21.01.2014

Eleanor H. Porter "Pollyanna"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Eleanor H. Porter
Tytuł: Pollyanna
Tytuł oryginału: Pollyanna
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Cena: brak informacji
Liczba stron: 178

Poszukując radości w życiu...

Po śmierci ojca, jedynej bliskiej osoby, jedenastoletnia Pollyanna Whittier trafia do domu swojej ciotki, panny Polly Harrington. Mimo pogodnego nastawienia do życia i postanowienia - będącego właściwie grą, w którą grała z nieżyjącym rodzicem - by w każdej sytuacji szukać czegoś, z czego można czerpać radość, zdecydowanie nie jest to łatwe doświadczenie dla osieroconej dziewczynki. Krewna okazuje się być osobą oschłą, nader surową i negatywnie nastawioną do wysłuchiwania opowieści o życiu siostrzenicy...

Czy to możliwe, by dziecko nauczyło osoby dorosłe optymizmu?

Niedawno postanowiłam wrócić na chwilę do książek, które kiedyś już czytałam. Dziś zafundowałam sobie mały powrót do przeszłości, do lat mojego dzieciństwa. Musicie bowiem wiedzieć, że Pollyanna to historia, która wiernie towarzyszyła mi w czasie moich szczenięcych lat. Kiedy nie było czego czytać, czytałam ponownie, raz za razem, tę poruszającą historię. Teraz, korzystając z tego, że po latach fabuły nie pamiętałam niemal w ogóle, oraz z tego, że naprawdę chciałam poprzypominać sobie stare czasy, stwierdziłam, że poświęcę Pollyannie chwilę znowu, a przy okazji zobaczę, czy moje odczucia do tej opowieści się zmieniły.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że tak naprawdę sporo pamiętałam. Owszem, umknęło mi wiele wydarzeń, i to dość kluczowych dla całości. Jednak wiele cytatów wyraźnie siedziało mi w głowie przez te wszystkie lata - pamiętałam je dokładnie, słowo w słowo, ale z czasem zapomniałam, skąd pochodzą. 
Nie przeszkodziło mi wcale to, że nie był to pierwszy raz, kiedy sięgnęłam po tę pozycję. W ostatnich godzinach zakochałam się w niej ponownie. 

Opowiadanie o dziecku, które grało w grę polegającą na wynajdywaniu nawet najgłupszych powodów do radości, urzeka. Cudownie jest czasem poczytać coś niewymagającego, przypomnieć sobie, jak beztroskie są dzieci i - być może - samemu ponownie choć na moment stać się takim maluchem. A może nie na moment? Nie na kilka minut? Bo - tak naprawdę - co stoi na przeszkodzie temu, byśmy chociaż próbowali codziennie wynajdywać motywację do uśmiechnięcia się? Chociaż jeden mały pretekst w ciągu dnia może uczynić go lepszym, kolorowym. Wydaje mi się, że jest to nam potrzebne - bo szara rzeczywistość naprawdę jest szara. I może zniechęcić. Ilu z nas jest zagonionych, zawalonych obowiązkami, zobowiązaniami, nie ma czasu na nic? Wielu, o ile nie wszyscy. Dlatego myślę, że gra w radość idealnie sprawdziłaby się w roli takiego małego promyczka słońca, który sprawiłby, że zwykły dzień byłby choć trochę bardziej znośny niż zwykle. A powód do uciechy wcale nie tak trudno znaleźć. Czasami wystarczy się po prostu dłużej zastanowić.

Wracając jeszcze na chwilę do fabuły. Ogromnie współczułam tytułowej bohaterce. Współczułam nie tylko dlatego, że w bardzo młodym wieku straciła rodziców i rodzeństwo. Żal mi jej było przede wszystkim z prostego powodu: kiedy człowieka - zwłaszcza dziecko - spotyka taka tragedia jak śmierć kogoś bliskiego, potrzebuje on kogoś, kto pomógłby mu przez to przejść. Potrzebuje troski, uwagi. Pollyanna nie mogła liczyć na czułość cioci. Została wręcz zmuszona do tego, by zapomnieć o życiu, jakie wiodła przed przyjazdem do nowego miejsca zamieszkania. Czy to nie przerażające?

Wydaje mi się, że już więcej mówić nie muszę, pozostaje mi tylko...
Wystawić przedmiotowi dzisiejszego wpisu pięć gwiazdek. To był rewelacyjny poranek i popołudnie, spędzone z ukochaną opowiastką z dzieciństwa.

6 komentarzy:

  1. Jeśli zdecydowałaś się dać pięć gwiazdek, to musi być nie lada powód. Widać, uczucia towarzyszące obecnej lekturze, mają niewysychające źródło w dalekiej, mgliście tajemniczej krainie przeżyć.
    Swoją drogą, czy tak bardzo dorosła osoba, jaką jestem, potrafiłaby jeszcze wrócić do lektury dzieciństwa...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco polecam spróbować! Warto naprawdę. Sama jeszcze niedawno się wzbraniałam przed tego typu akcjami - a nie jestem tak bardzo dorosła, w tym roku skończę dopiero 20 lat.

      Usuń
  2. Czytałam tę powieść kilka lat temu, ale pamiętam sporo. Bardzo mi się podobała. Klimatem przypominała nieco Anię z Zielonego Wzgórza, a to są dobre klimaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, wiedziałam, że zapomniałam we wpisie czegoś uwzględnić! Podobieństwo do "Ani z Zielonego Wzgórza" jest ogromne!

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.