22.07.2014

Emma Kennedy "Camping Story"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Emma Kennedy
Tytuł: Camping Story
Tytuł oryginału: The Tent, The Bucket and Me. My Family's Disastrous Attempts to go Camping in the 70s
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: Andrzej P. Zakrzewski
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 378

Wakacje z piekła rodem...

Rodzina Kennedych to trzy urocze osoby: mama Brenda, tata Tony i ich jedyna córka Emma. Kiedy latorośl kończy 3 latka, rodzice postanawiają po raz pierwszy wyjechać na prawdziwe wakacje. Niestety, wyjazd na skutek pewnych wydarzeń okazuje się całkowitą porażką. Bohaterowie nie wiedzą jeszcze wtedy, że wakacyjny pech nie opuści ich przez wiele lat...

Wiecie co? Dopadły mnie czytelnicze humory. Dla tych, którzy nie wiedzą: to coś na kształt tego, jak się zachowują kobiety ciężarne, tylko że ja zamiast zachcianek żywieniowych, jakichś ogórków z Nutellą czy innego obrzydlistwa, myślę sobie na przykład: kończę książkę, teraz przeczytałabym jakiś kryminał. Po czym biorę kryminał z półki, zaczynam go czytać i po kilkunastu stronach twierdzę: dobry jest, ale jednak mam ochotę na coś innego. I szukam czegoś innego. Dokładnie tak samo miałam z Camping Story autorstwa brytyjskiej aktorki, pisarki i prezenterki radiowej, Emmy Kennedy. Po prostu podczas czytania jednej pozycji pomyślałam: dobra, potrzebuję czegoś lżejszego, odpowiedniejszego na wakacje. Przedmiot dzisiejszego wpisu idealnie wpasował się w moje wymagania.

Camping Story to jedna wielka skarbnica wiedzy o dzieciństwie autorki. Spisała ona wszystkie straszne - straszne, ale zabawne - wydarzenia, które przydarzały się jej rodzinie podczas letnich wakacji rok w rok przez 10 lat z rzędu. Musicie wiedzieć jedno - ja uwielbiam ludzi, którzy mają skłonności do przeżywania różnych dziwnych rzeczy, słuchanie takich opowieści sprawia mi ogromną przyjemność, zwłaszcza, że na co dzień, można powiedzieć, sama jestem taką szczęściarą. Czasem się nawet założę, kogo spotkało coś głupszego.

Dzieło Kennedy to lektura idealna na lato. Jest lekka, niezbyt długa i dostarcza ogromnej porcji rozrywki. Styl twórczyni sprawia, że kartka po kartce przemijają w tempie wręcz błyskawicznym. Podczas zagłębiania się w historię, włosy niejednokrotnie stawały mi dęba i odzywało się obrzydzenie - jeśli macie wrażliwe żołądki, nie radzę zabierać się za ten tytuł z uwagi na to, że wiele, właściwie większość z opisanych przygód jest zwyczajnie ohydna. Wcale nie przesadzam, sami zobaczycie.

Mimo szalejących wnętrzności, całość pokonywało mi się przyjemnie i dość gładko - zaczęłam nawet dziękować Bogu, że aż tak szalone moje życie nie jest. 

Ze swojej strony podziwiałam bohaterów – ja bym się poddała już po drugim nieudanym wyjeździe, nie miałabym na tyle sił, by próbować dalej.

A teraz trochę o wydaniu. Bo wiecie, ja jestem w stanie wybaczyć literówki, brak ogonka przy ą czy ę, przecinki postawione nie tam, gdzie trzeba lub ich brak tam, gdzie być powinny, zresztą - sama mam problem z interpunkcją, więc trudno, żebym się tego czepiała bardzo. Ale wszystko ma swoje granice, moja tolerancja też. I ta cienka czerwona linia została przekroczona w stopniu znacznym w momencie, kiedy natknęłam się na słowo... zwarzywszy. Ludzie, naprawdę. Nie trzeba mieć doktoratu z polonistyki, żeby nie robić tak żenujących błędów. Wystarczy umieć używać mózgu. I słownika. Ale mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach staranność w wykonywaniu swojej pracy - o obowiązkach korektora tu mówię - to coś, co odchodzi powoli do lamusa. Nie zamierzam jednak się z tym pogodzić i tego tolerować, na błędy i to tak rażące uwagę będę zwracała zawsze. Tak się po prostu nie robi!

 Nie mam chyba już nic więcej do dodania....
Dziś jest przeciętnie. Idealnie, jeśli szukacie czegoś, co pozwoli Wam się pośmiać i wyluzować, trochę gorzej, jeśli łatwo Was obrzydzić, fatalnie, jeśli bardzo przeszkadzają Wam błędy - bo oprócz zwarzywszy i na dość sporą ilość literówek się natkniecie. Niemniej jednak - polecam. Zwłaszcza, że jest to historia prawdziwa, więc możecie przy okazji dowiedzieć się, czego na campingu NIE robić. Zawsze to jakaś nauka, nie? 

10 komentarzy:

  1. Nigdy nie byłam na campingu, ale książkę przeczytam z czystej ciekawości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, potem, jak zwykle, chętnie się dowiem, jak wrażenia ;)

      Usuń
  2. Brzmi fajnie, wrzucę na listę oczekujących i chętnie kiedyś przeczytam (to kiedyś nastąpi chyba w przyszłym stuleciu, zwaŻywszy ;)) na to, że na kindle czeka na mnie ponad 50 książek i kilka na półce...) :)

    I zgadzam się, ja rozumiem cięcie kosztów i to, że czytając własny tekst czyta się z pamięci i nie widzi błędów. Ale jeśli na coś przy wydawaniu książki warto wydać pieniądze, to na dobrą korektę. Albo i dwie. Nic tak nie psuje lektury jak błędy w tekście :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eeee, będąc molem książkowym, powinnaś się wyrobić znacznie szybciej niż w przyszłym stuleciu :D

      A ja nie rozumiem cięcia kosztów, jeśli ma to się odbyć takim kosztem.

      Usuń
  3. O, coś lekkiego baaardzo by mi się przydało.

    Za to do kiepskich wydań i marnej korekty jestem już przyzwyczajona. Wszystkie wydawnictwa zawodzą na tym polu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie mogę się zgodzić. Tak naprawdę bardzo rzadko natrafiam na rażące błędy czy błędy nierażące, ale w dużej ilości. W Prószyńskim na przykład nie zdarzyło mi się to chyba ani razu.

      Usuń
  4. Aż mi się przypomniały dziecięce wyjazdy z rodzicami i moje własne przygody na campingu. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, raz nawet budowaliśmy z tatą szałas z gałęzi, zupełnie nieudany, szczerze mówiąc, a potem zaczęło padać i wprosiliśmy się do namiotu jakiejś innej rodziny. ;) To byli fajni ludzie, razem podróżowaliśmy przez ok. dwa tygodnie.

      Usuń
    2. Żałuję, że nie miałam takich przygód :D

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.