27.03.2014

Z życia autorki: nie lubię dzisiejszej blogosfery

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Zdałam sobie sprawę, że dawno nie publikowałam nic w ramach cyklu Z życia autorki. Wstyd i hańba. Trzeba to zmienić, przecież obiecałam, że dam Wam się poznać. Tak więc dzisiaj o czymś, co mogłoby stanowić materiał na Kolumnę dyskusyjną, ale wyjątkowo przemienię kategorię i wyrażę swoje zdanie. 

Ci, którzy czytają mnie regularnie, zapewne pamiętają post ze stycznia, w którym dość mocno skrytykowałam blogi książkowe. Niestety, to co wtedy napisałam, nie stanowiło nawet połowy moich żali. Bo pretensje mam tak naprawdę do całości blogosfery. I to duże.

Blogów przeglądam dziesiątki i nie dotyczą one tylko literatury czy kultury szeroko pojętej. Rozglądam się, szukając autora, który swoim stylem pisania i pomysłem na stronę mnie oczaruje. Jednego takiego znalazłam, ale jeden to dla mnie za mało. Więc szukam dalej. Stale też uczestniczę w życiu blogerów, orientuję się, kiedy ktoś potrzebuje pomocy i w czym dokładnie. To, co tam zdarza mi się czytać, niejednokrotnie sprawia, że mam ochotę wyrzucić laptopa przez okno, a potem wychylić przez nie głowę i wrzasnąć Jezu, ludzie, co Wy robicie?! Ogarnijcie się!!!. Naprawdę.

Gubię się już w tym, czym jest dzisiaj blogowanie. Kiedyś, kiedy to wszystko raczkowało, blogi były traktowane jak typowe pamiętniki, tylko że internetowe i dostępne dla grona szerszego niż tylko jego właściciel. Później zapanowała moda na blogi tematyczne, prowadzone przez ludzi, którzy autentycznie interesowali się tym, o czym pisali. Dużo było stron z opowiadaniami, o ulubionych celebrytach i tak dalej. A dzisiaj? Powiecie mi: przecież nic się nie zmieniło, nadal jest dużo internetowych pamiętników o hobby, chociażby o gotowaniu. Zgoda, tak jest. Ale przemianie uległo podejście ludzi do tego, co robią. I to jest bardzo smutne.

Dawniej blogowało się z nudów. Ewentualnie z nudów i/lub pasji, bo wielu ludzi autentycznie kocha pisać i ma do tego talent. Szkoda, że obecnie mało kiedy widuje się taką postawę. Bo dzisiaj najważniejsza jest... kasa. 

Początkowo myślałam, że to wszystko jest wymysłem mojego ulubionego (ironia!!) blogera, znanego chyba wszystkim Kominka. On się nigdy nie krył z tym, że zarabia na tym, co tworzy w internecie i jest mu z tym dobrze. OK, nie neguję, nie krytykuję, niech robi co chce. Ale, cholera, dzisiaj za internetową działalność pieniędzy chce większość. Blogowanie coraz rzadziej jest kojarzone z hobby, często za to wydaje mi się, że to kolejny biznes. Pytam się: po co? Czy naprawdę żyjemy w czasach, w których za wszystko, co się robi, trzeba oczekiwać zapłaty? Ja rozumiem, kryzys jest, z pracą ciężko, ale bez przesady. Gdzie pasja, prawdziwa chęć tworzenia czegoś od podstaw tylko po to, żeby tworzyć? Gdzie potrzeba poznania ludzi o takich samych zainteresowaniach? Chyba gdzieś zanika. Widać to wyraźnie. Teraz rzadko mówi się o tym, co zrobić, by złapać dobry kontakt ze swoimi czytelnikami. Zamiast tego jest mnóstwo porad, jak generować duży zasięg i mieć setki, o ile nie tysiące odsłon dziennie. Porażka kompletna. 
Ale jest też coś gorszego niż blogowanie dla forsy. Otóż, ludziom jest ciągle mało. Kombinują, jakby tu wyciągnąć zysku jak najwięcej.  A najlepsze zostawiam na koniec - osoby prowadzące swoje strony za darmo uważane są za frajerów. Ludzkie pojęcie to przechodzi.

Jak już mówiłam, nie krytykuję tego, czy i ile ktoś ma profitów za tworzone przez siebie treści. Ale nie pasuje mi to, że blogosfera dzisiaj coraz częściej kojarzona jest z finansami. To nadal powinna być odskocznia od szarej rzeczywistości, miły dodatek do niej. Nie przemawia do mnie idea blogera jako nowego, dobrze płatnego zawodu. Możecie mówić na mnie per frajer, proszę bardzo.

25.03.2014

Eleanor H. Porter "Pollyanna dorasta"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Eleanor H. Porter
Tytuł: Pollyanna dorasta
Tytuł oryginału: Pollyanna Grows Up
Wydawnictwo: Waza
Tłumaczenie: Irena Doleżal-Nowicka
Cena: brak informacji
Liczba stron: 255

Dalsze losy wiecznie uśmiechniętej dziewczynki...

