12.08.2014

Kolumna dyskusyjna: jak (nie) reagować na śmierć osoby sławnej

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie, tego wpisu w ogóle nie było w planach. Aż do dziś. Coś we mnie pękło. Początkowo pomyślałam: dobra, opublikuję, ale jutro. Ostatecznie jednak - wolę pisać na świeżo.

To wydarzyło się rano. Godzina 9.30, ja, jak zwykle średnio przytomna podnoszę głowę z poduszki, siadam, zakładam słuchawki i, słuchając już muzyki, włączam Ipada. Loguję się na Facebooka. Już w pierwszej sekundzie, kiedy spojrzałam na tablicę z aktualnościami, dostałam w twarz szokującą nowiną: nie żyje Robin Williams (gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, informacja o tym jest dostępna chociażby tu, jak i na wielu innych stronach internetowych. Ale jednak średnio wierzę, by ktoś jeszcze o tym nie słyszał). Moja pierwsza reakcja: o matko, nie wierzę! Druga: ale co się stało?!, i czytanie najnowszych informacji. Aż w końcu zdałam sobie sprawę: no, to teraz się dopiero zacznie. Niestety, miałam rację.

Na to, co zwykle dzieje się, kiedy życie traci osoba sławna, nie musiałam długo czekać. Najpierw problem sprawiło mi dotarcie do innych statusów na wspomnianym wyżej portalu społecznościowym, bo większość, jeden po drugim (w liczbie łącznie kilkunastu), to udostępnienia linku informującego o odejściu aktora. To jeszcze byłabym w stanie znieść bez krzyczenia - choć naprawdę nie rozumiem, po co to wszystko podawać dalej, ale może to ja jestem naiwna ze swoją wiarą w ludzi i w to, że każdy głupi potrafi włączyć sobie Onet, Filmweb czy chociażby głupiego Pudelka i zauważy wiadomość, która jest, na litość boską, informacją dnia, więc znajduje się przeważnie na górze strony. Albo przynajmniej jest zaznaczona, pogrubiona, cokolwiek. Jak już wspominałam - pół biedy z zawalaniem tablicy. Prześwietlmy inne reakcje na to doniesienie.

Setki, tysiące wpisów. Nie tylko kondolencje dla rodziny zmarłego, ale i słowa komentarza odnośnie przyczyny tej tragedii. Roztrząsanie. Zastanawianie się, czemu, cholera, on i jak mogło mu się przytrafić takie nieszczęście, jak depresja. Zupełnie jakbyśmy znali go osobiście, jakbyśmy mieli świadomość tego, jak zachowywał się i co dręczyło go na co dzień. A kojarzymy go tylko z filmów. Że dla niektórych ludzi jego błysk w oku i ciepły uśmiech, który widzieli na wielkim ekranie jest powodem do tego, by twierdzić, że musiał być szczęśliwy, to się dziwię. Zaśmiałabym się, gdyby sytuacja nie była tak poważna. Serio.

Co do wpisów internautów jeszcze - żenuje mnie kolejna rzecz. Zawsze, kiedy umiera ktoś, kto nie jest przeciętnym Kowalskim, robi się moda na wszystko, co z nim związane. Umarł Williams? Ludzie będą masowo oglądali filmy z jego udziałem. Nie żyje Marquez? Obowiązkowo trzeba się hurtem rzucić na Sto lat samotności. I tak dalej, i tak dalej. Ludzie, nie rozumiem. Dlaczego dopiero w tym ostatecznym momencie przypominamy sobie, co zrobił dla świata zmarły? Dlaczego z chwilą jego odejścia afiszujemy się: a ja teraz czytam jego książkę, oglądam film, w którym grał główną rolę? Czemu milczymy wcześniej? I, co najgorsze - dlaczego dopiero wtedy, kiedy najgorsze już się stanie, nagle fanów takiej osoby jest jak grzybów po deszczu? Jeśli o mnie chodzi - patrzę na to z przerażeniem i niechęcią. O tym, że czuję w tym fałsz i obłudę, nie chce mi się już nawet wspominać. Ilu ludzi, którzy po fakcie piszą: tak go uwielbiałem, tak mi będzie go brakowało, rzeczywiście tak sądzi? Sądzi, bo mówić czy pisać może - i robi to - praktycznie każdy. Ale po co wysuwać jakieś twierdzenia, jeśli to mają być tylko puste słowa? Czy oszczędzenie sobie komentarza w sprawie jest gorsze niż kłamstwo? Na szczęście dziś nie natrafiłam na ślady hejtowania, ale to też się zdarza. Do dziś pamiętam, jak Amy Winehouse była pośmiertnie linczowana.

