28.05.2014

Jodi Picoult "W imię miłości"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: W imię miłości
Tytuł oryginału: Perfect match
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Katarzyna Kasterka
Cena: 34 zł
Liczba stron: 488

Kiedy dziecku dzieje się krzywda...

Nina Frost to zastępca prokuratora. W swojej pracy ciągle spotyka się z dziećmi - ofiarami przemocy, niestety, również tej seksualnej. Wykonywany zawód rodzi w kobiecie przekonanie, że panuje nad życiem i bezpieczeństwem zarówno własnym jak i swojej rodziny. Przecież ona wie, jak zachowuje się dziecko molestowane, potrafi to rozpoznać. Niemożliwe, by podobny dramat spotkał jej syna. A jednak przekonanie to pęka jak bańka mydlana. Oto nastaje przerażający dzień, w którym pięcioletni Nathaniel przestaje mówić. W końcu zostaje ustalona przyczyna dziwnego zachowania chłopca: został zgwałcony. Od tego momentu jego zrozpaczeni rodzice walczą o zadośćuczynienie za krzywdę. Starania te wkrótce przybierają dramatyczny w skutkach obrót...

Stali bywalcy Internetowej Biblioteczki, jesteście tutaj? No to teraz ręka w górę, kto z Was jeszcze nie zauważył mojej miłości do wszystkiego, co wyszło spod pióra Jodi Picoult.

Od mojego ostatniego spotkania z tą autorką - nie do końca zresztą udanego - minęło już dziewięć miesięcy, stwierdziłam więc, że najwyższa pora sięgnąć po jej kolejną książkę. Usiadłam więc do laptopa, w wyszukiwarkę wpisałam jej nazwisko i zaczęłam przeglądać dorobek. Ze smutkiem stwierdziłam, że pozycji, które by mnie interesowały tematyką, zostało strasznie mało. Już chciałam się poddać, ale na szczęście w ostatniej chwili w oko wpadł mi tytuł W imię miłości. Niedługo potem go zamówiłam. I wreszcie nadszedł czas lektury...

Już na samym początku ogarnęło mnie dziwne wrażenie. Coś wyraźnie było nie w porządku, nie wiedziałam tylko, co dokładnie. Pomyślałam: przesadzam, odzwyczaiłam się od książek tej kobiety i stąd to całe zamieszanie. Ale potem mnie olśniło.

Bo wiecie, ja jestem przyzwyczajona do tego, że Picoult pozwala nam poznać problem z wielu stron. Swoje powieści dzieli na rozdziały, z których każdy to jakby zapis z dziennika lub pamiętnika innego bohatera, którego dotyczą bieżące wydarzenia. Świetny zabieg, swoją drogą. Szkoda, że tutaj go zabrakło. Niby wiemy, co odczuwał mąż Niny i jej dziecko, a także przyjaciel, ale jednak... uważam, że w ich psychikę można było wejść głębiej, stosując właśnie taki chwyt jak chociażby w Bez mojej zgody. Moim zdaniem całość byłaby wtedy... pełniejsza, dokładniejsza.

Co jeszcze raziło w oczy - zawirowania w narracji. Tutaj akapit napisany w pierwszoosobowej, tu następny w trzecioosobowej... jakby się nie można było zdecydować na jedną. Mnie to przeszkadzało, sprawiało, że się trochę gubiłam.

Cała reszta jednak prezentuje się bez zarzutu. Sprawczyni przedmiotu dzisiejszego wpisu znów zaserwowała nam wciągającą bez reszty opowieść. Historię rodziny, której spokojne życie legło w gruzach nagle, zupełnie niespodziewanie. 

To zapis wydarzeń sprawiających, że włosy na głowie dęba stają. A także zajść skłaniających do refleksji. Co my byśmy zrobili, gdyby to nasz berbeć padł ofiarą takiego potwora? Jak pomóc takiemu maluchowi? Jak samemu sobie poradzić? Czy możliwe jest, by pozbyć się poczucia winy, głosu sumienia, który ciągle powtarza to twoja wina, nie dopilnowałeś własnego dziecka, gdybyś bardziej się starał, nic by się nie stało? A przede wszystkim - czy już po całej tragedii są jakieś granice, wyraźna czerwona linia, która dzieli uczynki na te dozwolone i zabronione, jeśli się chce sprawiedliwości? Jeśli już świat stanął na głowie i wydarzył się taki dramat, dlaczego jeszcze stosować się do jakichkolwiek zasad? Przecież życie i tak nigdy już nie będzie takie samo. Nawet nie wiadomo, czy dzieciak zapomni. Nam się to na pewno nie uda. 

Właśnie ten natłok myśli i nękających mnie podczas czytania pytań sprawił, że mimo wyraźnych mankamentów, W imię miłości to tytuł, który mnie zachwycił. Ale jest jeszcze jeden powód - podziwiam Jodi za to, że do każdej publikacji bardzo dokładnie się przygotowuje. Szuka pomocy specjalistów, pyta ich jak jest naprawdę, by potem wpleść to wszystko, czego się dowiedziała, w fabułę. I mimo że biologiczne czy prawnicze fakty to nie jest coś, co mnie fascynuje, dobrze się to czyta. Bo w tym momencie już i tak wysoka autentyczność całości jeszcze wzrasta.

Zakończenie - niby się spodziewałam czegoś podobnego, a jednak jak przyszło co do czego, trochę zbiło mnie z tropu.

