31.08.2014

Dziś Światowy Dzień Blogera! Kogo warto czytać?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Czy wiecie, że dziś na całym świecie obchodzony jest Dzień Blogera? Jeśli nie - zapamiętajcie tę datę. Wszystkiego najlepszego dla moich piszących znajomych, niech wena będzie Waszą stałą towarzyszką! 
Z okazji dzisiejszego święta postanowiłam przyłączyć się do pewnego rodzaju łańcuszka - podzielę się z Wami blogami, które z jakiegoś powodu mnie zainteresowały i uważam, że warto je znać. Tak, wiem, że robiłam coś podobnego przy okazji akcji Andrzeja z bloga jestKultura, ale kto powiedział, że szepnąć o kimś, kto odwala dobrą robotę, można tylko raz do roku? Każda okazja jest dobra, by kogoś pochwalić - a już zwłaszcza dzień taki jak dziś. Tak więc zapraszam, moi drodzy, do mojego małego subiektywnego rankingu - tym razem postarałam się, by tematyka stron była różna!

Blogerzy, blogerzy - których warto czytać?

Wybaczcie mi monotematyczność i to, że nawijam o tym człowieku właściwie w kółko, ale to nie moja wina. Jarek jest blogerem, który naprawdę zna się na tym, o czym pisze, jego posty śmiało można uznać za profesjonalne - a jednak czyta się je dobrze, bez problemów, które często występują, kiedy poznajemy zdanie specjalisty w danej dziedzinie. Na pochwałę zasługuje również wytrwałość Czechowicza - 7 lat blogowania, to naprawdę robi wrażenie!
Kolejna pozycja z poprzedniej listy polecającej (obiecuję, będzie jeszcze tylko jedna taka!). U Klaudyny uwielbiam wszystko: rozrzut tematyczny (od książki, przez film, do języków obcych), ciekawe dyskusje. To dziewczyna, którą naprawdę chce się czytać!
Nie czytam Moniki często, ale jak już do niej wpadam, to nagle czuję się jak narkoman na głodzie z dojściem do czegoś odurzającego. Siedzę i czytam, bo dziewczyna ma bardzo ciekawe spostrzeżenia na tematy kulturalne. No i mieszka w Krakowie, czego jej, cholera, zazdroszczę!
Lubię ludzi, którzy lubią to, co robią. A Andrzej naprawdę świetnie czuje się w pisaniu. Choć raczej mamy inny gust, miło go czasami poczytać. No i dorobił się chłopak ogromnego sukcesu - niedawno wydał swoją pierwszą książkę, a to znaczy wiele!
Czy zdarzyło Wam się kiedyś znaleźć bloga, który od pierwszej chwili zauroczył Was tak, że jego lektura - nawet, jeśli całość zawiera kilkaset wpisów - zajęła Wam kilka dni? Ja tak miałam, kiedy dzięki tegorocznej edycji Share Week natrafiłam na wypociny Marty. Jej styl, tematy, które porusza - to wszystko wciąga. Sama autorka zaś jest bardzo pozytywną, zakręconą osobą, co tylko działa na jej korzyść.
Nieważny jest temat. Nie obchodzi mnie, czy rozchodzi się o rozważania nad dzisiejszą młodzieżą, czy może o jakość mięsa serwowanego w KFC. Jeśli napisze o tym Paweł, to będzie dobre. Podoba mi się jego sposób patrzenia na świat i umiejętność wyrażania tego, co się myśli, bez zbędnego krępowania się.
Jakże w taki dzień jak dziś nie wspomnieć ani słowem o matce chrzestnej polskiej blogosfery? To byłby prawdziwy skandal. Tę babeczkę trzeba cenić, bo naprawdę dużo robi dla naszego blogowego światka.
Nie wiem, czy kiedyś o tym wspominałam w jakimś poście, w każdym razie - oprócz literatury bardzo lubię uczyć się języków obcych. Andrzej w tej kwestii bije mnie na głowę, dlatego podpatruję jego stronę i czasem stosuję u siebie jego triki i metody nauki.
Jeśli jesteś z Trójmiasta, masz rodzinę i lubisz aktywnie spędzać z nią czas, lecz niekoniecznie zawsze masz pomysł na to, co robić - wpadaj do Aśki, ona zawsze pomoże. Ogromny szacunek za pobudzanie do aktywności rodzin z dzieciakami i ciekawe eventy.
Blogi modowe to ta część blogosfery, którą omijam szerokim łukiem, bo zwyczajnie nie widzę tu dla siebie nic interesującego. Z wyjątkiem tego, co tworzy Tamara. Bardzo lubię oglądać jej stylizacje i podziwiam za odwagę - ilu z nas byłoby w stanie wyjść na ulicę w takich ubraniach, w jakie ubiera się ona?

No, moi kochani, na dziś to tyle, naprawdę bardzo starałam się, by lista tych najlepszych blogów dotykała różnych kategorii. A Wy - pracę jakiego blogera doceniacie i uważacie, że warto znać tworzone przez niego treści? Zapraszam do dzielenia się swoimi typami na blogach, facebookach, gdziekolwiek! ;)

30.08.2014

TOP 5: filmy, których nie cierpię

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie co? Moja mania filmowa postępuje coraz bardziej. A wiadomo, z filmami jest jak z książkami - jedne wciągają i fascynują, drugie nużą lub denerwują z jakiegoś powodu tak bardzo, że człowiek ma ochotę przerwać oglądanie. Każdy z nas zapewne byłby w stanie podać kilka tytułów, które mu nie przypadły do gustu. Dziś zrobię to ja. Tak więc przed Wami...

