31.12.2014

Jodi Picoult "Zagubiona przeszłość"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jodi Picoult
Tytuł: Zagubiona przeszłość
Tytuł oryginału: Vanishing acts
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Cena: 34 zł
Liczba stron: 528

Kiedy wszystko, co znamy, okazuje się być zupełnie inne...

Delia Hopkins mieszka w uroczym miasteczku w stanie New Hampshire. Wraz z narzeczonym wspólnie wychowuje swą jedyną córeczkę. Ma też psa, z którym pracuje przy poszukiwaniu zaginionych ludzi. Moglibyśmy powiedzieć: poszczęściło jej się, ta to ma farta. Niestety, los bywa okrutny i w swej nieczułości postanowił doświadczyć też naszą bohaterkę. Delię zaczynają nawiedzać wspomnienia, których nie potrafi wytłumaczyć, a wkrótce w domu Hopkinsów pojawia się policja z informacją, która całkowicie zburzy spokój i poczucie bezpieczeństwa młodej matki...

Ci z Was, którzy mnie znają, doskonale wiedzą - był czas, kiedy z fanatycznym wręcz uwielbieniem rzucałam się na wszystko, co wyszło spod pióra Jodi Picoult, a co przez przypadek znalazłam w księgarni. To autorka, której zawdzięczam miłość do książek trudniejszych, traktujących o życiowych rozterkach, problemach. Właściwie nie wyobrażam sobie zwykłego, lekkiego czytadła, na okładce którego widniałoby jej nazwisko. I bardzo dobrze - wyrobiła sobie kobieta markę, jest ceniona właśnie za umiejętne dotykanie kontrowersyjnych tematów i osobiście uważam, że tak powinno zostać.

Z Zagubioną przeszłością miałam do czynienia już dawno temu, nawet nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie - ale obstawiam, że około czterech lat temu. Mimo upływu czasu moje wrażenia z tej lektury nadal są aktualne, a wspomnienia żywe.

Pamiętam jak dziś swoją radość, kiedy zaznajomiłam się z opisem zamieszczonym na tylnej okładce. Już wtedy wiedziałam, że kroi się naprawdę wielki kawał czegoś dobrego, ale i ciężkiego w odbiorze.

Pamiętam jak cieszyłam się, że w tej historii znowu możemy poznawać wydarzenia z punktu widzenia różnych osób. Zawsze już będę sądzić, że to wspaniały zabieg - dzięki niemu głębiej poznajemy poszczególnych bohaterów, a i nikt nam niczego nie narzuca. Ta dowolność, po czyjej stronie stanąć, kogo postępowanie zrozumieć, a czyje być może potępić - to wspaniałe uczucie. Szkoda, że w tak niewielu pozycjach dotychczas odczułam taką swobodę. Choć z drugiej strony - to swego rodzaju, przynajmniej dla mnie, znak rozpoznawczy Picoult, gdyby nagle w podobny sposób zaczęli tworzyć inni pisarze (a z czasem przecież byłoby ich coraz więcej i więcej), zatraciłaby swoją indywidualność.

Nie do zatarcia są te momenty, kiedy wraz z postaciami przeżywałam to, co ich spotykało. Kolejne fantastyczne odczucie do kolekcji: próba zrozumienia tego, co i dlaczego się dzieje, kiedy to tak naprawdę wcale nie jest takie proste do wytłumaczenia. A także chwile, kiedy akcja zbaczała na taki tor, że śmiałam się, płakałam, byłam zdziwiona - rewelacja, moi drodzy.

Żeby nie było tak słodko - koniec końców bardzo irytowała mnie kreacja Ruthann i wątki z nią związane. Uważam, że było to bardzo naciągane, pisane po to, byle było. Powieść nic by nie straciła, gdyby tych napomknień zabrakło - a w moich oczach na pewno by zyskała. 

Trochę przejadły mi się też fragmenty fachowe, dotyczące przykładowo prawa. To może i jest fajne, jednak kiedy pojawia się w absolutnie każdym tomie, robi się powoli nudne i irytujące. 

Niestety - przyznać też muszę, że wbijające w fotel niespodziewane zakończenia czasami przestają szokować. I tak tutaj było ze mną.

Mimo wszystko - czytało się dobrze. Niby ciężko - pod względem tematyki - ale łatwo ze względu na styl. To mieszanka idealna.

Tak więc dziś...
Mam ochotę pomarudzić, jest przeciętnie. Dziś emocje już opadły, jednak przez wzgląd na to, co czułam kiedyś - jest trochę gorzej niż byłoby na świeżo teraz. Polecam wszystkim, którzy lubią cięższą literaturę, jednak zastrzeżenie moje jest takie: Picoult zdecydowanie nie jest autorką, której powieści powinno się czytać hurtowo jedną po drugiej. Powoli, odpoczywajcie między kolejnymi tytułami. Inaczej zaczniecie się denerwować i nie docenicie czegoś, co jest naprawdę tego respektowania warte. Ja czytałam jak opętana, bo się zachłysnęłam, zachwyciłam, zakochałam. Ale po latach żałuję, że nie rozkładałam sobie tego na mniejsze dawki.

24.12.2014

Życzenia świąteczne

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani!

Dziś krótko, zwięźle i na temat - życzę Wam, by najbliższe dni minęły Wam w miłej, spokojnej atmosferze. Odpocznijcie, nacieszcie się obecnością najbliższych. Nie przesadźcie z ilością spożytych smakołyków ;)
No i oczywiście - samych pomyślności (w tym - najlepszych książek świata, ma się rozumieć) w Nowym Roku!

18.12.2014

Inicjatywa społeczna: pomóżmy dzieciakom polubić lektury

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Kochani!

Ufam, że nie muszę Wam tłumaczyć, jak ważne jest, by człowiek już od najmłodszych lat był zachęcany do czytania książek, jeśli chcemy, by cenił tę formę spędzania czasu w dalszym życiu. Oczywiście, duży wpływ na podejście smyka do literatury mają rodzice i reszta rodziny. Jednak później zaczyna się szkoła i lektury obowiązkowe. I tu napotykamy przeszkody.

Choć sama nie pamiętam, by kanon książek obowiązkowych w podstawówce był dla mnie ciężki do przejścia, nie da się ukryć: pozycje te często są nieaktualne. Napisane trudnym językiem. Traktujące o sprawach, których współczesne dziecko nie zrozumie. To może prowadzić do tego, że maluchy się zniechęcą. A z wiekiem będzie coraz gorzej, bo i tytuły coraz poważniejsze, wymagające większego wysiłku przy poznawaniu. 
Na szczęście w końcu ktoś, kto może coś zdziałać, zauważył problem i postanowił spróbować go rozwiązać w bardzo przyjemny sposób.

Otóż, na stronie Ministerstwa Edukacji znajduje się ankieta, w której można podać tytuły pięciu własnych propozycji odnośnie tego, co powinny czytać dzieciaki.
Co najlepsze i najważniejsze w tym kwestionariuszu - to, kim jesteśmy, w żaden sposób nie utrudnia ani nie uniemożliwia nam wzięcia udziału w głosowaniu. Nie musimy być nauczycielami. Nie musimy mieć własnych dzieci. Możemy być studentami, a nawet uczniami - nasze sugestie również są pożądane i brane pod uwagę.

