22.09.2015

Koniec Internetowej Biblioteczki

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani, mam dla Was bardzo smutną wiadomość. Mianowicie: z dniem 22 września 2015 Internetowa Biblioteczka kończy działalność.

Nie była to dla mnie łatwa decyzja, jednak dłużej oszukiwać siebie i przy okazji Was nie mogę. Choć czytanie jest moją wielką pasją i nie wyobrażam sobie swojego życia bez książek, pisanie o nich, sama nie wiem kiedy, stało się dla mnie bardzo męczące i schematyczne. 
Bądźmy szczerzy - niczego odkrywczego nie pisałam. Zwykłe wrażenia z lektury i tak aż do chwili, kiedy usłyszałam w głowie głosik, diabelsko szepczący cały czas robisz to samo, mała. Nie rozwijasz się.

A ja się chcę rozwijać. Chcę pisać i czerpać z tego satysfakcję, nie chcę natomiast wycofywać się z blogosfery. Nie mówiłam Wam tego, ale od nieco ponad dwóch tygodni mam drugiego bloga, który nie jest aż tak określony tematycznie, mogę sobie w nim pozwolić na dowolność. Jednego dnia piszę o tym, drugiego o czymś innym. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak cholernie brakowało mi tego luzu.

Więc teraz, kiedy już odkryłam, co było nie tak, chcę to naprawić. Szkoda mi bardzo tych dwóch lat, bo to był jednak w większości wspaniały czas. Naprawdę lubiłam kiedyś nawijać o literaturze. Uwielbiałam Was. Czuję jednak, że bez sensu jest zmuszanie się do ciągnięcia dalej czegoś, co już dawno umarło. Czasami po prostu trzeba zakończyć pewien rozdział i iść dalej. Zamierzam to właśnie zrobić.

IB nie zostanie skasowana. Za dużo pracy włożyłam w te ponad 200 wpisów. Niech to wszystko zostanie dla "potomnych", może ktoś tu jeszcze kiedyś wejdzie i znajdzie dla siebie coś fajnego. Ale to tyle. Nie ukaże się tu już żaden wpis.

Natomiast, jeśli chcecie, możecie iść za mną w nowe miejsce. Zapraszam Was tutaj

Nie mówię: żegnajcie, mówię: do zobaczenia na drugim blogu. Bo mam nadzieję, że choć kilku z Was będzie czytało mnie dalej.

Przepraszam wszystkich, których zawiodłam.

11.09.2015

A może by tak... Zaczarować Gdańsk z Barwodziejem?


Kolorowanki, zarówno w Polsce, jak i poza granicami naszego kraju, przeżywają przez ostatnie miesiące prawdziwe odrodzenie. Co ważne - dzisiaj kolorują wszyscy, nie tylko najmłodsi. Na rynku jest tyle książeczek do kolorowania, są one tak różnorodne - pod względem dostępnych wzorów i poziomu trudności - że każdy bez większego trudu powinien znaleźć coś dla siebie.

Jedną z takich, dość świeżych propozycji, jest kolorowanka, której okładkę widzicie na powyższym zdjęciu - Zaczaruj Gdańsk z Barwodziejem.

Przedmiot dzisiejszego wpisu już podczas pierwszego, nawet pobieżnego przeglądu wybija się na tle innych swoją oryginalnością. Nie da się ukryć - mimo wielu opcji do wyboru, te wszystkie Kolorowe treningi antystresowe, Mindfulnessy czy inne Królestwa zwierząt są do siebie dość zbliżone - wszystkie oferują wzory kwiatowe, abstrakcyjne, zwierzęce (przy czym zwierzęta na ogół są stworzone z kombinacji innych wzorów), ewentualnie mandale. A wydawnictwo Barwodziej zagrało wszystkim na nosie i... wydało kolorowankę bardzo ściśle określoną tematycznie. Wszystkie dostępne w niej obrazki są związane z Gdańskiem.

Przyznam, że problem mam z określeniem, do kogo bardziej skierowany jest ten Gdańsk, który mamy zaczarować. Do dorosłych czy jednak to kolejna propozycja typowo dla dzieciaków? Nie wiem. Jednak z uwagi na to, że jedne elementy są dość proste, inne natomiast - skomplikowane - powiedziałabym, że można tę cieniutką książeczkę potraktować jako fajny sposób na spędzenie wolnego czasu w rodzinnym gronie. Pokolorować, pobawić się z dzieckiem. Sama, jako osoba dorosła, przyznam, że podczas kolorowania dość mocno się mimo wszystko wynudziłam i nawkurzałam.... Ale ja tak mam - niezbyt pociągają mnie rysunki proste, bo są dla mnie zbyt oczywiste. Zorientowałam się też, że jednak uwielbiam się otaczać różnymi wzorami i wybierać, co dziś pokoloruję - czy kwiat, czy może jednak coś abstrakcyjnego. Tutaj mi tego troszkę zabrakło. Ale tak jak mówiłam - kwestia gustu, innym, wydaje mi się, że zwłaszcza tym, którzy dopiero zaczynają przygodę z kolorowaniem, Zaczaruj Gdańsk z Barwodziejem do gustu może przypaść.

Tym bardziej, że - choć ilustracji jest mało - to są one naprawdę schludnie wykonane. Opatrzone tekstem, który miło się czyta. Jeśli ktoś lubi, może też wykonać zadania graficzne, które są dodatkiem do całości. Wydawca każe nam, między innymi, podpisać obiekty zaznaczone na mapie czy coś dorysować. Początkowo myślałam, że to taka "zapchajdziura", która nie ma szans skraść mojego serca. Teraz, choć rysować nie umiem, a podpisywanie obiektów mnie nie bawi, uważam, że nie samym kolorowaniem człowiek żyje i taka odskocznia jest niekiedy potrzebna. Urozmaica całą zabawę.

Papier użyty w kolorowance jest idealny jak na moje skromne potrzeby. Problem natomiast będą mieli ci, którym kredki - które ja kocham miłością dozgonną - nie wystarczą. Kartki są dosyć cienkie, przez co flamastry, cienkopisy czy pastele mogą zwyczajnie przebijać na drugą stronę i w efekcie mocno zapaskudzić, a może nawet zniszczyć całą kolorowankę. A dodam, że kartki zadrukowane są dwustronnie. I nie ma perforacji, więc znowu sobie nie wyrwiemy obrazka i nie oprawimy w antyramę. Nawiasem, perforacja jest zjawiskiem tak rzadkim, że chyba aż paranormalnym. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? Gdzie ją można znaleźć?

Podsumowując: Zaczaruj Gdańsk z Barwodziejem to książeczka, która może zachwycić, ale nie musi. Wydaje mi się, że trzeba naprawdę dobrze znać swoje upodobania, co się lubi kolorować, a czego nie, bo można się nieźle naciąć. W konsekwencji: albo nie czuć przyjemności z bawienia się barwami, albo przeoczyć fajną kolorowankę, bo się nie przemyślało decyzji. Względnie: trzymać ją na specjalne okazje, gdy będzie więcej towarzyszy zabawy, bo wiadomo: w grupie wszystko wydaje się inne. A jak ta grupa jest zgrana, to fajniejsze. Jest to pozycja dla tych, którzy są zmęczeni mnogością wzorów i potrzebują czegoś subtelniejszego. Dobrze będą bawić się ci, którzy upodobali sobie wypełnianie kolorami pejzaży, widoków miast. Z technikami kolorowania można eksperymentować, choć ja bym jednak uważała. 

A już tak zupełnie kończąc... czy polecam tę kolorowankę?
Tak, bez względu na to, że do mnie kompletnie nie trafiła. Uważam po prostu, że fajnie jest mieć takie kreatywne hobby jak kolorowanie. I warto poszukiwać tych idealnych książeczek, otaczać się schludnie wykonanymi obrazkami. Może właśnie Barwodziej do Ciebie przemówi? Warto spróbować.

Samej mi udało się stworzyć coś takiego:


01.09.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - sierpień 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Ci z Was, którzy dzisiaj wrócili do nauki czy pracy - mam nadzieję, że nie ubolewacie nad tym za bardzo? Obowiązki obowiązkami, ale chwilę na książkę czy jakąkolwiek inną pasję chyba znajdziecie, zdolni jesteście... ;)

Mnie, siedzącej wśród notatek z materiałem na poprawki, nie pozostaje nic innego, jak tylko pożegnać wakacje, ogłaszając kolejne wybory książki miesiąca. Tym razem wybór jest niestety prawie żaden - zaledwie dwie książki, a tylko jedna może wygrać. Nic to, czasem jest lepiej, a czasem gorzej, prawda? No, to ja już więcej zasad nie przypominam, bo je znacie doskonale.

Głosowanie trwa od dziś, 1.09.2015, do 8.09.2015, do godz. 23.59!

31.08.2015

Agatha Christie "Niespodziewany gość"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Agatha Christie
Tytuł: Niespodziewany gość
Tytuł oryginału: The Unexpected Guest
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Cena: 14,99 zł
Liczba stron: 124

Próbując pomóc w ukryciu zbrodni...