Pamiętacie Pollyannę, dziewczynkę, która bawiła się w grę polegającą na znajdowaniu w każdej sytuacji czegoś, z czego można czerpać radość? W jej życiu dużo się dzieje. Sama bohaterka nie jest już takim rozkosznym dzieciakiem, jakim była, kiedy zetknęliśmy się z nią po raz pierwszy. Wraz z dojrzewaniem pojawiają się nowe sprawy i troski tak typowe dla tego okresu. Ciekawe, czy nieodłączny do tej pory optymizm i tym razem nie zawiedzie...

Ależ ja się długo zabierałam za tę książkę. Najpierw szmat czasu nie wiedziałam w ogóle o jej istnieniu. Potem, kiedy się już dowiedziałam, jakoś zawsze były inne pozycje, które domagały się mojej uwagi już, teraz, natychmiast. W końcu doprowadziło to do tego, że o kontynuacji losów jednej z moich ulubionych postaci literackich zapomniałam. Na szczęście z pomocą przyszła mi półka Chcę przeczytać na moim profilu na Lubimy Czytać, a i chwila wolna się znalazła. Pozostało mi już tylko sprawdzić, czy w bibliotece znajdującej się najbliżej mojego miejsca zamieszkania tytuł Porter jest dostępny - był! - i zaczynać lekturę.

W styczniu mieliście okazję się przekonać, że Pollyanna podbiła moje serce. Uwielbiam jej naiwną wiarę w to, że świat jest piękny i wolny od zła, a za rogiem aż się czają powody do uśmiechu. Wobec tego nikogo nie powinno dziwić, że co do kolejnej książki o tej dziewczynie miałam naprawdę duże wymagania, nawet mimo świadomości, że praktycznie się nie zdarza, by druga część jakiegoś tytułu była tak samo dobra jak początek. No i oczywiście okazało się, że odsunięcie tej obawy na bok, niezauważanie jej, było błędem...

Tym razem naiwność małej Whittier wydała mi się nie do wytrzymania. Niby to dobrze, że chciała czynić dobro, jednak sposób, w jaki realizowała ten cel, wyjątkowo nie przypadł mi do gustu. Gdybym to ja była jej ciotką, uwierzcie mi - już byłabym zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Albo w więzieniu, bo jestem osobą nerwową i mogłabym przy takiej siostrzenicy nad sobą nie zapanować.

Miałam wrażenie, że przedmiot dzisiejszego wpisu został napisany zupełnie innym stylem i to dało się odczuć. Brakowało mi tej magii, którą czuło się poprzednio, a to sprawiło, że czytałam strasznie wolno i towarzyszyła mi irytacja. Fakt - ustąpiła ona bliżej końca, kiedy akcja zaczęła się - według mnie - rozkręcać i robić ciekawa, ale... No właśnie - dlaczego bliżej końca, dlaczego po ponad 140 stronach, kiedy całość ma ich 255?! Strasznie mnie to zawiodło.

Mimo wszystko jednak - nie żałuję, że poznałam dalsze losy tej bohaterki. Przynajmniej zaspokoiłam swoją ciekawość. 

Co do gwiazdek...
Trzy. Wiem, znowu. Chciałam wystawić niższą notę, ale stwierdziłam, że to byłaby przesada w drugą stronę, ostatecznie jakaś tam część opowieści mnie zainteresowała. Jeżeli ktoś jest ciekaw, jak potoczyło się życie tej małej optymistki, zachęcam. Tylko nie nastawiajcie się na to, że będzie tak samo dobrze, jak kiedyś.

23.03.2014

Czas na film: "Mój biegun" (2013)

Zwiastun filmu Mój biegun znaleziony na YouTube

Mając serdecznie dosyć ekranizacji powieści, które czytałam i niby-dramatów, a tak naprawdę dobrze zawoalowanych historii miłosnych ociekających lukrem, postanowiłam, że w końcu obejrzę film oparty na prawdziwych wydarzeniach - padło na Mój biegun wyreżyserowany przez Marcina Głowackiego. Akcja toczy się głównie w 2002 roku, jednak na początku projekcji możemy poznać wcześniejsze losy rodziny Melów. To właśnie 12 lat temu czternastoletni wówczas Jasiek Mela w wyniku wypadku stracił lewe podudzie i prawe przedramię. Od tego momentu zaczęła się rozpaczliwa walka chłopca, wspomaganego przez rodzinę, o powrót do w miarę normalnego życia.

Główne role obsadzone zostały przez znanych aktorów teatralnych i filmowych. Urszulę, matkę Janka, zagrała Magdalena Walach, ojca - Bogdana - Bartłomiej Topa, a w postać nastolatka wcielił się Maciej Musiał. Na wielkim ekranie mieliśmy też okazję zobaczyć Wojciecha Stryczka, Annę Pacho i Igę Milki jako rodzeństwo chłopaka.