Ankieta znajduje się tu, a jej wypełnienie zajmuje dosłownie kilka chwil (jeśli ktoś naprawdę nie ma teraz dwóch minut czasu - oddawanie głosów możliwe jest do 31 stycznia 2015 roku) Uważam, że warto się wypowiedzieć, podać tytuły naszych ukochanych książek z dzieciństwa - razem możemy sprawić, że najmłodszym będzie czytało się milej. A to w konsekwencji być może zaowocuje tym, że w przyszłości coraz więcej i więcej ludzi będzie kochało i ceniło czytanie.

Ja już wypisałam tytuły pięciu swoich faworytów, a Wy?

11.12.2014

Kiera Cass "Rywalki"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Kiera Cass
Tytuł: Rywalki
Tytuł oryginału: Selection
Wydawnictwo: Jaguar
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczarowska
Cena: 37,90 zł
Liczba stron: 333

Stając przed szansą na lepsze życie...

Mieszkańcy Illei podzieleni są na klasy społeczne. America wywodzi się z Piątek, razem z rodziną należy do grupy artystów. Sytuacja materialna w domu Singerów nie jest jeszcze najgorsza, jednak nie można też powiedzieć, by było jej blisko do ideału. Właśnie dlatego matka dziewczyny próbuje namówić ją do wzięcia udziału w Eliminacjach - konkursie, który ma na celu znalezienie idealnej żony dla księcia kraju. Małżeństwo z tak wysoko postawionym człowiekiem wiąże się z poprawą warunków bytowych zarówno szczęśliwej wybranki jak i jej krewnych. Główna bohaterka, mimo że nie chce, w końcu decyduje się spróbować swoich sił w walce o męża. Wkrótce przekonuje się, że wcale nie jest już taka pewna tego, że życie u boku bogatego mężczyzny nie jest tym, czego pragnie...

Co za ironia losu - studiuję filologię polską, a nie mam czasu na czytanie książek. Tak, wiem, wychodzę na hipokrytkę, bo nie dalej jak w styczniu popełniłam wpis, w którym udowadniałam, że czas na lekturę da się znaleźć zawsze. Na swoją obronę mam tylko jedno - ogarnę to. Nauczę się lepiej planować dzień, tak, by nie zaniedbać ani obowiązków, ani nie odmawiać sobie przyjemności.

Właściwie ostatnio poczyniłam pierwsze próby w kwestii nauki organizowania czasu. W niedzielę, między drukowaniem materiałów na najbliższe zajęcia, nauką na kolokwium z łaciny a przeglądaniem Facebooka (przyznaję - to ustrojstwo też odpycha mnie od książek), pomyślałam: kurczę, poczytałabym sobie. Zaraz też stwierdziłam, że taka okazja długo może się nie powtórzyć, więc od razu skierowałam się w stronę regałów. Zrezygnowałam z kontynuowania Zmierzchu - do niego wrócę później. Sięgnęłam za to po mój nowy nabytek - Rywalki autorstwa Kiery Cass. 

W planach miałam przeczytać kilka, kilkanaście stron. No, powiedzmy, że 100 to góra. Skończyło się tak, że tego dnia do niczego, co związane ze sprawami uczelnianymi już nie wróciłam. Za to na 333 strony powieści w około 4-5 godzin czytania pokonałam 202. Niezły wynik, co? Przynajmniej ja jestem z niego zadowolona. Choćby się miało walić i palić, częściej muszę robić sobie weekend z książką. I to taką czytaną dla przyjemności, nie z obowiązku, dodajmy.

Ale do rzeczy. Dlaczego otworzenie Rywalek oznaczało dla mnie koniec jakichkolwiek innych aktywności? Bo, moi drodzy, ta historia wciąga. Wciąga, intryguje i nie pozwala czytelnikowi się od niej oderwać.

Właściwie nie potrafię Wam powiedzieć, co jest w niej takiego niezwykłego. Fabuła jest przecież dość prosta, niespecjalna - rodzina potrzebująca pomocy materialnej, widmo lepszego życia, a do tego wątki miłosne w tle. Ot, zwykła młodzieżówka, którą poznasz, odłożysz i o niej najpewniej zapomnisz.

Nie w przypadku Cass. Styl, jakim się posługuje, jest tak przyjemny w odbiorze, że aż nie chce się zamykać tomu, a linijka za linijką (nadmienić warto, że czcionka jest duża, oko ją polubi) mijają w ekspresowym tempie. A wierzcie mi, że akcja nie obfituje w zdarzenia mrożące krew w żyłach, jej tempo też jest umiarkowane. 

Do tego moja ulubiona, pierwszoosobowa narracja - tak, to jest to! Autorka wiedziała, co robiła. Choć nie ukrywam - mogła jeszcze pokusić się o napisanie rozdziałów z perspektywy Maxona, byśmy mieli pełny obraz tego, co się dzieje i jak on odbiera różne wydarzenia. To już byłby majstersztyk.

Bohaterowie? Według mnie - bardzo dobrze nakreśleni, zwłaszcza Ami, ale to dzięki temu, że całość została spisana z jej punktu widzenia. Innych chciałoby się poznać trochę bardziej, lepiej, ale i tak nie jest źle.

Sama idea Eliminacji wydała mi się na początku intrygująca, jednak koniec końców czuję się trochę zawiedziona. Nie działo się nic specjalnego podczas tego konkursu, a oczekiwałam emocji, prawdziwej rywalizacji. Nie dostałam tego, a szkoda.
Przyznam też szczerze - czytając o tych zmaganiach, miałam skojarzenie z żenującym programem, emitowanym do niedawna na TVN-ie, takim pod tytułem Kto poślubi mojego syna?. Mam nadzieję, że nie wiecie, o czym mówię.

Mimo tych wszystkich niedociągnięć, lektura przedmiotu dzisiejszego wpisu była dla mnie naprawdę miłym przeżyciem. Fajnie tak móc się czasami kompletnie zanurzyć w świecie wykreowanym przez autora, nawet jeśli jego powiastka właściwie niczego do życia nie wnosi. Według mnie to rewelacyjny sposób na relaks, kompletny reset. 

Nie boję się tego powiedzieć - jeśli mówimy o powieści młodzieżowej, Cass odwaliła kawałek naprawdę porządnej roboty. Nie przesadziła w żadną stronę, pisząc o jakichś wampirach, zbyt plując na nas miłością, nic z tych rzeczy. Stworzyła przyjemną, klimatyczną historię, która jak najbardziej trafi do młodych umysłów - no, dziewczyńskich, bo nie wyobrażam sobie chłopców zaczytujących się w tej pozycji - i pokaże im, że literatura może być ciekawa, a świat nie kończy się na złym kanonie tytułów obowiązkowych, których znajomości wymaga ten okropny polonista.

Tak więc dzisiaj...
Nie zważam na wady i wystawiam cztery gwiazdki. Było bardzo dobrze, ciekawie, mogło być jeszcze fajniej, ale cieszę się z tego, co jest. Jeśli ktoś potrzebuje wyłączyć się przy czymś łatwym i przyjemnym, polecam. Rywalki to także dobra propozycja na prezent pod choinkę dla Waszych nastoletnich krewnych!

01.12.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - listopad 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w poniedziałek!

Kurczę, jak ten czas szybko leci. Niedawno pisałam takiego posta w styczniu, a tu już za rogiem kolejne Święta Bożego Narodzenia się czają. Wow.