Kiedy w zimną listopadową noc Starkwedderowi psuje się auto, postanawia skorzystać z telefonu w pobliskim domu. Nie uzyskawszy odpowiedzi na pukanie, bohater naciska na klamkę i gdy drzwi się otwierają, wchodzi do środka. Tam już po chwili widzi martwego mężczyznę siedzącego na wózku inwalidzkim. Spotyka też kobietę, która podaje się za jego żonę i która przyznaje się do zabójstwa męża, podając przy tym bardzo przekonujący motyw. Wbrew zdrowemu rozsądkowi Starkwedder postanawia pomóc jej w ukryciu zbrodni. Początkowo wszystko wydaje się być w miarę proste, jednak już wkrótce okazuje się, że nic nie jest takie, na jakie wygląda na pierwszy rzut oka...

Kochani, krótkim tytułem wstępu: bardzo Was przepraszam za to, że znikłam na tak długo i posty pojawiają się nieregularnie. Sierpień, a zwłaszcza jego połowa to straszny miesiąc, czas przygotowywania się do egzaminów poprawkowych, dodatkowo kompletnie przepadłam w świecie kolorowanek antystresowych dla dorosłych. Nie martwcie się jednak, nie porzucam bloga na stałe. Już niedługo powinno mnie tu być znacznie więcej. Zaległości, które mi się narobiły, już raczej nie uda mi się w całości nadrobić, jednak będę się starała pisać na bieżąco o tym, co czytam. Muszę w końcu się nauczyć organizacji czasu. I obiecuję, że to zrobię.

Wracając do tematu posta... Z Christie u mnie jest tak: albo jej nie czytam, bo zapominam o istnieniu tej autorki, albo, gdy już sobie o niej przypomnę, to trudno mi się zabrać za cokolwiek innego, nawet jeśli sobie przysięgam, że przeczytam jedną-góra dwie pozycje i koniec. W tym roku zabrałam się za około 4 tytuły jej autorstwa i powiedziałam sobie stop, dłuższa przerwa. I tym razem mi się nie udało - w stosie książek, z którymi wróciłam z Sopotu znalazłam Niespodziewanego gościa. Nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła lektury najszybciej jak się da.

Już następnego dnia po zlocie, kiedy skończyłam bodajże Pochwałę macochy, która kompletnie mi nie przypadła do gustu, stwierdziłam, że potrzebuję teraz czegoś lekkiego i normalnego, fajnego. Zrobiłam wtedy coś, czego nigdy nie robię: zaczęłam maraton książkowy późno wieczorem, już po 22.00. Oczywiście, na pierwszy ogień poszła Christie, bo króciutka i niewymagająca, a po nocach niczego cięższego nie wyobrażam sobie przyswajać.

Przez ponad połowę pozycji miałam wrażenie, że czytam nie czysty kryminał, tylko powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym w tle - tak jak to było w przypadku Niedzieli na wsi. Trudno oprzeć się takim podejrzeniom, kiedy na pierwszy rzut oka wszystko już wiadomo, wszystkie rozwiązania podane są nam na tacy/ Nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie - przyjemnie było wakacyjną nocą dać się porwać takiej nieskomplikowanej historyjce. Dodatkowo bardzo intrygowało mnie, dlaczego głównemu bohaterowi tak bardzo zależy na tym, by pomóc morderczyni w ukryciu tego, co zrobiła. Zresztą - czy znajdę tu kogoś, kogo by to nie ciekawiło? Przecież nie jest to zbyt często spotykane zachowanie.

Język powieści, tak jak i jej fabuła, jest prosty, dostosowany do potrzeb przeciętnego czytelnika. Z racji okoliczności, w jakich się z nim zetknęłam, nie mogę darować sobie komentarza: idealnie nadaje się do poduchy, na dobranoc.

Jednak ci, którzy myślą, że w Niespodziewanym gościu wszystko jest przewidywalne, bardzo się zdziwią. Choć Niedziela na wsi nie dostarczyła nam w pewnym momencie faktów, które wszystko zmieniają o 180 stopni, w przedmiocie dzisiejszego wpisu autorka wraca do robienia tego, co najwyraźniej robić kochała, a już na pewno, do tego, co wychodziło jej perfekcyjnie - mianowicie wyprowadziła czytelników w pole. Oszukała. Zaserwowała nam pod koniec taką bombę, że ciężko uwierzyć. I to jest chyba magia jej twórczości - kiedy człowiek myśli, że już wszystko wie i jaki to z niego drugi Herkules Poirot, a nagle BACH!, staje oko w oko z nowymi informacjami i cała układanka motyw -> zbrodnia -> morderca się rozsypuje. Znaczy, zostaje tylko zbrodnia, ale niekoniecznie wiadomo, dlaczego do niej doszło ani kto jej dokonał. No czad, ja lubię takie zwroty akcji.

Jeśli zaś chodzi o postaci - są jak zawsze wykreowane z należytą starannością, choć szczerze przyznam, że w przypadku Niespodziewanego gościa dosyć nijakie, niezapadające w pamięć. Poza, rzecz jasna, Starkwedderem, wydawać by się mogło, że szaleńcem chcącym chronić złego człowieka. Poza nim - niestety, żadnego bohatera nie polubiłam za bardzo.

Tym razem Christie zasłużyła na...
Cztery gwiazdki. Gdyby nie mdłe postaci, z których tylko ta jedna się broni, było naprawdę doskonale. Mimo to - Christie jak to Christie, warto przeczytać, bo kawał dobrej literatury to jest.

09.08.2015

Natasza Socha "Rosół z kury domowej"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Natasza Socha
Tytuł: Rosół z kury domowej
Tytuł oryginału: Rosół z kury domowej
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 296

Próbując pozbierać się po rozwodzie...

Wiktoria przez dwanaście lat trwania swojego małżeństwa była perfekcyjną żoną i panią domu. Zapomniawszy o sobie i swoich potrzebach, pragnieniach, poświęciła się dbaniu o ognisko domowe. Dlatego w stan szoku wprowadziły ją wypowiedziane pewnego dnia słowa męża: Nie wiem, czy się domyślałaś lub na ile się domyślałaś, ale tak, mam kogoś. Bohaterka, nie mogąc sobie poradzić z upokorzeniem, postanowiła wyjechać do Niemiec i zamieszkać ze swoją ciotką Klarą. Nie wie, że w nowym otoczeniu pozna Judith, Marę i Leę - kobiety, których sytuacja życiowa jest podobna do jej własnej. Już niebawem cztery kury domowe wpadły na pomysł, jak na nowo rozbudzić w sobie poczucie, że są atrakcyjne i mają prawo do samorozwoju w takim samym stopniu jak mężczyźni...

Po zachwycie, jaki wywołała we mnie Macocha obiecałam sobie, że będę uważnie śledziła "poczynania" autorki. Może nie maniakalnie, ale jednak zamierzałam sięgać po pozycje napisane przez Sochę. W żadnym razie nie jestem zwolenniczką literatury typowo kobiecej, ale też uważam, że od czasu do czasu przeczytanie czegoś tylko i wyłącznie dla relaksu i śmiechu to żaden grzech. A nawet jeśli grzech, to cóż, któż z nas jest święty?

Nakreślenie fabuły Rosołu w kurze domowej, tak samo jak w przypadku Macochy, nie wywołało u mnie ani rumieńców na policzkach, ani szybszego bicia serca. Pomyślałam, że to pewnie taka tam książeczka, która ma takie same szanse na okazanie się fajną lekturką (w razie, gdybym potrzebowała czegoś lekkiego), ale i na to, by mnie kompletnie rozczarować. Niemniej jednak tytuł trafił do mojego magicznego zeszytu, w którym stworzyłam sobie wielką (no dobra, wielka to ona będzie w przyszłości. Na razie cały czas się rozrasta) listę tego, co bym chciała przeczytać. I mimo że z Sopotu przywiozłam do domu 18 książek, więc na zapas literatury nie mogłam narzekać, to niedługo potem zrobiłam zakupy.

Jakie miałam oczekiwania? Przede wszystkim: miało być lekko, przyjemnie i zabawnie. Cholernie zabawnie. Przecież moje pierwsze zetknięcie z twórczością Sochy wiązało się z niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, dlaczego teraz miałoby być inaczej? 

Jak ma się stosunek oczekiwań do rzeczywistości? No, powiem Wam, że jest niekoniecznie zadowalająco. Te czynniki: lekkość, przyjemność, zabawność podczas czytania właściwie nigdy nie współgrały, nie było momentu, w którym występowałyby wszystkie trzy obok siebie. Zawsze było albo lekko, ale niezbyt przyjemnie, albo przyjemnie, albo zabawnie. No, dobrze, lekkość była wyczuwalna cały czas. Ale obok niej ramię w ramię szła tylko zabawa albo przyjemność, satysfakcja z lektury. 

Przy czym, uwaga, to, że były chwile, kiedy było lekko, ale bez przyjemności, spowodowałam właściwie wyłącznie ja sama. Zdecydowałam się na powieść, której problematyki nie jestem na tym etapie do końca zrozumieć. Nie jestem kurą domową, nie mam rodziny, dzieci - problemy bohaterek są dla mnie obce. I chociaż jestem w stanie domyśleć się, że ich położenie jest godne pożałowania, że one same się wkurzają - hej, gdyby ktoś mi próbował zabrać moją wolność, zakazać blogować, czytać, kolorować, to nie wiem, co bym takiemu człowiekowi zrobiła - to jednak pewnych rzeczy nie zrozumie nikt, kto tego nie przeżył na własnej skórze. A ja mam tak, że jak coś nie do końca do mnie trafia, to się denerwuję. I o radości nie ma mowy, zwłaszcza w temacie książek.