TOP 5 filmów, których nie cierpię
  • Domowe piekło
Tę produkcję miałam okazję obejrzeć dzisiaj. Zrobiłam to z błahego powodu - chciałam zobaczyć jednego aktora z mojego ulubionego serialu w innej roli. Żałuję tego bardzo. Ten horror czy też thriller to półtorej godziny całkowitej nudy. Oklepany motyw - dom, w którym straszy, słabe efekty specjalne i nieprzekonująca gra aktorska to główne i najpoważniejsze zarzuty, które kieruję w stronę twórcy tego filmu.
  • Poradnik pozytywnego myślenia
Ekranizacja powieści pod tym samym tytułem. Jakimś cudem nie wiedziałam, że istnieje książka, więc na pierwszy ogień poszedł film. Bardzo słaby. Z tego, co pamiętam, dużo sportu i wątków miłosnych, a ja nastawiałam się na historię człowieka, który po ciężkich doświadczeniach próbuje zacząć żyć normalnie. Ktoś powie mi: ale przecież o to w tym filmie chodziło. A ja odpowiem: można było to przedstawić ciekawiej. No ale czego innego się spodziewać, jeśli papierowa wersja historii wołała o pomstę do nieba...
  • Kevin sam w domu
Hit każdych świąt Bożego Narodzenia. Obejrzałam bodajże raz, nawet mi się podobał (tak samo jak Kevin sam w Nowym Jorku), ale tak naprawdę nie budził nigdy większych pozytywnych emocji. To nie jest nic zabawnego czy bardzo wciągającego, a fakt, że leci co rok w telewizji, tak jakby nie można było ludziom zaserwować czegoś innego, tylko pogarsza sprawę. Ileż można?
  • Titanic
Jak byłam mała, miałam zdrowego hopla na punkcie tego filmu. Widziałam go jakieś... 30 razy? Teraz nie mogę znieść. I to nie dlatego, że mi się przejadł. Powód jest inny, ale równie prosty: zmieniła mi się perspektywa. Dzisiaj widzę w obrazie Camerona głupią historyjkę miłosną, a tych nie lubię. Szkoda, bo ten statek i jego tragedia naprawdę mnie pasjonuje, kiedyś o tym wiele czytałam.
  • Casanova po przejściach
Niby komedia w wykonaniu Allena. Zapowiadało się naprawdę dobrze. No właśnie, zapowiadało się. Koniec końców stwierdziłam, że z komedią i czymś zabawnym nie ma to nic wspólnego. Cały seans siedziałam i zastanawiałam się, o co chodzi, na zmianę z wyklinaniem samej siebie, że zmarnowałam pieniądze na bilet.

A Wy jakie tytuły moglibyście wpisać w ranking pięciu najgorszych filmów, które oglądaliście? 

21.08.2014

Stephen King "Pan Mercedes"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Pan Mercedes
Tytuł oryginału: Mr. Mercedes
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Danuta Górska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 574

Uważaj na szare mercedesy...

Kwiecień 2009 roku. W City Center mają się odbyć Pierwsze Doroczne Miejskie Targi Pracy. Przed wielką halą już na kilka godzin przed rozpoczęciem wydarzenia ustawiła się długa kolejka ludzi mających nadzieję na odmianę ich, delikatnie mówiąc, niełaskawego losu. Nikt nie spodziewał się, że właśnie wtedy wydarzy się tragedia. Że w tłum wjedzie rozpędzony mercedes, zabije osiem osób, a wiele innych dotkliwie zrani. Sprawca zbiegł z miejsca wypadku, a policji nie udaje się go złapać. Aż do chwili, gdy szaleniec odzywa się do emerytowanego policjanta. Ten, od momentu odejścia z pracy pogrążony w depresji, zyskuje powód, by żyć. Postanawia znaleźć tego potwora, który pozbawił życia i zdrowia niewinnych bezrobotnych, i powstrzymać go przed dalszymi atakami, w których ucierpieć może znacznie więcej istnień...

Wiecie, chciałam dłużej odpocząć od prozy Stephena Kinga, ot, poczułam w pewnym momencie, że mam przesyt i robi mi się lekko słabo na dźwięk tego nazwiska. Zakupu (ba, w ogóle przeczytania) Pana Mercedesa w planach nie miałam. Ale plany są tylko planami, mogą się zmienić. U mnie stało się to przez Jarka Czechowicza, a właściwie przez konkurs, który zorganizował z okazji siódmych urodzin swojego bloga. Tam właśnie do wygrania był, między innymi, przedmiot dzisiejszego wpisu. Pomyślałam: a co mi tam, spróbuję, w końcu darmowa książka to darmowa książka, nie? Oczywiście, próba zakończyła się porażką, ale wtedy zdecydowałam: kupię. I kupiłam może dwa dni później. Niedługo potem zabrałam się za lekturę.

Napis na tylnej okładce wielkimi literami krzyczy do nas, że to debiut Stephena Kinga w gatunku powieści kryminalnej. Już w tym momencie zaczynają się moje zastrzeżenia.

Po pierwsze: jaki debiut? Fani tego pisarza wiedzą przecież doskonale: owszem, on ludzi głównie straszy, ale przy tym flirtuje z innymi gatunkami. Elementy pasujące do kryminału możemy znaleźć chociażby w Joylandzie.

Kolejna sprawa: Pan Mercedes powieścią kryminalną? Naprawdę? Ja bym się bardziej skłaniała w kierunku powieści, ale psychologicznej. Dlaczego?

Ano dlatego, że psychika winowajcy tragedii w City Center została perfekcyjnie wręcz dopracowana i nam, czytelnikom, przedstawiona. Wiedzieliśmy, co ten mężczyzna myśli, mieliśmy również okazję zapoznać się z przyczynami jego nienormalnego zachowania. Mnie te opisy czasami trochę szokowały. To jeden z najmocniejszych (i, niestety, nielicznych dobrych) punktów historii.

Drugim plusem jest styl autora. Lekki, prosty (czasem wydawało mi się, że zbyt prosty; miałam wrażenie, że autor jest dzieciakiem, który dopiero uczy się porywająco pisać, ale wydaje mi się, że wina leży po stronie tłumaczenia), niewymagający. Do tego stopnia, że jak siadłam do biurka, to przeczytałam pierwszego dnia 140 stron, drugiego 210 i dziś - resztę. I to na jedno posiedzenie. A przecież u mnie się to nie zdarza! Zwyczajnie nie chciało mi się odrywać, chociaż to dziwne, bo... uwaga, zaczyna się typowe narzekanie.

Moi kochani, opowieść jako całokształt zdecydowanie nie porywa. Nie ma tam właściwie niczego, co mogłoby wywołać wrzask Jezu, ale to jest dobre!!!. Ja przewracałam stronę za stroną w tempie ekspresowym, ale nie dlatego, że emocje i napięcie nie pozwalały mi się skupić na innych czynnościach, tylko dlatego, że czytało się łatwo.

