28.02.2014

Kolumna dyskusyjna: biorę udział w wyzwaniach czytelniczych - po co?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Czeeeść!

Przedwczoraj, podczas codziennego przeglądania blogów, które obserwuję, zauważyłam, że Monika, autorka strony Książka na każdy dzień, opublikowała wpis dotyczący wyzwań czytelniczych. Co prawda skomentowałam go już dosyć obszernie, stwierdziłam jednak, że to za mało. Chcę bardziej szczegółowo przedstawić swoje zdanie, a i poznać Wasze. Gotowi? Jedziemy!

Każdy z nas wie, co to są wyzwania czytelnicze i na czym polegają. To takie konkurencje, podczas których mamy przeczytać określoną ilość książek w takim a takim czasie. Albo sięgnąć po tyle i tyle dzieł o takiej i takiej tematyce. I tak dalej, i tak dalej. Wszyscy również jesteśmy w stanie podać kilka przykładów takich zabaw: 52 książki, Czytam Fantastykę, Z półki... Tego jest cała masa. Dzisiaj chciałabym podyskutować o tym, po co tak właściwie tworzone są takie próby sił, jaki mają sens oraz czym kierują się ludzie, którzy decydują się na wzięcie udziału w całości.

Na samym początku mojego blogowania na Internetowej Biblioteczce byłam zachwycona takimi inicjatywami, co i rusz szukałam nowych, czytałam o nich, sprawdzałam wyniki innych. Była to dla mnie zupełna nowość, którą chciałam zbadać od środka. Myślę, że to normalny objaw, kiedy nie mamy z czymś do czynienia, a nagle pojawia się to w naszym życiu w ilości bardzo dużej, to naturalną koleją rzeczy jest to, że włączy się nam czerwona lampka z napisem Ciekawość. Ba, u mnie się nie skończyło na czytaniu o wyzwaniach - próbowałam wziąć udział w 52 książkach oraz wymyśliłam coś swojego - możecie o tym poczytać tutaj. A swoją drogą, ciekawa jestem - czy ktoś spróbował pokonać swoją niechęć? 

Przyszedł jednak taki czas, i to już po najwyżej trzech tygodniach, kiedy zrezygnowałam z udziału z 52 książkach. Bo o ile na początku wszystko szło fajnie, o tyle później trafiła w moje ręce literatura gorsza, cięższa do przebrnięcia, a więc zabierająca znacznie więcej czasu niż zazwyczaj. Nie musiałam długo czekać na to, by zacząć odczuwać presję. To już nie była zabawa, to był szalony wyścig z czasem, by pokazać sobie i przy okazji moim czytelnikom, że cholera, potrafię przeczytać tyle książek, ile rok ma tygodni. Bardzo nie spodobał mi się taki stan rzeczy, więc szybko zrezygnowałam z przedsięwzięcia. Bo, jak głosił kiedyś napis na nagłówku tego bloga, czytanie to pasja. W pasji nie ma miejsca na odczuwanie nacisku, zmuszanie się czy niechęć, a już na pewno nie ma mowy, by pochłaniać kolejne tomy jak najszybciej, po łebkach, byleby tylko statystyki były ładne. To doświadczenie skutecznie zniechęciło mnie do brania udziału w takich konkursikach, prawdę powiedziawszy - dziś nie mogę w ogóle patrzeć na posty im poświęcone. 