Listopad był miesiącem bardzo ciężkim i słabym, jeśli chodzi o czytanie. Stąd w tej odsłonie głosowania na książkę miesiąca do wyboru jest jeden spośród dwóch tytułów. Zasad nie przypominam, bo je znacie. 
Mam nadzieję, że grudzień będzie troszeczkę lepszy, brakuje mi regularniejszego pisania dla Was ;)

Głosowanie trwa od dziś, 1.12.2014, do 8.12.2014 do godz. 23.59!

30.11.2014

Frances H. Burnett "Mały lord"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Frances H. Burnett
Tytuł: Mały lord
Tytuł oryginału: Little Lord Fauntleroy
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
Cena: 9,90 zł
Liczba stron: 175

Odkrywając prawdę o swoim pochodzeniu...

Siedmioletni Cedryk wiedzie skromne życie u boku swojej mamy. Wychowuje się bez taty, który zmarł, gdy ten był jeszcze całkiem mały. Chłopczyk swoją urodą i sposobem bycia ujmuje każdego dorosłego, lubią go też dzieci. Jego życie gwałtownie się zmienia, kiedy pojawia się w nim dziadek. Dziadek, który jest hrabią o bardzo nieprzyjemnym usposobieniu i który przed laty wyrzekł się swojego syna, ojca Cedryka. Siedmiolatek dowiaduje się, że w przyszłości ma odziedziczyć bogactwo nowo poznanego krewnego, ale oznacza to, że musi z nim zamieszkać już teraz i rozluźnić więź łączącą go z matką...

Ostatnio znów nawiedził mnie kryzys czytelniczy. Tym razem jednak nie chodziło o to, że czytać mi się nie chce, wręcz przeciwnie - ochota była i jest, za to z czasem już różnie. Dlatego tydzień temu postanowiłam ponownie wrócić do lat swojego dzieciństwa i sięgnęłam po w miarę krótką opowiastkę, jaką jest Mały lord autorstwa Frances H. Burnett.

A teraz powiem Wam coś szczerze. Powodem, dla którego sięgnęłam po tę pozycję, było to, że postanowiłam sobie nie zakończyć miesiąca z zaledwie jedną przeczytaną książką na koncie. Gdy wybór padł na historyjkę dla dzieci, pomyślałam: dobra, najwyżej trochę pocierpię, a po lekturze się wyżyję na blogu. I z takim - nazwijmy to, dość negatywnym - nastawieniem zabrałam się do czytania.

Muszę przyznać, że czegoś takiego się nie spodziewałam. Moi drodzy, losy małego Cedryka porwały mnie od pierwszych linijek.

Styl, jakim posługuje się Burnett, jest bardzo przystępny i przyjemny dla oka przeciętnego czytelnika - choć myślę, że to nic szczególnego, jeśli mówimy o literaturze stricte dziecięcej. Szczerze nie wyobrażam sobie trudniejszego języka w tego typu powieści - maluchy miałyby problem ze zrozumieniem treści, a w obecnej formie mają wszystko podane na tacy. Także i mnie, osobę dorosłą, to urzekło. Naprawdę potrzebuję teraz łatwych fabuł, czegoś, co się szybko czyta. I tu to otrzymałam.

Bohaterowie są doskonale  nakreśleni, właściwie nie da się obok żadnego z nich przejść obojętnie, nie odczuwać niczego. Hrabia to, powiedzielibyśmy dzisiaj potocznym językiem, burak i zgorzkniały egoista, zaś jego wnuczek... dziecko idealne. Piękne, niby skore do psot, a jednak umiejące się zachować, miłe, rozmowne, uczynne. Kto by go nie lubił? Nawet ja bym nie dała rady, choć ogólnie mój stosunek do dzieciaków nie jest za dobry.

Bardzo podobało mi się ukazanie tego, jak dobroć jednego człowieka może zmienić inną osobę - taką, która kieruje się zupełnie innymi wartościami, nie dostrzegając czasem naprawdę istotnych spraw. Uważam, że to bardzo ważny morał - powinniśmy być w porządku wobec świata i ludzi, bo być może pokażemy komuś, że można żyć inaczej, lepiej. Poza tym - fajnie jest pomagać. Przyjemnie patrzy się na to, jak dzięki nam komuś funkcjonuje się łatwiej.

Jedyne, co mnie denerwowało w przedmiocie dzisiejszego wpisu, to regularne przypominanie, jaki uroczy pod względem urody był lord Fauntleroy. Nie jestem w stanie zrozumieć, po co wspominać o tym raz za razem, dla mnie to tylko i wyłącznie pisanie po to, by pisać, by zapełniać kolejne linijki. Niedobrze.

Ogólnie jednak...
Nie mam się do czego przyczepić na poważnie, więc wystawiam cztery gwiazdki. Mały lord to klasyka, którą powinien poznać każdy - bez względu na wiek, przekonania i inne czynniki. Powieść ma szansę trafić do każdego, trzeba tylko wgłębić się w tekst.

21.11.2014

Kolumna dyskusyjna: piszę bloga o książkach - czy zawsze muszę je wychwalać?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Hej!

Ostatnimi czasy coraz rzadziej czytam recenzje - lub, jak kto woli: opinie - na blogach książkowych. Powody mam różne. Głównie winę za obecny stan rzeczy ponoszą zaczęte przeze mnie miesiąc temu studia, które pochłaniają ogrom mojego czasu. Nie ukrywam jednak tego, że kiedy już chwilę znajdę, raczej na blogi nie zaglądam, a jeśli już, to czytam raczej te luźniejsze posty, dyskusyjne, bo... o książkach czytać mi się nie chce. W blogosferze książkowej stan zasłodzenia osiągnął już jakiś czas temu taki poziom, że tego się nie da ogarnąć rozumem. 

Znaczy, ja rozumiem. Wszystko jest kwestią gustu, co dla mnie jest perełką, dla kogoś innego może być gniotem i na odwrót. Rozumiem to i toleruję, akceptuję, że ktoś ma inne zdanie. Przyznaję też bez bicia, o czym być może już wspominałam, że z nowościami czytelniczymi jestem nieźle na bakier, więc często nie wiem o czym mowa, nie jestem w stanie sprawdzić, czy naprawdę język jest tak przystępny, kwiecisty, czy jaki tam jeszcze... Ale, na litość boską, ja miałam już niejednokrotnie przyjemność natrafić na stronę, na której były publikowane same laurki. Wszystko było wspaniałe, z każdą pozycją autor takiego internetowego kącika ma świetne wspomnienia, ani jednego złego słowa (chociażby o okładce, że kolory brzydkie albo font nie taki!) nie uświadczysz. Ileż można czytać coś takiego? Wierzycie w wiarygodność takiego blogera? Ja nie. Rację miał Jarek Czechowicz w tekście, który wiele osób - w tym ja sama - skrytykowało, bo za bardzo bił w osoby publikujące swoje pisaniny w sieci. Tak, moi drodzy - o ile blog nie jest dla Was li i jedynie odskocznią od szarej codzienności, jeżeli zależy Wam na tym, by szlifować styl, to nic nie  nadaje się do tego lepiej niż teksty krytyczne. Warto o tym pamiętać. Pisanie psalmów pochwalnych na dłuższą metę nam nic nie da, czasami trzeba się trochę poznęcać nad jakąś pozycją, naturalnie - bez przesady. Tylko wiecie co? Mnie bardziej od samego zjawiska masowego chwalenia wszystkiego co popadnie interesuje to, skąd ono się wzięło i dlaczego jest w ogóle w sieci obecne.