King, jak to King, nie mógł się najwyraźniej oprzeć pokusie i znów musiał nam pokazać, jakim to jest gawędziarzem i ekspertem od budowania napięcia. Tylko że tym razem zdecydowanie nie wyszło mu to na dobre. Znam ludzi, którzy mówią, że pod koniec mało im serce nie wyskoczyło, tak wszystko ruszyło z kopyta, tymczasem ja cały czas czekałam na jakieś mocne uderzenie i się go nie doczekałam, jedyne co, to wyżej wspomniane opisy tego, co roi się w głowie zabójcy z mercedesa, czasami wywoływały u mnie delikatną gęsią skórkę, ale jak mówię - delikatną. I bardzo szybko ustępującą. Oraz występującą rzadko.

Co jeszcze bardzo mi się nie podobało i nastawiło mnie w pewnym stopniu negatywnie już na starcie - to, że od początku wiedzieliśmy, kto jest winien. Fajnie, że stan jego umysłu został nakreślony tak dobrze, jednak ja zdecydowanie wolę, kiedy rozwiązanie zagadki czeka na końcowych kartach powieści. I nigdy nie przekonam się do tego złamania schematu.

Wiecie, mam skojarzenie z Tajemnicą szkoły dla panien. To też niby miał być kryminał, retro w dodatku. Tymczasem była to (doskonała!) opowieść o życiu w małym mieście w dawnych czasach z wątkiem kryminalnym w tle. Tutaj jest podobnie - mamy świetny portret psychologiczny człowieka, któremu od małego niszczono psychikę z kryminałem w tle. 

Niestety...
Idealne w każdym calu wniknięcie w psychikę szaleńca i przystępny styl nie wystarczy. Jest przeciętnie, a tak naprawdę - bardzo średnio. Jakby mnie ktoś zapytał, czy Pana Mercedesa lubię, czy nie lubię, odpowiedziałabym bez wahania, że nie, jednak nie.
Przeczytać można, owszem, ale King najlepszy jest w horrorach i tego radziłabym się trzymać.

14.08.2014

Danielle Steel "W sieci"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Danielle Steel
Tytuł: W sieci
Tytuł oryginału: Malice
Wydawnictwo: Książnica
Tłumaczenie: Maria Grabska-Ryńska
Cena: 18,80 zł
Liczba stron: 272

Kiedy krzywdzą nas najbliżsi...

Grace Adams jako nastolatka przeżyła prawdziwy dramat. Przez cztery lata ojciec regularnie krzywdził ją, a kiedy się broniła, opierała - atakował matkę. Matka zaś stała i niemal ze spokojem patrzyła na nieszczęście swojej jedynej córki, twierdząc, że "to dla dobra rodziny, trzeba dbać o tatusia". Kiedy nastolatka zostaje sama z ojcem, uzmysławia sobie, że sytuacja nie zmieni się ani na jotę, a jest zdana tylko na siebie. To właśnie wtedy, rozpaczliwie chcąc wyrwać się z piekła, popełnia czyn straszny, ucieka się do ostateczności. Teraz, po wielu latach od tamtych wydarzeń i, jak może się wydawać, po odpokutowaniu dawnych win, bohaterka próbuje wieść normalne życie, zapomnieć o demonach przeszłości. Pytanie tylko, czy osoba mająca takie doświadczenia ma w ogóle szansę na to, by poprawnie funkcjonować...

Po lekturze Wichrowych Wzgórz Pianisty stwierdziłam, że potrzebuję książki łatwej i przyjemnej w odbiorze. Szczęśliwie nieoczekiwanie dostałam ostatnio sporą ilość tytułów, co w połączeniu z pozycjami, które już miałam w kolejce, dało naprawdę duży stos. Miałam więc w czym wybierać.

O Danielle Steel i jej dziełach słyszałam wiele - zarówno pozytywów, jak i negatywnych głosów. Postanowiłam zaryzykować i spróbować zapoznać się z historią Grace Adams, bohaterką W sieci.

Na wstępie przyznam - pomyliłam się, myśląc, że będzie to powieść lekka i sympatyczna w odbiorze, a przynajmniej nie była taka na samym starcie. Publikacja dotycząca krzywdzenia dzieci, którą zgłębia się z uśmiechem na ustach - nie, to nierealne. 

Początkowe kilkanaście stron pokonywałam z dręczącym mnie niedowierzaniem. Jak ludzie mogą znęcać się w ten sposób nad kimkolwiek, a już zwłaszcza nad własnymi dziećmi? Jak można nie zareagować na taki widok? Przecież włos się na głowie jeży, słysząc takie historie. 

Z czasem jednak wpadłam w rytm. Styl, którym posługuje się Steel, sprawia, że kartka po kartce mijają praktycznie nie wiadomo kiedy. Sama pochłonęłam całość w ciągu jednego dnia - nawet nie spostrzegłam, kiedy minęło pięć godzin, od kiedy zaczęłam czytać, aż do momentu, kiedy odłożyłam tytuł na półkę. Mało tego - jak być może pamiętacie, mam problem z czytaniem zbyt wielu stron na raz i po prostu muszę dzielić sobie książkę na części, między którymi jest dość duża przerwa na odpoczynek. Tutaj tego nie było. Odrywałam się dosłownie na 2-3 minuty po to, by sprawdzić, czy dzieje się coś na Facebooku (tak, uzależnienie, moi kochani. No co, każdy jakieś ma) raz na jakieś 40 minut. I czytałam po 21.00, co u mnie nie jest normalne, bo moje oczy od zawsze mają jakiś system obronny - o 9 wieczorem zaczynają się kleić i nie ma wtedy mocnych, wieczór z książką odpada. Cud, naprawdę cud się stał.

Uważam, że potrzebni są światu ludzie potrafiący pisać o trudnych tematach w sposób przystępny. Może historie takie jak W sieci to dobry sposób, by dotrzeć do ludzkości. By wpoić czytelnikom, że nie wolno być obojętnym na cudzy ból, że trzeba mieć oczy szeroko otwarte i reagować na wszelkie podejrzenia, że u sąsiadów, znajomych, gdziekolwiek - jest coś nie tak. Bo jeśli my nie odważymy się pomóc, przypuszczalnie nie zrobi tego nikt inny. Będziemy odpowiedzialni za czyjąś tragedię. A kiedy sami będziemy potrzebowali - inni też odwrócą się plecami. 

W przedmiocie dzisiejszego wpisu nie przeszkadzało mi absolutnie nic, jeśli chodzi o fabułę. Nawet wątek miłosny. Był opisany ze smakiem i nie rzucał się w oczy aż tak bardzo. 