Próbuję doszukać się jakiejś logiki w tym, że ludzie bawią się w coś takiego. I wiecie co? Widzę ją tylko w jednym przypadku. Kiedy osoba nie jest typowym molem książkowym, a wręcz przeciwnie, zdaje sobie sprawę, że czyta zbyt mało i chciałaby to zmienić - OK, tego typu zadania mogą być, i pewnie są, dobrym motywatorem do działania, bo w końcu kiedy indziej robimy coś, na co się porwaliśmy, lepiej i efektywniej niż wtedy, kiedy mamy przysłowiowy nóż na gardle lub bat nad głową? No właśnie.
Przyznam jednak, że kompletnie nie rozumiem, dlaczego wyzwania podejmują blogerzy książkowi, którzy przecież w większości (o ile nie w 100%) deklarują się, że są amatorami słowa pisanego. Przecież te całe pojedynki tak właściwie okropnie zawężają horyzonty. Co jest takiego fajnego w czytaniu większej ilości książek z takiego a takiego gatunku czy autora? Pamiętajmy, że właściwie zawsze, oprócz zadania do wykonania, mamy na nie określony czas - a to nierzadko oznacza, że zawodnik przez długi czas nie czyta nic innego niż to, co pasuje do tego i tego. Motywator do działania? Chcecie mi powiedzieć, że miłośnicy literatury potrzebują być zmuszani do czytania tych 52 dzieł rocznie? Że gdyby nie ta inicjatywa, nie czytaliby tyle? No cóż, to tylko świadczy o danych blogerach - w moich oczach pasjonat czytania, który kocha to co robi do tego stopnia, że aż zakłada o tym stronę, ale przy tym potrzebuje czegoś, co go będzie trzymało w ryzach, traci bezpowrotnie na wiarygodności.

Wiecie, jeszcze rozumiem zabawić się od czasu do czasu i brać udział w jednej konkurencji. Sęk w tym, że właściwie codziennie widuję, jak ludzie biorą na siebie kilka lub nawet kilkanaście takich zabaw. Oczywiście w podsumowaniach częściej niż rzadziej jest płacz, że ojej, w tym tygodniu/miesiącu nie udało mi się przeczytać w ramach wyzwania tyle, ile powinienem. Pytam się: ludzie, czy Wy, do cholery, nie macie co robić? Chcecie się sprawdzić, OK - nie zabraniam, ale może warto byłoby zdecydować się na coś konkretnego, dokładnie przestudiować, co macie do wyboru i wybrać to, co interesuje najbardziej, niż płakać, że tego jest tyle, że się nie wyrabiacie. Przecież każdy ma jakieś obowiązki i skoro narzucacie sobie, że przeczytacie w ciągu roku 52 książki, przez miesiąc 10 powieści fantastycznych i 5 autorstwa Stephena Kinga (nie wiem, czy tak jest w istocie, koloryzuję, żeby Wam pokazać, o co mi chodzi) - to naprawdę jesteście zdziwieni, że nie dajecie rady? Żeby podołać temu wszystkiemu, musielibyście mocno ograniczyć jakąkolwiek aktywność w innych sferach. A to z kolei jest, po pierwsze, mało możliwe, bo uczyć się czy pracować w pewnym momencie musi każdy, a po drugie - nawet, jeżeli nam się uda, to to jest prosta droga do tego, by lekturę sobie obrzydzić. Gratuluję Wam serdecznie.

Jeżeli już koniecznie chcecie sobie urozmaicić pochłanianie kolejnych stron takimi akcjami, to może spójrzcie na siebie, swoje życie i swoje półki i sami coś wymyślcie, wedle swoich potrzeb, chęci i możliwości. Mnie na przykład w tych wielkich inicjatywach, które się rozprzestrzeniają na blogach niczym nowotwór nie zobaczycie. Ale ustaliłam sobie własne wytyczne. I tak miesięcznie staram się pokonać przynajmniej 4 tytuły, częściej sięgać po tomy ambitne i klasykę, poznawać literaturę polską i przełamać niechęć do fantastyki. No dobrze, jeszcze stwierdziłam, że przeczytam całą serię o Ani z Zielonego Wzgórza i Jeżycjadę. Ale to wszystko bez zbędnych ograniczeń czasowych, po prostu - uda się albo nie uda. Teraz, potem albo nigdy.

A czy Wy bawicie się w wyzwania czytelnicze? Może macie takie samo zdanie jak ja? Ustalacie sobie jakieś prywatne cele, które staracie się realizować?

