10.01.2014

Z życia autorki: za to jestem w stanie nawet zabić

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Heeej!

W ostatnim poście trochę ponarzekałam na tę naszą blogosferę książkową. Zadałam też pytanie, czego Wam, czytelnikom (niekoniecznie blogującym) brakuje na takich stronach. Jedna z wypowiadających się dziewcząt wysunęła sugestię: lifestyle'owe ciekawostki z życia blogerów. Jakże dobrze trafiła! Sama przez ostatnie parę tygodni przygotowywałam się do wprowadzenia tej kategorii postów na bloga. Nie pozostaje mi więc teraz nic innego jak tylko przychylić się do prośby czytelniczki. Już od dziś w każdy piątek - chyba że wypadki losowe to uniemożliwią - będzie pojawiał się post z serii Z życia autorki, co, mam nadzieję, pozwoli Wam mnie trochę poznać.

Dziś nie wychodzę poza tematykę główną bloga - będzie o literaturze. A konkretniej - o rzeczach, elementach w książkach, które sprawiają, że dane tytuły chcę rzucić w kąt, a autora zabić. Mam nawet w głowie obraz tego, w jaki sposób załatwiłabym takiego człowieka. Ale nie, nie napiszę tego publicznie - bo nie chcę zostać posądzona o demoralizację. Ani mieć nikogo na sumieniu, bo wejdzie sobie, nie daj Boże, jakiś sfrustrowany człowieczek do mnie na bloga, przeczyta to i owo, i jeszcze wypróbuje. Tak więc sposób zamordowania zostaje owiany tajemnicą, ale bądźcie pewni - chodzi mi o coś bardzo brutalnego. Ktoś może zaraz mi napisać: ale halo, o tym, co ci się nie podoba w książkach, to ty piszesz w recenzjach, więc na cholerę taki post? Otóż nie, jak się przekonacie dalej, o wielu aspektach słowem nie wspominam. Gotowi? Lecimy!

Za to jestem w stanie nawet zabić, czyli czego w książkach nienawidzę?

1. Miękkie okładki

Tak, wiem, że tytuły oprawione w twarde okładki są cięższe. I droższe chyba też. Ja jednak wolę wydać więcej, bo miękka okładka... może się po prostu łatwo zniszczyć. Z tego powodu obawiam się zabierać lekturę gdziekolwiek, bo co, jeżeli się pogniecie? Już raz tak mi się zdarzyło. A ja tak bardzo chciałabym mieć książkę wszędzie, gdzie się znajduję, ale i nie bać się, że się poniszczy.

2. Brak opisów fabuły na tylnej okładce

Teraz rzadko zdarza mi się iść do księgarni czy biblioteki z przysłowiowego buta, czyli bez uprzednio przygotowanej listy tego, co chcę przeczytać. Kiedy jednak tak robiłam, szlag mnie trafiał, kiedy, buszując po regałach, znajdowałam pozycję, która może i mnie zainteresowała tytułem czy okładką, ale nie miała opisu fabuły z tyłu. Skutecznie zniechęcało mnie to do kupna czy wypożyczenia danej książki. Ja muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia - i nie chodzi mi o rozwlekłe zarysy, co znajdę na kartach powieści. Lekkie wprowadzenie, nic więcej. Fragment całości (zazwyczaj są to dialogi) czy informacje o autorze nic mi nie mówią, ja chcę konkrety, o czym to jest. Kupowaniu kota w worku mówię stanowcze NIE!

3. Uparte spolszczanie imion autorów

Moda, której nie zrozumiem nigdy. Widzę to zwłaszcza podczas zagłębiania się w kryminały Agathy Christie. No właśnie, Agathy. To jest Agatha, nie Agata! Ktoś mi wyjaśni, jakim problemem jest naciśnięcie jednego klawisza więcej, tego z literą h? Wiem, że może w przypadku tej autorki wielkiej zmiany tutaj nie ma, ale mnie to denerwuje. To tak, jakby zamiast Stephen King, na okładce miało widnieć: Stefan King. Albo Stefan Król. Treść książki - tłumaczmy na nasz język, dane autora - powinny zostać nieruszone!

4. Okładki z podobiznami bohaterów

Wiele tytułów zostało zekranizowanych, zgoda. Jednak dla mnie niedopuszczalne jest umieszczanie na oprawie podobizn aktorów, które wcieliły się w dane role. To samo, jeżeli chodzi po prostu o rysunki postaci, wykonane na wzór tego, co wymyślił autor. Ludzie, NIE! To zabija moją wyobraźnię. Kiedy widzę taką okładkę, nie potrafię sobie wyobrazić niczego podczas czytania. A przecież czytamy też po to, by tę umiejętność u siebie wykształcić, prawda?

5. Błędy

Jakiekolwiek. Logiczne (choć tych raczej nie widuję), ortograficzne, interpunkcyjne, stylistyczne. Wszystkie. Książki to nie tylko relaks, one powinny też nieść za sobą jakąś wartość edukacyjną. Mówi się często, że czytając książki, uczymy się poprawnie pisać. Ehe, szkoda, że ja coraz częściej w to wątpię. 