Na całe szczęście, że styl całości pozwala się w niej zatopić. Możesz nie rozumieć rozterek tych kobiet, dziwić się, jak mogą być takie głupie, żeby się godzić na takie traktowanie - ale na tempo przewracania kartek to nie wpływa. Nie ma takiej opcji. Brak kwiecistego języka, skomplikowanych wyrażeń, zbyt rozbudowanych zdań - co tu może być przeszkodą? Nic.

A śmiechu tutaj było już najmniej. Owszem, kilka razy się uśmiechnęłam, kiedy przeczytałam jakieś dziwne porównanie, ale na tym koniec. Jestem ponadto zdania, że publikacja o takiej tematyce nie może zbyt rozśmieszać. Ja na ten przykład nie widzę nic śmiesznego w robieniu z jakiegokolwiek człowieka więźnia swojego własnego domu, w tym, by uniemożliwiać mu realizowanie swoich pasji. Walka o swoje - choćby nawet oparta na zwariowanym pomyśle tego, kto się w końcu zbuntuje - to też nie jest powód do salw śmiechu. Tu się można roześmiać tylko z kwestii wypowiadanych przez postaci. 

Postaci natomiast, moi drodzy, są wykreowane z należytą starannością. Cztery kobietki, które początkowo przez długi czas są przekonane, że nie zasługują na więcej niż mają, a które potem rozkwitają i zamieniają się w pewnych siebie ludzi żądnych tego, co im się należy, co zostało im bezprawnie - choć też z ich winy - odebrane. Super patrzyło mi się na tę przemianę. Autentyczną odrazę poczułam do męża Judith, zresztą do reszty małżonków również nie pałam sympatią, ale tamten przebił wszelkie granice.

To, co napisałam, może Wam się wydać świadectwem tego, że żałuję, że po Rosół... sięgnęłam. W końcu cały czas zaznaczałam, że coś jest nie w porządku, że coś mi zgrzytało. Ale wiecie co? Tak nie jest. Nie zważam na to, że prawdopodobnie jestem za młoda na takie książki i to dlatego nie do końca jestem w stanie pojąć, o co chodzi. Nie dbam o to, że nie obśmiałam się jak dzika. Wystarczy mi sam fakt, że spędziłam miło czas. Że tym razem fabuła nie była tak przewidywalna. Że było dużo poważniej, ale jednak lekko. Można to połączyć? Można. 

Hej, jeszcze Wam coś powiem - po zakończeniu powieści, oprócz podziękowań, w egzemplarzu znajdziemy jeszcze przepisy na słodkości. Przyznam, że bardzo oryginalny to dodatek, nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam, jestem mile zaskoczona. Kto wie, może kiedyś spróbuję zrobić babeczki czekoladowo-serowe...

Koniec gadania, czas na przyznanie gwiazdek...
Cztery. Jest bardzo dobrze. Odejmuję jedną za własne gapiostwo i niezastanowienie się nad tym, czy to na pewno jest coś dla mnie. To jedno mi przeszkadzało i nie jestem w stanie nie wziąć tego pod uwagę. Cała reszta jak najbardziej gra.

01.08.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - lipiec 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

O rany, jak ten czas leci! Połowa wakacji za nami - uczniowie już za miesiąc wrócą do szkół, a studentom zacznie się sesja poprawkowa... Na razie jednak, mam nadzieję, wszyscy korzystają z uroków wolnego. Co robicie? Jakimi lekturami umilacie sobie letnie, choć często nierozpieszczające pogodą, dni?

Kiedy będziecie mieli chwilę, weźcie udział w głosowaniu na książkę lipca 2015. Do wyboru macie jeden spośród czterech tytułów. Innych zasad nie przypominam - znacie je doskonale.

Głosowanie trwa od dziś, 1.08.2015, do 8.08.2015, do godz. 23.59!

30.07.2015

Virginia C. Andrews "Kwiaty na poddaszu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Virginia C. Andrews
Tytuł: Kwiaty na poddaszu
Tytuł oryginału: Flowers in the Attic
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Bożena Wiercińska
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 384

Kiedy rodzina zamienia nam życie w piekło...

Rodzina Dollangangerów - czworo dzieci i rodzice - jest szczęśliwa i wiedzie spokojne życie. Przynajmniej do dnia trzydziestych szóstych urodzin ojca. Wtedy to, zamiast solenizanta, na przyjęciu z okazji tej rocznicy pojawia się policja. Policja, która ma do przekazania najgorszą z możliwych wieści: mężczyzna w drodze do domu zginął w wypadku samochodowym. Samotna od tej chwili matka musi sama zadbać o dobro swoich pociech. Nieprzyzwyczajona do pracy, postanawia zwrócić się o pomoc do rodziców, którzy urwali z nią kontakty wiele lat temu. Ta decyzja okazuje się być wierzchołkiem góry lodowej, początkiem problemów. Rodzeństwo poznaje swoją babkę - kobietę z piekła rodem, która wyznaje im mrożący krew w żyłach sekret rodzinny. Niebawem dzieciaki zaczynają ponosić konsekwencje błędów młodości swoich rodziców...

Szymborska w jednym ze swoich wierszy przekonywała nas, że Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy (...). Słowa te idealnie nadają się do dzisiejszego wpisu - nie wierzę, że drugi raz wpadnie mi w rękę książka, która wywoła we mnie takie emocje.

Kwiaty na poddaszu to opowieść straszniejsza niż każdy jeden horror, który czytałam. Z jednej strony - bardzo się z tego cieszę, bo książka idealna to taka, która oddziałuje na czytelnika. Która nie pozostaje obojętna, wzbudza strach, podziw, cokolwiek i nie pozwala człowiekowi się oderwać aż do poznania zakończenia. Jednak jest jeszcze druga strona medalu...

Virginia C. Andrews miała bardzo dobry pomysł na fabułę. Naprawdę super, że chciała poruszyć tak kontrowersyjne tematy w swojej publikacji. Mam jednak wrażenie, że zdecydowanie przesadziła. Choć całość wciągnęła mnie niesamowicie, tak jak wspomniałam, autentycznie się bałam podczas lektury, w pewnym momencie pomyślałam sobie, że jest to jednak historia bardzo, ale to bardzo naiwna i przerysowana.

I to nie naiwna przez styl. Nie, tu jest wszystko w porządku - wielu się wkurza, bo język nie wymaga skupienia, jest prosty, aż zbyt prosty, powiedziałabym nawet, że ubogi. Mnie to jednak nie przeszkadza - miałam na uwadze, że jest to relacja pisana z perspektywy zaledwie kilkunastoletniej dziewczynki, więc nie oczekiwałam cudów.

Problem jest gdzie indziej. Mianowicie - w oderwanych od rzeczywistości fragmentach. We fragmentach, w które aż trudno uwierzyć, które zdają się być efektem dziecięcej fantazji, a których jednak jest tak wiele, że człowiek i w to rozwiązanie jednak wątpi, bo ile i - a może przede wszystkim: co - może zmyślić dziecko? Mnie się osobiście nie chce wierzyć w to, żeby dziewczynka w wieku lat dwunastu (o ile dobrze pamiętam) była w stanie kłamać tak długo i w takich sprawach. Jakiej odpowiedzi by jednak nie przyjąć za pewną, ja powiem Wam jedno: to w pewnym momencie zaczyna człowieka irytować. Ja doszłam do takiego etapu, że owszem, czytałam z zainteresowaniem, ale gdzieś tam porzuciłam wiarę, że coś takiego mogło się wydarzyć. Bałam się nadal, bo autorka zastosowała takie zabiegi, że nie było siły, żeby na mnie nie działały, ale jednocześnie kontynuowałam poznawanie losów tych dzieci tylko dlatego, że byłam ciekawa, co Andrews jeszcze wymyśliła. A uwierzcie mi, że wyobraźnię to ona miała bardzo sprawną. Nigdy, w żadnej powieści nie spotkałam się jeszcze z taką ilością okropieństw, Kwiaty... były nimi aż przeładowane. 

No właśnie. Okrucieństwo okrucieństwem, tutaj tego dostatek, ale mnie - mimo wszystko - niesamowicie uderzał fakt, że przez niemal 400 stron miało się wrażenie, że bohaterów nie spotka nic, co chociaż w założeniu miało być dobre. Wiem, że cała akcja poszłaby do kosza, gdyby wprowadzić chociaż jedną postać pozytywną, jednak mnie raził fakt, że takiej osoby nie było. Zwiększało to tylko moje wrażenie odrealnienia. 

