym świecie. Oczekiwania miałam bardzo duże, modliłam się o emocje podobne lub jeszcze lepsze niż za pierwszym razem.

I wiecie co? Jasna cholera wszystko trafiła. Pragnieniami przeżycia wspaniałej przygody mogłabym sobie wytrzeć nos, gdybym akurat była zakatarzona.

Zupełnie nie rozumiem, co tu zaszło. Atramentowe serce nie pozwalało mi się od siebie odkleić, pochłonęło mnie doszczętnie i nie chciało oddać realnemu światu. Zachwycona byłam niemal wszystkim, choć nie była to opowieść bez wad. A jej dalsza część? To kompletne przeciwieństwo.

Choć styl pisania Funke raczej nie uległ zmianie - przynajmniej widocznej, takiej, którą bym wychwyciła - ja przez tę powieść nie mogłam przebrnąć. Męczyłam się niemal od pierwszej strony, nie musiałam też czekać nie wiadomo ile na moment, w którym poczułam, że do czytania się po prostu w dużej mierze zmuszam.

Poznając dalsze perypetie dziewczynki, jej ojca i matki, a także przyjaciół, nie potrafiłam poczuć tej magii, którą czułam, kiedy tych bohaterów poznawałam. Nie ujęło mnie piękno przedstawionego świata, a opisane - niejednokrotnie straszne - zdarzenia niemal w ogóle nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Chwilami miałam wrażenie, że autorka pisze na siłę, wymyśla coraz to nowsze zwroty akcji bez większego sensownego powodu. Tego wszystkiego było po prostu za dużo. Za dużo i zbyt mdło.

Do trzysetnej strony poznawanie fabuły wiązało się dla mnie ze znużeniem i katorgą. Dalej było niewiele - ale wyraźnie - lepiej, choć i to były krótkie chwile, przeplatane z kolejnymi nudnymi wątkami. Czy książka licząca lekko ponad 600 stron, która robi się w miarę ciekawa w połowie, może być dobra? Nie dla mnie. Ja potrzebuję zachęty już od początku. Właściwie sama się sobie dziwię, że tego tomu nie odłożyłam na półkę niedokończonego. Być może to zasługa wyzwania, w którym biorę udział. A może po prostu podświadomie walczę z nawykiem odkładania powieści, jeśli mi nie pasują? Albo cały czas nie gasła we mnie nadzieja, że coś się rozkręci, że jeszcze będzie fajnie. Tak, jak tak teraz myślę, to trzeci powód wydaje się całkiem sensowny, logiczny. Bo przecież Atramentowe serce było cudowne, jak kolejne jego części mogą być kompletnym chłamem? Nieprawdopodobne, a jednak...

Nie mówię, że Atramentowa krew nie ma żadnych atutów. Były momenty, które mi się podobały, przypadły mi do gustu początkowe rozdziały dotyczące Meggie i jej bliskich. Jednak było ich zdecydowanie zbyt mało, a ich objętość pozostawiała wiele do życzenia.

Kolejnym plusem, jaki mogę wymienić, jest to, że w końcu wyrobiłam sobie zdanie o większej liczbie postaci. Nadal uwielbiam Elinor, za to nie cierpię Smolipalucha i Farida. Mortimer, nad czym ubolewam, jest nadal nijaki, tak jak i jego żona. A Meggie to typowa młoda egoistka.

Choć wiem, że dzisiaj nie napisałam właściwie nic wartego uwagi, same ogólniki...
... Kończę i zostawiam przedmiot dzisiejszego wpisu z dwoma gwiazdkami. Jest słabo, bardzo słabo, co mnie smuci i zastanawia. Naprawdę nie mogę znaleźć poważniejszej przyczyny, dlaczego mi się nie podobało. Być może winą za to należy obarczyć fakt, że jednak nie oparłam się pokusie i nie odczekałam dłuższej chwili, zanim się rzuciłam na drugą część tej serii, może jednak nie można pochłaniać tomu za tomem. 

Niestety, upewniam się coraz bardziej w przekonaniu, że cykle nie są dobrym wyjściem. Owszem, czasami czytamy taką książkę, którą aż żal kończyć, bo dalszego ciągu nie ma, ale może lepiej, że nie dowiemy się, co było dalej, bo moglibyśmy doznać rozczarowania takiego, jak ja obecnie...

Aż boję się sięgać po Atramentową śmierć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.