Naturalnie, pierwsze co mi przyszło na myśl, to te całe współprace z wydawnictwami. Ja tej mody nie rozumiem, sama wolę sobie załatwiać książki, które przeczytam i o których Wam napiszę, ale jak kto woli. W każdym razie, wydaje mi się, że niektórzy blogerzy nawet czasami by chcieli powiedzieć coś nie do końca pozytywnego, ale się boją reakcji tych dobrodziejów, dzięki którym mają pozycje za darmo, zwłaszcza że czasem to są egzemplarze jeszcze nie do kupienia, nowe. Zresztą - ile ja sama się nasłuchałam i naczytałam historii, że ktoś coś tam skrytykował, z kulturą, ale powiedział, że coś było w jego opinii złe, a konsekwencją było zerwanie współpracy, odcięcie dopływu darmowych czytadeł! Ba, żeby tylko to - pamiętacie aferę z wydawnictwem Novae Res? Tu już była groźba, że sprawa znajdzie swój finał w sądzie. No właśnie. Ja się nie dziwię, że się ludzie boją odezwać jak sprawa ma się tak a nie inaczej, ale... czy nie lepiej w takim razie nie zamykać sobie samemu ust i we własnym zakresie docierać do tego, co się chce czytać? Przecież, oprócz księgarni, istnieją jeszcze biblioteki, nie płacimy za wypożyczenia. Można więc powiedzieć, że kasę, którą zaoszczędzamy, zamieniamy jedynie na sam wysiłek dojścia do wypożyczalni i sięgnięcia na półkę. Ale nie, sporo osób nadal się opiera. Szkoda.

Można obawiać się też czegoś innego - reakcji autorów. O ile w przypadku tych zagranicznych nic nam nie grozi - ręka w górę, kto wierzy, że na jego bloga zajrzy kiedyś Stephen King i jak zobaczy, że coś się nie podobało, to ześle na autora strony wszelkie plagi egipskie i osobiście się postara, żeby te straszne historie, które wymyśla, wydarzyły się naprawdę - o tyle z naszymi rodzimymi pisarzami mamy problem. Krępujemy się, bo jak napiszemy złe słowo, on może je przeczytać, ba, skomentować też ma możliwość. I czasami rzeczywiście przekonujemy się, że te lęki wcale nie są nieuzasadnione. Chociaż osobiście uważam, że to, że ktoś nie potrafi znieść krytyki, to wyłącznie jego sprawa. W skrajnych przypadkach taka osoba powinna znaleźć inne zajęcie w życiu, bo zawsze znajdzie się ktoś, komu się nie spodoba to, co robimy, a nie możemy nikomu zakazać się odzywać.

W to, że ktoś natrafia na same arcydzieła literatury i absolutnie nigdy go to szczęście nie omija - przepraszam, ale nie wierzę. Tak samo jak ufam - być może bardzo naiwnie - w to, że nie ma na świecie osób, które by nie zauważały takich podstaw jak chociażby zbyt prosty styl, liczne powtórzenia. Nie dołujcie mnie. Powtarzające się kilkaset razy słowo widzi każdy, i chyba większość z nas jest w stanie wysnuć wniosek, że autor ma ubogi zasób słownictwa, a z tego rodzi się kolejna konkluzja - cholera, to źle świadczy o piszącym? No jesteście w stanie to zrobić czy nie? Inteligentni jesteście przecież. 

Oczywiście - istnieje jeszcze możliwość, że ktoś ma po prostu taki pomysł na bloga. Że pisze tylko o tych książkach, które mu przypadły do gustu. Tylko że warto byłoby, gdyby takie osoby zamieściły gdzieś w widocznym miejscu informację, że tu, na tej stronie wszystko jest piękne i różowe. Bo ja na przykład się męczę, jeśli za dużo dobrego widzę, a taka adnotacja pozwoliłaby mi po prostu szybciej zamknąć przeglądarkę i poszukać innych adresów.

Tak więc, ode mnie na koniec apel: kochani, nie obawiajcie się pokazywać rzeczywistości taką, jaka ona jest. Nikt Wam za kulturalne powiedzenie prawdy krzywdy nie zrobi. Do biblioteki możecie iść zawsze. Tylko, na litość boską, uświadomcie sobie, że czasem coś jest naprawdę słabe i nie ma co oszukiwać siebie i innych, że tak nie jest. A czasem kuleje tylko jakiś element, co ładnie można wpleść w ogół pozytywnej recenzji. Zrozumcie, że nie istnieje ani jeden powód, dla którego powinniście zatracać swoją wiarygodność! Na dzień dzisiejszy my, blogerzy, mamy jednak sporo do powiedzenia, nawet jeśli czytamy sami siebie wzajemnie, to jednak polecamy i odradzamy różne tytuły - róbmy to z głową i nie okłamujmy innych. Wszak chyba nikt z nas nie chciałby, by polecono mu chłam, prawda? Wcielmy więc w życie zasadę nie rób drugiemu co tobie niemiłe. Będzie fajniej. Serio.

A czy Was denerwuje wylewanie hektolitrów lukru na co drugą książkę? Wierzycie w 100% w te wszystkie ochy i achy? Jak myślicie - skąd to się bierze?

15.11.2014

E. L. James "Pięćdziesiąt twarzy Greya"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: E. L. James
Tytuł: Pięćdziesiąt twarzy Greya
Tytuł oryginału: Fifty Shades of Grey
Wydawnictwo: Sonia Draga
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Cena: 39,90 zł
Liczba stron: 606

Witaj w świecie perwersji...

Anastasia Steele to młoda studentka. Dotychczas w jej życiu sprawy uczuciowe praktycznie nie istniały, sama dziewczyna przyznawała, że nie spotkała tego kogoś, przez kogo serce zaczęłoby mocniej być. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dnia, w którym bohaterka w zastępstwie swojej chorej przyjaciółki musi przeprowadzić wywiad z młodym, bogatym przedsiębiorcą. Przedsiębiorcą, który jest tak przystojny i tajemniczy, że Ana nie jest w stanie nie zwrócić na niego uwagi. Wiele wskazuje na to, że zainteresowanie jest obustronne, ale wszystko komplikuje się, kiedy Steele zaczyna poznawać prawdziwą naturę i niecodzienne upodobania Christiana Greya...

Jestem idealnym przykładem na to, że studia potrafią czasami nieźle namieszać w głowie i uwstecznić człowieka. Mam w planie zajęć tak zwany przedmiot-zapychacz, a warunkiem jego zaliczenia jest wygłoszenie referatu na wybrany przez siebie temat. I tak, kochani, żeby było śmiesznie, żeby zrobić coś z jajem, zdecydowałam, że wezmę się za opracowywanie fenomenu bestselleru jakim jest Pięćdziesiąt twarzy Greya. Dzisiaj już wiem, że następnym razem milion razy się zastanowię, uderzę głową w coś twardego, zanim porwę się na taką głupotę. 

Naprawdę myślałam, że przeczytanie tej pozycji jakoś mi pomoże. Że wpadnie mi do głowy chociaż jakiś zarys tego, co powiem, plan wypowiedzi, cokolwiek. Ale nie. Jedyne, co mogę powiedzieć po lekturze tego dzieła to to, że teraz jeszcze bardziej nie rozumiem, jak takie coś mogło zdobyć popularność i cieszyć się tak wielkim uznaniem.