A postaci? Bardzo dobrze skonstruowane. Babcia - uosobienie samego diabła. Nie wiem, to już chyba źle o mnie świadczy, ale polubiłam ją bardzo, mimo jej skandalicznego zachowania. Ciągnie mnie w stronę czarnych charakterów. Matka, której chętnie sama zrobiłabym krzywdę, a przede wszystkim pozbawiłabym ją narządów rozrodczych. I jej dzieci, które były tylko dziećmi, a którym bezprawnie bardzo szybko odebrano prawo do przeżywania beztroskiego dzieciństwa. Dzieciaki, które zdane same na siebie, dorastając w gorzej niż spartańskich warunkach, stały się ludźmi zaradnymi i samodzielnymi, ale mającymi wielką bliznę na psychice. Być może nawet taką, która nie pozwoli im wieść normalnego życia - tego nie wiem, dowiem się wkrótce, gdy sięgnę po kolejne tomy sagi o tej rodzinie.

Dziś...
Wystawiam trzy gwiazdki i, uwaga, pierwszy raz robię to bez stuprocentowego przekonania. Waham się cholernie - z jednej strony emocje mną targały, po nocach spać nie mogłam, co jest super. Jednak te wszystkie nieprawdopodobne zdarzenia... było ich chyba po prostu za dużo. Świetnie się czytało, lecz trzeba oddać sprawiedliwość. Andrews napisała książkę dobrą, a przynajmniej wiedziała, jak pisać, żeby to się sprzedawało i zostało w końcu bestsellerem. Ja jednak nie zamierzam jej odpuścić tych wszystkich zgrzytów. I za nie ocena końcowa została zmniejszona aż o dwie gwiazdki.

28.07.2015

Z życia autorki: 20 faktów o mnie

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Znowu obiecałam sobie, że nie zaniedbam kolumny Z życia autorki i znowu na obietnicy się skończyło. Jednak wczoraj, kiedy napadło mnie na przemyślenia odnośnie pisania (o co chodzi dowiecie się chyba za kilka dni. Nie wiem, jak mi to wyjdzie i czy wyjdzie w ogóle, ale co komu szkodzi spróbować?), Asia skomentowała moje wątpliwości słowami: a ja lubię wiedzieć o autorze coś więcej niż to, o czym pisze. Lubię poznawać jego inne zainteresowania czy poglądy. Te dwa zdania wystarczyły i podziałały na mnie motywująco. Dlatego dziś, mimo że od tygodnia chcę Wam napisać, co sądzę o Kwiatach na poddaszu, podzielę się z Wami faktami na temat mnie, o których, jeśli nie znacie mnie osobiście wystarczająco dobrze, to nie wiecie. Gotowi?

20 faktów o mnie

1. Jestem osobą niepełnosprawną i mam do tego dystans. Dystans tak ogromny, że sama się czasami zastanawiam, czy z moją głową jest wszystko w porządku.
2. Mimo tych obaw o własne zdrowie psychiczne, mam problem z ludźmi pełnosprawnymi, którzy dziwią się, że można śmiać się z tego, że się jest na wózku. Tak, misie, to jest zabawne. A jeśli tego nie rozumiecie, to się raczej nie dogadamy.
3. Mam kompletnego bzika na punkcie kolorów. Tak wielkiego, że chciałabym być jednorożcem i mieszkać na jednej wielkiej jaskrawej tęczy.
4. Nie umiem malować paznokci jednym kolorem. Absolutnie zawsze muszę mieć dwa i to najczęściej takie, które mocno się ze sobą gryzą i w efekcie rzucają się w oczy. Na przykład teraz mam chabrowo-ciemnozielone.
5. Jestem kolejną osobą, która uległa modzie na kolorowanie. Tym chętniej, że mogę wszystko maziać na tęczowo i owszem, robię to, bo czy ktoś mi zabroni?
6. Kocham miłością dozgonną pisać ręcznie. Na komputerze jest szybciej i wygodniej, nawet wykładowcy się czasami dziwią, że nie przynoszę ze sobą tego sprzętu na zajęcia, ale mi naprawdę lepiej się pisze tradycyjnie.
7. A jak już sporządzam notatki jakiekolwiek, to obowiązkowo czarnym żelopisem. Nie używam zwykłych niebieskich długopisów, bo mi niewygodnie, pismo brzydkie mam, jak się nimi posługuję.
8. Nie lubię spać i dziwię się ludziom-śpiochom. Dla mnie 5 godzin snu to w sam raz, nawet czasami za dużo. Zanim zasnę, mijają jeszcze ze 2 godziny. 
9. Ale mimo awersji do spania raczej nie polecam budzenia mnie przed dziewiątą.
10. Moja droga na studia była trudna i wyboista. Zacznijmy od tego, że od wczesnej podstawówki (mowa tu bodajże o drugiej klasie) aż do pierwszego semestru trzeciej klasy LO byłam przekonana, że chcę zostać psychologiem. Potem spontanicznie, przy okazji oddawania deklaracji maturalnej, zmieniłam decyzję. Maturę zdawałam z rozszerzonego angielskiego i podstawowego niemieckiego, do tego polski i matematyka też na podstawie. Po wynikach składałam papiery na anglistykę i lingwistykę stosowaną. Nie dostałam się, wylądowałam na filozofii. Wytrzymałam równo 2 miesiące i 3 dni. Zrezygnowałam, po czym od października 2014 zaczęłam studiować polonistykę. W październiku zaczynam drugi rok tego kierunku, ale już teraz wiem, że magisterkę to ja napiszę z dziennikarstwa.
11. Doświadczam bardzo nieprzyjemnego uczucia w gardle, kiedy piję coś gazowanego. Dlatego na co dzień Cola, Pepsi i inne tego typu ustrojstwa dla mnie nie istnieją. Wypiję tylko okazyjnie piwo.
12. Ale dyskomfort przy piciu czegokolwiek z bąbelkami to nic. Dwa lata temu miałam okazję poznać, co to znaczy, kiedy gorący farsz z pierogów wychodzi ci nosem, bo akurat jak jadłam, to mnie ktoś rozśmieszył. Nie polecam.
13. Nie lubię dzieciaków, ale sama coś z dziecka w sobie mam - kocham kolorowanki, kolory, puzzle, gry planszowe...
14. Jestem skrajnie ciepłolubna. Kiedy latem temperatura spada poniżej 30 stopni, to mi smutno i żądam odszkodowania od natury.
15. Generalnie uważam, że nie ocenia się książki po okładce, człowieka po wyglądzie i że nie szata zdobi człowieka. Ale już imię to w wielu przypadkach zobowiązuje.
16. Ludzie mają różne nałogi: kawa, herbata, papierosy, alkohol... A ja mam problem z chipsami. Jem je na potęgę, a że przy okazji powinnam wypijać ogromne ilości płynów, to kupuję cebulowe i wszystkim wmawiam, że to dla mojego zdrowia, bo mi się po nich nieziemsko chce pić.
17. Jem tak małe porcje, że jak wybieramy się na rodzinny obiad, to w 90% przypadków dania dla dzieci całkowicie mnie urządzają. Ale i często są za duże.
18. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale absolutnie nie mogę rano pozwolić sobie na bułkę z serem, bo mi potem bardzo niedobrze. Ale bułkę z serem wieczorem to już jem prawie codziennie i nic mi nie jest.
19. Mam nieludzko czuły zmysł węchu. Wiele zapachów mnie drażni. Kawa na przykład cuchnie. Czekolada też.
20. Nie lubię liczb nieparzystych. Chyba że mają piątkę na końcu.

Ja podzieliłam się z Wami swoimi dziwactwami, teraz pora na Was... :D

15.07.2015

Diego Galdino "Zadbam o to, żeby cię nie stracić"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Diego Galdino
Tytuł: Zadbam o to, żeby cię nie stracić
Tytuł oryginału: Mi arrivi come da un sogno
Wydawnictwo: Rebis
Tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
Cena: 32,90 zł
Liczba stron: 250

Realizując własne marzenia...

Dla Lucii staż w rzymskim dzienniku jest wielką szansą na osiągnięcie upragnionego sukcesu. Niestety, bliscy nie podzielają jej entuzjazmu. Młoda dziewczyna wyjeżdża z rodzinnej miejscowości pełna nadziei, ale i niepokoju na myśl o tym, co ją czeka. W trakcie pobytu w obcym mieście poznaje Clarka Kenta, mężczyznę fascynującego i uroczego. To pod jego wpływem bohaterka postanawia w końcu definitywnie postawić się rodzinie i żyć po swojemu. Losowi się to jednak nie podoba, o czym zakochani bardzo szybko i boleśnie się przekonają...

Można o mnie powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jestem romantyczką. Tak samo jak unikam fantastyki, tak nie czytam współczesnej literatury kobiecej, którą uważam za zbiór ckliwych historyjek miłosnych, od których człowiekowi bardzo szybko może zrobić się niedobrze. Wychodzę z założenia, że jeśli już romans, to klasyczny, najlepiej autorstwa Jane Austen. Jednak kiedy w sobotę w torbie książek, które dostałam na zlocie blogerów, znalazłam Zadbam o to, żeby cię nie stracić, postanowiłam, że spróbuję to przeczytać, a jeśli mi się nie spodoba, to się z kimś wymienię czy podaruję komuś tę powieść w prezencie.

 Dziś, niedługo przed południem, poznałam już zakończenie tej historii. Stwierdziłam, że nie ma na co czekać - na świeżo podzielę się z Wami wrażeniami.