Bohaterowie? Szczególnie ukochałam sobie Grace, ale i inni, mniej ważni, wywoływali we mnie gwałtowne emocje. Z rumieńcami na policzkach modliłam się: niech jej ktoś pomoże, niech ktoś jej wysłucha, ona zasługuje na wszystko, co tylko najlepsze, dość już wycierpiała!

Oczywiście, w tekście zauważalna była spora ilość literówek. Przede wszystkim - brak ogonka w literze ę. Ze smutkiem przyznaję, że zaczynam przyzwyczajać się do niedbałych wydań powieści. Nadal twierdzę, że to skandal, ale kiedy widzę błąd - wzruszam ramionami i myślę: aha. Norma. 

Z radością wystawiam...
Cztery gwiazdki. Za rewelacyjną myśl przewodnią, za styl, którym całość została opowiedziana. I za to, że nie mogłam się oderwać. Już dawno tak nie miałam. Ja chcę jeszcze!
Polecam absolutnie wszystkim. O złym traktowaniu najmłodszych trzeba czytać, by się uwrażliwić.

12.08.2014

Kolumna dyskusyjna: jak (nie) reagować na śmierć osoby sławnej

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie, tego wpisu w ogóle nie było w planach. Aż do dziś. Coś we mnie pękło. Początkowo pomyślałam: dobra, opublikuję, ale jutro. Ostatecznie jednak - wolę pisać na świeżo.

To wydarzyło się rano. Godzina 9.30, ja, jak zwykle średnio przytomna podnoszę głowę z poduszki, siadam, zakładam słuchawki i, słuchając już muzyki, włączam Ipada. Loguję się na Facebooka. Już w pierwszej sekundzie, kiedy spojrzałam na tablicę z aktualnościami, dostałam w twarz szokującą nowiną: nie żyje Robin Williams (gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, informacja o tym jest dostępna chociażby tu, jak i na wielu innych stronach internetowych. Ale jednak średnio wierzę, by ktoś jeszcze o tym nie słyszał). Moja pierwsza reakcja: o matko, nie wierzę! Druga: ale co się stało?!, i czytanie najnowszych informacji. Aż w końcu zdałam sobie sprawę: no, to teraz się dopiero zacznie. Niestety, miałam rację.

Na to, co zwykle dzieje się, kiedy życie traci osoba sławna, nie musiałam długo czekać. Najpierw problem sprawiło mi dotarcie do innych statusów na wspomnianym wyżej portalu społecznościowym, bo większość, jeden po drugim (w liczbie łącznie kilkunastu), to udostępnienia linku informującego o odejściu aktora. To jeszcze byłabym w stanie znieść bez krzyczenia - choć naprawdę nie rozumiem, po co to wszystko podawać dalej, ale może to ja jestem naiwna ze swoją wiarą w ludzi i w to, że każdy głupi potrafi włączyć sobie Onet, Filmweb czy chociażby głupiego Pudelka i zauważy wiadomość, która jest, na litość boską, informacją dnia, więc znajduje się przeważnie na górze strony. Albo przynajmniej jest zaznaczona, pogrubiona, cokolwiek. Jak już wspominałam - pół biedy z zawalaniem tablicy. Prześwietlmy inne reakcje na to doniesienie.

Setki, tysiące wpisów. Nie tylko kondolencje dla rodziny zmarłego, ale i słowa komentarza odnośnie przyczyny tej tragedii. Roztrząsanie. Zastanawianie się, czemu, cholera, on i jak mogło mu się przytrafić takie nieszczęście, jak depresja. Zupełnie jakbyśmy znali go osobiście, jakbyśmy mieli świadomość tego, jak zachowywał się i co dręczyło go na co dzień. A kojarzymy go tylko z filmów. Że dla niektórych ludzi jego błysk w oku i ciepły uśmiech, który widzieli na wielkim ekranie jest powodem do tego, by twierdzić, że musiał być szczęśliwy, to się dziwię. Zaśmiałabym się, gdyby sytuacja nie była tak poważna. Serio.

Co do wpisów internautów jeszcze - żenuje mnie kolejna rzecz. Zawsze, kiedy umiera ktoś, kto nie jest przeciętnym Kowalskim, robi się moda na wszystko, co z nim związane. Umarł Williams? Ludzie będą masowo oglądali filmy z jego udziałem. Nie żyje Marquez? Obowiązkowo trzeba się hurtem rzucić na Sto lat samotności. I tak dalej, i tak dalej. Ludzie, nie rozumiem. Dlaczego dopiero w tym ostatecznym momencie przypominamy sobie, co zrobił dla świata zmarły? Dlaczego z chwilą jego odejścia afiszujemy się: a ja teraz czytam jego książkę, oglądam film, w którym grał główną rolę? Czemu milczymy wcześniej? I, co najgorsze - dlaczego dopiero wtedy, kiedy najgorsze już się stanie, nagle fanów takiej osoby jest jak grzybów po deszczu? Jeśli o mnie chodzi - patrzę na to z przerażeniem i niechęcią. O tym, że czuję w tym fałsz i obłudę, nie chce mi się już nawet wspominać. Ilu ludzi, którzy po fakcie piszą: tak go uwielbiałem, tak mi będzie go brakowało, rzeczywiście tak sądzi? Sądzi, bo mówić czy pisać może - i robi to - praktycznie każdy. Ale po co wysuwać jakieś twierdzenia, jeśli to mają być tylko puste słowa? Czy oszczędzenie sobie komentarza w sprawie jest gorsze niż kłamstwo? Na szczęście dziś nie natrafiłam na ślady hejtowania, ale to też się zdarza. Do dziś pamiętam, jak Amy Winehouse była pośmiertnie linczowana.

Bierze mnie obrzydzenie na samą myśl o tym, ale - znicze wirtualne. Ludzie, po jaką cholerę?! Czy komuś to pomoże? Czy to, że wrzucimy ten znaczek do sieci, sprawia, że czujemy się lepiej? Ja tego nie łapię. Lepiej przemilczeć kwestię, niż wpisywać wszędzie to cholerne [*]...

Nie chcę wyjść na hipokrytkę czy świętą - sama napisałam, że szkoda mi tego człowieka. Raz. I starczy. Nie twierdzę, że go uwielbiam (widziałam bodajże tylko Panią Doubtfire i kawałek Stowarzyszenia umarłych poetów), nie rzucam się na produkcje, w których wystąpił. Nie mam potrzeby - przynajmniej chwilowo. Żal mi Williamsa przede wszystkim jako człowieka, nie aktora. Jak ktoś żegna się z życiem, to wykonywany przez niego zawód jest nieważny. To jest osoba taka sama jak Ty czy ja.