Znaczy, OK, autorce trzeba przyznać jedno - posługuje się językiem, który jest łatwy i w miarę przyjemny w odbiorze dla przeciętnego czytelnika (huh, powinnam napisać: przeciętnej czytelniczki? Halo, czy jest tu jakiś mężczyzna, który przedmiot dzisiejszego wpisu czytał?). Tylko że cała reszta woła o pomstę do nieba. A w niebie wszyscy święci robią zbiorowego facepalma. 

Fabuła, moi drodzy, jest tak prosta, że aż śmieszna: ona - młoda, głupia, niedoświadczona i on - nieco starszy, dużo bogatszy i nieporównywalnie bardziej ma nierówno pod sufitem. Idźmy dalej: on zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest normalny i próbuje ją ostrzec przed samym sobą, a ona na to nie zważa i leci jak ćma do ognia. Na Boga, ta dziewucha jest tak naiwna, że nawet umowa, w której z dość obrzydliwymi szczegółami opisane są wymagania Greya odnośnie ich ewentualnej relacji seksualnej (a zwłaszcza jej roli w tym chorym układzie!), nie za bardzo ją wzrusza. Ana się boi, ale Ana podświadomie wie, że i tak w to bagno wejdzie. Bo on przecież jest taki seksowny i zagadkowy. Anę oburzają niektóre zachowania Christiana, ale przecież nie zdobędzie się na to, by zdecydowanie się sprzeciwić, bo Grey odejdzie, a drugiego takiego ze świecą szukać! Ludzie, pomóżcie mi: ja mam się teraz śmiać czy płakać? 

Tak całkiem na serio, to jedynym bardzo pozytywnym aspektem całej powieści jest to, że wzbudzała we mnie emocje. Strona po stronie, kartka za kartką byłam na przemian albo znużona - wciąż powtarzającymi się scenami erotycznymi, które były do siebie tak podobne, że aż zlewały się w jedno - albo wkurzona idiotyzmem głównej bohaterki - bo naprawdę nie rozumiem, jak można nie mieć na tyle mózgu, żeby się godzić na coś takiego - albo śmiałam się do rozpuku. A wiecie, z czego tak się śmiałam? Z wewnętrznej bogini Anastasii. Tej pociesznej istotki, która co i rusz robiła salta, była wredna, czasem tylko siedziała cicho. Naprawdę, te opisy były tak rewelacyjne, że głowa mała! 

Potencjał widziałam też w historii ciężkiego dzieciństwa Greya. Mężczyzny, który jako chłopiec przeżył traumę i dlatego jest jaki jest. Ale przecież pani James nie rozwinie tego jedynego ciekawego wątku dalej, bo woli się skupić na opisywaniu pieprzenia się. W pewnym momencie miałam wrażenie, że ona po prostu nie miała pomysłu, jak rozwinąć ten motyw dalej, dlatego przedstawiła tylko ochłapy informacji, a reszty się, człowieku, sam domyślaj. Bardzo źle, oj bardzo.

Całość, mimo niewymagającego wysiłku stylu autorki, czytało mi się bardzo trudno, a przede wszystkim - długo. Częściowo składam to na karb obowiązków, ale fakt jest faktem - kiedy już chwilę czasu na książkę znalazłam, czytać mi się nie chciało. Miałam świadomość, że nie znajdę tutaj nic odkrywczego, interesującego, a tym bardziej, że nie kryje się tutaj odpowiedź na pytanie - gdzie tu fenomen. Widzę, że to pytanie bardziej filozoficzne, niż myślałam. Nad tym trzeba podumać dużo dłużej. No to dumam. Może na coś wpadnę. Może. 

A tymczasem...
Dzisiaj torturami (hehe, ale wpasowałam się w tematykę!) nie zmusicie mnie do podniesienia oceny. Jest tragicznie. Chwilami śmiesznie, raz na milion stron ciekawie, ale tragicznie. Nie przychodzi mi do głowy żadna grupa osób, której mogłabym Pięćdziesiąt twarzy Greya polecić. A, nie, już wiem - masochistom się spodoba. Niewyżytym seksualnie chyba też.

01.11.2014

Głosowanie na książkę miesiąca - październik 2014

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Uff, pierwszy miesiąc studiów za mną. Już teraz jest ciężko, czasu wolnego dużo mniej, ale na razie jeszcze daję radę znaleźć chwilę i na przyjemności - i niech to trwa jak najdłużej, choć wiem, że przyjdzie moment, kiedy stopniowo zacznie się robić coraz gorzej i trudniej. Mam nadzieję, że Wy, również studenci bądź uczniowie czy osoby pracujące, trzymacie się równie dobrze. Tyle tytułem wstępu.
Zaczynamy głosowanie na książkę października 2014. Do wyboru macie jedną spośród trzech możliwych opcji. Innych zasad zabawy nie przypominam, bo je znacie. A jak nie znacie, to poszukajcie.

Głosowanie trwa od dziś, 1.11.2014, do 8.11.2014 do godz. 23.59! 

27.10.2014

Z życia autorki: co blog zmienił w moim życiu?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Siedząc i myśląc nad tematem kolejnego wpisu, przypadkiem natknęłam się na post Kreatywy sprzed ponad roku, w którym autorka zastanawiała się, co blog zmienił w jej życiu. Pomyślałam: Boże, taki łatwy temat, a ja na niego nie wpadłam! I tak oto, po krótkiej konsultacji z wyżej wymienioną, dziś to ja dzielę się z Wami tym...

Co blog zmienił w moim życiu?

1. Pomógł mi zwalczyć słomiany zapał
Aż do założenia Internetowej Biblioteczki właściwie nie mogłam się za coś zabrać i zajmować się tym przez dłuższy czas. Zawsze dość szybko zaczynałam się nudzić tym, co robię i rzucałam to w kąt, jednocześnie poszukując nowej ofiary. No dobrze, wyjątek od reguły stanowi czytanie, którego na dobre nigdy nie porzuciłam, choć i tu kryzysy się zdarzały. A Internetowa Biblioteczka? Prowadzę ją od ponad roku i jeszcze ani razu nie przeszło mi przez myśl, by ją skasować. Wręcz przeciwnie, źle się czuję, kiedy nic dla Was nie piszę przez dłuższy czas. Natomiast kiedy już naprawdę dopadnie mnie lenistwo i znużenie, wystarczy, że odpuszczę sobie na kilka dni i negatywne emocje odpuszczają. Tego nigdy wcześniej nie było, nawet kiedy prowadziłam inne strony, a nie było ich mało.

2. Nauczył mnie organizacji czasu
Kiedyś czytałam jak popadnie, nie miałam ustalonych pór, kiedy zabieram się za książkę ani żadnych limitów, ile stron w ciągu dnia muszę pokonać. Teraz staram się jednak planować takie rzeczy, a wszystko po to, by między jednym a drugim wpisem nie było zbyt długiej przerwy. Poza tym - zauważyłam, że lepiej mi się funkcjonuje, kiedy wiem, że o tej i o tej mam zaplanowaną lekturę.

3. Spowodował, że wyszłam z długotrwałego kryzysu czytelniczego
Jak przez mgłę pamiętam, że wspominałam Wam, że lektury, których znajomość obowiązywała mnie w liceum na języku polskim, zaowocowały u mnie długotrwałym odczuwaniem niechęci do wszystkiego, co zawierało literki. Miałam dość tego stanu, więc wpadłam na pomysł, że sprawdzę, czy motywacja w postaci bloga coś zdziała i zacznę czytać na nowo. Wow, podziałało.