Film jako całość zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Choć jestem osobą, którą trudno zadowolić, dzisiaj nie jestem w stanie znaleźć niczego, co w jakimkolwiek stopniu wpłynęłoby negatywnie na moją opinię o przedmiocie dzisiejszego wpisu.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim tematyka produkcji. Nie jest łatwo przenieść na ekran opowieść opartą na prawdziwych wydarzeniach, zwłaszcza, kiedy te są tak dramatyczne. A jednak tutaj się udało, i to nie było byle jakie 'udanie się' - powstał obraz oddający rzeczywistość, obraz naładowany do granic ogromnym ładunkiem emocjonalnym. Z ciekawości przeglądnęłam internet w poszukiwaniu informacji, jak do całości odnosi się sam zainteresowany - najmłodszy i pierwszy niepełnosprawny zdobywca biegunów. Znalazłam materiał, w którym wypowiada się, że ciężko mu oglądać ten film, gdyż jest on bardzo intymny, opowiada o najbardziej bolesnych chwilach jego prawdziwego życia. Przy tym nie szczędzi pochwał: bez ogródek ocenia, że całość została bardzo dobrze dopracowana i choć są pewne fragmenty, nie do końca zgodne z prawdą, w żaden sposób nie wpływają one na wiarygodność opowieści. O Maćku Musiale mówi krótko: dobrze zagrał. Cholera, on mógłby być moim bratem!. A kto lepiej odniesie się do filmu/książki opartej na faktach, niż osoba, która stała się inspiracją do stworzenia tychże? 

Przedstawione życie rodziny w Moim biegunie to najprawdziwsza, szara rzeczywistość, która boli. Która jest niesprawiedliwa, na którą się nie zgadzamy, ale musimy stawić jej czoła. Zawsze byłam pod wrażeniem ludzi, którzy mimo wielkich przeciwności losu nie poddawali się i dokonywali rzeczy wydawać by się mogło, że w ich przypadku niemożliwych. Właśnie dlatego chłonęłam tę historię. Tym bardziej, że razem z Jaśkiem Melą mam coś wspólnego: niepełnosprawność, choć u każdego z nas polega ona na czymś innym. W każdym razie temat jest mi bliski, być może dlatego podeszłam do sprawy bardzo emocjonalnie.

Co jeszcze mnie ujęło, to wielość wydarzeń. To nie jest tylko dramat chłopaka, który stracił rękę i nogę. To także ból rodziny, którą w przeszłości dotknęła już ogromna tragedia, strata tak wielka, że każdy myślał, że już nic złego wydarzyć się nie może, że będzie już tylko lepiej. To również bardzo trudna relacja na linii ojciec-syn i chyba właśnie ona zainteresowała mnie najbardziej. 

Janek Mela jest doskonałym przykładem na to, że jak człowiek chce, to da radę i nie przeszkodzi mu w realizacji swoich zamierzeń nawet brak kończyn. Uważam, że młode pokolenia powinny zobaczyć ten film albo chociaż poczytać o sprawie w internecie, by przekonać się, że to my jesteśmy panami swojego życia. Bo, jak to powiedział Topa, kalectwo jest tu, wskazując na głowę. I ja się z tym zgadzam. Możemy być chorzy, ale choroba to tylko trudność, nie niemożność. To, że z czegoś rezygnujemy myśląc, że nie damy rady nie jest wynikiem tego, że faktycznie nie jesteśmy wystarczająco silni, by zdobyć to, czego pragniemy. To nieunikniony efekt tego, że zgodziliśmy się, by blokada psychiczna rządziła naszym życiem. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje porażki.

Mój biegun budzi we mnie ogromny podziw i wszelkie pozytywne uczucia, jakie tylko się da. Na pewno znalazłoby się coś, na co można by ponarzekać, ale ja tego nie zrobię. Nie jestem krytykiem filmowym, jestem przeciętnym widzem, który, tak się akurat złożyło, bardzo dobrze zna tematykę tego dzieła. I to, w połączeniu z morałem, że nigdy nie wolno się poddawać, trzeba spróbować podjąć walkę wystarczyło mi, by się zakochać. Mam dla Was zadanie domowe - zapoznajcie się z tą historią. I postarajcie się z niej wynieść tak wiele, jak tylko się da.

21.03.2014

Nadeszła wiosna, czas na zmiany

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry!

Czujecie to? Przyszła do nas wiosna. Uznałam, że to dobry czas na zmiany... I nie, nie będę Wam teraz truła, że do lata niedaleko i trzeba się wziąć za odchudzanie. Chodzi o modyfikacje na blogu. A więc...

O co chodzi?

Od dłuższego już czasu myślę nad kierunkiem, w jakim to wszystko zmierza. Choć pisze mi się cudownie, a i obserwuję, że i Wy jesteście i czytacie, co mam do powiedzenia, mi jest mało. Chcę się rozwijać, a wydaje mi się, że poruszanie się tylko w obrębie recenzji i innych tematów związanych z literaturą mi tego nie zapewni. Dlatego podjęłam decyzję, że Internetowa Biblioteczka z bloga książkowego stopniowo przekształci się w bloga o kulturze szeroko pojętej.