O bohaterach trudno mi się wypowiadać, tak naprawdę dobrze poznałam tylko Ninę. Jestem niemal pewna, że to przez brak części pisanych z perspektywy różnych postaci.

Za to wszystko...
Wystawiam cztery gwiazdki. Przemyślenia niemal całkowicie zasłoniły mi wszelkie wady tej książki. Polecam każdemu, kto nie boi się czytać o ciemnej stronie życia. To zdecydowanie nie jest łatwe czytadło na jeden wieczór!

24.05.2014

Anna Klejzerowicz "Ostatnią kartą jest Śmierć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Anna Klejzerowicz
Tytuł: Ostatnią kartą jest Śmierć
Tytuł oryginału: Ostatnią kartą jest Śmierć
Wydawnictwo: Oficynka
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 19,90 zł
Liczba stron: 165

Tajemnicza śmierć wróżki...

Weronika Daglewska właśnie skończyła trzydzieści lat. Ostatnio zalała ją istna fala nieszczęść: rozstała się z partnerem, straciła pracę. Dlatego postanowiła zrobić sobie oryginalny urodzinowy prezent: umówiła się na wizytę u wróżki. Niestety, okazuje się, że i ta nie ma dla niej dobrych wieści. Przewiduje jej niebezpieczeństwo. A jednak to właśnie Semiramida niedługo potem traci życie. Początkowo wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek, samobójstwo. Kiedy niespodziewanie mąż nieboszczki prosi Daglewską o przeprowadzenie śledztwa mającego wykazać, jak naprawdę zginęła jego żona, bohaterka zgadza się. W końcu jej marzeniem od zawsze było założenie agencji detektywistycznej i to mógłby być dobry start w realizacji zamierzenia. Wkrótce okazuje się, że faktycznie śmierć wieszczki mogła nie być przypadkowa...

Kocham kryminały. Do tej pory, jeżeli chodzi o ten gatunek, miałam do czynienia jedynie z dziełami Agathy Christie. Po długich wahaniach postanowiłam poszerzyć horyzonty i połączyć to z przełamywaniem niechęci do twórczości naszych rodaków. Ktoś mógłby zapytać: dlaczego nie sięgnęłaś od razu po Chmielewską, królową polskich kryminałów? Miałam swoje powody. Niedługo przekonacie się, jakie.

Od razu nieśmiało przyznam, że do Ostatnią kartą jest Śmierć nie byłam na 100 procent przekonana od samego początku. Nawet, kiedy już ją zamówiłam, a potem odebrałam przesyłkę, dręczyły mnie ogromne wątpliwości. A co jak mi się nie spodoba i tylko wyrzuciłam pieniądze w błoto? Opinie na Lubimy Czytać też były bardzo podzielone, co wcale mnie nie pocieszyło. Ale raz kozie śmierć, a przedmiot dzisiejszego wpisu miał najciekawszy opis z tych tomów, które przeglądałam w jednej z internetowych księgarń. 

I owszem, na początku wcale łatwo nie było. Co prawda szybko przekonałam się, że styl autorki jest bardzo przystępny dla przeciętnego czytelnika, ale jestem zdania, że nawet najprostszy język nie pomoże, kiedy trzeba przebić się przez stek nieinteresujących nas bzdur. Dla mnie taką bzdurą była symbolika kart tarota i wszystko, co z nimi związane. Na szczęście nie było tego znowu aż tak dużo i po niedługim czasie mogłam w końcu pogrążyć się w lekturze tego, co najlepsze - śledztwa i mrocznej zagadki. 

Tu, moi drodzy, poczułam się jakbym weszła do innego, lepszego świata. Tempo akcji może nie powala zawrotną szybkością, ale ciekawość, co będzie dalej, spowodowała, że prułam do przodu strona za stroną z oszałamiającą nawet jak na mnie prędkością. Razem z główną bohaterką postanowiłam zabawić się w tajnego agenta i spróbować wytypować winnego. To zadanie nie wyglądało na proste, miałam sporo wątpliwości, jednak, co przyznaję z lekkim zawodem... częściowo mi się udało. Mimo wszystko nie narzekam aż tak, jakbym mogła - nadal pozostają pewne fakty, których bym się za Chiny nie domyśliła. 

Zarzut mam jeszcze jeden - całość bez wątku miłosnego obyłaby się doskonale, niczego by nie straciła. Właściwie nie rozumiem, po co ta kwestia została poruszona.

Bohaterowie i ich charaktery w porządku, przyjemni - zwłaszcza Damian i Stenia zyskali moją sympatię. No i Rumcajs! Rumcajsa nie mogłam nie polubić, jako kociara z krwi i kości.

Mimo tych wszystkich wad, poznawanie opisywanej dziś historii było dla mnie ogromną przyjemnością. To lekkie, ale wciągające czytadełko, a takich mi teraz potrzeba. Myślę, że z powieściami Klejzerowicz spotkam się jeszcze niejeden raz. 

Co do oceny...
Uważam, że wymienione wyżej mankamenty nie są aż tak rażące, by zaraz obcinać całości dużą ilość gwiazdek, jedna wystarczy. Bo jest dobrze, bardzo dobrze. Ale każda książka ma swoje minusy. A minus minusowi nierówny.