6. Obcojęzyczne wstawki

Choć też zależy, o jakim języku mówimy. Z angielskim nie ma problemu, to samo - niemiecki. Jako tako przeżyłabym jeszcze hiszpański (gdybym kiedykolwiek natrafiła na lekturę ze wstawkami w tym języku - a chyba tego jeszcze nie doświadczyłam). Inne języki - odpadają. Bo innych języków się nie uczyłam. Jak widzę wstawkę z francuskiego (znów podam dzieła Christie jako przykład), to mnie trafia szlag. Nie wiem, jak się czyta to i to - co jest dla mnie problemem. Ktoś może mi powiedzieć: w internecie jest masa słowników, wiele umożliwia sprawdzenie, jak się wymawia dane słowo. Zgoda, nie neguję tego. Ale jak czytam, to czytam, a nie włączam komputer, żeby coś sprawdzić.

7. Zbyt powolne rozwijanie się akcji

Zwłaszcza, kiedy książka jest krótka. Powolną fabułę wybaczam tylko niektórym autorom, Kingowi przede wszystkim. Innym, szczególnie tym, których nie znam, nie odpuszczam - potrafię rzucić w kąt, jeżeli za długo się nic nie dzieje.

8. Fantastyczne wydarzenia i postaci

Z tym akurat staram się walczyć i czasami nawet mi wychodzi. Jednak póki co jestem bardzo sceptycznie nastawiona do magii w książkach. Jestem zwolenniczką realizmu.

9. Nijakie bądź nazbyt rozbudowane charaktery postaci

Bożeeee, nienawidzę. Zarówno moment, kiedy postać jest nijaka, bez wyrazu, jak i na odwrót - jest aż przeładowana. Z tą drugą sytuacją miałam do czynienia przy okazji czytania Jesiennej miłości. Główna bohaterka była wręcz święta, nigdy się nie denerwowała, nie gniewała, nie robiła absolutnie NIC złego. Przecież to jest tak sztuczne, że aż śmieszne!

10. Wciskanie wątków miłosnych

Wszędzie. W każdą możliwą historię. Nie znoszę, nie znoszę, nie znoszę. Wątki miłosne same w sobie nie są złe, ale muszą być poprawnie opisane. A to mało kiedy się zdarza - zazwyczaj wychodzi z tego tania historyjka o miłości.

Dobra, kochani. Główne grzechy wypisałam, więcej chyba nie wymodzę nic, a i tak mam wrażenie, że rozpisałam się za bardzo. 
Już za tydzień kolejna notka z cyklu Z życia autorki, a w niej... Albo nie. Dowiecie się w swoim czasie, cierpliwości.
W każdym razie - jeżeli jest coś, czego chcielibyście się o mnie dowiedzieć, śmiało - zasugerujcie mi to, ja wszystko przemyślę i może uchylę kolejny rąbek tajemnicy. Tylko pamiętajcie - żadnego przekraczania granic, tematów zbyt prywatnych. Nie wyciągniecie ode mnie rozmiaru stanika, koloru bielizny ani innych pikantnych szczegółów!

3 komentarze:

  1. Podzielam Twoją niechęć do większości wypunktowanych aspektów. A już spolszczanie imion to wręcz faux pas. (To francuskie wyrażenie wrosło w nasz język do tego stopnia, że traktujemy je jak swoje:-)).
    Miłosne wątki ni z gruszki, ni z pietruszki, toż samo.

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, a ja właśnie wolę książki w miękkich okładkach od tych z twardymi :]

    Odnośnie punktu drugiego: w dzisiejszych czasach i tak pod tym względem panuje luksus. Wyobraź sobie, jakie katusze musieli cierpieć czytelnicy kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu kiedy brak streszczeń fabuły na tylnej okładce był rzeczą powszechną xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Większość wymienionych przez ciebie hmmm niedogodności, wynika z decyzji wydawcy, a nie autora. Faktycznie miękkie okładki szybko się niszczą, szczególnie w mojej torebce - ja znalazłam na to taki patent, że przenoszę je w koszulkach.
    Na problem drugi również mam rozwiązanie - po prostu czytam kilka losowych fragmentów, żeby przynajmniej wiedzieć, czy styl pisania autora mi pasuje. Zresztą robię tak również w przypadku książek z opisami (które niekiedy są ciekawsze niż cała książka i mogą zwodzić na manowce). No i teraz, w erze smartfonów, można ewentualnie poszukać jakiegoś krótkiego streszczenia w sieci.
    Co do punktów 3,4,5 - zgadzam się bez uwag.
    6. Hmm, kiedyś było modne, aby w narracji wrzucać frazy w łacinie czy po francusku (jeszcze jak w przypisach podano tłumaczenie, to ok, ale zdarzało się i bez tego). Faktycznie, jak się nie zna danego języka, to trochę to irytuje, ale ostatecznie mój odbiór takich wstawek zależy od ich roli w tekście. Jeśli jest uzasadniona, np. pochodzeniem bohatera, to przejdzie. Jeśli autor chce się pokazać jako poliglota, to już podchodzę do tego bardziej krytycznie.
    8 - kwestia gustu. Rynek wydawniczy jest na tyle duży, że można uniknąć sięgania po fantastykę. Na pewno nie jest to dobry motyw morderstwa ;).
    9, 10 - z tym trudno się nie zgodzić.

    Od siebie dodałabym nadmierne przeciąganie serii książek, brak sensownych postaci kobiecych, niekonsekwentny wygląd tomów wchodzących w skład jednej serii oraz powielanie popularnych w danym momencie motywów.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.