Co się zmieni?

Po pierwsze, oczywiście, wygląd. Za wykonanie wiosennego nagłówka dziękuję Grzegorzowi z portalu dużeKa. A jeśli chodzi o treść...
Na pewno pojawi się nowa kategoria: Czas na film, czyli recenzje filmowe. Początkowo wezmę pod lupę projekcje oparte na książkach opisanych już na blogu.
Tematyka Kolumny dyskusyjnej i TOP 5, dotąd ściśle książkowa, od dzisiaj będzie dotyczyła różnych rejonów kultury.
W miarę moich możliwości i czasu postaram się także stworzyć kącik Kulturalne Trójmiasto, zawierający relacje z wydarzeń kulturalnych organizowanych w Trójmieście, na których, mam nadzieję, będę miała okazję bywać.
Jeśli po dłuższym okresie stwierdzę, że przemiana wyszła na dobre, Internetowa Biblioteczka zmieni adres, pod którym będzie dostępna.

Czego nie będzie?

Przewidywalności i nudy. Nie da się ukryć, że dziś to, jakie treści się pojawiają, nie jest zagadką, mniej więcej wiadomo, jaki będzie temat następnego wpisu. I to chcę zmienić.

Nadal książki będą podstawą bloga - nie wyobrażam sobie, by było inaczej, w końcu to od nich wszystko się zaczęło i nie potrafiłabym tego zmienić. Ale czas lekko poszerzyć horyzonty. Mam nadzieję, że i Wy, i ja będziemy się dobrze odnajdować w nowej odsłonie strony.

A tak poza tym...

Zastanawiam się nad założeniem drugiego bloga. Tym razem o szarej codzienności, takie, można by powiedzieć, felietony o tym, co nas otacza, a o czym mam do powiedzenia coś ciekawego. Są jednak pewne problemy z realizacją tego pomysłu, a konkretniej...
a) idea ta zrodziła się we mnie po znalezieniu bloga o tej tematyce, w którym się zakochałam i nie chciałabym zostać posądzona o plagiat,
b) jako że nigdy nie twierdziłam, że piszę dla samej siebie, obawiam się, czy miałabym grono odbiorców zainteresowanych tym, co mam do powiedzenia,
c) nie do końca jestem pewna, czy dam radę jednocześnie prowadzić dwie strony.

Może Wy pomożecie mi rozwiać wątpliwości? I powiedzcie Wy mi - co myślicie o zmianach, które zaplanowałam?

18.03.2014

Thomas Harris "Milczenie owiec"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Thomas Harris
Tytuł: Milczenie owiec
Tytuł oryginału: The silence of the lambs
Wydawnictwo: Libros
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Cena: brak informacji
Liczba stron: 351

W poszukiwaniu seryjnego mordercy...

Spokój Stanów Zjednoczonych został zburzony. To właśnie tutaj zaczęła przetaczać się fala seryjnych morderstw. Ich ofiarami padają młode kobiety, a zabijane są one z niezwykłym okrucieństwem. Żeby odnaleźć zabójcę, początkująca funkcjonariuszka FBI, Clarice Starling, musi zwrócić się o pomoc do człowieka-potwora, zbrodniarza o budzącej podziw inteligencji, doktora Hannibala Lectera...

Kiedy przed kilkoma miesiącami stwierdziłam, że nadszedł czas, bym w końcu zapoznała się z Milczeniem owiec, reakcje ludzi były różne. Bardzo często słyszałam odpuść sobie, to jest straszne i obrzydliwe, za młoda jesteś, to nie na twoją psychikę. Po kilkunastu takich uwagach powiedziałam, że dosyć, i tak po książkę Harrisa sięgnę. Prawdę powiedziawszy, jestem osobą, dla której argumenty na nie dla jakiejś pozycji takie jak powyżej, są tylko dodatkową zachętą, nie odstraszaczem. Chciałam sprawdzić, czy naprawdę jest się czego bać. Przyznam, że gdzieś tam w głębi wzięłam słowa bliskich na poważnie.

I owszem, początek wydał mi się lekko przerażający, czytało mi się ciężko, nie mogłam się wdrożyć, nieco mnie też ta opowieść nudziła. Ale im bardziej poznawałam fabułę, tym wrażenie mroczności się zacierało. 

Teraz? Teraz powiem, że to prawda, zdecydowanie nie jest to thriller, historyjka, przy której jedzenie ciasteczek czekoladowych czy czegokolwiek, co lubimy sobie pogryzać przy czytaniu, to dobry pomysł - zwłaszcza jeżeli ma się wrażliwy żołądek. Jednak to tyle. Nic więcej. Z dziełem Harrisa spędziłam kilka ostatnich dni, nie dręczyły mnie koszmary, nie mam gęsiej skórki na myśl o fabule. Nic. A nie mogę powiedzieć, że trudno mnie wystraszyć.

