11.08.2014

Czas na film: "Morderstwo w Orient Expressie" (1974)

Zwiastun filmu Morderstwo w Orient Expressie znaleziony na YouTube

Ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego. Jak zwykle nie jestem zwolenniczką przesiadywania kilku godzin na kanapie czy fotelu w celu obejrzenia jakiegoś filmu, tak teraz robiłabym właściwie tylko to, na zmianę z czytaniem, oczywiście. Dziś przed Wami recenzja produkcji obejrzanej przeze mnie wczoraj.
Morderstwo w Orient Expressie to adaptacja jednej z najbardziej znanych powieści Agathy Christie pod tym samym tytułem. Jej scenariusz napisał Paul Dehn, a całość wyreżyserował Sydney Lumet. Fabułę zna każdy miłośnik królowej kryminałów: słynny detektyw, Herkules Poirot, wraca luksusowym pociągiem, Orient Expressem, z Calais do Stambułu. Kiedy pociąg grzęźnie w zaspie śnieżnej, dochodzi do tragedii: jeden z pasażerów zostaje zasztyletowany. Poirot podejmuje próbę rozwiązania zagadki i odnalezienia sprawcy morderstwa. Na pierwszy rzut oka każdy podróżny wydaje się niewinny... Kto zabił? Jaki miał motyw? To wszystko, krok po kroku, wyjaśni nam niski, wąsaty Belg...

W tej wersji adaptacji w roli Herkulesa Poirota mamy okazję zobaczyć Alberta Finneya. Zamordowanego, Ratchetta, zagrał Richard Widmark. W filmie występują również aktorzy tacy jak Lauren Bacall (filmowa pani Hubbard) czy Michael York, czyli hrabia Andrenyi.

Mimo mocnego postanowienia, że na razie zarzucam oglądanie ekranizacji i adaptacji powieści, które czytałam, na rzecz innych gatunków, kiedy tylko przypomniałam sobie, że kryminały Christie zostały sfilmowane, podjęłam decyzję: któryś obejrzę. Wybór Morderstwa w Orient Expressie był najprostszym z możliwych - to pierwsza książka tej autorki, jaka w ogóle wpadła mi w ręce. Byłam bardzo ciekawa, jak wciągająca zagadka kryminalna, tak świetna na papierze (o swoim stosunku do całości pisałam tutaj), wypadnie na wielkim ekranie. Nie miałam żadnych oczekiwań, może poza tym, żeby poziom i jednego, i drugiego był podobny. To, co zobaczyłam, nieco zbiło mnie z tropu i właściwie nie wiem, co mam sądzić. Ale po kolei...

Na pewno na pochwałę zasługuje fakt, że klimat czasów, w których rozgrywa się akcja, został zachowany i wiernie oddany. Te damy, piękne stroje, elegancja, gentlemani - mnie osobiście chwyta to za serce.

Zdumiewa mnie jedno, zdecydowanie niezamierzone podobieństwo między książką a filmem na jej podstawie. Otóż, pamiętam jak dziś, że podczas lektury okropnie irytowała mnie postać Poirota, nie mogłam zrozumieć jego fenomenu. Wczoraj podczas seansu - również nie mogłam znieść jego filmowego wcielenia. Irytujący mały człowiek - to określenie samo ciśnie się na usta.

Co do postaci - każda wywoływała we mnie jakieś odczucia, co uważam za plus. Aktorzy zagrali w moim mniemaniu przekonująco, choć w pewnym momencie miałam zastrzeżenia - reakcja osób, które znalazły martwego Ratchetta, wydała mi się bardzo sztywna i nierzeczywista. Wiem oczywiście, że to były inne czasy i inna mentalność ludzka, mimo to... ja tego nie kupuję.

A teraz trochę o negatywach. Przez ponad 20 początkowych minut historii męczyłam się, ziewałam, nudziłam i chciałam nawet zająć się czymś innym (doprawdy, nie wiem, jak zmusiłam się do zmiany zamiaru). Rozumiem, że musi być jakieś wprowadzenie do głównych wydarzeń, ale tak długie i nudne? To nie dla mnie. Spowodowało to dość znaczną irytację, co nie wróży dobrze, zwłaszcza jeśli dotyczy początkowych scen filmu. Dalej nie było wiele lepiej - rozdrażnienie i nuda minęły, jednak już do końca nie byłam w stanie się należycie skoncentrować, zdarzało mi się łapać na tym, że nie rozumiem niektórych wątków.

I, moi drodzy, zakończenie. Prawie takie samo jak w książce, ale z jednym szczegółem, którego, o ile pamiętam, w powieści nie było. I właśnie ten detal mnie nurtuje i zadziwia. Nie jestem pewna, czy dobrze go zrozumiałam, ale nie wydaje mi się, by miał inne znaczenie - a więc muszę powiedzieć, że był bezbrzeżnie głupi. Tak jakby całe śledztwo zostało prowadzone na marne. O co tu chodzi, wyjaśni mi to ktoś?

Koniec końców - nie wiem, co sądzić. Niby jest to, co miało być, mniej więcej, ale z bonusem, jakim są negatywne emocje związane z początkiem i niejasnym zakończeniem całości. Powiedzieć, że żałuję, że w ogóle się za oglądanie Morderstwa... wzięłam, nie powiem, bo fajnie było móc porównać jedną jego formę z drugą. Z tego też względu - polecam. Mimo to, spodziewałam się czegoś innego, trochę lepszego. No cóż - może inna wersja tej adaptacji okaże się lepsza?

8 komentarzy:

  1. A gdzie gwiazdki!? Jakoś tak niepełno bez nich:))).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy filmach - nie będzie, taka odmiana ;)

      Usuń
  2. Oglądałam. Wspominam mile, choć lektura o niebo lepsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jest w wielu przypadkach - że książka jest lepsza od filmu ;)

      Usuń
  3. Zupełnie niedawno przeczytałam tę pozycję Agaty Christie, być może kiedyś uda mi się zobaczyć film, chociaż nie wiem czy chcę oglądać film, może lepiej zostać z tymi postaciami, które sobie wyobraziłam czytając książkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam lubię sobie porównać książkę do filmu ;)

      Usuń
  4. Oglądałam. Książka zdecydowanie lepsza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest praktycznie zawsze lepsza ;) Kilka wyjątków tylko znam.

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.