Bierze mnie obrzydzenie na samą myśl o tym, ale - znicze wirtualne. Ludzie, po jaką cholerę?! Czy komuś to pomoże? Czy to, że wrzucimy ten znaczek do sieci, sprawia, że czujemy się lepiej? Ja tego nie łapię. Lepiej przemilczeć kwestię, niż wpisywać wszędzie to cholerne [*]...

Nie chcę wyjść na hipokrytkę czy świętą - sama napisałam, że szkoda mi tego człowieka. Raz. I starczy. Nie twierdzę, że go uwielbiam (widziałam bodajże tylko Panią Doubtfire i kawałek Stowarzyszenia umarłych poetów), nie rzucam się na produkcje, w których wystąpił. Nie mam potrzeby - przynajmniej chwilowo. Żal mi Williamsa przede wszystkim jako człowieka, nie aktora. Jak ktoś żegna się z życiem, to wykonywany przez niego zawód jest nieważny. To jest osoba taka sama jak Ty czy ja.

Naprawdę, nie potrafimy, mamy jakiś problem z normalnym reagowaniem na śmierć kogoś, kto się czegoś dorobił. Trzeba się pokazać, narobić szumu, skrytykować albo afiszować ze swoim żalem zupełnie jakby chodziło o naszego krewnego. O co w tym chodzi? Czy naprawdę trudno jest napisać zwyczajnie, że to przykre albo nie pisać nic? I tak, dzisiejszy wpis jest bólem tyłka, ale czasem trzeba powiedzieć głośno, co się myśli.

Macie taki sam problem z tolerowaniem podobnych incydentów... prawda?

10 komentarzy:

  1. A dla mnie właśnie taka reakcja jest normalna. Nienormalne byłoby, gdyby nikogo to nie obeszło, wszyscy wzruszyliby tylko ramionami, bo przecież to człowiek jeden z wielu, aktor jakich setki. Serio, nie chciałabym dożyć takiej znieczulicy. Nie rozumiem co jest złego we wspominaniu zmarłej osoby publicznej i przypominaniu jej twórczości. Co pozwala ci twierdzić, że ci ludzie faktycznie go bardzo nie lubili? Fakt, jest pewnym fenomenem społecznym to jak bardzo ludzie przywiązują się do postaci znanych tylko z ekranu, z wywiadów, ich twórczości. Ale tak już jest, ja po śmierci Joanny Chmielewskiej autentycznie płakałam, choć nie zdarza mi się to często. Śmierć Michaela Jacksona przyjęłam z autentycznym smutkiem, choć nigdy nie kupiłam żadnej jego płyty i nie słuchałam go regularnie - był pewnego rodzaju symbolem, legendą, kimś kto przeszedł do historii w swój własny sposób.

    "Bierze mnie obrzydzenie na samą myśl o tym, ale - znicze wirtualne. Ludzie, po jaką cholerę?! Czy komuś to pomoże?" - serio...? A czy komuś pomoże prawdziwy znicz postawiony na jego grobie? Świeczka zapalona w oknie? Kwiaty na trumnie? Gratuluję jeśli potrafisz reagować na śmierć znanej ci i lubianej przez ciebie osoby w sposób sensowny, znaleźć słowa albo w ogóle nie masz potrzeby się wypowiadać w takiej chwili. Ale nie każdy potrafi. Dla niektórych te kilka znaczków to jedyny i najprostszy sposób wyrażenia swojego smutku i może własnie im to pomaga?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, Dominika, jednak jeśli w mediach pojawia się informacja o śmierci pisarza/aktora/kogokolwiek znanego i nagle jest zbiorowy lament, to śmierdzi mi to fałszem. Nie mówię, że wszyscy się popisują, jednak spokojnie podejrzewam o to większość. Bo dla mnie to jest po prostu nienormalne, żeby doceniać nagle kogoś dopiero, jak ten umrze. Za życia cicho, po odejściu zaś cudowna osoba? Nie, u mnie to nie przejdzie.