Mimo początkowych problemów, z czasem pochłaniałam strona za stroną z coraz większym zainteresowaniem. Co cieszy, to wartka akcja, która właściwie nie zwalnia tempa. Podobało mi się też napięcie, które kawałek po kawałku budował autor. No i, oczywiście, fenomenalna kreacja Lectera - żadna inna postać nie przypadła mi tak do gustu. Ta tajemniczość, która nie opuszczała go ani na moment, jego porażająca inteligencja... coś wspaniałego. Więcej takich wyrazistych bohaterów proszę!

Wsiąkając w świat wykreowany przez Thomasa, zaprzątała mnie jedna myśl - co się dzieje w głowie osoby, która zachowuje się tak podle? Co musi skłonić istotę niby rozumną do tego, by bez zastanowienia krzywdziła innych? Czy tacy ludzie, mimo popełnianych czynów, serio nie mają jakichś głęboko ukrytych wyrzutów sumienia, które muszą uciszać?

Kończąc dzisiejszy wywód...
Przyznaję cztery gwiazdki. Jedną odejmuję za początkowe uczucie znużenia. Uważam, że każdy fan thrillerów powinien znać przedmiot dzisiejszego wpisu. To absolutna klasyka. Patrząc na oceny, które wystawiam w tym miesiącu, nie mogę się powstrzymać: JA NA COŚ TAKIEGO CZEKAŁAM! A już się martwiłam, że marzec minie mi pod znakiem tytułów słabych.

15.03.2014

Lauren Weisberger "Zemsta ubiera się u Prady: powrót diabła"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lauren Weisberger
Tytuł: Zemsta ubiera się u Prady: powrót diabła
Tytuł oryginału: Revenge Wears Prada: The Devil Returns
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Jan Kraśko
Cena: brak informacji
Liczba stron: 459

Kiedy koszmar przeszłości znów czai się na nas za rogiem...

Minęło wiele lat odkąd Andy Sachs przestała pracować w Runwayu. Choć despotyczna była szefowa nadal nawiedza ją czasem w najgorszych koszmarach sennych, młoda kobieta świetnie sobie radzi. Wraz z Emily, z którą kiedyś serdecznie się nienawidziły, prowadzi luksusowy magazyn ślubny. Sama także szykuje się do ślubu. Niestety, już niedługo jej błogi spokój mąci powrót diabła z torebką od Prady na ramieniu...

Historia lubi się powtarzać - o tym wiemy wszyscy. Ale czy to, że lubi, oznacza, że musi? Czy główna bohaterka Diabła ubierającego się u Prady po wielu latach znów zostanie skazana na obcowanie ze znienawidzoną przez siebie, sadystyczną Mirandą Priestly?

O istnieniu drugiej części przygód Sachs dowiedziałam się przez przypadek. Od Was. A ponieważ Diabła... czytałam i, jak wiecie, o ile czytaliście opinię (nie czytaliście? Tu możecie się z nią zapoznać), podobał mi się, wiedziałam, że po Zemstę... też muszę sięgnąć i to jak najszybciej.

Czego się spodziewałam? Początkowo - niczego. Później, kiedy zapoznałam się z opisem na tylnej okładce, pomyślałam, że szykuje się tak zwana powtórka z rozrywki. A co otrzymałam?

Coś dziwnego. Coś, co z jednej strony mnie zawiodło, ale z drugiej - przyjemnie zapełniło mi ostatnie godziny.

Jeżeli wahacie się, czy sięgnąć po tę pozycję, od razu mówię: to już nie jest ta sama Weisberger co przy pierwszej części. Wciąga, ale nie tak bardzo. I na pewno nie bawi. Wszystko przez bardzo okrojoną obecność naszej (tylko mojej?) ulubienicy - Priestly. To głównie ona powodowała, że poprzednią książkę przyjemnie się czytało i o ile ktoś mógł tego nie zauważać wtedy, tak rzuca się to w oczy teraz. 

Prawdę powiedziawszy, ja sama byłam zdumiona faktem, że muszę czekać na jej postać tak długo, a kiedy już się pojawiła - że zniknęła w mgnieniu oka. No co to jest?! Nie spodobało mi się to bardzo.

Do Lauren mam dzisiaj jeszcze jedno poważne zastrzeżenie: tytułowej zemsty w całości było strasznie mało. A i czytelnicy nastawiali się na coś zgoła innego, co widzę zarówno po sobie, jak i po komentujących na Lubimy Czytać.

Mimo wszystko jednak, nie mogę powiedzieć, że źle mi się czytało. Nie. Miałam zupełnie inne odczucia, to prawda, ale do prawdziwego zawodu i irytacji czy innych negatywnych emocji było mi jeszcze daleko. 