22.05.2014

John Boyne "Chłopiec w pasiastej piżamie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: John Boyne
Tytuł: Chłopiec w pasiastej piżamie
Tytuł oryginału: The Boy in the Striped Pyjamas
Wydawnictwo: Replika
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 200

Patrząc na wojnę oczami dziecka...

Dziewięcioletni Bruno to syn niemieckiego komendanta. Wraz z rodziną żyje spokojnie i szczęśliwie w ukochanym domu w Berlinie. Do czasu. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły chłopiec zastaje pokojówkę pakującą jego rzeczy. Niebawem wszyscy przeprowadzają się do Oświęcimia. Brunonowi zmiana otoczenia zdecydowanie nie przypadła do gustu. Z czasem jednak poznaje chłopca urodzonego w ten sam dzień, w tym samym miesiącu, tego samego roku co on. Dzieci zaprzyjaźniają się, choć główny bohater nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę żyją w zupełnie innych światach...

Czy to możliwe, by o tak okrutnym okresie w dziejach ludzkości jaką jest II wojna światowa ktoś napisał powieść lekką, którą czyta się z przyjemnością? Irlandzki pisarz John Boyne udowadnia nam, że tak.

Chłopiec w pasiastej piżamie to tytuł, który prześladował mnie długo. Co i rusz spotykałam ludzi, którzy się zachwycali tą pozycją. Nigdy nie sprawdziłam, jakiej tematyki dotyka. Po prostu postanowiłam, że przeczytam, sprawdzę, może też zwariuję, też pokocham ten twór Boyne’a. 

Kiedy jakieś 2-3 dni temu zaczęłam lekturę, już od pierwszej kartki na mojej twarzy zaczął kwitnąć uśmiech. Tak właściwie - pojawił się on po moim zapoznaniu się z opisem na tylnej okładce. Uwielbiam czytać o II wojnie światowej, o tym, jak traktowano wtedy Żydów. Nie wiem czemu, ale mnie to fascynuje. A cała ta historia widziana oczami dziecka? Nigdy wcześniej nie miałam okazji trafić na taką publikację. Stwierdziłam więc, że to po prostu musi być dobre.

Nie pomyliłam się. Całość napisana została zaskakująco - jak na tę tematykę - przystępnym i przyjemnym stylem. To nie jest kolejna publikacja stricte naukowa, podająca jedynie suche fakty, z którymi nie można dyskutować, których nie można podważać. To cudowna opowieść o więzi między dwójką młodych ludzi, którzy nigdy nie powinni się poznać, a już na pewno - przywiązywać się do siebie.

Ujął mnie kontrast między Brunem a Szmulem. Ten pierwszy - żyje i nie ma świadomości zła, które dzieje się na świecie. Naiwnie wierzy, że za ogrodzeniem ludzie żyją normalnie. I ten drugi - który zna brutalną prawdę i sam jest jej ofiarą. 

Nie mam pojęcia, nie potrafię powiedzieć, kiedy minęło mi te 200 stron. Całkowicie wsiąknęłam w świat wykreowany przez autora i szczerze mówiąc musiałam się na siłę z niego wyrywać. Nawet trochę żałuję, że nie jest to opasły tom, choć może to w tym urok właśnie? Nie wiem. Ale jest naprawdę rewelacyjnie.

Chyba nie będziecie zdziwieni, że dziś...
Wystawiam maksymalną ocenę. Nie miałabym serca zabierać tej jednej gwiazdki za zbyt małą objętość, nie dzisiaj – gdybym to zrobiła, tylko bym się wygłupiła. Polecam każdemu, kto jest ciekawy, jak masakrę II wojny światowej odbierało dziecko. Naprawdę warto się przekonać.

19.05.2014

Maciej Pieprzyca "Chce się żyć"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Maciej Pieprzyca
Tytuł: Chce się żyć
Tytuł oryginału: Chce się żyć
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 34,90 zł
Liczba stron: 252

Kiedy nie potrafimy porozumieć się ze światem...

Mateusz Rosiński nigdy nie miał łatwego życia. Kiedy się urodził, lekarze stwierdzili u niego porażenie mózgowe. Zapadł wyrok: nasz bohater nigdy nie będzie mówił. Nie będzie chodził. Ba, nawet czołganie się jest wykluczone. Wygląda na to, że chłopca czeka wegetacja, a nie życie. Ale nikt nie zna całej prawdy. Bo choć ciało ma upośledzone, Mateusza umysł działa bez zarzutu. Tylko jak zakomunikować to światu, nie mogąc wykonywać najprostszych, podstawowych dla każdego człowieka czynności...

Niepełnosprawność to temat, który traktuję bardzo osobiście i podchodzę do niego niezwykle emocjonalnie. Długo wahałam się, czy sięgnąć po Chce się żyć, historię realnej, obecnie żyjącej osoby, jaką jest Mateusz. Nie byłam pewna, czy udźwignę to psychicznie, w końcu wiedziałam: to nie będzie łatwa, przyjemna lektura. W końcu jednak postanowiłam: spróbuję. Przynajmniej podejmę próbę czytania, a jak nie dam rady, natychmiast sięgnę po inny tytuł.

Na szczęście okazało się, że moje obawy były - przynajmniej w połowie - bezpodstawne. 
Jasne, nie można zaprzeczyć temu, że tematyka powieści jest bardzo ciężka, tym bardziej, że jest to biografia, zapis autentycznych zdarzeń, które spotkały Rusińskiego. 