Naprawdę, nie potrafimy, mamy jakiś problem z normalnym reagowaniem na śmierć kogoś, kto się czegoś dorobił. Trzeba się pokazać, narobić szumu, skrytykować albo afiszować ze swoim żalem zupełnie jakby chodziło o naszego krewnego. O co w tym chodzi? Czy naprawdę trudno jest napisać zwyczajnie, że to przykre albo nie pisać nic? I tak, dzisiejszy wpis jest bólem tyłka, ale czasem trzeba powiedzieć głośno, co się myśli.

Macie taki sam problem z tolerowaniem podobnych incydentów... prawda?

11.08.2014

Czas na film: "Morderstwo w Orient Expressie" (1974)

Zwiastun filmu Morderstwo w Orient Expressie znaleziony na YouTube

Ostatnio dzieje się ze mną coś dziwnego. Jak zwykle nie jestem zwolenniczką przesiadywania kilku godzin na kanapie czy fotelu w celu obejrzenia jakiegoś filmu, tak teraz robiłabym właściwie tylko to, na zmianę z czytaniem, oczywiście. Dziś przed Wami recenzja produkcji obejrzanej przeze mnie wczoraj.
Morderstwo w Orient Expressie to adaptacja jednej z najbardziej znanych powieści Agathy Christie pod tym samym tytułem. Jej scenariusz napisał Paul Dehn, a całość wyreżyserował Sydney Lumet. Fabułę zna każdy miłośnik królowej kryminałów: słynny detektyw, Herkules Poirot, wraca luksusowym pociągiem, Orient Expressem, z Calais do Stambułu. Kiedy pociąg grzęźnie w zaspie śnieżnej, dochodzi do tragedii: jeden z pasażerów zostaje zasztyletowany. Poirot podejmuje próbę rozwiązania zagadki i odnalezienia sprawcy morderstwa. Na pierwszy rzut oka każdy podróżny wydaje się niewinny... Kto zabił? Jaki miał motyw? To wszystko, krok po kroku, wyjaśni nam niski, wąsaty Belg...

W tej wersji adaptacji w roli Herkulesa Poirota mamy okazję zobaczyć Alberta Finneya. Zamordowanego, Ratchetta, zagrał Richard Widmark. W filmie występują również aktorzy tacy jak Lauren Bacall (filmowa pani Hubbard) czy Michael York, czyli hrabia Andrenyi.

Mimo mocnego postanowienia, że na razie zarzucam oglądanie ekranizacji i adaptacji powieści, które czytałam, na rzecz innych gatunków, kiedy tylko przypomniałam sobie, że kryminały Christie zostały sfilmowane, podjęłam decyzję: któryś obejrzę. Wybór Morderstwa w Orient Expressie był najprostszym z możliwych - to pierwsza książka tej autorki, jaka w ogóle wpadła mi w ręce. Byłam bardzo ciekawa, jak wciągająca zagadka kryminalna, tak świetna na papierze (o swoim stosunku do całości pisałam tutaj), wypadnie na wielkim ekranie. Nie miałam żadnych oczekiwań, może poza tym, żeby poziom i jednego, i drugiego był podobny. To, co zobaczyłam, nieco zbiło mnie z tropu i właściwie nie wiem, co mam sądzić. Ale po kolei...

Na pewno na pochwałę zasługuje fakt, że klimat czasów, w których rozgrywa się akcja, został zachowany i wiernie oddany. Te damy, piękne stroje, elegancja, gentlemani - mnie osobiście chwyta to za serce.

Zdumiewa mnie jedno, zdecydowanie niezamierzone podobieństwo między książką a filmem na jej podstawie. Otóż, pamiętam jak dziś, że podczas lektury okropnie irytowała mnie postać Poirota, nie mogłam zrozumieć jego fenomenu. Wczoraj podczas seansu - również nie mogłam znieść jego filmowego wcielenia. Irytujący mały człowiek - to określenie samo ciśnie się na usta.

Co do postaci - każda wywoływała we mnie jakieś odczucia, co uważam za plus. Aktorzy zagrali w moim mniemaniu przekonująco, choć w pewnym momencie miałam zastrzeżenia - reakcja osób, które znalazły martwego Ratchetta, wydała mi się bardzo sztywna i nierzeczywista. Wiem oczywiście, że to były inne czasy i inna mentalność ludzka, mimo to... ja tego nie kupuję.

A teraz trochę o negatywach. Przez ponad 20 początkowych minut historii męczyłam się, ziewałam, nudziłam i chciałam nawet zająć się czymś innym (doprawdy, nie wiem, jak zmusiłam się do zmiany zamiaru). Rozumiem, że musi być jakieś wprowadzenie do głównych wydarzeń, ale tak długie i nudne? To nie dla mnie. Spowodowało to dość znaczną irytację, co nie wróży dobrze, zwłaszcza jeśli dotyczy początkowych scen filmu. Dalej nie było wiele lepiej - rozdrażnienie i nuda minęły, jednak już do końca nie byłam w stanie się należycie skoncentrować, zdarzało mi się łapać na tym, że nie rozumiem niektórych wątków.

I, moi drodzy, zakończenie. Prawie takie samo jak w książce, ale z jednym szczegółem, którego, o ile pamiętam, w powieści nie było. I właśnie ten detal mnie nurtuje i zadziwia. Nie jestem pewna, czy dobrze go zrozumiałam, ale nie wydaje mi się, by miał inne znaczenie - a więc muszę powiedzieć, że był bezbrzeżnie głupi. Tak jakby całe śledztwo zostało prowadzone na marne. O co tu chodzi, wyjaśni mi to ktoś?

Koniec końców - nie wiem, co sądzić. Niby jest to, co miało być, mniej więcej, ale z bonusem, jakim są negatywne emocje związane z początkiem i niejasnym zakończeniem całości. Powiedzieć, że żałuję, że w ogóle się za oglądanie Morderstwa... wzięłam, nie powiem, bo fajnie było móc porównać jedną jego formę z drugą. Z tego też względu - polecam. Mimo to, spodziewałam się czegoś innego, trochę lepszego. No cóż - może inna wersja tej adaptacji okaże się lepsza?