Trochę szkoda, że kontynuacja tego bestsellera została napisana w odmiennym stylu, była dość przewidywalna - owszem, ale z drugiej strony gdyby autorka zaserwowała nam coś podobnego - chodzi mi tu o wydarzenia - to najprawdopodobniej podniosłyby się głosy, że niepotrzebnie to napisała, bo nic nowego nie wniosła. I koło się zamyka. Ale przecież w głębi duszy wszyscy wiemy, że dalsze losy bohaterów, kolejne tytuły serii, zawsze są gorsze od samego początku, prawda? Nie powinno więc nas to zanadto dziwić.

Co do gwiazdek...
Znów daję trzy, choć przyznam, że długo z sobą walczyłam, zmieniałam decyzję praktycznie co stronę, o ile nie co kilka linijek. Moje myśli krążyły od pocieszającego no przecież nie jest aż tak źle, przez wkurzone Jezu, od jakiegoś czasu szastasz trójczynami jak nienormalna, po - w pewnym momencie pewne już - nie, ja braku Mirandy tak łatwo nie wybaczę. Czy warto zabierać się za przedmiot dzisiejszego wpisu? Tak. Ale tylko, jeżeli zżyliście się z główną bohaterką i jesteście ciekawi, co u niej słychać. Nie nastawiajcie się na taką samą dawkę rozrywki co poprzednio. Na jakąś specjalną zemstę też nie.

13.03.2014

Eric-Emmanuel Schmitt "Oskar i pani Róża"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tytuł: Oskar i pani Róża (opowiadanie ze zbioru Opowieści o Niewidzialnym)
Tytuł oryginału: Oscar et la dame Rose
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie: Barbara Grzegorzewska
Cena: 39 zł
Liczba stron: 72

Kiedy z poznawaniem smaku życia trzeba się spieszyć...

Mały Oskar ma tylko dziesięć lat i... mieszka w szpitalu. Na stałe. Każdy kolejny dzień to jego osobista walka, próba pokonania potwora. Potwora, któremu na imię białaczka. Niestety, leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Chłopiec czuje się coraz gorzej i zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że niebawem wydarzy się coś strasznego. Z pomocą w tych trudnych chwilach przychodzi mu ciocia Róża, dzięki której poznaje on życie ze strony, z której nigdy na nie nie patrzył...

Dziecko. Cierpienie. Choroba. Śmierć. Cztery słowa, które powinny wykluczać się nawzajem. Bo maluchy nie powinny poznawać świata od tej gorszej, szarej - żeby nie powiedzieć: czarnej - strony. One powinny mieć prawo do przeżywania beztroskiego dzieciństwa, do zabawy, radości, uśmiechu i braku zmartwień poważniejszych niż to, że Agatka bawiła się dzisiaj z kimś innym. 

Niestety - nie w opowiadaniu Schmitta. Ten powieściopisarz zmusza nas do tego, byśmy zmierzyli się z historią chłopczyka, którego dotknęło nieszczęście, z którym nie radzi sobie psychicznie nawet niejeden dorosły. A dzieciak przecież nie zdążył jeszcze zrobić niczego naprawdę złego.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, czytając Oskara... - zaraz po wyczuciu okropnego, znienawidzonego przez moje nozdrza smrodu papierosów po otworzeniu książki; serio, kto pali przy czytaniu, tym bardziej, jeżeli tom nie należy do niego, tylko do biblioteki? - to język całości. Wiecie, zanim zabrałam się za lekturę, dużo czytałam o tym dziele. Nie napotkałam po drodze ani jednego negatywnego komentarza, a wręcz przeciwnie: wszyscy się zachwycali. I chyba właśnie dlatego poczułam się jakbym dostała ścierką w twarz, kiedy zobaczyłam, że... Schmitt posługuje się całkiem zwyczajnym, współczesnym językiem, nie stroni od choler, bujań i podobnych potocznych zwrotów i wyrażeń. Być może za bardzo dałam się ponieść fantazji, ale spodziewałam się kwiecistego języka, czegoś, co można by spokojnie postawić obok Mickiewicza.

Postać chorego także wprawiła mnie w osłupienie. To nie było - przynajmniej według mnie - zmęczone chorobą maleństwo, tylko zwyczajny dziesięciolatek, których pełno na ulicach. No dobra, zgoda - Oskar był mniej wulgarny. Ale wyrażanie się o rodzicach per idioci, debile... trąci gimbazą. Wiem co mówię.

Sama dziwnie się z tym czuję, ale... nie jestem jedną z tych osób, które by się roztkliwiały nad losami tytułowego bohatera. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, czegoś... lepszego. Czuję niedosyt, choć nie potrafię nawet dokładnie powiedzieć, co jest nie tak. 

Zgoda, tematyka jest rewelacyjna: ciężka, kontrowersyjna, czyli taka, jak lubię najbardziej. Ale wykonanie... nie leży mi, no nie leży. Może to przez formę? Może dlatego, że nie mogłam właściwie poznać odczuć rodziców małego ani nawet samej Róży? Tak, to prawdopodobne. Lubię wnikać w psychikę postaci, poznawać ich myśli, patrzeć na spotykające ich problemy z różnych perspektyw. Tutaj tego nie było. A szkoda. Może wtedy spojrzałabym przychylniejszym okiem.