13 komentarzy:

  1. Taak, kiedy się wsiąknie trochę w książkową blogosferę, nie sposób przeoczyć wyzwań czytelniczych, o których każdy bloger i każda blogerka informuje gdzieś tam w panelu bocznym. Uważam, że to taka zabawa raczej i nigdy nie miałem ochoty brać w niej udziału, z prostego powodu: czytam kiedy mam ochotę, czasami przez tydzień nie ruszę książki, a czasami skończę jedną w jedno popołudnie i zabieram się za kolejną. To automatycznie wyklucza mnie z wyzwań typu "przeczytam 200 książek rocznie". Bo może się zdarzyć, ze mi się nie uda, a nienawidzę zmuszania do czytania (dlatego oblałem tyle sprawdzianów z lektur xD). Ciekawe, czy filmowcy mają swoją wersję wyzwań - obejrzę tyle filmów ile mam wzrostu, czy coś takiego ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że to rzeczywiście ciekawe, czy blogerzy zajmujący się innymi kategoriami mają coś podobnego u siebie?

      Usuń
    2. są 124 filmy

      Usuń
  2. A ja biorę udział w wyzwaniach i nie uważam , że to powoduje, że czytam po łebkach, byle jak, byle co. Wyzwania mobilizują mnie, by sięgnąć po swoje książki z półki (a mam około 200 pozycji własnych, nie przeczytanych), a nie znowu iść do księgarni, czy biblioteki. Pasuje do wyzwania, i mam na daną ochotę, to ok. Nie mam, nie czytam i nie płaczę, że nie zamieszczę linku w danym wyzwaniu. Dla mnie wyzwania to FUN, ZABAWA, a nie wyścig. Nie podoba mnie się, jak niektórzy skreślają blogerów, tylko ze względu na to, że widzą, iż dana pozycja pasuje do wyzwania. To może od razu róbmy inną selekcje, np. ze względu na kolor włosów, oczu, wyznania, koloru skóry. A czy jak dany bloger bierze udział w wyzwaniach, to znaczy , że jego ocena książki jest nieobiektywna, i nie czytał jej z pasją? Chyba nie.

    Mam cele. Chciałabym przeczytać wszystkie pozycję Agathy Christie, Lee Childa, Jane Austen , Martina, Tolkiena itp. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie zdrowe podejście do brania udziału w wyzwaniach - podoba mi się. Nadal jednak nie rozumiem uczestniczenia w tych wielkich, które widzimy na blogach (może prócz 'Z półki', bo faktycznie - po co wypożyczać lub kupować, jak się ma w domu?), lepiej ustalać swoje własne cele, takie właśnie jak poznanie wszystkich dzieł danego autora.

      Usuń
    2. dlaczego akurat przeczytanie jednego autora jest lepsze od przeczytanie pięciu książek Kinga i dziesięciu z fantastyki? W obu przypadkach może się okazać, że trafiło się na coś super, co nam się podoba, a można cierpieć strasznie nad jakimś koszmarkiem; tylko ktoś ograniczył się do pięciu książek i już, a ktoś inny musi przebrnąć przez dwadzieścia tomów Jeżycjady; logika w tym taka sama i sens podobny.

      Usuń
  3. Gdy zaczęłam swoją historię z blogowaniem książkowym to właśnie nie miałam pojęcia co to są wyzwania i stroniłam od nich. Nie chciałam mieć właśnie takiej presji, że mam przeczytać tyle a tyle z takiego i takiego gatunku (gdy już dowiedziałam się, co to te wyzwania są). W końcu skusiłam się na jedno - Czytam fantastykę. Dołączyłam do niego, żeby zobaczyć, jak plasuję się w ogromnej liczbie osób czytających ten gatunek - to mój ulubiony i najczęściej go czytam, więc czemu nie? Potem dołączyłam do wyzwania "Najpierw książka, potem film", które aktualnie jest zawieszone (ale sama dalej nadzoruje swoje wyniki). To fajna inicjatywa, która mnie mobilizuje do wcześniejszego czytania książek, a dopiero późniejszego obejrzenia filmu - miałam już milion sytuacji, gdzie najpierw poszłam do kina na ekranizację, zamiast wpierw sięgnąć po wersję papierową. Jednak moim najulubieńszym wyzwaniem jest "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu" - ciekawa jestem czy mi się uda.
    Biorę udział w tych wyzwaniach dla siebie, jeśli dzięki temu komuś polecę jakąś książkę, albo naprowadzę na właściwe tory, to bardzo fajnie, ale ja nie czuję presji, że muszę być najlepsza. Raz jest lepiej, raz jest gorzej. Czytam tyle, na ile pozwala mi czas (jestem uczennicą, więc nie mam go zbyt dużo nawet przy dobrze rozplanowanym tygodniu). Te akcje nie są dla mnie wyścigami, nie zależy mi na jak największej ilości powieści, które przeczytam, są po prostu urozmaiceniem blogowania i czaso-umilaczem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, jak ktoś ma takie podejście, to chyba rzeczywiście wyzwania takie złe nie są - choć mnie nadal nie przekonują ;)