Od razu powiem jedno - bardzo się cieszę, że nie spisałam tej książki na straty. Choć opis i okładka nie pozostawiały złudzeń co do tego, z jaką literaturą będę miała do czynienia, okazało się, że obawy, które kłębiły mi się w głowie były w znacznej mierze wyolbrzymione.

Galdino uraczył nas opowieścią idealną na wakacyjne dni - lekką i przyjemną w odbiorze. Być może, gdybym sięgnęła po nią kiedy indziej moje odczucia byłyby zupełnie inne, nie wiem. Teraz wprawdzie daleko mi do zachwytu, ale równie dobrze z przekonaniem powiem Wam: nie ma tu tragedii. Naprawdę.

Autor, operując językiem dopasowanym do potrzeb przeciętnego czytelnika, opowiada nam historię dość schematyczną, ale - wydaje mi się, że przez miejsce, w którym rozgrywa się większość akcji - uroczą. Przecież wszyscy to znamy: ona poznaje fajnego chłopaka, w którym się zakochuje, uczucie jest odwzajemnione, ale coś ich szczęściu staje na przeszkodzie. A jednak mi te, nazwijmy to, utarte ścieżki, nie wadziły. Byłam urzeczona tym, jak za pomocą słowa pisanego można pokazać czytelnikowi piękno miasta, w którym ten nigdy nie był. Prawdopodobnie to właśnie Rzym odpowiadał za cudny klimat całości, klimat, który sprawiał, że aż chciało się czytać, mimo że nietrudno było się domyśleć, co stanie się na kolejnych stronach.

Postaci występujące wykreowane zostały z należytą starannością, nie miałam poczucia, że są płaskie, papierowe. Uwielbiałam babcię Martę, uporem i chęcią dążenia do celu imponowała mi Lucia, za to nie znosiłam całej reszty jej bliskich. Clark mnie trochę denerwował, uważałam go za mało męskiego. Dobrze, że miał wokół siebie ludzi, którzy w odpowiednim momencie potrafili go kopnąć w tyłek i powiedzieć: chłopie, walcz do samego końca. Jestem przekonana, że gdyby nie oni, sam niczego by nie zrobił. To smutne, ale cóż, i tacy mężczyźni są na świecie, a chyba o to chodziło - by wiernie oddać charaktery ludzkie. 

Lecz żeby nie było tak do końca kolorowo - chwilami mimo wszystko zdenerwowanie na przewidywalność fabuły przesłaniało mi wszystko. Znalazłam dość sporo fragmentów, które niebezpiecznie blisko zbliżały się do granicy z wielkim czerwonym napisem NIEWYBACZALNIE PRZESŁODZONE. Uważam, że z powodzeniem można było ich uniknąć, w zamian zaś dać czytelnikowi coś, co wybije tę książkę na tle innych historii miłosnych. 

Dzisiaj...
Jest przeciętnie. Zadbam o to, żeby cię nie stracić to sympatyczne czytadełko, które polecę każdej kobiecie na te dni i wieczory, kiedy potrzeba się rozerwać przy czymś lekkim i przyjemnym. Jednakże nie mogę tak do końca zapomnieć o własnych upodobaniach i choć nie było tak źle, jak podejrzewałam, że będzie, to nadal nie jest moja tematyka, nie w czytaniu czegoś takiego czuję się najlepiej. Perypetie tych dwojga zakochanych będą dla mnie miłym wspomnieniem, ale nie na tyle, by już teraz sięgać po inne tomy z tego gatunku. Kiedyś - tak, obecnie - wracam do swojej strefy komfortu.

13.07.2015

Social Media Book TAG

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Tak sobie pomyślałam, że dziś napiszę dla Was post z czymś innym niż opinia o książce - choć tych, naturalnie, nadal mam w zanadrzu sporo. Naszło mnie po prostu na post okołoksiążkowy, a z obserwacji wiem, że i Wy chyba takie wpisy lubicie ;)

Ładnych kilka tygodni temu na blogu Claudii Ann znalazłam bardzo ciekawą notkę z czymś, co się nazywa Social Media Book TAG. Od razu stwierdziłam, że inicjatywa fajna, kiedyś może opublikuję coś takiego u siebie. No i nadszedł ten czas...

Social Media Book TAG

Twitter - twoja ulubiona krótka książka
Krótka książka to pewnie pojęcie względne, dla każdego oznaczające coś innego. Dla mnie jest to pozycja licząca sobie mniej niż 300 stron. Z takich natomiast bardzo fajna jest Macocha, o której zresztą niedawno Wam opowiadałam. Wprawdzie niedużo jej brakuje do tych 300 stron, ale jednak. Jest krótka? Jest. Jest fajna? Jest. Zalicza się do kręgu moich ulubionych krótkich książek? Zalicza się. To jedziemy dalej.

Facebook - książka, którą każdy czytał i czułaś presję, by po nią sięgnąć
Uwaga uwaga, tutaj będzie trylogia. Pięćdziesiąt odcieni E. L. James dokładnie. Głośno o niej wszędzie, ludzie chwalą, mnie to z opisu za diabła nie pociągało, ale w końcu się wkurzyłam i postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie jest wokół czego robić zamieszanie. Według mnie nie ma, no ale co kto lubi. Cieszę się tylko, że niedużo czasu spędziłam przy tych tomiszczach.

Tumblr - książka, którą przeczytałaś, zanim to było popularne
Oj, mam duży problem. Popularne w sensie takim, że jest problem z dostaniem chociaż jednego egzemplarza w księgarni czy bibliotece, bo tytuł jest tak rozchwytywany? A może w takim, że dość mało opinii na blogach było, kiedy się za nią zabierałam? Wygodniej mi przyjąć drugą opcję, a więc wydaje mi się, że tu poprawną odpowiedzią będzie Ostatnia wola Joanny Szwechłowicz. Powieść dość świeża, bo trafiła do sprzedaży na początku czerwca, a ja około dwunastego zaczęłam ją czytać, dzień później opublikowałam wpis. Tak, to pasuje idealnie.

My Space - książka, która nie wiesz, czy ci się podobała, czy nie
Poskromienie złośnicy Williama Shakespeare'a! Na bank to. Znaczy - czytałam i nie podobało mi się, ale jestem na 99% pewna, że winę za kiepskie wrażenia ponosi tłumaczenie. Ponoć Barańczak jest królem, a ja miałam jakiegoś Paszkowskiego. Dlatego nie spisuję tej książki na straty, myślę, że tak ogólnie jest świetna - jak przystało na twórczość Shakespeare'a - ale trzeba mieć do niej serce i potrafić ją przełożyć na polski tak, żeby czytało się z przyjemnością.

Instagram - książka tak ładna, że musiałaś zrobić jej zdjęcie
Znów mam kłopot, bo ja ogólnie robię zdjęcia książek, które czytam i wrzucam na swój prywatny profil na Facebooku, stosiki też lubię pokazywać. Dlatego pozwolę sobie trochę zmienić to pytanie na zwyczajne: książka z najładniejszą okładką, jaką widziałeś. I wtedy odpowiedzią będzie Profesor Charlotte Bronte. No sami zobaczcie jakie to jest cudo: 
Zdjęcie znalezione na Google Grafika

No nie dość, że oprawa świetna, klimatyczna, to jeszcze jest, dzięki niebiosom, twarda! Ach, a o tej powieści spodziewajcie się kilku słów ode mnie już niebawem.

YouTube - książka, do której chciałabyś zobaczyć ekranizację
Chciałabym wreszcie obejrzeć Wichrowe Wzgórza, bo jakoś nigdy mi się nie udaje tego zamiaru zrealizować. Jest też kilka książek, które swojej ekranizacji nie mają, a ja bardzo bym chciała, by się ich w przyszłości dorobiły. Ale o tym myślę napisać osobny wpis za jakiś czas.

Goodreads, czyli nasze Lubimy czytać - książka, którą polecasz każdemu
Generalnie staram się dopasowywać rekomendacje do konkretnych osób. Kiedy ktoś mnie pyta, co polecam do przeczytania, nigdy nie mam gotowej odpowiedzi. Muszę najpierw się dowiedzieć, jaką tematykę człowiek lubi, czego nie lubi i tak dalej. Jednak są też takie tytuły, których znajomość uważam za obowiązek każdego wykształconego człowieka, choć nie krzyczę o tym na całe gardło wszędzie gdzie się da. Jedną z takich pozycji jest publikacja Roberta Marshalla pod tytułem W kanałach Lwowa. Jeśli klikniecie w link i poczytacie notkę, dowiecie się, dlaczego. W skrócie: o dramatach, które wydarzyły się w przeszłości, trzeba czytać. Nie wolno nam o nich zapominać, zachowywać się, jakby nic się nie stało. Musimy mieć świadomość wydarzeń historycznych, by wiedzieć, do jakich masakr już nie doprowadzać.

Kochani, a jak brzmiałyby Wasze odpowiedzi? :)

12.07.2015

Sopot ponownie zaatakowali książkomaniacy - czyli tak było na "A może nad morze? Z książką"

Zdjęcie z bloga Co warto czytać?

Hej hej!