Tak więc dzisiaj...
Trzy gwiazdki. Przedmiot dzisiejszego wpisu nie spodobał mi się prawie w ogóle, ale czuję, że gdybym wystawiła niższą ocenę, przegięłabym w drugą stronę. Więc postanowiłam hojnie nagrodzić pomysł na fabułę.

12.03.2014

Anne Cassidy "Gdzie jest Jennifer?"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Anne Cassidy
Tytuł: Gdzie jest Jennifer?
Tytuł oryginału: Looking for JJ
Wydawnictwo: Stentor
Tłumaczenie: Marta Ostrowska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 266

Kiedy popełniamy błąd rzutujący na całe nasze życie...

Po sześciu latach na łamach gazet znów pojawia się temat dramatu, który rozegrał się pewnego majowego dnia i wstrząsnął miasteczkiem Berwick. To wtedy trzy małe, dziesięcioletnie dziewczynki wybrały się na spacer do pobliskiego lasu. Jedna z nich nie wróciła już z wyprawy. Co się z nią stało? I dlaczego przypomnienie o sprawie po wielu latach budzi niepokój u nastoletniej Alice Tully?

Kiedyś, na początku 2010 roku, do sięgnięcia po Gdzie jest Jennifer? zachęcił mnie temat powieści. Ręka w górę, kto często napotyka na fabułę, w której dziecko jest posądzone o zrobienie czegoś naprawdę strasznego? Nie widzę, nikt tak nie ma? No właśnie - niecodzienny wątek, prawda?

I tyle, jeżeli chodzi o powrót do przeszłości. Nie pamiętałam właściwie nic z tej historii, a już na pewno umknęły mi wrażenia z lektury. Zanim przypomniałam sobie, że z pomocą może przyjść mój profil na Lubimy Czytać, postanowiłam, że przeczytam dzieło Cassidy raz jeszcze.

Co teraz mogę powiedzieć? Właściwie mam nie lada zagwozdkę. Nigdy w życiu nie miałam w ręku niczego tak mdłego! Nie twierdzę, że całość jest tragiczna. Ale fakt jest faktem: opowieść katowałam tak długo, bo musiałam się zmuszać, żeby dziennie pokonać choć kilka stron. I mimo że każdą kolejną kartkę starałam się czytać z uwagą i skupieniem, nie udawało mi się to. Łapałam się na tym, że nie rejestruję szczegółów i muszę się wracać do konkretnych linijek. 

A wrażenia? Gdzie tam! Jak zwykle podczas zagłębiania się w świat wykreowany przez autora towarzyszy mi coś - satysfakcja, irytacja, refleksja, cokolwiek - tak tutaj nie było nic. Zupełna pustka. No, dobra - przez jedną krótką chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że to wszystko jest cholernie przewidywalne. Ale może gdybym odświeżyła sobie wszystkie książki młodzieżowe, które kiedyś poznałam, okazałoby się, że takie prawo młodzieżówek? Może to ma być niewymagające, podane na tacy młodym umysłom? Nie wiem. I nie chcę tego sprawdzać.

Kilka minut po tym, jak skończyłam czytać, zaglądnęłam na swój profil na LC. Okazało się, że skrobnęłam coś na temat tej pozycji. Kiedy miałam 16 lat, bardzo mi ona przypadła do gustu. Uśmiechnęłam się z zażenowaniem. Jak to człowiekowi czasem mało do szczęścia potrzeba!

I na koniec...
Wystawiam przedmiotowi dzisiejszego wpisu dwie gwiazdki. Bo nie mam za co porywać się na wyższą ocenę. Polecam jednak każdemu, kto potrzebuje czegoś lekkiego i niewymagającego myślenia.

03.03.2014

Lucy M. Montgomery "Ania z Zielonego Wzgórza"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lucy M. Montgomery
Tytuł: Ania z Zielonego Wzgórza
Tytuł oryginału: Anne of Green Gables
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Katarzyna Jakubiak
Cena: brak informacji
Liczba stron: 245

Nowe życie rudowłosej sierotki...

Maryla i Mateusz Cuthbert to starzejące się rodzeństwo. Poznajemy ich w momencie, kiedy decydują się wziąć do pomocy przy codziennych obowiązkach chłopca z sierocińca. Jednak plany planami, a życie życiem - na skutek pomyłki na Zielonym Wzgórzu niedługo potem zjawia się rudowłosa dziewczynka o imieniu Ania. Po początkowym sceptycyzmie brat i siostra decydują się zatrzymać i wychować dziecko. Od tej pory ich życie zmienia się diametralnie...