      Usuń
  4. Dla mnie to po prostu zabawa. Kiedy brałam udział w wielu wyzwaniach - i miałam frajdę z szukania książek np. do Trójki pik, która co miesiąc oferuje ciekawe i różnorodne hasła, albo z czytania co miesiąc jednej książki z fantastyki - bo sporadycznie ją czytam, a jest tyle ciekawych pozycji z tego gatunku. Jednak zrezygnowałam, bo wolałam czytać swoje książki, wypożyczać inne, niż szukać extra jakiś do wyzwań. Jednak też to dla mnie nigdy nie był wyścig szczurów, a po prostu zabawa. W 52 książkach nigdy nie brałam udziału, mam na LC półki 2013 i 2014 i tam sobie wpisuję książki dla własnej ciekawości - po prostu ile przeczytam. Nie ma w tym jakiejś presji czy coś. Troszkę nie rozumiem, dlaczego taki bloger traci u Ciebie na wiarygodności - może ktoś nie jest takim wielkim miłośnikiem książek, a po prostu lubi czytać, a jakieś wyzwanie jest dla niego nauką systematyczności, np. wtedy zamiast oglądania telewizji, bezmyślnego opieprzania się wybierze książkę? Co w tym złego? :) Nie mierzyłabym wszystkich jedną miarą. A sama traktuję też wyzwania jako dobrą formę promocji - można trafić na ciekawy tekst dzięki takim spisom linków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mierzę wszystkich jedną miarą. Piszę o tych, którzy twierdzą, że bez książek nie ma życia, a nie o tych, którzy po prostu lubią coś przeczytać od czasu do czasu, zresztą w poście zaznaczyłam - jak ktoś czyta, ale ma wrażenie, że za mało, to OK, takie wyzwanie może mu pomóc.

      Usuń
  5. Biorę udział w niektórych, ale nigdy regularnie. Mam czas to wybieram jedną, góra dwie lektury do wyzwania (Polacy nie gęsi, Grunt to okładka) i próbuję przeczytać. Ale nie narzucam sobie tej presji, że koniecznie tyle i tyle i muszę zdążyć, bo się nie wyrobię. Poza tym brałam udział w niektórych, np. Trójka e-pik, zwłaszcza właśnie w tym, bo była to motywacja do sięgnięcia po lekturę, o której nie słyszałam i gatunku, który nie wiem, czy mi się spodoba. To było dopiero wyzwanie!
    Ale wciąż mnie dziwi i smuci wyścig szczurów - kto więcej przeczyta w danym wyzwaniu. Albo to, że blogerzy zgłaszają się do tych wyzwań właśnie w ramach wyścigu, tzn. lubią literaturę obyczajową to wpisują się do wyzwania z literaturą obyczajową. Ja się pytam - w takim razie jakie to wyzwanie dla nich, skoro z tym gatunkiem wciąż obcują? Wyzwania są raczej po to, by poszerzać własne horyzonty. Ale to prawda, lepiej nie narzucać sobie ich zbyt wiele, bo to zabija pasję czytania, jeżeli ktoś się nie wyrabia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście nie mówię, że wszyscy tak robią. Ale z moich obserwacji wynika, że większość. Jednak są wyjątki od każdej reguły. ;)

      Usuń
  6. Ja nie biorę udziału w tego typu zabawach. Nie mam na to ochoty i czasu. Czytam to, co chcę, a nie to, co jest narzucone. Czytanie to dla mnie jedna z najmilszy przyjemności, a zmuszanie się do czytania książki, której nie dam rady przeczytać, to niszczenie sobie tej przyjemności.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.