10.01.2015

Shelley Tanaka "Na pokładzie Titanica"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Shelley Tanaka
Tytuł: Na pokładzie Titanica
Tytuł oryginału: On Board the Titanic
Wydawnictwo: Papilon
Tłumaczenie: Monika Wyrwas-Wiśniewska
Cena: 19,99 zł
Liczba stron: 46

Kiedy stajemy oko w oko ze śmiertelnym niebezpieczeństwem...

Siedemnastoletni Jack Thayer wraz z rodzicami wraca do Ameryki po długiej podróży po Europie. Rejs Titanikiem - najnowszym, największym i najbardziej luksusowym liniowcem oceanicznym zbudowanym do tej pory - to, wydawać by się mogło, pasjonujące wydarzenie. Niestety, nikt nie mógł przewidzieć, że zaledwie po kilku dniach od wypłynięcia z portu wyprawa zamieni się w największy koszmar tysięcy ludzi...

Ha! O tym na pewno Wam nie pisałam - mam kompletnego bzika na punkcie Titanica. Kręćka ogromnego, nieokiełznanego. 

Od wielu lat czaiłam się na książkę o tragedii tego statku. Miałam jednak wymagania - nie chciałam czytać tylko o tym, dlaczego ten cały dramat się wydarzył. Nie miałam też ochoty na papierową wersję romansidła, które w 1997 nakręcił Cameron. Choć kiedyś za tym filmem szalałam i przyznaję bez bicia, że spokojnie 30 razy zdarzyło mi się go obejrzeć, dzisiaj zdecydowanie go nie trawię. Nie przemawia do mnie wykorzystywanie każdego możliwego motywu - a już zwłaszcza tak tragicznego i prawdziwego - w celu przerobienia go na mniej lub bardziej ckliwą historyjkę miłosną. 

Zależało mi natomiast na wspomnieniach ludzi, którzy przeżyli tę katastrofę. Najlepiej, by to byli prawdziwi ludzie, prawdziwe opowieści, ale nie miałabym też nic przeciwko postaciom zmyślonym - byleby tylko wrażenia i emocje były realne, pasujące do tego, co się wydarzyło. I tak około trzech tygodni temu za szukanie pozycji tego typu zabrałam się poważniej. Mniej więcej czternaście dni temu na stronie księgarni Matras znalazłam Na pokładzie Titanica. Spojrzałam na cenę - jedyne 14,99 zł, zdecydowałam: biorę. Zamówiłam. Paczka była gotowa do odbioru kilka dni po Nowym Roku. Od razu rozpakowałam i chciałam oddać się lekturze.

Na samym początku przyznam, poczułam się lekko zbita z tropu i zawiedziona - moim oczom ukazała się książeczka dużego formatu, ale objętościowo maleńka - zaledwie 46 stron. Pomyślałam jednak: hej, lepsze to niż nic, może nie będzie tak źle. Zabrałam się do czytania. Oniemiałam. Przeżyłam cudowną godzinę.

Bo widzicie, mimo że przedmiot dzisiejszego wpisu jest króciutką powiastką na jeden raz, to jest też historią pięknie wydaną. Twarda, schludna okładka, fotografie... chociaż nie. O fotografiach opowiem Wam za kilka linijek. 

Powieść, która wyszła spod pióra Tanaki, czyta się ekspresowym wręcz tempem. Język jest niewymagający, łatwy do przebrnięcia, dodatkowo druk jest duży, a więc przyjemny dla oka. Osobiście - ze względu na tę moją obsesję - smaczku dodawał jeszcze fakt, że to wszystko naprawdę kiedyś się zdarzyło, że to nie jest fikcja. 

Wspomnienia Jacka, jeśli o słowo pisane chodzi, są właściwie pozbawione dramatyzmu. Nie ma panikujących kobiet, bojących się dzieci, mężczyzn, którzy z ciężkim sercem robią wszystko, by tylko uchronić rodziny przed śmiercią na pokładzie liniowca. Nie, pod tym względem jest stabilnie, spokojnie. Ale nastrój historii podtrzymują wspomniane przeze mnie wyżej fotografie. Zdjęcia statku przed zderzeniem z górą lodową, tuż po tym, jak to się wydarzyło, a nawet jego wrak... Zresztą, nie tylko statek - i jego piękne wnętrze - możemy zobaczyć. Zewsząd otaczają nas też podobizny pasażerów i członków załogi. To wszystko oddawało klimat całego wydarzenia. Dzięki takiej oprawie graficznej, czytanie nie ma prawa być bezrefleksyjne, pozbawione emocji. 

Oprócz ilustracji - mogliśmy zapoznać się też z ciekawostkami dotyczącymi liniowca, dowiedzieć się, że rejsowi towarzyszyły od początku złe przeczucia... Ach ludzie, minimum słów i stron, maksimum treści i wrażeń, uwierzcie.

Dziś już więcej nie potrzeba...
Wystawiam pięć gwiazdek. Jestem totalnie oczarowana, przez długi czas nie mogłam się zebrać, by opisać dla Was ten tytuł i nadal nie jestem zadowolona z efektu. No ale cóż, czasami są takie książki, które łapią za serce tak, że nie da się tego wyrazić słowami.

4 komentarze:

  1. Pięć! Takiego Dnia Dobroci dawno już nie było:))).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie dzień dobroci, to dzień cudu :D Dawno Cię tu nie widziałam, myślałam ostatnio, gdzie się podziewasz!

      Usuń
    2. O, wzruszyłam się. Takie tam, przeróżne zajęcia mnie absorbowały:))).

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że już na dłużej nie znikniesz :D

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.