Jednak mimo to, całość przyswaja się lekko. Dzięki przystępnemu stylowi autora, Chce się żyć to opowieść, którą bez problemu może przeczytać każdy. Nawet najsmutniejsze fragmenty - których wcale nie było mało - nie stanowiły wyzwania. Zawsze po nich następowały zdania pisane z niezwykłym humorem. Z dystansem do świata i ułomności głównej postaci. To tylko dodało uroku dziełu Pieprzycy - a strona po stronie mijała nie wiadomo kiedy. Zupełnie jakby kartki przekładały się same. Ani przez sekundę nie poczułam znużenia, przesytu, nudy czy jakiejkolwiek innej negatywnej emocji. Jedynie ciekawość, co będzie dalej. Musiałam wręcz zmuszać się do tego, by dawkować sobie tę książkę, nie połknąć jej od razu. Właściwie nie do końca mi się to udało - planowałam ją dokończyć jutro. No cóż, aż tak rozdrabniać się - to nie dla mnie.

Dlaczego wyżej napisałam, że moje obawy co do przedmiotu dzisiejszego wpisu były przynajmniej w połowie nieuzasadnione? Bo obok tego wszystkiego o czym wspomniałam jest druga strona medalu. Ta mroczniejsza, a jednocześnie piękna. Otóż, ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz jakaś pozycja tak mną wstrząsnęła. Na przemian śmiałam się, byłam wzruszona, a i zdarzyło mi się odczuć przerażenie. Nawet kiedy nie poznawałam losów Mateusza, bo zajmowałam się czymś innym, stale o nim myślałam. I go podziwiałam. Bo wbrew ogromnym przeciwnościom losu, on się nie poddał. Naprawdę chciał żyć. Chciał żyć i pragnął, by stało się coś, by nastąpił jakiś przełom, który sprawi, że będzie się mógł porozumieć z innymi, zdrowymi ludźmi.

Czuję, że losy tego człowieka będą mi chodziły po głowie jeszcze przez bardzo długi czas.

Nie ma innego wyjścia...
Dziś muszę wystawić maksymalną ocenę. Nie mam za co zabierać gwiazdek, każdy element tej biografii idealnie pasował do kolejnego. Uważam, że po Chce się żyć powinni sięgać wszyscy. Żeby docenić życie. Żeby zobaczyć, że inni mają gorzej. Że można mieć naprawdę ciężko, ale mimo to się nie poddawać i chcieć żyć.

17.05.2014

Roald Dahl "Charlie i fabryka czekolady"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Roald Dahl
Tytuł: Charlie i fabryka czekolady
Tytuł oryginału: Charlie and the Chocolate Factory
Wydawnictwo: Zyska i S-ka
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
Cena: 19,90 zł
Liczba stron: 188

Kiedy los się do nas uśmiecha...

Charlie Bucket pochodzi z licznej i bardzo ubogiej rodziny. Jak chyba każde dziecko, nasz bohater uwielbia zajadać się czekoladą. Niestety, ze względu na fatalną sytuację finansową w domu i brak perspektyw na jej poprawę, na rozkosz zjedzenia tego smakołyku chłopiec może pozwolić sobie tylko raz w roku: w swoje urodziny. Kiedy pewnego dnia świat obiega wiadomość, że słynny Willy Wonka, geniusz w dziedzinie wytwórstwa słodyczy, oprowadzi piątkę dzieci po swojej fabryce, chłopiec po cichu marzy o tym, by być jednym z wybranych szczęśliwców. Wie przy tym, że jego szanse są niemal zerowe. Jakaż radość go ogarnia, kiedy okazuje się, że jednak los się do niego uśmiechnął...

Pamiętacie film Burtona pod tytułem Charlie i fabryka czekolady, w którym w rolę Willy'ego Wonki wcielił się Johnny Depp? Świetny był, nie? Długo nie wiedziałam, że to ekranizacja powieści. Potem jeszcze dłużej nie miałam jak po papierową wersję sięgnąć. Aż w końcu nadarzyła się okazja. Postanowiłam sprawdzić, na podstawie czego powstała tak pocieszna produkcja. Oczekiwania miałam naprawdę spore.

Początkowo czułam się znużona i stwierdziłam, że to jest dla mnie zbyt dziecinne. Ale potem... musiałam przyznać, że jest porządnie. Nawet bardzo. Styl autora przystępny - w końcu to książka przeznaczona dla dzieci i młodzieży. Na tyle przyjemnie i łatwo się czyta, że ja całość pochłonęłam w może 3 godziny maksymalnie. 

Cała historia, co tu dużo mówić, urzeka. Ta cała fabryka, nieprawdopodobne smakołyki, perypetie postaci - uśmiech podczas lektury sam pcha się na usta.

Fajnie, że pozycja jest uświetniona dodatkowymi obrazkami. Nie rozumiem jednak, i nigdy tego nie zrobię, dlaczego historie dla dzieci mają ilustracje czarno-białe, skoro maluchy ciągną do wszystkiego, co kolorowe.

Nie powiem - przedmiot dzisiejszego wpisu nie jest zły. Wręcz przeciwnie. Jednak mi lepiej się oglądało film. Pewnie to zasługa Deppa, lubię tego aktora. No i mimo wszystko jestem zdania, że tak radosne historie się ogląda, a nie czyta, bo zostaje niedosyt. A przynajmniej ja tak mam i miałam zawsze.