4. Dzięki blogowi myślę nad tym, co chcę przeczytać
Dawniej wchodziłam do biblioteki i potrafiłam przez dobrych dwadzieścia minut myszkować po regałach w poszukiwaniu... właściwie sama nie wiem czego. Nie miałam w ogóle pomysłu na to, co chcę przeczytać. Teraz staram się starannie dobierać tomy i wiedzieć, po co warto sięgnąć, czego poszukać. Dzięki temu nie marnuję już czasu, bezsensownie się rozglądając za czymś w miarę ciekawym, a i zauważyłam, że z takim podejściem zmniejsza się ryzyko czegoś słabego w rękach.

5. Uświadomił mi, co naprawdę chcę robić w życiu
Plany na przyszłość miałam różne. Przez kilka ładnych lat, na ten przykład, upierałam się, że pójdę na psychologię. W liceum zmieniłam zdanie i podjęłam decyzję, że spróbuję porobić coś z językami obcymi. Kiedy i to nie wyszło, a w zamian trafiłam na kierunek studiów, który naprawdę mnie nie interesował (dobra rada ode mnie dla Was: nigdy nie idźcie na studia tylko po to, żeby iść gdziekolwiek!), uświadomiłam sobie, że ja przecież kocham pisać, ludzie też twierdzą, że mam do tego talent. Tym sposobem w końcu znalazłam się na filologii polskiej, na specjalizacji dziennikarsko-publicystycznej i już wiem, że to był doskonały wybór.

6. Pozwala mi rozwijać się w kierunku, który mnie interesuje
Nigdy nie miałam możliwości zapisać się na coś w stylu kółka dziennikarskiego. Nie uczęszczałam na żadne zajęcia dodatkowe czy kursy związane z pisaniem. Musiały mi wystarczyć obowiązkowe wypracowania pisane na język polski. Więc kiedy szkołę już skończyłam, a pisać nadal chciałam, przyszło mi do głowy założenie bloga. Wprawdzie tutaj już nikt czerwonym długopisem nie zaznaczy mi błędów, nie powie: popraw to i tamto, ale dla mnie ważne jest samo to, że kontynuuję to, co zaczęłam. Kontrolować i sprawdzać się pod kątem poprawności staram się sama.

7. Co i rusz poznaję świrów podobnych do siebie samej
Ze spotkań twarzą w twarz najpierw była wigilia blogerów trójmiejskich w grudniu 2013, a później zlot blogerów książkowych w Sopocie w lipcu tego roku. I za pierwszym, i za drugim razem poznałam tabun świetnych ludzi. Ludzi, którzy mają niezwykle ciekawe osobowości, osoby, z którymi dzielę zainteresowania albo tacy, od których mogę uczyć się czegoś nowego. To niesamowite, jak internet może pomóc w znalezieniu takich bratnich dusz. Ach, jeśli o świecie wirtualnym mowa - blogerzy, których nie miałam jeszcze okazji poznać osobiście, też są rewelacyjni. I mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie się z nimi zobaczyć.

8. Siedząc przy komputerze, nie przeglądam już bezmyślnie Facebooka
Zanim zaczęłam blogować, zazwyczaj kręciłam się bez celu po sieci. Przeglądałam Facebooka, grałam w durne gierki. Teraz? Teraz albo robię coś związanego ze studiami, albo z blogiem. Piszę, szukam inspiracji, poprawiam błędy, ewentualnie - sprawdzam, co słychać u moich ulubionych blogerów. Uważam, że to ogromna zmiana. Na plus, oczywiście.

9. Dzięki blogowi poznałam to cudowne uczucie, jak to jest, jak się samemu coś tworzy
Internetową Biblioteczkę tworzę sama od początku do końca. To ja decyduję, co i kiedy opublikuję. Owszem, czasami spytam o poradę. Tak, czasami proszę kogoś mądrzejszego o sprawdzenie, czy w moich materiałach nie ma jakichś błędów. Mimo to - wszystko zależy ode mnie. Albo się zgodzę z tym, co mówią inni, albo postawię na swoim. I to uczucie jest piękne. Ten moment, kiedy wiesz, że coś jest tylko twoje i od twoich poczynań zależy, czy to się rozwinie, czy nie, a jeśli już, to w jakim kierunku. No cóż, jak ja to mówię: jedni mają dzieci i patrzą na to, jak one dorastają, a ja piszę bloga i obserwuję, jak się zmienia wraz ze mną i moimi posunięciami.

10. Weszło mi w nawyk uważniejsze czytanie
Jeszcze nie tak dawno temu czytałam tylko po to, by się rozerwać. Dziś od książki oczekuję czegoś więcej. Rozmyślam nad problematyką każdej powieści, którą mam w rękach, zastanawiam się, co JA bym zrobiła na miejscu bohaterów. Zwracam uwagę na rzeczy, które nie zaprzątały mojej głowy wcześniej - i mam tu na myśli głównie błędy ortograficzne. Zauważyłam też, że od kilku miesięcy, kiedy kończę pochłanianie jakiegoś tomu, układa mi się w głowie "szkielet" tego, co chcę o nim napisać, szczególnie wbijają mi się w umysł rzeczy ważniejsze, które warto Wam przekazać. Uważam, że to rewelacyjne podejście - bo nie chodzi tylko o to, by obcować z literaturą, ale też o to, żeby cokolwiek z tych spotkań z nią mieć.

A co blog zmienił w Twoim życiu? Zapraszam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami. Kto wie, może zwrócicie uwagę na coś, co występuje też i u mnie, ale jakimś cudem o tym nie wspomniałam?

25.10.2014

Krystyna Siesicka "Fotoplastykon"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Krystyna Siesicka
Tytuł: Fotoplastykon
Tytuł oryginału: Fotoplastykon
Wydawnictwo: Akapit Press
Tłumaczenie: nie dotyczy
Cena: brak informacji
Liczba stron: 151

Zwykła opowieść o zwykłej rodzinie...

Janka jest młodą dziewczyną. Uległa wypadkowi, w wyniku którego przez długi czas musi leżeć w łóżku. By jakoś stłumić poczucie nudy, postanawia zacząć snuć opowieść o tym, co się dzieje naokoło niej. Wydaje się, że leżąc cały czas w jednym miejscu, nie można zaobserwować i mieć do przekazania niczego ciekawego. Nic bardziej mylnego! Rodzina bohaterki dba o to, by miała ona materiały do swojej historii...

Po lekturze Zapałki na zakręcie, która wciągnęła mnie bez reszty, bardzo ucieszyła mnie świadomość, że mam w swojej prywatnej biblioteczce jeszcze jedną książkę autorstwa Krystyny Siesickiej. Postanowiłam, że przeczytam ją w pierwszej wolnej chwili, która mi się nadarzy. I tak oto wczoraj, korzystając z czwartkowego przypływu energii, który zaowocował zrobieniem praktycznie wszystkiego, co obowiązuje mnie na przyszły tydzień na uczelni, zabrałam się za lekturę Fotoplastykonu

Kiedyś już miałam z tą historią do czynienia, jednak złożyło się tak, że nie pamiętałam nic: ani fabuły, ani bohaterów, ani tym bardziej odczuć, które towarzyszyły mi podczas poznawania świata wykreowanego przez autorkę. Nie miałam więc wobec niej żadnych oczekiwań, no, może poza jednym: żeby czytało mi się ją tak dobrze, jak jej poprzedniczkę. Teraz, niestety, mogę powiedzieć, że się zawiodłam.