09.08.2014

Władysław Szpilman "Pianista"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Władysław Szpilman
Tytuł: Pianista
Tytuł oryginału: Pianista
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 213

Próbując przetrwać wojnę...

Władysław Szpilman to młody pianista pochodzenia żydowskiego. Kiedy w 1939 roku wybucha II wojna światowa, dla mężczyzny i jego rodziny rozpoczyna się dramatyczna walka o przeżycie. Wygrać tę bitwę wcale nie będzie łatwo, bo wróg jest silny i żądny krwi...

Wiecie co? Cuda się zdarzają i dzisiejszy wpis jest na to dowodem. Musicie wiedzieć, że na Pianistę czaiłam się już dawno, jednak nieskutecznie. Aż tu nagle - kilka dni temu dostałam tę pozycję w prezencie! Podekscytowana postanowiłam: zabiorę się za nią najszybciej jak mogę, nie będę zważała na kolejkę książek do przeczytania, bo jak tu odwlekać lekturę czegoś, na co i tak czekało się długo?! Tak więc, kiedy tylko skończyłam Wichrowe Wzgórza, sięgnęłam po przedmiot dzisiejszej notki.

Od samego początku wiedziałam jedno - to nie będzie nic miłego, żadna wesoła opowiastka. A jednak - ciągnie mnie do powieści o Holocauście, to jedyna tematyka historyczna, która mnie do tej pory interesuje, resztka miłości do dziejów świata wypaliła się we mnie już dawno temu.

Zdawałam sobie sprawę z tego, że zabieram się za autobiografię. Że cały dramat opisany na kartach tego niezbyt opasłego tomu wydarzył się naprawdę i dotknął naprawdę istniejącej osoby. Już samo to wzbudziło we mnie uczucie grozy i powagi. Do tego stopnia, że czytając, starałam się przebywać w kompletnej ciszy, a nawet wyjątkowo zrezygnować z jedzenia i picia podczas poznawania kolejnych losów bohatera - nie wiem dlaczego, po prostu czułam, że tak wypada.

Oprócz problematyki poruszonej w Pianiście, poraził mnie styl pisania autora, a jednocześnie uczestnika wydarzeń. Odniosłam wrażenie, że Szpilman opowiedział nam wszystko, czego doświadczył, z niezwykłym dystansem i spokojem. W jego opowiadaniu nie było zbędnego budowania napięcia, nie było podniosłych słów i wyrażeń. Wszystko, co nam dał, to zwyczajne przedstawienie faktów, które same w sobie budzą przerażenie w każdym normalnym, posiadającym zasady moralne człowieku. Mnie ten spokój naprawdę zdumiał. Do licha, autor nie daje nam nawet powodu, byśmy myśleli, że jest żądny zemsty na tych, którzy skrzywdzili jego i wszystkich tych, których kochał! Za to - serio należy się podziw. Ja bym pluła jadem.

Podczas pokonywania kolejnych stron miałam za wiernego towarzysza smutek i niedowierzanie. Nie potrafię pogodzić się z tym, że takie zło miało miejsce na świecie, nie umiem zrozumieć, jak można być do tego stopnia zezwierzęconym, by bez skrupułów pozbawiać życia niewinne istoty. To przygnębiające, że istoty rozumne są w stanie posunąć się do takich czynów. 

Pamiętnik Szpilmana jest lekturą trudną tematycznie, jednak ja - co zdumiewa nawet mnie samą - nie miałam problemów z jej przyswojeniem, myślę, że to właśnie zasługa spokoju, jaki bił ze słów napisanych przez muzyka. Mimo to - wydaje mi się, całość będzie zajmowała moje myśli jeszcze długo.

Nie mam siły pisać dziś więcej...
Jest wyśmienicie. Opisywane dziś dzieło powinni poznać wszyscy. To doskonały sposób na zgłębienie przeszłości świata. Nie sztuką jest pamiętać o dobrych wydarzeniach, sztuką jest nieodrzucanie od siebie tego, co złe. A pamięć o tym, co działo się na świecie od 1939 do 1945 należy pielęgnować. Chociażby po to, by mieć świadomość tego, jakich błędów należy unikać w przyszłości, do jakich tragedii już nie doprowadzać.

07.08.2014

Emily Bronte "Wichrowe Wzgórza"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Emily Bronte
Tytuł: Wichrowe Wzgórza
Tytuł oryginału: Wuthering Heights
Wydawnictwo: MG
Tłumaczenie: Piotr Grzesik
Cena: 44,90 zł
Liczba stron: 410

Relacja, która niszczy...

Stary Earnshaw podczas pobytu w Liverpoolu znajduje i przygarnia małego Cygana - Heathcliffa. Kiedy wraca do domu, spotyka się ze skrajnie różnymi reakcjami na nowego członka rodziny ze strony swoich biologicznych dzieci. Hindley nienawidzi sieroty, zaś jego siostra, Catherine, bardzo przywiązuje się do chłopaka. Nikt nie podejrzewa, że ta relacja w przyszłości będzie powodem ogromnej tragedii wielu ludzi...

O Emily Bronte i jej jedynym dziele, jakim są Wichrowe Wzgórza słyszałam wiele i zawsze były to same zachwyty. Jak pisałam tutaj, bardzo sceptycznie podchodzę do wszelkich pozycji, które cieszą się ogromnym uznaniem, ale stwierdziłam: to jest klasyka, wypada się zapoznać. I tak, kiedy jakiś czas temu snułam się po Empiku w poszukiwaniu bliżej niezidentyfikowanego czegoś dobrego, a nazwisko "Emily Bronte" nagle mignęło mi przed oczami, niewiele myśląc podjęłam decyzję: biorę! I wzięłam, a w domu ustawiłam ten tytuł na końcu długiej kolejki wszystkiego, co tylko czeka na przeczytanie. Wreszcie, po długich tygodniach, nastał czas lektury przedmiotu dzisiejszego wpisu. Od samego początku starałam się na nic nie nastawiać, ale gdzieś tam kiełkowała we mnie nadzieja na to, że będzie dobrze, a nawet bardzo dobrze.

Pierwsze strony pokonywałam z ogromnym trudem - ciężko było mi się wczuć w klimat powieści, a panujący na dworze skwar nie ułatwiał mi skupienia się na tekście. Zaowocowało to tym, że do ostatniej strony zdarzało mi się mylić kolejne osoby występujące w książce. W końcu jednak weszłam w odpowiedni rytm i od tego momentu szlag trafił moje postanowienie, że będę zdystansowana. Zaczęło mi się podobać.