Niekwestionowanym atutem dzieła Dahla jest morał płynący z całej tej opowieści. Mądrość, która przyda się zawsze i każdemu, niezależnie od czasów, tego, kto gdzie i w jakich warunkach się wychował ani od żadnych innych czynników. Nauka zwyczajnie aktualna na wieki i tyle.

Już dawno nie czytałam niczego z tak sympatycznymi bohaterami. Polubiłam wszystkich, dosłownie. Nawet nieznośne dzieciaki, współtowarzyszy Charliego podczas wycieczki. Bądź co bądź, gdyby nie oni, nie byłoby tak zabawnie. A o zabawę chodziło.

Kurczę, nie umiem powiedzieć nic więcej...
Więc wystawię już gwiazdki. Trzy. Nie jest ani rewelacyjnie, ani nie ma tragedii. Mnie po prostu czegoś tak czy siak brakowało. Ale polecam każdemu, kto lubi cofnąć się do dziecięcych lat. A także tym, którzy mają dzieci, młodsze rodzeństwo, kuzynostwo, siostrzeńców, bratanków... Poczytajcie z nimi o Charliem. Naprawdę warto. Powieść ciekawa, a i Wasze więzi się dzięki temu wzmocnią, tak myślę.

14.05.2014

Hanna Cygler "W cudzym domu"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Hanna Cygler
Tytuł: W cudzym domu
Tytuł oryginału: W cudzym domu
Wydawnictwo: Rebis
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: 33,90
Liczba stron: 359

Miłość z intrygami i zdradami w tle...

Luiza Sokołowska. Joachim Hallman. Tę dwójkę obcych sobie ludzi przewrotny los sprowadza do Warszawy i niebawem krzyżuje ich drogi. Relacja młodych z czasem staje się trudna, czekają na nich liczne przeszkody, które bardzo trudno pokonać. Choć akcja powieści dzieje się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, bohaterowie z bagażem swoich problemów niebywale podobni są do żyjących współcześnie ludzi...

Czas najwyższy powalczyć ze swoją niechęcią do literatury polskiej - taka myśl wykiełkowała mi w głowie jakiś czas temu. Dlatego też podczas ostatnich zakupów książkowych, oprócz debiutu Joanny Szwechłowicz, zakupiłam też W cudzym domu autorstwa Hanny Cygler. Dlaczego wybrałam właśnie tę pozycję a nie inną? Przez zupełny przypadek. Ot, na blogu Dzień później, który bardzo sobie cenię, znalazłam wpis odnośnie tego tytułu. Po szybkim zapoznaniu się z tematyką powieści, pomyślałam: to może być to. Biorę, kiedy tylko będę mogła. I wzięłam. I żałuję.

Wszystko zapowiadało się dobrze. Bardzo odpowiadało mi to, że będę miała okazję zanurzyć się w lekturę ocierającą się o historię - chyba jednak, wbrew temu co mi się wydawało, moja miłość do niej, którą zapałałam w gimnazjum, całkowicie się nie wypaliła. Intrygi? Kolejny powód, by myśleć, że czeka mnie coś cudownego. Romans? Może nie będzie źle i przeżyję. 

Fakt - początkowo, przez jakieś sześć rozdziałów, wykazywałam jakieś tam zainteresowanie, można powiedzieć, że nawet dość duże. Ale już wkrótce na pierwszy plan zaczęły się wysuwać wady książki. Wady, które sprawiły, że kolejne strony pokonywałam z coraz większym trudem i zajęło mi to więcej czasu, niż sobie zaplanowałam.

Przede wszystkim zgrzyt zębów wywoływał u mnie brak jakiejkolwiek chronologii. Jedna część rozgrywała się w danym czasie, w określonym miejscu, inna - zupełnie gdzie indziej, rok lub nawet kilka lat wcześniej czy później. Okropnie nie lubię takiego skakania, gubię się w tym. Naprawdę nie można było napisać tego wszystkiego po kolei, by płynnie przechodzić z wątku na wątek? Po co urywać wydarzenia w najmniej spodziewanym momencie, by wrócić do nich w bliżej nieokreślonej przyszłości? Znaczy, dobra - taki zabieg jest czasami fajny. Ale jeżeli stosowany z umiarem. Tutaj tego zabrakło, więc męczyłam się okropnie.

Bohaterowie? W większości mnie irytowali. Mężczyźni traktujący płeć przeciwną z lekceważeniem. Głupie kobiety, które potrafią uwikłać się w małżeństwo tylko dlatego, że może korzystnie wpłynąć na ich sytuację finansową. Wiem, że tak kiedyś się podchodziło do tych spraw, ale nieodmiennie mnie to obrzydza. I tylko Rozalia, niby rozkapryszona dziewucha, zasługiwała na moją uwagę - bo choć nie mogła wykazać się wybitną inteligencją lub mądrością, to przynajmniej się buntowała i próbowała łamać utarte schematy. Takich ludzi lubię.

Spodziewałam się, że przygoda z przedmiotem dzisiejszej powieści dostarczy mi większych emocji. Tymczasem na dłuższą metę nie potrafiłam się skupić, co jest u mnie równoznaczne z tym, że jeżeli spotkałam się z obietnicą intryg, akcji trzymającej w napięciu, to na pewno tego nie dostałam. 