Czy pamiętacie post sprzed roku, w którym opowiadałam Wam o pewnym spotkaniu moli książkowych? Albo ten, w którym pisałam Wam, że zbliża się kolejna edycja tego wydarzenia?
No to zgadnijcie co. Tak, dobrze myślicie. Spotkanie już się odbyło, a ja chcę podzielić się z Wami wrażeniami.

Tym razem zlot był przygotowywany przez cztery blogerki: Beatę, Bookfę, Aleksandrę i Dofi. Tradycyjnym już miejscem spotkania była sopocka Zatoka Sztuki. Wczoraj jednak spotkaliśmy się na pierwszym piętrze, w Sali Morskiej.

Zmiana sali, w której odbywała się cała impreza, jest bardzo ważną kwestią, której nie można pominąć. Wiedzcie bowiem, że w zeszłym roku, pomimo naprawdę fajnej atmosfery, mieliśmy liczne problemy z tym, by porozmawiać w gronie szerszym niż to, przy którym udało nam się zająć miejsce. W tym roku natomiast, z racji tego, że byliśmy w pomieszczeniu sami, możliwości przemieszczania się i integracji między wszystkimi uczestnikami znacząco wzrosły.

Jak co roku uczestnicy otrzymali w prezencie torbę pełną książek ufundowanych przez wiele wydawnictw - między innymi Prószyńskiego i S-kę, Novae Res czy Oficynkę. Zorganizowana została również wymiana - każdy uczestnik, który przyniósł przynajmniej jedną książkę, mógł ją wymienić na inną. Oczywiście, książki były również rozdawane w ramach nagród w różnego rodzaju losowaniach czy konkursach. Jeśli mowa o konkursach - braliśmy udział w quizie. Organizatorki pokazały nam, że ich pomysłowość nie maleje. O ile w zeszłym roku stanęliśmy przed zadaniem rozpoznawania podobizn autorów  i już to sprawiło nam problemy, o tyle teraz było jeszcze ciężej. Podzieleni uprzednio na grupy dostaliśmy kartki z pięćdziesięcioma zdjęciami okładek, a naszym zadaniem było odgadnąć tytuły i autorów książek. 

Uczestnicy spotkania przyczynili się też do "robienia dobra". Tegoroczna edycja wydarzenia wiązała się bowiem z akcją na rzecz pierwszego hospicjum na Pomorzu, znajdującego się w Gdyni. Razem zebraliśmy dla maluchów całkiem pokaźną biblioteczkę, złożoną z pięknie wydanej literatury dziecięcej i młodzieżowej.

Oprócz blogerów i komentatorów blogów książkowych, w inicjatywie wzięli udział także ludzie pióra. W Sopocie obecni byli między innymi: Anna Klejzerowicz, Karol Kłos, Alek Rogoziński, Agnieszka Szczepańska, Barbara Piórkowska i Anna Sakowicz. Także książki tych autorów były "do zgarnięcia", a kto chciał, mógł poprosić również o autograf.

Przez cały czas trwania spotkania przy stole toczyły się ożywione rozmowy, o książkach, ale i nie tylko. To doskonała okazja do tego, by zobaczyć się z tymi, których poznaliśmy rok temu lub nawet wcześniej, a także, by poznać osoby, które zdecydowały się przyjechać na zlot po raz pierwszy. Mogliśmy też skosztować pyszności takich jak babeczki czy owoce, a także zamówić danie obiadowe - plakietki przyczepione do bluzek uprawniały nas do uzyskania 20% rabatu.

Posiedziała z nami też Ania prowadząca Blog jak malowany, która ze względu na swoją pasję "atakowała" chętnych aparatem fotograficznym* ;)

Organizatorkom i uczestnikom spotkania chciałabym podziękować za wspaniale spędzony czas! Mam nadzieję, że będzie nam dane zobaczyć się w takim gronie jeszcze niejeden raz i będzie tak samo fajnie. 

A jeśli chodzi o łupy, do domu wróciłam wczoraj z takimi nabytkami... 

Tutaj jeszcze dedykacja....


* Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak się bawiliśmy, zapraszam do przejrzenia zdjęć na profilu pana Karola Kłosa i innych, pooznaczanych na fotografiach osób, a także do czytania innych relacji, bo mam nadzieję, że nie będę jedyną, która takową napisała.

05.07.2015

Helen Fielding "Bridget Jones. W pogoni za rozumem"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Helen Fielding
Tytuł: Bridget Jones. W pogoni za rozumem
Tytuł oryginału: Bridget Jones: the edge of reason
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Aldona Możdżyńska
Cena: 25 zł
Liczba stron: 347

Kiedy wszystko niby zaczyna się układać...

Wygląda na to, że w życiu trzydziestokilkuletniej Bridget Jones zaczyna panować długo oczekiwana przez nią stabilizacja i szczęście. Kiedyś - wiecznie samotna, dziś partnerka Marka Darcy'ego powoli odkrywa uroki życia w związku. Ale jak to w życiu bywa - kłopoty i nieszczęścia czekają tuż za rogiem, gotowe by zaatakować z nową siłą...

Uświadomiłam sobie, że kilka dni temu strzeliłam sobie chyba w stopę. Przy okazji wpisu o Macosze dość duży akcent położyłam na akcenty humorystyczne w tej powieści i to, że podczas lektury czasami łzy śmiechu spływały mi strumieniem po twarzy. A tymczasem druga część dziennika jednej z najsławniejszych blondynek na świecie to w pewnym sensie dowód na to, że z moim poczuciem humoru nie jest najlepiej.

Dlaczego tak sądzę? Z prostego powodu. Gdzie nie czytam opinii, tam rzesze ludzi zachwalają twórczość Fielding, nazywając ją niekiedy nawet jedną z najdowcipniejszych pisarek, z jakimi dane im się było zetknąć. A ja, czytając takie słowa, mam ochotę otworzyć okno, wystawić za nie głowę i wrzasnąć: Boże, zatrzymaj świat, bo ja wysiadam!!!.

Być może pamiętacie, że po pierwszą część Dziennika... sięgnęłam ponad rok temu (a jeśli nie pamiętacie, nie ma sprawy. Wystarczy, że klikniecie tu i będziecie mogli sobie co nieco przypomnieć). I nie byłam zbytnio zachwycona tym, co otrzymałam. Owszem, czytało się lekko, szybko i dość przyjemnie, ale niczego zabawnego w tej książeczce nie znalazłam, a wręcz przeciwnie.

I niestety, ale dzisiaj, będąc już po kontynuacji - nadal przeklinam w duchu swoją niedającą się poskromić awersję do porzucania serii książek w połowie - muszę powiedzieć, że moje kiepskie wrażenie się tylko umocniło.

Bo Bridget, co prawda, owszem, wybrała się w pogoń za rozumem, ale jej się nie powiodło. Tak właściwie, to mogła sobie całą wyprawę darować. Ta kobieta jest tak irytującą, dziecinną i - nie boję się tego stwierdzić głośno - głupią babą, że tu trzeba cudu albo innej ingerencji Boskiej, żeby jej pomóc.

Miało być zabawnie? Wyszło żenująco. No dobra, przyznaję, parsknęłam śmiechem, gdy nasza ukochana bohaterka pomalowała sobie policzki bodajże szarym cieniem do powiek. To akurat było dla mnie zabawne, choć za diabła nie potrafię Wam wyjaśnić, dlaczego. Tak zwyczajnie mnie to rozbawiło. Poza tym jednym fragmentem jednak na mojej twarzy nie gościł nawet cień uśmiechu. Fielding chciała być zabawna i to widać. Tylko że przedobrzyła. Chciała stworzyć jakąś satyrę na współczesne kobiety w wieku 30+, które mają mniejszy lub większy problem z uporządkowaniem swojego życia. Miała być satyra, wyszło totalnie przejaskrawione, przesadzone coś, co trafi tylko do osób, które potrafią śmiać się totalnie ze wszystkiego i nigdy, ale to nigdy nie dziwią się głupotą ludzką. Ja tak nie potrafię. Lubię pożartować z tego, że ktoś zrobi coś, czego nie powinien ze względu na swój wiek, zawód, pozycję społeczną czy cokolwiek innego. Nie przeczę, lubię. Ale jednocześnie bardzo łatwo jest przekroczyć moją granicę wytrzymałości. Z potworną łatwością przechodzę płynnie od płaczu ze śmiechu do stanu, w którym lepiej, żeby taki wygłupiający się człowieczek do mnie nie podchodził, bo naprawdę potrafiłabym być niemiła. I bardzo, ale to bardzo chciałabym być niemiła dla Helen Fielding. 

Jak na ironię, autorka ta stworzyła idealną bohaterkę literacką. Bridget jest kobietą, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Nie można obok niej przejść obojętnie. Ja akurat z chęcią wlazłabym na karty tego jej dziennika, znalazła ją i nią potrząsnęła. Chociaż nie sądzę, żeby to coś dało. 

Dzisiaj już nie stwierdzę, że czytało się szybko i przyjemnie. Przeciwnie, najwyraźniej podświadomie liczyłam na to, że w dalszych częściach Jones trochę się, mówiąc kolokwialnie, ogarnie i zacznie robić ze swoim życiem coś mądrego. Nie dostałam tego, za to przyszło mi zmierzyć się z czymś, co było tak właściwie, poza kilkoma kwestiami, tym samym, co pierwsza część Dziennika..., a to już nie jest dobre. Musiałam się zmuszać do pokonywania kolejnych stron, mimo że styl nie był wcale wyszukany i spokojnie mogłabym całość pokonać w kilka godzin. Mam poczucie zmarnowanego czasu. Boję się pomyśleć, co będzie z ostatnim tomem, po który sięgnę już niebawem.

