12.02.2014

Kolumna dyskusyjna: czytam - i co właściwie z tego mam?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Przez ostatnie dni siedziałam i myślałam, o czym moglibyśmy jeszcze porozmawiać w ramach Kolumny dyskusyjnej. Nagle mnie olśniło. Przecież nie poruszyliśmy jeszcze najbardziej podstawowego tematu, jaki istnieje...

Weźmy pod uwagę taki scenariusz: nastolatek w szkole podczas przerwy siada na korytarzu i zaczyna czytać książkę. W tym momencie podchodzi do niego/niej kolega i, wywracając oczami z politowaniem, pyta Boże, ty znowu czytasz? Co w ogóle z tego masz?. Znana sytuacja? Ano znana. Większość moli książkowych spotyka coś podobnego. Pomyślałam, że dziś spróbujemy odpowiedzieć na pytanie takiego nieczytającego człowieka. Co daje nam czytanie?

Kiedy zastanawiam się nad odpowiedzią na tę zagadkę, pierwszym skojarzeniem, które pojawia się w mojej głowie, jest język polski. A konkretnie brak większych problemów z jego używaniem. Jasne, że błędy popełnia każdy z nas, bo człowiek nie jest nieomylny. Ale sami powiedzcie - ile jest osób nałogowo czytających, które mówią wyłanczać zamiast wyłączać, ilu moli książkowych uważa, że słowa przynajmniej i bynajmniej to wyrazy bliskoznaczne? Mało, prawda? No właśnie.

A teraz pomyślmy o naszym ojczystym języku w kontekście przedmiotu szkolnego. Osoby sięgające po literaturę nie tylko wtedy, kiedy absolutnie muszą to zrobić, przeważnie mają większy zasób słów, co pozwala im uniknąć ciągłego powtarzania pewnych słów czy wyrażeń w wypracowaniach. Rzadziej popełniają błędy ortograficzne, stylistyczne czy interpunkcyjne (choć tu niekoniecznie - i jestem tego najlepszym przykładem!). Czyżby kolejna korzyść?

Wiedza. No to, drodzy czytelnicy, ręka w górę - kto lubi się uczyć na sprawdziany, kartkówki czy inne kolokwia? Nikt? Prawie nikt? No właśnie. W szkole czy na studiach tak to już jest, że albo nie lubimy przyswajać materiału w ogóle - co jest zrozumiałe, bo nikt nie lubi robić czegoś, co robić musi - albo istnieją przedmioty, przy których spędzamy popołudnia i weekendy z przyjemnością, a przy innych się męczymy. Ja nie miałam problemów z nauką w szkole, lubiłam zdobywać nowe informacje, choć najbardziej wchodziły mi języki, przez krótki okres historia i WOS, a także biologia. Nienawidziłam chemii czy geografii. Ale wiedza ma to do siebie, że można zdobywać ją na różne sposoby. Zagłębienie się w lekturze też może nas czegoś nauczyć. A chyba nie muszę mówić, że przyjemniej jest z własnej woli sięgnąć po książkę niż uczyć się na kolejny zapowiedziany test?

Niech ktoś mi poda korzyści korzystania z Facebooka. Tylko takie, które nam coś dają. Informacje o tym, co słychać u znajomych, z którymi nie zawsze możemy się spotkać? Fajnie. Tylko co z tego mamy na dłuższą metę? Czy wiedza, co słychać u kumpli, jest nam niezbędna do życia? Nie wydaje mi się. To samo z imprezami czy innymi głupotami, którymi ludzie zapychają swój czas wolny. Ja nie mówię, że nie można w ogóle się tym zajmować, bo owszem - jeżeli nie przesadzamy, to nie zaszkodzi nam nic. Ale jest wiele osób, które nie widzą innych możliwości, nie mają pojęcia, co robić, kiedy nie mają do wypełnienia żadnych obowiązków. Żadnego hobby, zainteresowań czy pasji, które mogłyby ich w jakiś sposób rozwinąć. A my, mole książkowe? Sięgniemy na półkę, wybierzemy się do biblioteki czy księgarni, a potem zaszyjemy się w ulubionym miejscu z jakimś dobrym jedzeniem i piciem, zapewniając sobie w tym momencie i rozrywkę, i rozwój jednocześnie. Problem jak spożytkować wolne popołudnie, kiedy leje, a my mieliśmy zaplanowane spotkanie na świeżym powietrzu, znika. A i w momencie, kiedy się pochorujemy, możemy poczytać. No chyba, że choroba jest bardzo ciężka.

Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, jak to działa, ale fakt jest taki, że częste obcowanie ze słowem pisanym wpływa na poziom naszej kreatywności. A pomysłowość przyda nam się zawsze - i w szkole, kiedy odrabiamy prace domowe, i w pracy. Inwencja twórcza jest po prostu w cenie. I to się nie zmieni.

Znacie to uczucie, kiedy coś się wali i chcemy znaleźć coś, co pozwoli nam oderwać się od problemów i szarej rzeczywistości? Kolejne dzieło może nam w tym pomóc. Oczywiście, są inne sposoby, można na przykład sięgnąć po alkohol, ale... Nawet kilkaset stron nie wywoła u nas kaca. Hej, kolejna korzyść - możemy sięgnąć po pozycję, dzięki której przekonamy się, że są na świecie ludzie, którzy mają gorzej! To co? Przy okazji następnych ciężkich chwil pijemy czy sięgamy po najnowszy tytuł naszego ulubionego autora?

Znowu nie wiem, jaki to ma wpływ, jednak prawda jest taka, że człowiek czytający jest mniej podatny na bodźce wysyłane przez społeczeństwo. Taka osoba jest bardziej skora do samodzielnego myślenia, częściej posiada swoje zdanie, kreuje własne opinie i sądy. Nie boi się tych poglądów wypowiadać na głos. To jest fajne, pozwala się wybić z tłumu i zaistnieć. I nie mówcie mi, że Wam nie zależy na byciu zauważonym czy oryginalnym. Każdemu zależy, tylko nie każdy się przyznaje, potrzeba uwagi ze strony innych może też być głęboko ukryta.

Naliczyłam osiem korzyści wypływających z czytania. Na pewno jest tego znacznie więcej, bo jeden człowiek w tak naprawdę krótkim poście na blogu nie zbierze wszystkiego do kupy. Czy kogoś jeszcze muszę przekonywać, że kolejne strony pokonywać warto? I czy ktoś jeszcze nie rozumie, co nam daje literatura?

2 komentarze:

  1. Wyobraźnia - to główna korzyść wynikająca z czytania książek. Wyobraźnia, która przydaje się nie tylko w życiu twórczym, ale też codziennym, zawodowym, czy prywatnym. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie akurat ważniejsze są inne aspekty, ale i dla twórczego myślenia znalazło się miejsce we wpisie, naturalnie ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.