      A co do wirtualnych zniczy - nigdy nie zrozumiem ich fenomenu. Jak smuci mnie czyjaś śmierć, piszę, że mi smutno, a nie wstawiam bezsensowne znaczki. I nie zgodzę się z Tobą, nie porównuj prawdziwych zniczy do tych, które wstawiają ludzie na pierwszym lepszym Pudelku jak ktoś umrze.

      Nie chodzi mi o to, żeby było cicho, żeby nikogo to wszystko nie obeszło. Ale bez przesady!

      Usuń
    2. A ja ciągle nie widzę w tym nic dziwnego. Jeśli umiera przeciętny Kowalski, o którym słyszało 500 osób, a o jego śmierci 400, to przynajmniej połowa z nich będzie lamentować. Chociaż ten Kowalski mógł w życiu nie zrobić nic wyjątkowego, siedział na kanapie i pił piwo, a jednak zawsze będzie gadka o tym, że to taki dobry człowiek i czemu umarł. Nawet jesli większość z nich widywała go raz do roku w sklepie. Więc co jest dziwnego w - jak to ujmujesz - zbiorowym lamencie, jeśli umiera człowiek, którego (co prawda nie osobiście, ale jednak) znała zapewne cała populacja Ameryki Północnej, Europy i tak dalej. To co dzieje się w mediach i wszystkie głosy żalu i smutku to wciąż tylko jakiś procent wszystkich, którzy się o tym dowiedzieli, dzieje się to co w przypadku każdej śmierci, tylko na większą skalę, bo więcej jest osób, które o tym usłyszą. Tak już jest w świecie, w którym informacje z jednego końca świata docierają na drugi w sekundę.

      A generalnie to wcale nie wydaje mi się, żeby był to znów taki zalew spamu. Wśród moich znajomych na FB, na 300 osób wiadomość o śmierci Williamsa opublikowało może 10-15. A słyszeli już zapewne wszyscy. I mam nadzieję, że jego śmierć będzie pretekstem do przypomnienia sobie jego filmów. Nie widzę w tym nic złego, bo był klasykiem i nic tego nie zmieni.

      Usuń
    3. A ja nadal uważam, że lament jest dziwny. Wyrażać ubolewanie - tak, ale chlipać po kątach z powodu śmierci obcego mimo wszystko człowieka? Nie. I tak jak mówiłam - zawsze zdarza się, że ludzie piszą ot tak, żeby napisać, żeby się pokazać i sprawiać wrażenie fanów, w wielu przypadkach okazuje się, że im to lata tak na dobrą sprawę. Za dużo takich akcji już widziałam.

      A spam jest. Nie chodzi tylko o znajomych, ale i fanpage różnej maści. Naprawdę, jestem zdania, że miejsce tego typu informacji jest na stronach takich jak Onet.

      Usuń
  2. Zawsze zauważamy rocznicę czyjejś śmierci. Tym bardziej wobec tego śmierć samą. Osoby prywatne wspomina się prywatnie, publiczne zaś w sposób adekwatny do ich znaczenia. A znaczenie jest proporcjonalne do osiągnięć. Osoba, która czegoś dla innych dokonuje, zawsze żyje w pamięci publicznej odpowiednio dłużej. Reasumując, nie widzę nic szczególnego w tym, że przypomina się dorobek świeżo zmarłej osoby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie mówię o przypominaniu dorobku zmarłego. To jest dobre i fajne, na Onecie bardzo fajnie pokazane chociażby, sama czasem czytam te wpisy. Chodzi mi o szopkę, która się rozgrywa, kiedy umiera ktoś znany. To wydaje mi się bardzo nieszczere i mnie razi.