Ach, zapomniałabym - czy ktoś z Was jest w stanie mi wytłumaczyć, jak na podstawie książek tak słabych, że gorszych już być chyba nie może, czasami kręci się nieziemsko dobre ekranizacje? Bo filmowe wersje perypetii Bridget Jones to jedne z najlepszych komedii, jakie widziałam. 

A dzisiaj...
Wystawiam dwie gwiazdki, bo nie widzę nawet najmniejszego powodu, by dać ich więcej. Zawiodłam się bardzo. A szkoda, bo pomysł na fabułę był ogólnie niezły. Wykonanie w sumie może też, jeśli przyjąć, że to ja jestem sztywniarą. Nie wiem. W każdym razie - nie podobało mi się. Nie kupuję tego humoru i już.

04.07.2015

Drugie urodziny Internetowej Biblioteczki!

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani!

W najśmielszych snach nie pozwalałam sobie marzyć, że to nastąpi, ale fakt jest faktem - dokładnie 4 lipca 2013 roku na Internetowej Biblioteczce pojawił się pierwszy wpis. Oznacza to, że dziś blog obchodzi swoje drugie urodziny!

Pewnie, że teraz piszę zdecydowanie rzadziej niż jeszcze rok temu. Ale w końcu obowiązki ma każdy, a ja cholernie się cieszę, że udało mi się, po porażce na filozofii, wrócić na studia i tym razem na nich pozostać.
Pewnie, że w końcu pojawiły się pierwsze kryzysy, brak weny, dłuższe milczenie z mojej strony, a nawet myśli, żeby stronę usunąć. Jednak byłabym chyba dziwna, gdybym przez te 24 miesiące nie miała ani chwili załamania. Jestem człowiekiem, nie robotem. Ludzie mają gorsze dni.

Mimo wszystko ani mniej czasu na pisanie, ani pojawiające się czasem niezadowolenie z tego, co publikuję, nie jest ważne. Ważne jest to, że nadal robię to, co robię i że poza krótkimi chwilami zwątpienia sprawia mi to ogromną przyjemność.

Bo wiecie, ja naprawdę lubię Wam opowiadać, co sądzę o tym, co czytam. Cenię sobie niezależność i to, że mogę mówić, co mi się podoba. Cieszę się, kiedy okazuje się, że wspomniałam o książkach, o których nie słyszeliście nigdy wcześniej, a które Was dzięki moim rekomendacjom zainteresowały. Niemal skaczę z radości, kiedy piszecie: poleciłaś, przeczytałem, mam podobne odczucia. Trochę zła jestem, kiedy pod wpływem moich niekoniecznie pochlebnych opinii odpuszczacie sobie jakąś lekturę. Uważam, że każdy powinien przede wszystkim próbować coś czytać, żeby wykreować sobie własne zdanie, nie powinien natomiast za bardzo polegać na tym, co mówi ktoś inny. Więc macie mi się poprawić, jasne? Czytajcie, zapoznawajcie się z moimi opiniami, ale podchodźcie do nich z dystansem. Nie jestem wyrocznią.

Zwyczajnie radość sprawia mi kontaktowanie się z Wami, Wasz odzew, jakikolwiek by nie był. No i niezmiennie będę twierdziła, że świetne to uczucie, kiedy patrzysz na to, jak strona dzięki tobie się rozwija dzień po dniu. Ty o niej decydujesz. Bez twojej zgody nic się na niej nie pojawi. Możesz słuchać rad, ale nie musisz się do nich stosować. To uczucie wręcz uzależnia. Jak zwykłam mówić: zazwyczaj ludzie mają dzieci i codziennie patrzą na to, jak dorastają, a ja mam bloga i robię podobnie. I nie zapowiada się, żebym przestała w najbliższym czasie to robić.

Kochani, kończąc już, w skrócie: chcę Wam wszystkim podziękować. Tym, którzy mnie czytają. Tym, którzy się odzywają - niekoniecznie w komentarzach, ale i prywatnie. Tym, którzy podsuwają mi kolejne tytuły do przeczytania - Wy szczególnie się przyczyniacie do rozwoju Internetowej Biblioteczki, choć może na co dzień tego nie widać. No i oczywiście dziękuję całej reszcie, która zwyczajnie mnie wspiera, może nawet czasami da znać, że coś nie halo. Misie, gdyby nie Wy, Internetowa Biblioteczka dzisiaj prawdopodobnie by nie istniała. 

Jeszcze raz dzięki! I oby tak dalej jeszcze przez co najmniej kilka lat!

02.07.2015

Natasza Socha "Macocha"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Natasza Socha
Tytuł: Macocha
Tytuł oryginału: Macocha
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 282

Ach te potworne pasierbice...

Niemal trzydziestoletnia Roma wiedzie szczęśliwe życie u boku swojego męża Brunona, z zawodu weterynarza. Wydawać by się mogło, że nic nie może zachwiać tym spokojem i szczęściem. Niestety, los znów postanowił wkroczyć do akcji i pokazać, na co go stać. Tak oto na progu domu małżeństwa pojawia się nastoletnia Kasia - córka Brunona z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna przechodzi właśnie przez trudny okres dojrzewania, pokłóciła się z matką, jest krnąbrna i ma niewyparzony język. Roma, kompletnie nieprzygotowana na tę wizytę pasierbicy, sama będąc kobietą czasem lekkomyślną, nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji...

Są takie książki, po których od razu widać, że są czytadłami na jeden raz. A mimo to ludzie po taką literaturę sięgają i - co niektórych przeraża, innych zdumiewa, a całą resztę mało obchodzi - czerpią radość z czytania takich historii. Do takich właśnie pozycji należy Macocha autorstwa Nataszy Sochy.

No bo naprawdę, spójrzmy obiektywnie - czego możemy się spodziewać po opowieści o kobiecie, która nagle staje oko w oko z córką swojego męża z pierwszego małżeństwa, przy czym i młodsza, i starsza to charaktery niezwykle silne i zadziorne? Odpowiedź jest jedna i bardzo prosta: co najwyżej mile spędzonego leniwego popołudnia czy też wieczora. Rozwiązanie idealne dla osób, które potrzebują czegoś lekkiego i zabawnego.

Ja sama Macochę przyuważyłam na Lubimy czytać już dawno. Wprawdzie po przeczytaniu streszczenia fabuły serce nie zaczęło mi mocniej bić, a w głowie nie pojawiła się dzika, nieokiełznana myśl CHCĘ I MUSZĘ TO MIEĆ!, ale jakoś tak instynktownie poczułam, że to może być kawał dobrej lektury. Planowałam ten tom wypożyczyć przy okazji. Wyszło tak, że kupiłam. Niedługo po otrzymaniu zamówienia zabrałam się za czytanie.

No i co? Ludzie, nieczęsto mi się to zdarza, ale niemal na każdej stronie tej pozycji znalazłam coś, przez co wybuchałam niekontrolowanym śmiechem. Wiele fragmentów odczytałam na głos, żeby moja mama też się pochichrała. Albo żeby przestała na mnie patrzeć jak na wariatkę. No, w każdym razie dzieliłam się radością. 

Losy tej patchworkowej rodzinki wciągnęły mnie niesamowicie. Nie śledziłam ich z zapartym tchem, bo umówmy się - całość jest naprawdę bardzo przewidywalna i nie potrzeba mieć doktoratu albo nadzwyczajnie rozwiniętej umiejętności logicznego myślenia, żeby się domyślić, jak to się skończy. Mimo to dałam się wciągnąć, co więcej - cieszyłam się tymi chwilami. 

Macocha jest taką moją Bridget Jones. I Roma, i Bridget mają cechy wspólne. Są w podobnym wieku, są lekko niereformowalne i wpadają na różne dziwne pomysły. Tylko że tej drugiej nie znoszę, bo swoją głupotą i nieodpowiedzialnością przebija niejednego gimnazjalistę (tak nawiasem mówiąc, spodziewajcie się na dniach kilku słów o drugiej części dziennika tej bohaterki). Roma natomiast jest zwariowana, ale w akceptowalny sposób. Nie przekracza granic absurdu, mimo wszystko zachowuje się jak przystało na kobietę w jej wieku. Jedynie nie potrafi dogadać się z czternastolatką. A z tym ma problem mniej więcej co drugi dorosły. Tak więc wybaczamy okresowe spadanie poziomu poczynań i wypowiadanych słów. Każdemu się zdarza.

Właśnie, słowa. Język, styl. Socha pióro ma obłędne. Proste, dostosowane do potrzeb przeciętnego czytelnika. Co ważne - okraszone humorem. No dobrze, nie traktujmy elementów komicznych w tej powieści jako wielką zaletę. W końcu poczucie humoru każdy ma inne, ja momentami wymiękałam ze śmiechu, ale ktoś inny może być pewnymi cytatami zgorszony i zażenowany jak ja wspomnianą wcześniej Jones. Ale fakt faktem, że kto się ma pośmiać, ten się na pewno przy Macosze pośmieje.