Podobno istnieją na świecie książki, które posiadają magię i nie tracą jej nawet wtedy, kiedy czytamy je setki razy. Mimo znania fabuły niemal na pamięć, nadal kochamy dane historie.
Dlatego właśnie, kiedy kilka dni temu ponownie sięgnęłam po Anię z Zielonego Wzgórza byłam pełna najlepszych przeczuć. Choć nie chciałam pisać tej opinii bez odświeżenia sobie całości perypetii Ani, właściwie od początku planowałam, co napiszę: że będę się roztkliwiała się nad opowieścią, że przypomniało mi się dzieciństwo. Mimo to okazało się, że czeka na mnie niespodzianka...

... Niemiła niespodzianka, dodam. Właściwie już od pierwszych stron czułam, że coś jest nie tak, że coś się zmieniło. I faktycznie - tak było, a uczucie to wzrastało z kartki na kartkę.

Nie potrafiłam czytać dzieła Montgomery z taką samą przyjemnością, jak kiedyś. Właściwie ta przyjemność zniknęła całkowicie. 

Nie mam pojęcia, dlaczego. Faktem jednak jest, że historia najsłynniejszej rudowłosej dziewuszki, choć kiedyś bawiła, dziś irytowała. Tytułowa bohaterka nagle wydała mi się okropną, rozgadaną dziewuchą, która kreuje się na starszą niż jest w rzeczywistości, a jej psoty - kompletną głupotą. Wiem, że każdy z nas był kiedyś dzieckiem i robił różne niemądre rzeczy - ale tutaj było tego zbyt wiele. 

Śmieszyły mnie i denerwowały na przemian zdania, jakie wychodziły z ust nastolatki. Ciągłe ochy i achy oraz słowa wypowiadane z prędkością karabinu w ilości bardzo dużej, a także ogromna niezdarność i zdolność do nadmiernego fantazjowania, każdego by chyba przyprawiły o ból głowy, zwłaszcza kiedy człowiek cieszy się z najmniejszych głupot. Powiecie mi - hej, Pollyanna była podobna. Tylko że w jej zachowaniu była jakaś słodycz, prawdziwa dziecięca naiwność, a nie usilne pragnienie, by być dorosłą.

Choć przerażała mnie oschłość, z jaką Maryla traktowała podopieczną, w pełni ją rozumiałam. W końcu nigdy nie zaznała smaku macierzyństwa, a taka gadatliwa istota w domu naprawdę może zamęczyć, jeżeli wcześniej nie było się do takich ludzi przyzwyczajonych. Ja bym zwariowała. Dosłownie.

Mateusz, choć znacznie cieplejszy w stosunku do sieroty, miał bardzo poważną wadę - nie potrafił zachować się jak facet. Bał się kobiet i cudem wśród nich funkcjonował - a przecież jego strach był irracjonalny. Nie podobało mi się, jak bezwzględnie podporządkowywał się słowom siostry. 
Żadna z postaci nie przypadła mi tak naprawdę do gustu, każda miała w sobie coś, co skreślało ją w moich oczach.

Że jest źle - nie powiem. Ale tylko i wyłącznie z sentymentu. Bo przecież mowa o części moich szczenięcych lat.

I przez wzgląd na przeszłość...
Daję trzy gwiazdki. Tylko - jeżeli brać pod uwagę to, co było kiedyś - i aż, powołując się głównie na to, co jest teraz. Jestem zdumiona tym, jak perspektywa może zmienić się z biegiem lat. Nie spodziewałam się, że to, co kiedyś uwielbiałam, później może stracić swój urok, że mogę się zastanawiać: cholera, co ja w tym widziałam?

01.03.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - luty 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w sobotę!

Zgodnie z tradycją rozpoczynamy dziś głosowanie mające na celu wyłonienie książki miesiąca - przyszedł czas na luty 2014. 
Szybkie przypomnienie zasad dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi:

1. Głosowanie trwa 7 dni, zaczyna się zawsze pierwszego dnia miesiąca, kończy ósmego dnia miesiąca o godzinie 23.59
2. W głosowaniu biorą udział tylko tytuły zrecenzowane przeze mnie w danym miesiącu (teraz - wybieramy spośród pozycji zrecenzowanych w lutym).
3. Głosy oddajemy w specjalnie przygotowanej do tego ankiecie po prawej stronie.
4. Obowiązuje zasada - jedna osoba może oddać tylko jeden głos. Ten jednak zawsze można zmienić.
5. Nie ma odgórnie ustalonych kryteriów oddawania głosów. To Wy decydujecie, czy głosujecie dlatego, że daną książkę czytaliście i Wam się podobała, czy może dlatego, że zachęciłam Was do niej wpisem.
6. Jeżeli po upływie tygodnia okaże się, że niektóre pozycje mają taką samą liczbę punktów, zostanie zorganizowana dogrywka. Dogrywka trwa kolejny tydzień i polega na głosowaniu na jedną spośród książek, które uzyskały taki sam wynik w pierwszej rundzie.

Tak więc... głosujemy od dziś, 1.03.2014 do 8.03.2014, do godz. 23.59!