Opowieści Janki nie czytało się źle. Wręcz przeciwnie: lekki, przystępny styl Siesickiej sprawia, że kartka po kartce pokonuje się w mgnieniu oka, maksymalnie 3-4 godziny. Problem jednak w tym, że w przedmiocie dzisiejszego wpisu brak pomysłu. Wgłębiając się w tekst, za diabła nie mogłam się domyślić, co autorka chciała nam przekazać. Żadnego głównego wątku, wydarzeń ważniejszych i mniej ważnych, nic kompletnie. Ot, perypetie za perypetiami, powiązane byle jak, byle były. 

Nie mogłam się zmusić do odczuwania jakichkolwiek emocji, choćby tych negatywnych jak znużenie czy irytacja. Po prostu przewracałam stronę za stroną niemal automatycznie i tak samo bezrefleksyjnie mijały mi kolejne linijki. Bardzo nie lubię sytuacji tego typu, zwłaszcza jak człowiek wcześniej napisze coś, co mnie zachwyci, a potem natrafię na taki spadek formy. 

Bądźmy szczerzy, Zapałka na zakręcie jest debiutem Siesickiej i zarazem pozycją dużo lepszą niż opisywana obecnie. Gdyby mi nikt nie powiedział, pomyślałabym, że historia z pisaniem tej kobiety zaczęła się od Fotoplastykonu właśnie. Przecież tu nie było kompletnie niczego, co by mogło bardziej zainteresować czytelnika. Nie wiem nawet, czy losy Janki i jej rodzeństwa potrafiłyby wciągnąć dzieci i młodzież. Ja w każdym razie nie widzę na to szans i powodu, tym bardziej, że teraz jest moda na pogląd jak akcja nie jest wartka, to ja nie czytam

Bardzo zawiódł mnie brak morału na końcu, lecz tak naprawdę - czego on by się miał tyczyć, skoro brak tutaj jakiegokolwiek punktu zaczepienia? Albo to ja jestem już kompletnie ślepa, nie mam pojęcia. 

Jedyne, co mi się bardzo podobało, to narracja pierwszoosobowa. Bardzo ją lubię, co pewnie powtarzałam już nie raz i nie dwa, więc dłużej się nad tym rozwodzić nie będę. Zaznaczę tylko jedno: niestety główna bohaterka miała rację, kiedy na początku swojej opowieści stwierdziła, że to będzie historia o niczym. To się sprawdziło w stu procentach.

Bohaterowie? Bezbarwni, bez jakichkolwiek cech charakterystycznych. Do żadnego się nie przywiązałam, każdy był mi obojętny.

Powiedziałam już chyba wszystko...
Jest bardzo słabo. Dałabym jedną gwiazdkę, jednak postanowiłam docenić chociaż przyjazny czytelnikowi styl. Cała mdła jak nieposolone ziemniaki reszta woła o pomstę do nieba.

20.10.2014

Z życia autorki: moje preferencje czytelnicze

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w poniedziałek!

Ach, jak przyjemnie jest zaczynać zajęcia w poniedziałek bardzo późnym popołudniem. Mam wtedy czas na wszystko: przygotowanie się do zajęć zaplanowanych na dzień następny, zjedzenie - bez pośpiechu - śniadania i obiadu, wyspanie się, a nawet napisanie posta na bloga. Czad, nie? 
Wiecie to doskonale, ale powtarzać do znudzenia będę: w łańcuszkach i durnych zabawach krążących po Facebooku nie biorę udziału. No chyba że dotyczą one książek, to wcale nie są bezsensowne i ja aż się wyrywam do odpowiedzi. Tak jest też dzisiaj. 
U Olly - która, notabene, jest moją kumpelą ze studiów - zauważyłam wpis dotyczący jej preferencji czytelniczych. Nie ma to nic wspólnego z zabawą Jakim jestem czytelnikiem, tu chodzi bardziej o wskazanie, co wolimy bardziej. I ta moja Olly, udostępniając link do tej notki na Facebooku, oznaczyła mnie i napisała: a może ty też się przyłączysz? Ja jej na to: pewnie, że tak. Zawsze to jakiś temat, ciekawy dla Was, mam nadzieję. Że już nie wspomnę o okazji do odświeżenia kolumny Z życia autorki.
Tyle tytułem wstępu. Czas przejść do meritum.

Moje preferencje czytelnicze

1. Powieści jednotomowe czy wielotomowe?
Zdecydowanie bardziej wolę odrębną, jedną historię niż cykl powieści (z małymi wyjątkami, takimi jak Jeżycjada). Niewygodnie jest mi czytać całe serie z kilku powodów: zawsze istnieje zagrożenie, że do jednej części dojdę bezproblemowo, ale z dostaniem innych już będzie kłopot. Poza tym: możliwości, że któraś książka cyklu mi się nie spodoba - i że inne będą jeszcze gorsze - się nie wyeliminuje. Bardzo nie lubię przerywać czytania przed końcowym tomem, a przecież, z drugiej strony, nie ma co się męczyć, prawda? Lektura to ma jednak być przyjemność. Dlatego naprawdę rzadko decyduję się poznać od deski do deski całe rozwlekłe na kilka-kilkanaście pozycji losy bohaterów.

2. Książki pisane przez mężczyzn czy przez kobiety?
To pytanie zbiło mnie z tropu. Naprawdę. Nie zauważyłam, bym przy wyborze książki kierowała się płcią jej autora. Faktem jednak jest, że zdecydowanie częściej czytam to, co wyszło spod pióra mężczyzn. Nie jest to mój świadomy wybór ani tym bardziej zawoalowany przekaz, że kobiety nie umieją pisać (ba, jestem w stanie podać nazwiska, które obalą tę tezę. Christie chociażby. I Picoult). To nic więcej jak tylko zwykły przypadek.

3. Księgarnie tradycyjne czy internetowe?
I jedna, i druga opcja mają swoje wady i zalety, o których nie sposób zapomnieć. Przez internet zakupu dokonasz szybciej i taniej, za to możesz się naczekać, zanim dostaniesz przesyłkę, zwłaszcza jak jakiegoś tytułu nie ma akurat w danej księgarni na stanie i muszą ją ściągać z magazynu. Za to ceny tomów w Empiku czy Matrasie, jeśli akurat nie ma żadnych przecen, potrafią zabić. Nawet nie wspominam o tym, że obwoluty w księgarniach stacjonarnych są czasami w stanie nie do końca idealnym, co mnie na przykład irytuje, a z czym nie spotkałam się jeszcze, kupując coś przez internet. Korzystam z obu form robienia zakupów, choć ostatnio wolę się przejść osobiście i dotykać poszczególne okładki. 

4. Na podstawie książek tylko seriale czy tylko filmy?
I filmy, i seriale, choć powinnam użyć liczby pojedynczej: serial. Na podstawie książki oglądałam dotychczas tylko jeden: Plotkarę. Bardzo mi się spodobał, nawet bardziej niż papierowa wersja. A co do filmów - regularnie natykam się na jakąś dobrą ekranizację czy adaptację.