Również wątek romantyczny okazał się jednak niemal nie do przetrawienia. Typowe o Jezu, on jest taki przystojny, ale nie mogę z nim być, bo jest zbyt ubogi bądź na odwrót: kompletnie mnie on nie interesuje, chociaż dostatnie życie może mi zapewnić. Takie coś, póki co, akceptuję tylko w wykonaniu Austen. Ona konstruowała takie historie ze smakiem i wyczuciem. Cygler, mam wrażenie, zabrakło tej umiejętności. Całość wydała mi się mdła i nijaka. Czasem dręczyło mnie skojarzenie z Cierpieniami młodego Wertera. Niedobrze. Bardzo niedobrze!

Dziś...
Jest bardzo słabo. Przykro mi to mówić, ale Cygler trochę utwierdziła mnie w przekonaniu, że polska literatura jest byle jaka. Mimo wszystko - nie poddaję się i szukam dalej! Najwyżej będę omijała wszelkie publikacje z choć minimalną ilością miłości w tle.

11.05.2014

"Lepszy dobry film niż zły Żeromski" - wywiad z Joanną Szwechłowicz

Joanna Szwechłowicz, autorka Tajemnicy szkoły dla panien

Joanna Szwechłowicz (ur. 1984) - polska autorka, debiutantka. Sprawczyni Tajemnicy szkoły dla panien, powieści obyczajowej z kryminałem retro w tle. Z wykształcenia polonistka i socjolog, wykładowczyni. Dziś opowie nam o tym, co może być receptą na przekonanie dzieci i młodzieży do czytania, czy naprawdę my, Polacy, tak mało czytamy i poruszy wiele innych ciekawych kwestii.

Internetowa Biblioteczka: skąd pomysł na napisanie i wydanie książki? Czy Joanna Szwechłowicz już jako mała dziewczynka, nastolatka miała takie plany?
Joanna Szwechłowicz: jako nastolatka pisałam bardzo smutne wiersze o młodzieńczej alienacji oraz kryzysie światopoglądowym. Wygrałam nawet kilka konkursów poetyckich, bo prawdopodobnie wiersze innych osób były jeszcze gorsze. Szczęśliwie jednak zrezygnowałam z tworzenia liryki, dla dobra świata i własnego.
Tajemnica szkoły dla panien to Pani debiut. Ale czy wcześniej pisała Pani coś do tak zwanej szuflady? Jeśli tak, dlaczego nigdy Pani tego nie wydała?
Dłuższej formy prozatorskiej nigdy dotąd nie wydałam, bo ich nie pisałam. Czyli udało się za pierwszym razem.
Skąd wena, pomysły na fabułę powieści?
Chciałam się trochę podroczyć z formą kryminału. Bo, nie da się ukryć, moja książka nie jest stuprocentowym kryminałem. Nawet w pięćdziesięciu procentach nim nie jest. Kryminał miał być punktem wyjścia, a potem planowałam iść w stronę powieści obyczajowej. Mniej więcej się to udało.
Czy Tajemnica... spotkała się z odmową jakiegoś wydawnictwa?
Wysłałam książkę do czterech wydawnictw. Dwa były zainteresowane, dwa nie. To mnie przyjemnie zaskoczyło, bo czytałam niezmiernie smutne historie debiutantów, którzy napisali dzieło życia, ale nikt ich nie chciał wydać. Przygotowana więc byłam na gehennę.
Oprócz Prószyńskiego interesowało się moją książką jeszcze jedno duże wydawnictwo, jednak zestaw zmian fabularnych, które mi zaproponowało, zrobiłby z mojej książki historię typu "zabili go i uciekł, a w międzyczasie miał romans i nieślubne dziecko". Pewnie książka sprzedałaby się dobrze, ale rodzina i znajomi dręczyliby mnie kpinami do końca życia.
Jaki ma Pani plan pracy, jeżeli jest Pani w trakcie pisania książki? Czy pracuje Pani nad nią codziennie? Może ustaliła sobie Pani konkretną liczbę stron/rozdziałów, które w ciągu dnia muszą powstać?
Bardzo chętnie zasiadałabym rano przy dębowym biurku i pisała osiem godzin, z przerwą na przygotowany przez gosposię obiad. Niestety, rzeczywistość skrzekliwie domaga się swoich praw. Piszę, gdy pozwalają na to inne obowiązki. Czyli w dużej mierze z doskoku.
Z wywiadu przeprowadzonego przez Zbrodnicze Siostrzyczki wiem, że pracuje Pani nad kolejną powieścią. Czy może nam Pani zdradzić, na jakim etapie obecnie się Pani zatrzymała?
Mam dopracowany początek i koniec. Ale w środku wciąż jeszcze wiele zgrzyta.
Co Pani robi, jeżeli nie ma weny na pisanie? Próbuje ją Pani jakoś przywołać? A może czeka na tak zwane lepsze dni?
Obawiam się, że wena jest przereklamowana. Nie wierzę w natchnienie, ale w ciężką pracę. Kiedy mam czas, to piszę. I nie czekam na natchnienie albo Ducha Świętego. Czasami oczywiście kasuję całe strony, ale ważne jest też "rozpisanie" - po długiej przerwie trudno wrócić do książki, dlatego cenne są nawet pojedyncze godziny.
Czy istnieje na świecie autor, pisarz, który jest dla Pani inspiracją? Może któryś z nich jest otoczony wianuszkiem wiernych fanów i chciałaby Pani kiedyś móc poszczycić się podobnym sukcesem?
Niewielu jest pisarzy, którzy odnieśli sukces jednocześnie artystyczny i komercyjny. Z wielkich gwiazd literatury popularnej będących jednocześnie dobrymi literatami najbardziej lubię Stephena Kinga. A z polskich pisarzy, którzy piszą dobrze i jednocześnie "się sprzedają", Jerzego Pilcha i Michała Witkowskiego, choć ten ostatni promuje się dość oryginalnie. Ale skutecznie.
Prowadzi Pani badania naukowe na temat amatorskiej krytyki literackiej w Internecie, więc w blogach na temat literatury się Pani orientuje. Chciałabym, aby teraz dała Pani jedną, uniwersalną radę twórcom takich stron. Co my, blogerzy-recenzenci amatorzy powinniśmy robić, by produkowane przez nas treści były jak najlepsze?
W moim doktoracie nie zajmuję się "jakością" poszczególnych blogów, ale nimi samymi jako zjawiskiem z pogranicza socjologii oraz literaturoznawstwa. Co jednak na podstawie analiz wydaje się najważniejsze, to konsekwencja w prowadzeniu strony. Gdy zajrzymy do archiwum wielu popularnych dziś blogów, odkryjemy, że autorzy miesiącami pisali bez żadnego odzewu ze strony internautów. Ale to ich nie zniechęcało. Popularność i jakość buduje się latami, dbając oczywiście przy tym o samą warstwę merytoryczną wpisów.
Czy wierzy Pani w alarmujące statystyki dotyczące poziomu czytelnictwa w naszym kraju? Czy naprawdę jest - według Pani - aż tak źle? Co może być powodem, dla którego dzieci i młodzież często unika kontaktu z książką? Jak to zmienić?
Statystyka to pokrętna dziedzina, wiem o tym jako szczęśliwa absolwentka socjologii. Gdybym dziś była licealistką, prawdopodobnie mniej bym czytała, niż za swoich własnych licealnych czasów. Lista lektur obowiązkowych coraz bardziej zniechęca do czytania, zamiast zachęcać. Jaki licealista polubi Gloria victis? Nawet ja nie lubię, a jestem podobno literaturoznawczynią. 
Pod tym względem mam dość obrazoburcze poglądy, bo uważam, że lepszy dobry film (a nawet gra komputerowa!) niż zły Żeromski. Czytanie nie jest samo w sobie czynnością o wymiarze sakralnym, a polska szkoła tak je przedstawia. Nic dziwnego, że później dorośli ludzie kojarzą czytanie z czymś tajemniczym i wymagającym niezwykłych zdolności. Dlatego receptą byłoby być może promowanie w szkołach dobrej literatury popularnej, choćby i kryminałów. Może to być punkt wyjścia do dalszych poszukiwań czytelniczych. Nie sugeruję oczywiście, by zastąpić Makbeta Mankellem, ale ukazać, że literatura ma różne oblicza.
Mimo statystyk wskazujących na to, że Polacy nie czytają, nowych autorów przybywa. Jak w takiej sytuacji się wybić, zostać zauważonym? 
Chyba nie mogę jeszcze udzielać rad, bo sama nie wiem, czy "się wybiłam". Na razie mam tylko informacje, że moja pierwsza książka przyzwoicie się sprzedaje. Ale wydaje się, że i tu najważniejsza jest konsekwencja w działaniu oraz wkład pracy. No i można, jak Michał Witkowski, promować swoją twórczość na Pudelku. To zawsze chwyci ;)
Dziękuję za rozmowę!
Rozmawiała Daria Kosik.