Wykreowane postaci to kolejny plus całej tej opowieści. Żaden bohater nie pozostawił mi wyboru, musiałam coś do niego czuć. I tak na myśl o Brunonie wręcz obnażam kły. Kasię miałabym ochotę walnąć w łepetynę. A Romę pokochałam miłością prawdziwą. Wręcz się z nią identyfikuję. Jestem niemal pewna, że w sytuacji, w której się znalazła, zachowywałabym się tak samo.  Bo też dostaję kota w głowie, kiedy świat zmusza mnie do konfrontacji z osobą plus minus dziesięć lat młodszą ode mnie. Zwyczajnie nie mam na tyle cierpliwości.

Przedmiot dzisiejszego wpisu otrzymuje...
Pięć gwiazdek. Tak, dobrze widzicie. Książka, która nic nie wniosła do mojego życia, która jest lekka i na jeden raz, przewidywalna i co tam jeszcze - jest rewelacyjna. To nie jest błąd. To nie jest jakieś moje zdziwaczenie czy nagły napad miękkiego serca. Ja po prostu uważam, że jeśli ktoś szuka tytułu, przy którym się będzie mógł zrelaksować, to bardzo dobrze zrobi, sięgając po Macochę. Bo to jest opowiastka, która rolę dostarczania rozrywki spełnia doskonale.

01.07.2015

Głosowanie na książkę miesiąca - czerwiec 2015

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w pierwszą lipcową środę!

Uff, w końcu trochę wolnego. Okres od kwietnia do czerwca włącznie nie był dla mnie i dla bloga łaskawy. Czytałam owszem, dużo, ale z opisywaniem Wam moich wrażeń już było gorzej. A to oznacza, że czeka mnie wielkie wakacyjne nadrabianie zaległości. Będzie mnie więcej, dużo więcej. Przynajmniej taki mam plan. Mam nadzieję, że się z tego powodu cieszycie?

A tymczasem, zgodnie z tradycją, zaczynamy głosowanie na książkę miesiąca. Choć zwycięski tytuł książki czerwca wydaje się dość oczywisty...

Głosowanie trwa od dziś, 1.07.2015, do 8.07.2015, do godz. 23.59!

A tak na marginesie - czy ktoś wie, co będzie 4 lipca? :)

14.06.2015

E. L. James "Ciemniejsza strona Greya"

Zdjęcia znalezione na Google Grafika

Autor: E. L. James
Tytuł: Ciemniejsza strona Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades Darker
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 626

Nie mogąc oprzeć się miłości...

Minęło kilka dni, odkąd sprawy między Christianem a Anastasią przybrały najgorszy możliwy obrót. Kobieta nie może poradzić sobie z tym, czego dowiedziała się o swoim ukochanym, ten zaś - nie zamierza pogodzić się z porażką i chce walczyć o ich relację. W końcu bohaterowie decydują się dać sobie jeszcze jedną szansę na szczęście. Niestety, los ponownie szykuje dla nich niemiłe niespodzianki, które mogą nie tylko spisać na straty miłość dwojga zakochanych, ale także wyrządzić o wiele więcej poważnych szkód...

Pięćdziesięcioma twarzami Greya byłam załamana tak bardzo, że od razu po zamknięciu tomu przyrzekłam sobie, że pozostałych części tej trylogii nie zaszczycę nawet spojrzeniem. Jednak, jak to często bywa, plany planami, a życie życiem. Po kilku miesiącach skrajnie negatywne emocje na dźwięk samego nazwiska autorki tego "dzieła" się ulotniły, został tylko lekki niesmak. A niedługo potem okazało się, że moja niechęć do porzucania serii książek w połowie jest dużo większa niż awersja do Greya. Postanowiłam, że spróbuję się zmierzyć z tym cyklem jeszcze raz. I szybko, zanim przyszło mi do głowy zmienić decyzję, zabrałam się do rzeczy.

Po Ciemniejszej stronie Greya nie spodziewałam się absolutnie niczego dobrego. Wyszłam z założenia, że jeśli coś zaczyna się dobrze, to możemy oczekiwać, że dalej będzie tylko lepiej i analogicznie - chłam, który był chłamem od samego początku, badziewiem pozostanie na wieki wieków. 

Dlatego tak bardzo się zdziwiłam, kiedy poważniej zabrałam się za lekturę. Po kompletnym rozczarowaniu pierwszą częścią i czarnowidztwem w kwestii części dalszych, oto nagle otrzymuję... coś przyjemnego. Tak, moi drodzy, nie mylicie się, dobrze czytacie - moją pierwszą reakcją na przedmiot dzisiejszego wpisu, kiedy już się za niego zabrałam, był zachwyt. 

Zachwyt, który utrzymywał się długo. Aż do 300 strony, czyli prawie połowy całej powieści. Zwyczajnie wciągnęła mnie ta historia. Ci z Was, którzy poddali się po Pięćdziesięciu twarzach Greya powinni wiedzieć, że James się rozkręciła. 

Największym pozytywnym rozczarowaniem jest język, którym została spisana całość. Dużo lepszy, przystępniejszy, milszy dla oka. Zdania, mam wrażenie, sklecane z większą starannością. Jedynie czytelnicy uczuleni na wulgaryzmy nadal będą się męczyć - przekleństw nasi bohaterowie nadal używają bardzo dużo. Cała reszta natomiast osiągnęła wyższy poziom. Mnie już nawet śmieszyły opisy sławnej wewnętrznej bogini i podświadomości Any. Być może dlatego, że autentycznie zaczęłam sobie wyobrażać stworki rozkładające ręce, machające pomponami czy zerkające znad książki wzrokiem bazyliszka. 

Kolejna rzecz, która bardzo przypadła mi do gustu, to fakt, że w Ciemniejszej stronie Greya w końcu możemy przyjrzeć się bliżej problemom Christiana. Duża część fabuły jest poświęcona jego przeszłości, dzięki czemu łatwiej możemy zrozumieć motywy postępowania tego mężczyzny. No i, oczywiście, proces uzdrawiania, leczenia traum, godzenia się z tym, co było i zostawianie tego za sobą, za to zajęcie się tym, co jest teraz i co będzie później. Super, nareszcie. Na coś takiego czekałam i cieszę się, że to dostałam.

Fajny jest też wątek kryminalny. Lubię, kiedy w spokojnej powieści nagle dzieje się coś, co nadaje wydarzeniom zupełnie inne tempo.

Niestety, na tym moje ochy i achy się kończą. Wraz z doczytaniem trzysetnej strony do końca ogarnęło mnie jakże znajome uczucie irytacji i znużenia. Wróciły niemiłe wspomnienia z samego początku tej powieści. I niestety już mnie nie opuściły. Od tego momentu robiłam wszystko, byle jak najszybciej tę pozycję mieć za sobą.

Skąd ta nagła zmiana? Stąd, że w pewnym momencie wszelkie zalety przestały mi wystarczać. Przyćmiły je wyskoki postaci występujących. Ileż można znosić ciągłe kłótnie, kryzysy, wyznawanie sobie dozgonnej miłości i uprawianie mniej lub bardziej perwersyjnego seksu? Poważnie, nadszedł moment, w którym to wszystko zaczęło się powtarzać. Wchodzą do windy? Nabierają na siebie ochoty. Ona jest zła na niego, on na nią albo i ona na niego, i on na nią? Idą rozwiązać swoje problemy do łóżka. Ana przygryza wargę? Prowokatorka jedna, trzeba jej pokazać, jak to na Christiana działa. I tak ciągle. Nie wspomnę już o tym, że sceny - te erotyczne i nie - były do siebie łudząco podobne, tak bardzo, że zlewały się w jedno. Na dłuższą metę męczy to cholernie.

Bohaterowie? Jak zawsze irytujący, co, jak na ironię, też działa na korzyść twórczości James. Poznałam źródło problemów Greya, rozumiem, że ciężkie dzieciństwo spowodowało to, że w dorosłym życiu stał się taki, jaki się stał, ale to dla mnie żadne usprawiedliwienie. Miałam wrażenie, że jemu jest zwyczajnie dobrze z tym, jak się zachowuje. A zachowaniem sprawiał, że miałam ochotę nim potrząsnąć, walnąć go w twarz. Anastasia nie jest ani trochę lepsza - OK, nie ma doświadczenia w związkach, ale powinna umieć się postawić i nie pozwolić sobie na pewne rzeczy. No ale przecież po co coś zmieniać, skoro może zostać tak, jak jest? Bo czy komuś przeszkadza to, że była tak naprawdę bezwolną kukłą, gotową zrobić wszystko, czego sobie zażyczy jej facet? No i co jest złego w tym, że w pewnej chwili odnosiło się wrażenie, że jest z nim tylko i wyłącznie dla seksu? Mnie to żenowało. Naprawdę.

Miało być pięknie...
A wyszło prawie jak zwykle. Druga część trylogii Pięćdziesiąt odcieni jest, co prawda, strawniejsza od swojej poprzedniczki, jednak progres ten nie jest zbyt znaczący. Byłby, gdyby w połowie autorka nie przypomniała sobie, że to przecież miał być miałki, mdły syf.