13.03.2014

Eric-Emmanuel Schmitt "Oskar i pani Róża"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Oskar i pani Róża (opowiadanie ze zbioru Opowieści o Niewidzialnym)
Tytuł oryginału: Oscar et la dame Rose
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Cena: 39 zł
Liczba stron: 72

Kiedy z poznawaniem smaku życia trzeba się spieszyć...

Mały Oskar ma tylko dziesięć lat i... mieszka w szpitalu. Na stałe. Każdy kolejny dzień to jego osobista walka, próba pokonania potwora. Potwora, któremu na imię białaczka. Niestety, leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Chłopiec czuje się coraz gorzej i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że niebawem wydarzy się coś strasznego. Z pomocą w tych trudnych chwilach przychodzi mu ciocia Róża, dzięki której poznaje on życie ze strony, z której nigdy na nie nie patrzył...

Dziecko. Cierpienie. Choroba. Śmierć. Cztery słowa, które powinny wykluczać się nawzajem. Bo maluchy nie powinny poznawać świata od tej gorszej, szarej - żeby nie powiedzieć: czarnej - strony. One powinny mieć prawo do przeżywania beztroskiego dzieciństwa, do zabawy, radości, uśmiechu i braku zmartwień poważniejszych niż to, że Agatka bawiła się dzisiaj z kimś innym. 

Niestety - nie w opowiadaniu Schmitta. Ten powieściopisarz zmusza nas do tego, byśmy zmierzyli się z historią chłopczyka, którego dotknęło nieszczęście, z którym nie radzi sobie psychicznie nawet niejeden dorosły. A dzieciak przecież nie zdążył jeszcze zrobić niczego naprawdę złego.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, czytając Oskara... - zaraz po wyczuciu okropnego, znienawidzonego przez moje nozdrza smrodu papierosów po otworzeniu książki; serio, kto pali przy czytaniu, tym bardziej, jeżeli tom nie należy do niego, tylko do biblioteki? - to język całości. Wiecie, zanim zabrałam się za lekturę, dużo czytałam o tym dziele. Nie napotkałam po drodze ani jednego negatywnego komentarza, a wręcz przeciwnie: wszyscy się zachwycali. I chyba właśnie dlatego poczułam się jakbym dostała ścierką w twarz, kiedy zobaczyłam, że... Schmitt posługuje się całkiem zwyczajnym, współczesnym językiem, nie stroni od choler, bujań i podobnych potocznych zwrotów i wyrażeń. Być może za bardzo dałam się ponieść fantazji, ale spodziewałam się kwiecistego języka, czegoś, co można by spokojnie postawić obok Mickiewicza.

Postać chorego także wprawiła mnie w osłupienie. To nie było - przynajmniej według mnie - zmęczone chorobą maleństwo, tylko zwyczajny dziesięciolatek, których pełno na ulicach. No dobra, zgoda - Oskar był mniej wulgarny. Ale wyrażanie się o rodzicach per idioci, debile... trąci gimbazą. Wiem co mówię.

Sama dziwnie się z tym czuję, ale... nie jestem jedną z tych osób, które by się roztkliwiały nad losami tytułowego bohatera. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, czegoś... lepszego. Czuję niedosyt, choć nie potrafię nawet dokładnie powiedzieć, co jest nie tak. 

Zgoda, tematyka jest rewelacyjna: ciężka, kontrowersyjna, czyli taka, jak lubię najbardziej. Ale wykonanie... nie leży mi, no nie leży. Może to przez formę? Może dlatego, że nie mogłam właściwie poznać odczuć rodziców małego ani nawet samej Róży? Tak, to prawdopodobne. Lubię wnikać w psychikę postaci, poznawać ich myśli, patrzeć na spotykające ich problemy z różnych perspektyw. Tutaj tego nie było. A szkoda. Może wtedy spojrzałabym przychylniejszym okiem.

Tak więc dzisiaj...
Trzy gwiazdki. Przedmiot dzisiejszego wpisu nie spodobał mi się prawie w ogóle, ale czuję, że gdybym wystawiła niższą ocenę, przegięłabym w drugą stronę. Więc postanowiłam hojnie nagrodzić pomysł na fabułę.

8 komentarzy:

  1. Urokiem Schmitta jest właśnie to, że prostym, zwyczajnym językiem potrafi mówić o sprawach istotnych, bolesnych i palących. Lubię go, choć zdarzają mu się słabsze momenty. Ale akurat "Oskar", moim zdaniem, nie jest jednym z nich :)

    Co do papierosów - nienawidzę! Kiedy mieszkałam jeszcze z rodzicami, mieli absolutny zakaz palenia w nim, bo książki błyskawicznie łapią papierochowy smród.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię, kiedy człowiek potrafi o kontrowersyjnych rzeczach mówić prosto. Ale prosto nie musi znaczyć: nudno. Tutaj tak było. Niestety.

      Taaa, papierosy to jest jedna z tych rzeczy, za które mam ochotę oczy wydrapywać.

      Usuń
    2. A ja mam do tej książki ogromny sentyment.

      Usuń
  2. Nie zgodzę się z Tobą. Ja uwielbiam te książkę. Czytałam ją wiele razy i jest dla mnie książką drogowskazem. To jest książka, która trzeba mieć na półce, tak jak Biblię, bo do Oskara też się zagląda. Oczywiście to tylko moje zdanie, nie mam zamiaru namawiać Cię do lubienia tej książki. Twoja opinia mnie zdziwiła, nie spotkałam dotychczas negatywnej oceny Oskara i pani Róży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanuję Twoje zdanie ;) Ja jednak nie widzę żadnego powodu, dla którego ta książka jest tak chwalona. Przecież to jest takie... zwyczajne. A ludzie się zachwycają, jakby to było jakieś wielkie arcydzieło.

      Usuń
  3. Przeczytałam kilka stron i wygląda mi na to, że jest świetna. Napisana potoczystym językiem, żywa w wyrazie, z wartką akcją (o ile można to po kilku stronach przewidzieć). Lecz akcja niekoniecznie musi oznaczać zmianę miejsca. Równie dobrze może być prezentacją uczuć, myśli i poglądów.
    A że język jest potoczny, to nie wada, w tym przypadku nawet przeciwnie.
    Zresztą "cholera" to nie żaden wulgaryzm. Wszystko to służy lepszej dynamice narracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że 'cholera' nie jest wulgaryzmem, nigdzie nie napisałam, że jest ;)
      Nie neguję wartości tej książki - zwyczajnie nie spodobało mi się wykonanie całości.

      Usuń
  4. Mam wrażenie, że tę powieść czytał każdy... i mam nadzieje, że moje odczucia są prawdziwe, bo "Oskar i pani Róża" to powieść, która powinien każdy znać.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.