12.01.2015

Jane Austen "Opactwo Northanger"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jane Austen
Tytuł: Opactwo Northanger
Tytuł oryginału: Northanger Abbey
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Ewa Partyga
Cena: 15,90 zł
Liczba stron: 287

Pragnąc przeżyć pasjonującą przygodę...

Catherine Morland ma siedemnaście lat. Wraz z rodzicami i licznym rodzeństwem mieszka w miejscu, którego nie można uznać za centrum rozrywek. Dlatego właśnie, gdy nadarza się okazja, dziewczyna przyjmuje zaproszenie bliskich sąsiadów i jedzie z nimi do Bath - miejscowości, którą dziś nazwalibyśmy uzdrowiskową. Tam bohaterka ma nadzieję przeżyć przygodę, której nigdy nie zapomni...

Wiecie co? Jestem idealnym przykładem, dowodem na to, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Niemal rok temu niezbyt pozytywnie wypowiadałam się na temat wszelkiego rodzaju wyzwań czytelniczych. A tymczasem co się okazuje? Od ponad roku z ciekawości - nie traktuję tego jako próbę sił - liczę, ile książek czytam. W 2014 roku udało mi się lekko przekroczyć liczbę 52 pozycji. A w grudniu natknęłam się na ciekawe wyzwanie na 2015 rok i postanowiłam spróbować wziąć w nim udział. Uznałam, że jednak horyzonty czytelnicze może mi taka inicjatywa poszerzyć.

Opactwo Northanger przeczytałam w ramach jednego zadania właśnie - konkretnie chodziło o sięgnięcie po klasyczny romans. 
W tym gatunku nie mam dużego rozpoznania, nie jestem w stanie określić, co lubię, czego nie lubię, czego poszukuję w powieści tego typu. Dlatego wybór padł właściwie na chybił trafił, chodziło mi tylko o to, by dorwać się koniecznie do powieści, która wyszła spod pióra Austen. Dwukrotnie już miałam styczność z jej twórczością i moje wrażenia były bardzo pozytywne, dlatego postanowiłam zgłębiać jej dorobek nadal.

Nie będę kłamać - początkowo ciężko mi było wdrożyć się w klimat tej historii. Kolejne strony pokonywałam z widocznym trudem i bez większego zainteresowania fabułą. Szczerze powiedziawszy, szybko nastąpił moment zwątpienia i tom chciałam jak najszybciej odłożyć, oddać do biblioteki. Nie wiem jak to się stało, że zmusiłam się, by wytrwać i czytać dalej. Stało się jednak bardzo, ale to bardzo dobrze.

Kiedy już poczułam co jest grane, kartka za kartką przelatywały mi przed oczami z prędkością światła. Styl autorki, humor, cięty język, złośliwe komentarze - to wszystko świetnie się czytało. Dodając do tego przecudowne czasy, w których rozgrywa się akcja, mamy coś naprawdę wartego uwagi.

Główną odpowiedzialność za mój zachwyt nad całością ponoszą bohaterowie. Zwłaszcza Catherine - ta młoda, naiwna, głupiutka wręcz dziewczyna. Jakże wzruszała mnie jej niezachwiana wiara w to, że ludzie są dobrzy! A jej wybujała wyobraźnia - sprawiała, że uśmiechałam się pod nosem. Chwilami było mi jej szkoda, miałam szczerą nadzieję, że w końcu zmądrzeje i zauważy, że świat nie jest wyłącznie dobry. A na początku miałam zupełnie inne nastawienie - uważałam młodą Morland za idiotkę, której należałoby boleśnie otworzyć oczy. Nawet gdyby moje zdanie co do niej się nie zmieniło, byłoby dobrze - osobiście wyznaję pogląd, że jeśli pisarz potrafi wykreować postać budzącą w czytelniku tak gwałtowne uczucia, to znaczy, że po prostu potrafi tych bohaterów tworzyć. Lepiej przecież nienawidzić głównej postaci i życzyć jej jak najgorzej, niż uważać ją za całkowicie bezbarwną, prawda?

Podobne odczucia budziły we mnie inne osoby występujące w Opactwie... - pusta pani Allen, dla której liczyły się właściwie tylko stroje, fałszywa Isabella i jej brat... każdy miał w sobie coś, dzięki czemu mogłam wyrobić sobie o nim zdanie. To jest fajne, naprawdę.

Wyjątkowo nie przeszkadzało mi niemal w ogóle ślimacze tempo wydarzeń - wszystko rekompensowały mi zabawne dialogi i dziwaczne zachowanie Catherine. 

Co jeszcze zasługuje na wspomnienie i ogromną pochwałę - morał wypływający z tego romansu. Pouczenie, że nie należy zbyt łatwo ufać ludziom, że oni potrafią zawieść, a prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Także spostrzeżenie, że nie należy brać na poważnie wszystkiego, co się przeczyta, jest celne.

Niech się dzieje wola Nieba...*
... Wola Nieba, wolą Nieba, ja wystawiam cztery gwiazdki. Jest bardzo dobrze, absolutnie nie żałuję czasu spędzonego nad tą lekturą, choć ubolewam nad tym, że moje pierwsze wrażenie nie było takie dobre. I tylko dlatego nie będzie maksymalnej oceny. 

Opactwo Northanger polecam wszystkim - no dobra, kobietom. Nie ukrywam jednak, że z uwagi na widoczną w utworze satyrę, trzeba się wykazać dystansem, jeśli się chce go poznać. Na poważnie nie da rady, sama Austen swoimi komentarzami tutaj kpi co i rusz.

* - wybaczcie, dziś z kolei jestem świeżo po kolejnym przewertowaniu Zemsty Aleksandra Fredry. Wpisu o niej wypatrujcie na Internetowej Biblioteczce już niedługo.

4 komentarze:

  1. Tylko troszeczkę ponad 52 pozycje rocznie? Ty, blogerka książkowa?
    A więc dla zwykłego śmiertelnika jest to dość trudne wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie wyszło tego 58 pozycji. Ale mnie to nie przeszkadza, nie czytam po to, by stale nabijać sobie licznik, nie mam ambicji co rok czytać więcej i więcej. Czytam tyle, ile mogę i przede wszystkim - ile chcę. Jakość się liczy, nie ilość.

      No ale dobra, przyznam - liczyłam nawet, ile stron pokonałam w tych 58 książkach razem i ciekawa jestem, czy w 2015 roku uda mi się ten rekord pobić.

      Usuń
  2. Niedawno czytałam tę książkę i całkiem dobrze się bawiłam podczas czytania. Katarzyna na początku wydawała mi się nieinteresująca i głupia, ale potem doceniłam jej skromność, prawdomówność, dobroć. Najbardziej denerwował mnie John Thorpe - co za paskudna postać! :)
    Część druga, ta z akcją w opactwie, podobała mi się nieco mniej niż ta z akcją w Bath.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja chyba miałam na odwrót, wolałam akcję toczącą się w Bath.

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.