03.03.2014

Lucy M. Montgomery "Ania z Zielonego Wzgórza"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lucy M. Montgomery
Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Katarzyna Jakubiak
Cena: brak informacji
Liczba stron: 245

Nowe życie rudowłosej sierotki...

Maryla i Mateusz Cuthbert to starzejące się rodzeństwo. Poznajemy ich w momencie, kiedy decydują się wziąć do pomocy przy codziennych obowiązkach chłopca z sierocińca. Jednak plany planami, a życie życiem - na skutek pomyłki na Zielonym Wzgórzu niedługo potem zjawia się rudowłosa dziewczynka o imieniu Ania. Po początkowym sceptycyzmie brat i siostra decydują się zatrzymać i wychować dziecko. Od tej pory ich życie zmienia się diametralnie...

Podobno istnieją na świecie książki, które posiadają magię i nie tracą jej nawet wtedy, kiedy czytamy je setki razy. Mimo znania fabuły niemal na pamięć, nadal kochamy dane historie.
Dlatego właśnie, kiedy kilka dni temu ponownie sięgnęłam po Anię z Zielonego Wzgórza byłam pełna najlepszych przeczuć. Choć nie chciałam pisać tej opinii bez odświeżenia sobie całości perypetii Ani, właściwie od początku planowałam, co napiszę: że będę się roztkliwiała się nad opowieścią, że przypomniało mi się dzieciństwo. Mimo to okazało się, że czeka na mnie niespodzianka...

... Niemiła niespodzianka, dodam. Właściwie już od pierwszych stron czułam, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. I faktycznie - tak było, a uczucie to wzrastało z kartki na kartkę.

Nie potrafiłam czytać dzieła Montgomery z taką samą przyjemnością, jak kiedyś. Właściwie ta przyjemność zniknęła całkowicie. 

Nie mam pojęcia, dlaczego. Faktem jednak jest, że historia najsłynniejszej rudowłosej dziewuszki, choć kiedyś bawiła, dziś irytowała. Tytułowa bohaterka nagle wydała mi się okropną, rozgadaną dziewuchą, która kreuje się na starszą niż jest w rzeczywistości, a jej psoty - kompletną głupotą. Wiem, że każdy z nas był kiedyś dzieckiem i robił różne niemądre rzeczy - ale tutaj było tego zbyt wiele. 

Śmieszyły mnie i denerwowały na przemian zdania, jakie wychodziły z ust nastolatki. Ciągłe ochy i achy oraz słowa wypowiadane z prędkością karabinu w ilości bardzo dużej, a także ogromna niezdarność i zdolność do nadmiernego fantazjowania, każdego by chyba przyprawiły o ból głowy, zwłaszcza kiedy człowiek cieszy się z najmniejszych głupot. Powiecie mi - hej, Pollyanna była podobna. Tylko że w jej zachowaniu była jakaś słodycz, prawdziwa dziecięca naiwność, a nie usilne pragnienie, by być dorosłą.

Choć przerażała mnie oschłość, z jaką Maryla traktowała podopieczną, w pełni ją rozumiałam. W końcu nigdy nie zaznała smaku macierzyństwa, a taka gadatliwa istota w domu naprawdę może zamęczyć, jeżeli wcześniej nie było się do takich ludzi przyzwyczajonych. Ja bym zwariowała. Dosłownie.

Mateusz, choć znacznie cieplejszy w stosunku do sieroty, miał bardzo poważną wadę - nie potrafił zachować się jak facet. Bał się kobiet i cudem wśród nich funkcjonował - a przecież jego strach był irracjonalny. Nie podobało mi się, jak bezwzględnie podporządkowywał się słowom siostry. 
Żadna z postaci nie przypadła mi tak naprawdę do gustu, każda miała w sobie coś, co skreślało ją w moich oczach.

Że jest źle - nie powiem. Ale tylko i wyłącznie z sentymentu. Bo przecież mowa o części moich szczenięcych lat.

I przez wzgląd na przeszłość...
Daję trzy gwiazdki. Tylko - jeżeli brać pod uwagę to, co było kiedyś - i aż, powołując się głównie na to, co jest teraz. Jestem zdumiona tym, jak perspektywa może zmienić się z biegiem lat. Nie spodziewałam się, że to, co kiedyś uwielbiałam, później może stracić swój urok, że mogę się zastanawiać: cholera, co ja w tym widziałam?

10 komentarzy:

  1. Klasyka - nawet jeśli nie działa już tak jak dawniej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale szkoda, że tak nie działa już :(

      Usuń
  2. U mnie na półce kurzy się seria książek, które mam mi czytała kilkanaście lat temu. Czasem myślę, że warto byłoby do nich znowu zajrzeć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo czasem naprawdę warto. Ja się przed tym wzbraniałam wiele lat ;)

      Usuń
  3. Po prostu z niej wyrosłaś. Na wszystko jest odpowiedni czas. Może nie warto wracać do lektur dzieciństwa...:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do niektórych warto. Myślałam, że "Ania..." jest jedną z nich.

      Usuń
  4. Ania była chyba moją ulubioną bohaterką...Ciekawe, czy teraz by się to zmieniło ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Polecam zrobić eksperyment ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłem młody, pochłaniałem masę książek, "Ani z..." nie ominąłem, a więcej, spodobała mi się. Zastanawiam się, czy gdybym teraz wrócił do niej, to przeczytałbym do końca czy po kilku stronach zamknął książkę, lepiej chyba nie próbować ;D

    Pozdrawiam i zapraszam
    http://kamilczytaksiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego lepiej nie próbować? By nie zacierać pierwszego wrażenia? :)

      Na bloga zajrzę chętnie - ale nieco później.

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.