      Usuń
  3. Każdy na śmierć reaguje na swój sposób. Poświęcić post na reakcję ludzi na śmierć osoby sławnej, i? Jaki jest cel? Czy to coś zmieni? Da do myślenia? I to w dniu kiedy miliony dowiedziało się o tej właśnie śmierci. Dla mnie to ma wydźwięk - "ja reaguje lepiej". A czy jest jakiś przepis albo zasady dobrego "publicznego" reagowania na czyjąś śmierć?
    Nie należę do osób, które publikują czy publicznie komentują informacje o śmierci sławnej osoby, niemniej prywatnie o tym rozmawiam. Poświęcę kilka zdań albo parę godzin. Jeśli ktoś chce stawiać znaczki, to niech sobie stawia. Jak mu będzie z tym dobrze, to co mi do tego? Nie robię tak, a jednak mi to nie przeszkadza. Dlaczego?
    Piszesz: "Dlaczego dopiero w tym ostatecznym momencie przypominamy sobie, co zrobił dla świata zmarły? Dlaczego z chwilą jego odejścia afiszujemy się: a ja teraz czytam jego książkę, oglądam film, w którym grał główną rolę? Czemu milczymy wcześniej?". Od dawna wiadomo, że wartość artysty, aktora, poety, malarza wzrasta wraz z jego śmiercią. Dla wielu śmierć człowieka, czy to osoby sławnej czy bliskiej to czas na uświadamiania sobie, że nie dostaniemy od tej osoby niczego więcej, poza tym co już zostawiła. Nic w tym złego, że tkwi w większości chęć poznania czyjejś twórczości. Czy fakt, że zainteresujemy się czyimiś dziełami po śmierci jego autora, czyni nas gorszymi od tych co znali je wcześniej?

    Może te słowa pozostawione publicznie przez kolegę, dla którego wspomniany przez Ciebie jakiś tam aktor był kimś więcej, pomogą Ci zrozumieć publiczne reakcje na publiczne śmierci, do jakich niewątpliwie zalicza się i Twój post.

    "Wiadomość niczym "szpila skierowana prosto w serce"...
    Niewymowny żal i smutek ogarnia mnie, bo Robin Williams był moim ulubionym aktorem i myślę, że też jednym z Najlepszych... Najdalej kilka dni temu w rozmowie z żoną stwierdziłem, że oglądanie nowych filmów nie sprawia mi już wielkiej przyjemności, bo i filmy i aktorzy dzisiaj nie są tak dobrzy jak dawniej. Teraz prawie wcale nie mam ochoty poznawać nowych rzeczy..."

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cel postu był prosty - chciałam napisać, co sądzę o tego typu zachowaniach i poznać Wasze zdanie ;) Nikogo nie oceniam, nikomu nie każę uważać tak, jak ja uważam, ale z kolei nic nie poradzę na to, że mnie to bardzo razi w oczy ;)

      Usuń
  4. Hmm... to jest temat bardzo dyskusyjny. Poniekąd się z Tobą zgadzam, że te wszystkie sytuacje, typu - internetowe znicze, mnogość pośmiertnych stron, wylewanie powielanych kondolencji, utożsamianie się ze śmiercią za pomocą smutnych emotikonek itd., są pretensjonalne, a nawet, powiem więcej, żałosne. Jednak, jeżeli ktoś w ten sposób naprawdę wyraża swój żal? Jeżeli ktoś chce się podzielić z innymi swoim uczuciem? To co wtedy? Nie nam oceniać... (oczywiście jeżeli są to szczere uczucia).

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do mnie - mimo wszystko to nie trafia. Smutek można wyrazić słowami, nie durnymi emotikonami, osoba, która nie umie wyrażać słowami tego, co czuje... ma problem, no ma. Wszystko można zrobić tak, by to nie raziło ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.