Ogromnie przypadł mi do gustu mroczny, tajemniczy nastrój historii - bardzo lubię, kiedy podczas czytania towarzyszy mi dreszcz niepokoju, co zaraz się stanie, a tutaj tego zdecydowanie nie brakowało. Choć nie jest to czytadło, które wchłania się łatwo i szybko, poznawanie go sprawiło mi ogromną przyjemność, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że częściej niż zwykle musiałam robić sobie przerwy na odetchnięcie. Zwłaszcza przy brnięciu przez opisy, do których uraz mam i będę miała chyba już zawsze, choćby nie wiem, jak pięknym językiem zostały nam przedstawione.

Nie rozumiem tylko jednego - dlaczego ktoś wpadł na pomysł, by Wichrowe Wzgórza nazwać romansem. Według mnie miłości było tu tyle co kot napłakał, uważam za to, że jest to doskonałe przedstawienie tej najgorszej strony ludzkiej natury. Bronte w sposób niezwykle oddziałujący na wyobraźnię pokazała czytelnikom, do czego tak naprawdę zdolny jest człowiek. Jak bardzo istota niby rozumna może być zepsuta, jak wielką nienawiścią jest w stanie darzyć innych i do czego posunie się, by zatruć życie tych, którzy są obiektem tej wrogości. Niejednokrotnie natrafiałam na fragmenty, które sprawiały, że włosy stawały mi dęba. Naprawdę przerażały mnie niektóre zachowania bohaterów. 

I tu wyłania się kolejna zaleta Wichrowych Wzgórz - idealnie wykreowane postaci. Byłam i nadal jestem pod wielkim wrażeniem wiernego odwzorowania rzeczywistości w sposobie bycia fikcyjnych przecież jednostek. Serio, chylę czoła.

Zniesmaczona jestem faktem, że takie cudeńko zostało wydane z błędami. Na szczęście nie było ich bardzo dużo, dało się je jednak zauważyć. Co jeszcze mi się nie podobało - coś dziwnego, zamazującego mi litery w niektórych miejscach. Tak jakby ktoś pomazał tu i ówdzie kredą wybrane słowa. To było dziwne. I wkurzające.

Ale dziś...
Nic nie odwiedzie mnie od zamiaru wystawienia pięciu gwiazdek. Lektura debiutu Bronte zrobiła na mnie niewiarygodne wrażenie. Myślę, że nie wyjdzie mi z głowy jeszcze przez długi czas. Polecam każdemu - to klasyka, którą trzeba znać. Zalecam jednak nie nastawiać się na historię miłosną - raczej, jak pisałam wyżej, potraktujcie to jako opowieść o mrocznej stronie ludzkiego wnętrza.

03.08.2014

Kolumna dyskusyjna: oceniam książki - czy robię coś złego?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie co, czasem aż dziw bierze, jak człowiek sobie uświadamia, że czasem coś nieumyślnie zaniedbał. W moim przypadku chodzi o dwie kategorie postów na blogu: Z życia autorki (ha! W ostatnim czasie spłodziłam dwa posty - znaczy, szkody naprawione. Przynajmniej dopóki nie narobię nowych) i Kolumna dyskusyjna. Ja naprawdę byłam przekonana, że ostatni raz dyskutowaliśmy niedawno, może z dwa miesiące temu góra. A tu szok - żadna polemika nie odbyła się na Internetowej Biblioteczce od końca lutego. Przez ostatnie dni gorączkowo myślałam nad tematyką kolejnych rozmów i, ku mojej wielkiej rozpaczy (musicie wiedzieć, że Kolumna dyskusyjna to moja ulubiona kategoria wpisów), nie mogłam wymyślić nic ciekawego. Aż tu nagle...

Jakiś czas temu, ja wiem, może przedwczoraj albo niewiele wcześniej, natknęłam się na post autorki bloga Ludzka sokowirówka o wdzięcznym i jakże wiele sugerującym tytule: szybki numerek. Ale nie, nie cieszcie się, bo nic w tym zdrożnego - dziewczyna wyraziła swoje zdanie odnośnie oceniania książek na blogach czy też wortalach czytelniczych za pomocą gwiazdek lub skali ocen. A dziś napisałam do niej, czy będzie miała coś przeciwko temu, bym poruszyła tę kwestię u siebie, bo wydaje mi się ona na tyle ciekawa, że dyskutować o niej warto. Sprzeciwu nie było, tak więc dziś porozmawiamy o tym, czy ocenianie powieści jest czymś dobrym, czy może nie powinno się tego robić.

Artykuł, który zainspirował mnie do dzisiejszego wpisu, zawiera jednoznaczną tezę: emocji, które towarzyszą nam podczas czytania, nie powinno się przeliczać na gwiazdki czy cokolwiek innego. Przeglądnęłam też komentarze pod wpisem i zauważyłam, że właściwie każdy jest tego samego zdania. Argumenty padały różne: że to metoda łatwiejsza, szybka, niewymagająca wysiłku (a przecież mól książkowy, osoba, która uważa się za oczytaną, powinna być pracowita, a nie się migać od pracy - tego w notce nie było, ale tak odebrałam ten fragment), że w pełni nie oddaje tego, co myślimy i tak dalej. Przyznam szczerze - ja otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. A szczękę zbierałam z podłogi.

Sama każdy wpis recenzencki kończę, dając opisywanej książce określoną ilość gwiazdek i robię to właściwie od początku blogowania. No, dobrze - przez kilka tygodni obywało się bez tego, jednak kiedy znajomy znający się na informatyce wykonał mi stosowną grafikę - zaczęłam ją wykorzystywać w nowych i początkowych wpisach. Nigdy nie odczuwałam, że robię tym coś złego.

Jasne, że jest ryzyko, że ktoś wejdzie, spojrzy tylko na ocenę końcową i zamknie stronę, nie czytając całego wpisu. Ale z tym nic się nie zrobi. Ludzie, których przeraża wizja czytania czegoś dłuższego niż, powiedzmy, 10 linijek, zawsze na świecie będą. Smutne, ale prawdziwe. Wychodzę jednak z założenia, że jeśli ktoś naprawdę chce, przebrnie przez całość notki. I dla takich ludzi ja piszę ten blog. A gwiazdki - to tylko zakończenie myśli, usystematyzowanie, co ja w ogóle myślę.

