27.01.2014

Carlo Collodi "Pinokio"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Carlo Collodi
Tytuł: Pinokio
Tytuł oryginału: La aventure di Pinocchio
Wydawnictwo: MEA Sp. z o.o.
Tłumaczenie: Halina Kozioł
Cena: brak informacji
Liczba stron: 64

Przygody drewnianego pajacyka...

Kiedyś, dawno temu, w maleńkim miasteczku, żył sobie biedny stary stolarz imieniem Gepetto. Niestety, nikt go nie odwiedzał - zbyt pochopni w ocenie ludzie sądzili, że jeśli ktoś jest biedny, to i niemądry. Kiedy pewnego dnia Gepetto wystrugał sobie pajacyka, który - o cudzie! - mówił, chodził i zachowywał się jak prawdziwy, żywy chłopiec, starcowi wydawało się, że nastąpił definitywny koniec samotności i smutnego życia. Jakże jednak się pomylił! Pinokio - bo takie imię dostała kukiełka - okazał się być nie najmilszym towarzyszem. Jego niemądre harce nieustannie dostarczały trosk stolarzowi...

Któż z nas nie zna bajki o pajacyku, któremu wydłużał się nos za każdym razem, gdy skłamał?

Chociaż od kilku dni dzielnie zmagam się z lekturą Pana Tadeusza, dziś postanowiłam zrobić sobie od tego tytułu małą przerwę. Koniecznie chciałam powrócić na chwilę do Pinokia. I tak, miałam w tym konkretny cel. Musiałam przekonać się, czy z biegiem lat zmieniłam zdanie o tej bajce. Bo – wierzcie lub nie - historia autorstwa Collodiego była dla mnie za dzieciaka udręką. Nie cierpiałam jej strasznie. Dziś nie przypominam sobie powodów takiego a nie innego podejścia, pamiętam jedynie nie najlepsze samopoczucie na samą myśl o tej króciutkiej książeczce.

Ze smutkiem stwierdzam, że nie. Pogląd na Pinokia nie zmienił mi się ani trochę. No dobra - dzisiaj doceniłam oprawę graficzną całości, cudne ilustracje. Ale treść wywołuje we mnie takie same dreszcze obrzydzenia jak kilka czy kilkanaście lat temu.

Nie mówię, że cała opowieść nie ma sensu, żadnego morału. To oczywiście jest. Ale...czy naprawdę nie można było tego napisać lepiej?

Odniosę się w tym momencie do poprzedniej historii mojego dzieciństwa - Pollyanny. Czyż tam przesłanie nie było bardzo proste? Nie chodziło o to - aż o to i tylko o to - by choć spróbować znaleźć powody do radości, uśmiechu, w każdej sytuacji? By - pozwolę sobie przypomnieć Wam trochę treści - kiedy dostajemy kule dla osoby niepełnosprawnej, zamiast upragnionej lalki radować się tym, że ten sprzęt nie jest nam potrzebny, nogi mamy zdrowe? No właśnie. I mimo że przekaz miał być tak banalny, Porter udało się stworzyć piękną powieść.

U Collodiego jest podobnie. Przesłanie proste - należy zawsze mówić prawdę, szanować rodziców, nie migać się od pracy. Szkoda tylko, że nie potrafił tego ubrać w ciekawą fabułę. 

Nie wiem. No nie wiem, ja się wynudziłam i teraz, i za każdym razem w przeszłości. To jest dla mnie chyba zbyt dziecinne, mimo że ta książka jest przecież przeznaczona specjalnie dla dzieci. I mimo tego, że głównie jako szczeniak ją czytałam.

To jest po prostu... za proste. W ogóle nie wymagało myślenia. Ot, bajeczka do przeczytania w kilkanaście minut. Podejrzewam, że już w dzieciństwie ujawniła się u mnie miłość do bardziej opasłych tomisk. Bo mała ilość stron też mi bardzo przeszkadza. I robiła to w przeszłości.

Wiecie co? Mnie się naprawdę nie chce dłużej o tej lekturze gadać.
Daję dwie gwiazdki, jedną za dobry morał, drugą za piękne obrazki. Za wykonanie nie daję nic, nie mam w zwyczaju naciągać ocen, czułabym się wtedy, jakbym okłamywała nie tylko samą siebie, ale i Was, czytelnicy.

2 komentarze:

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.