09.05.2014

George Orwell "Folwark Zwierzęcy"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: George Orwell
Tytuł: Folwark Zwierzęcy
Tytuł oryginału: Animal Farm
Wydawnictwo: Muza
Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Cena: 14,90 zł
Liczba stron: 100

Realizując pomysł na lepsze życie...

W Folwarku Dworskim zwierzęta traktowane są przedmiotowo: byleby były źródłem dóbr, nic więcej. Kiedy Major, jedna ze świń, śni o świecie wolnym od ludzi, w którym wszystkie czworonogi i stworzenia latające są równe, wszystkie żyjątka wierzą, że kiedyś ta wizja się ziści. Gdy to następuje, nie trzeba długo czekać na to, by przekonać się, że nie wszystko idzie zgodnie z pierwotnym planem...

Po Folwark Zwierzęcy sięgnąć się bałam. Wiedziałam, że temat tej powieści jest bardzo ważny i martwiłam się, że przez niego nie przebrnę.

Na szczęście spotkała mnie miła niespodzianka. Podobnie jak w przypadku Oskara i pani Róży całość okazała się być bardzo mała, jeżeli chodzi o objętość, a dodatkowo napisana lekkim, docierającym do przeciętnego czytelnika językiem. Różnica jest tylko jedna: u Schmitta potoczny styl mnie irytował. U Orwella - zachwycił.

Bo jakże się nie zakochać w historii smutnej, ale opowiedzianej z humorem? Jak nie uśmiechnąć się, poznając losy gadających zwierzaków? Ja nie potrafiłam. Uważam, że takie właśnie powinny być lektury szkolne - tyczące się ważnych kwestii, ale jednocześnie żeby te zagadnienia uwikłane były w ciekawe fabuły, bawiące i uczące zarazem. Myślę, że to mogłoby choć trochę zachęcić dzieciaki i młodzież do czytania.