O właśnie, co myślę. Jak pisałam, pojawił się zarzut, że ocena nigdy nie odda wiernie wszystkiego, co odczuwamy. I ja się pytam grzecznie: co? Może to kwestia człowieka, ale ja dokładnie wszystko przemyślałam. Ustaliłam sobie, że 5 gwiazdek to rewelacja, 4 - pozycja bardzo dobra, 3 - przeciętna, 2 - bardzo słaba, a 1 to rozczarowanie. I tego się trzymam. Nie oddaje to tego, co myślę? Zgadzam się - to wszystko zawarte jest w słowach nad gwiazdkami, wystarczy je przeczytać, przeanalizować. Ocena końcowa zawsze jest u mnie zbiorem wszystkich wad i zalet danej pozycji. Nigdy nie przekłamuję rzeczywistości. Swoje odczucia staram się opisywać jak najwierniej, jak najdłużej. Czasem rzeczywiście waham się, do jakiej szufladki coś wrzucić, ale wystarczy trochę zwolnić i się zastanowić, a decyzja zostanie podjęta. Ktoś powie: tak, teraz coś ci się podobało/uważałaś, że to gniot, ale gdybyś przeczytała to kiedy indziej, mogłabyś mieć inne odczucia. Zgadza się, mogłam. Ale ostatecznie zabrałam się za lekturę w takim, a nie innym terminie, wywarła ona na mnie wrażenia takie właśnie, a nie inne i tylko to się dla mnie liczy. Czasem wspominam na przykład o pozycjach swojego dzieciństwa, takich jak Pollyanna czy Ania z Zielonego Wzgórza, to wcale nie są moje pierwsze podejścia do tych historii, moje zdanie o nich zmienia się albo nie. I ja skupiam się na emocjach, których doświadczyłam ostatnim razem. Jeśli kiedyś jeszcze najdzie mnie ochota na ponownie pochłonięcie powieści, którą już tu opisywałam - nie stworzę kolejnego wpisu, bo po co pisać dwa razy o tym samym? Ja nie widzę sensu. 

Idźmy dalej. Któraś z komentujących napisała, że to, co podoba się nam, nie musi podobać się innym, lepiej jest przeczytać cały wpis i wyciągnąć własne wnioski. A ja powiem: pewnie, że nie musi nam się podobać to samo, ale ja na ten przykład nie obrałam sobie za główny cel Was zachęcać do przeczytania tego i tego, a od zamiaru zapoznania się z tamtym i tamtym Was za wszelką cenę odwieść, i to czemu? Bo ja uważam, że tak będzie dobrze. Będę szczera - cieszy mnie, kiedy okazuje się, że ktoś ma taki sam pogląd lub gdy piszecie, że czegoś w bibliotece poszukacie, bo tak Wam przedstawiłam ten tytuł, że wydaje się Wam, że to może być dobre. Ale mam ochotę oczy wydrapywać, jak piszecie: eee, skoro mówisz, że słabe, to się nawet zabierać nie będę. Czytajmy o książkach, poznawajmy zdanie innych, ale ostateczną opinię budujmy na własnych doświadczeniach! Mało tego - nie bronię nikomu odczuwać czegoś zupełnie odmiennego od tego, co ja - dlatego nie czuję się z tym, że rzucam gwiazdkami na lewo i prawo niedobrze. Zgadzasz się z moim werdyktem - super, uważasz inaczej - też dobrze, zapraszam do wymiany myśli w komentarzach. Ja uważam to i to, więc według tego piszę.

Kolejna sprawa: ponoć książka książce nierówna i tak oto kończy się tym, że czasami maksymalną notę mają pozycje całkowicie różne. Serio? Oczywiście, że każdy tytuł jest inny. Uważam mimo wszystko, że człowiek inteligentny zrozumie naturalne różnice między pozycjami innych gatunków. Gdzie punkt wspólny ma biografia i fantastyka? Albo powieść historyczna i obyczajowa? Może w tym, że wszystkie składają się z kartek i okładek? Tak, tu. I w zasadzie tylko tu. Ale każda z tych książek ma prawo nam się podobać na równym poziomie i jak najbardziej możemy ocenić je podobnie lub tak samo. Trzeba tylko rozumieć, że co fabuła, co gatunek, to inne cechy składowe. I mieć nadzieję, że rozumieją to Wasi czytelnicy. Kogoś może zaboleć, że prawie jednakowo osądziłam Pana Tadeusza i Alchemika, ktoś mi nawet może zarzucić, że nie szanuję klasyki. A ja na to: szanuję, owszem, cenię bardzo, ale mi się Pan Tadeusz nie podobał i dopóki zrobiłam to kulturalnie - miałam prawo o tym napisać i dać odpowiednią ocenę. Z Alchemikiem to samo.

I na koniec: podobno ocenianie książek jest złe, ale czy nasze wpisy - nawet bez żadnych gwiazdek, liczb, kropek czy czegokolwiek - to jednak nie ocena? I tak napiszemy, że nam się coś podobało, i tak. Albo że coś uważamy za gniot. Więc czemu jedna forma wyrażenia naszej opinii przechodzi bez echa, a druga jest krytykowana? Niech mi to ktoś wyjaśni, bo nie rozumiem.

Podsumowując - uważam, że wystarczy, by człowiek przemyślał sprawę, czasem przestał przejmować się bzdurami i nagle wszelkie oceny książek okażą się nie czymś strasznym, złym i niemoralnym, ale... normalnym.

A Wy? Jak sądzicie? Dobro to czy zło? Stosujecie tę metodę u siebie czy się jej wystrzegacie?

01.08.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - lipiec 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Ojej, jak ten czas szybko leci! Dopiero ogłaszałam początek głosowania na książkę czerwca, a tu już półmetek wakacji i kolejna odsłona zabawy.
W tym miesiącu jest słabo, macie do wyboru jeden spośród czterech tytułów. No cóż, takie uroki lata, które nas rozpieszcza pogodą, chyba rozumiecie ;)
Zasad nie przypominam, bo doskonale je znacie, proszę jednak - w miarę możliwości starajcie się zostawić też pod tym wpisem komentarz z informacją, na jaką pozycję oddaliście głos. Pozwoli to uniknąć problemu w razie gdyby okazało się, że ankieta znów nie działa.

A teraz... start! Głosowanie trwa od dziś, 1.08.2014 do 8.08.2014, do godz. 23.59!