Co jeszcze bardzo mi się podobało, to to, że ta satyra odnosi się do życia, do prawdziwych wydarzeń i naprawdę nietrudno jest to zauważyć.

Widzę tu jeszcze jeden plus - ukazanie natury człowieka. Choć to bardzo smutna prawda, my naprawdę tacy jesteśmy. Każdy z nas w pewnym stopniu marzy o dzierżeniu władzy. I wielu z nas, kiedy już obejmuje rządy, zachłystuje się możliwościami, które zyskuje. A to raczej nigdy nie ma prawa zakończyć się dobrze.

Trochę przeszkadzała mi liczba stron - równe 100, reszta to informacje dodatkowe od tłumacza i inne tego typu bzdury, których nigdy nie czytam. Niby wszystko fajnie, ale... mimo wszystko nigdy nie polubię tak krótkich dziełek. Nie zdążę się wdrożyć - albo wsiąknę od razu - a tu już trzeba żegnać się z bohaterami. Głupie uczucie. Zdecydowanie wolę opasłe tomiska, którymi można się delektować kilka wieczorów. 

Niemniej jednak - przedmiot dzisiejszego wpisu jest naprawdę godny tego, by się z nim zapoznać. Płynie z niego ważny morał, który warto przyswoić. A całokształt - bawi i jestem pewna, że zapada w pamięci na lata!

Tak więc dziś...
Cztery gwiazdki. Czepliwa zołza odejmuje jedną za krótką formę. Za krótką.

07.05.2014

Małgorzata Musierowicz "Kłamczucha"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Małgorzata Musierowicz
Tytuł: Kłamczucha
Tytuł oryginału: Kłamczucha
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 220

Kłamstwo krótkie ma nogi...

Aniela Kowalik to przeciętna, niewyróżniająca się urodą nastolatka. Ma jedną, ale za to rzucającą się w oczy wadę: lubi ubarwić rzeczywistość mniejszym lub większym kłamstewkiem. Kiedy pewnego dnia maja w Łebie spotyka przystojnego poznaniaka, Pawełka, zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia. Postanawia zrobić wszystko, by być z obiektem swoich westchnień. Oczywiście nie obywa się bez naginania prawdy...

Małomówny i rodzina chwycił mnie za serce. Podobnie Szósta klepka. Stwierdziłam, że nie ma na co czekać, tylko pochłaniać Jeżycjadę dalej jak najszybciej. Bo przecież i tak mi się spodoba. A tu niespodzianka...

Pamiętam, że kiedyś - a było to dobre 10 jak nie więcej lat temu - Kłamczucha przypadła mi do gustu i pokonałam ją bardzo szybko. Jednocześnie spostrzegłam ostatnio, że pamiętam tylko to wrażenie: że było fajnie. Ale z fabuły nie kojarzyłam nic. Kolejny argument za tym, żeby sięgnąć po nią po raz kolejny jak najszybciej się da.

I wiecie co? Dziś już nie było tak fajnie. Było wręcz kiepsko.

Przedmiot dzisiejszego wpisu męczył mnie okropnie. Brakowało mi charakterystycznego dla Musierowicz nastroju powieści. Rodzinnego ciepła. Pełnych humoru przygód postaci. Zamiast tego mieliśmy byle jaką historyjkę, których bohaterami byli ludzie o irytujących usposobieniach. Nie polubiłam zwłaszcza Pawełka, który wydał mi się snobem, narcyzem, który najwyraźniej wychodził z założenia, że może mieć każdą.
Tytułowa Kłamczucha? Głupiutka dziewczyna, która mimo tego, że widzi, że chłopak się nią bawi, i tak za nim lata. To na samym początku może być zabawne, owszem. Tylko że z czasem zaczyna nużyć i denerwować.

To wszystko sprawiło, że pierwsze kilkanaście stron czytałam przez 4-5 dni. I po tym czasie byłam wykończona, nie chciałam wracać do tej pozycji. Postanowiłam jednak: skoro chcę przeczytać całą serię, to nie będę się poddawać. Skończyło się tak, że znaczną część - od bodajże 50 strony - przeczytałam za jednym zamachem, dzisiaj. A szło mi tak opornie, że mimo niedużej objętości - co to jest dla mola książkowego 220 kartek? - że zajęło mi to koło pięciu, sześciu godzin, przy czym przez cały czas towarzyszyło mi przekonanie Jezu, nie dam rady. I nawet przystępny, lekki język tym razem nie przyszedł mi z pomocą.

Cała opowieść wparowywała i wyparowywała ze mnie bez większego odzewu. Zwyczajnie nie widzę tu nic, co mogłoby mnie zainteresować. Szkoda, wielka!

Niestety...
Dziś dwie gwiazdki, jest bardzo słabo. Widocznie akurat z Kłamczuchy wyrosłam. Nie tracę jednak nadziei na to, że dalej będzie lepiej.

01.05.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - kwiecień 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry!

Małomówny i rodzina? Alchemik? Mroczny sekret? A może inny z siedmiu tytułów zrecenzowanych w kwietniu jest tym NAJ? Czas podjąć męską decyzję i wybrać książkę kwietnia 2014.
Jak zwykle macie do dyspozycji jeden głos, który w każdej chwili możecie zmienić.
Głosowanie trwa od dziś, 1.05.2014, do 8.05.2014, do godz. 23.59!