5. Pięć stron dziennie czy pięć książek tygodniowo?
Na to pytanie nie ma - w moim przypadku - jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od różnych czynników: tego, ile mam czasu, czy w ogóle mam ochotę czytać oraz to, co przerabiam obecnie. Mimo bycia molem książkowym miewam momenty, w których czytać mi się po prostu nie chce przez dłuższy czas i tego nie robię. Albo wracam późno z uczelni, a mam jeszcze coś do zrobienia na następny dzień, to też nie ruszam nic dla przyjemności. Jeśli jednak nic nie stoi na przeszkodzie, skłaniam się ku opcji czytania  jak największej liczby stron dziennie/tygodniowo.

6. Być profesjonalnym recenzentem czy autorem książek?
Potraktujmy to zagadnienie jako jeśli masz do wyboru dwa zawody, które możesz uprawiać, który wybierasz?. Zdecydowanie wolałabym być profesjonalnym recenzentem. Nie mam na tyle ambicji, a tym bardziej umiejętności i pomysłu, by zabierać się za pisanie własnej książki.

7. Czytać tylko swoje ulubione książki czy zapoznawać się z nowymi tytułami?
A gdyby tak poszerzać wiedzę w obszarach, które nas szczególnie interesują, nie zamykając się przy tym na inną tematykę? Albo przynajmniej wybrać gatunek, ale nie ograniczać się do jednego pisarza, tylko poznawać style pisania różnych osób. Tak, to dobre rozwiązanie.

8. Być bibliotekarzem czy sprzedawcą książek?
Wydaje mi się, że bibliotekarz ma lepiej, nawiąże lepszy kontakt z czytelnikiem, a jego rady mogą pomóc bardziej niż to, co nam doradzi sprzedawca. Przecież w księgarniach chodzi o to, by namówić człowieka do wydania pieniędzy, prawda? Istnieje więc ryzyko, że zostanie nam wciśnięte cokolwiek, bylebyśmy zapłacili. A że za wypożyczenie tytułu z biblioteki nie płacimy, to cóż...

9. Czytać tylko książki ze swojej ulubionej kategorii czy wszystkie inne?
Jestem zwolenniczką poglądu, że warto poszerzać swoje horyzonty, na nic się nie zamykać "bo tak", a i czasem próba przełamania naszej własnej - uzasadnionej lub nie - niechęci na dobre nam wyjdzie. Osobiście nie wyobrażam sobie ograniczyć się tylko do jednego-dwóch gatunków. Poza tym: co za dużo, to też niezdrowo. Uwielbiam kryminały, ale gdybym miała sięgać tylko po nie, to obstawiam, że maksymalnie po kilku miesiącach miałabym ich dosyć. A przecież nie chodzi o to, by cokolwiek sobie obrzydzać, prawda? We wszystkim trzeba zachować umiar.

10. Książki tradycyjne czy e-booki?
Czytnika nie mam i jakoś mnie nie ciągnie do tego, by sobie go sprawić. Na komputerze czytam tylko teksty, których znajomość jest mi niezbędna na ćwiczenia. Jest to dla mnie bardzo niewygodna i wkurzająca forma czytania, lecz jakoś muszę to znieść, na polonistyce nie da się inaczej. Dla przyjemności czytam tylko i wyłącznie książki tradycyjne, papierowe. Bo jestem zdania, że niektórych tradycji się nie zmienia. Czytało się od zawsze na papierze i tak powinno zostać, nie uważam, by unowocześnianie wszystkiego i przerabianie tego na formę elektroniczną było dobre. W ogóle mam wrażenie, że jeszcze trochę, to i nawet załatwiać się będziemy przez internet...

A jakie są Wasze preferencje czytelnicze? Zapraszam do dzielenia się swoimi spostrzeżeniami w komentarzach, na blogach, Facebooku - gdziekolwiek!

19.10.2014

Ryszard Kapuściński "Ten Inny"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Ryszard Kapuściński
Tytuł: Ten Inny
Tytuł oryginału: Ten Inny
Wydawnictwo: Znak
Tłumaczenie:  nie dotyczy
Cena: 21 zł
Liczba stron: 76

Poznać Innego...

Inny. Niepodobny. Różniący się od nas i tych, których znamy osobiście lub po prostu widujemy na co dzień na ulicach. Drugi człowiek. Co go może wyróżniać? Wiele aspektów: kolor skóry, narodowość, wyznawana religia, orientacja seksualna, poglądy czy wreszcie - język, którego używa na co dzień lub sposób, w jaki odbiera otaczający go świat. I tak samo, jak ta osoba jest dla nas obca, my jesteśmy nieznani jej. Nie rozumiemy się nawzajem, co konsekwencje niesie naprawdę różne. A to takie ważne, byśmy wzajemnie spróbowali się poznać...

Ufam, że tym, którzy zaczytują się w reportażach sylwetki Ryszarda Kapuścińskiego nie muszę przybliżać. Ten żyjący w latach 1932-2007 mężczyzna zasłynął swoją zdolnością obserwacji i dostrzegania tego, co na pierwszy rzut oka dla nikogo widoczne nie jest. Bardzo cieszę się, że jako lekturę na jedne z ćwiczeń na studiach miałam rozdział z jego książki pod tytułem Ten Inny. Przeczytany fragment (rozdział Wykłady wiedeńskie) zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam przeczytać całość jak tylko będę miała chwilę dla siebie. I oto właśnie ten moment nadszedł.

Ten Inny to pozycja, którą w normalnych okolicznościach - to znaczy, gdybym nie musiała mieć z nią styczności - określiłabym mianem niewarta uwagi, a wszystko to przez jej objętość - ledwie 76 stron. Do tej pory byłam zdania, że na tak śmiesznie małej ilości kartek nie da rady napisać nic ciekawego ani tym bardziej wartościowego, co zostaje w czytelniku na dłużej albo nawet i w ogóle go nie opuszcza. Kapuścińskiemu dziękuję za to, że wyprowadził mnie z błędu.

Otóż, moi drodzy, autor w swej króciutkiej publikacji, w której zamieścił sześć wygłoszonych przez siebie wykładów, dzieli się z nami spostrzeżeniami na temat tego, kim jest Inny człowiek. Co ważne, nie poprzestaje na rozważaniach czysto reporterskich, zahacza bowiem również o kwestie typowo filozoficzne, antropologiczne i socjologiczne. Robi nam krótką powtórkę z historii, opowiadając, co w przeszłości był w stanie zrobić człowiek drugiemu człowiekowi tylko dlatego, że zobaczył w nim jakąś różnicę. Jako przykłady podał chociażby wojny, podboje, kolonizacje i - przykład jak dla mnie genialny, najbardziej trafiony - Holocaust. Wszyscy ludzie, którzy ucierpieli w tych wydarzeniach, różnili się czymś od swoich oprawców. Nie zawinili niczym, nikomu nie wyrządzili krzywdy fizycznej czy psychicznej, nie dokonali kradzieży dóbr tych drugich ani nie próbowali ograniczyć im wolności, swobody. Po prostu mieli w sobie coś innego, widocznie innego. I tylko dlatego spotkała ich kara, co jest przerażające i dla mnie osobiście kompletnie niezrozumiałe.

Reportażysta uświadamia nam jedną rzecz. Zagadnienie niby błahe, jednak jednocześnie takie, o którym na co dzień nie myślimy. Mianowicie: to wcale nie jest tak, że tylko drugi człowiek, dajmy na to, czarnoskóry, jest dla nas egzotyczny, nie tylko my go nie rozumiemy i nie wiemy, czego możemy się po nim spodziewać. On w momencie spotkania, konfrontacji jest postawiony w takiej samej sytuacji i czuje dokładnie to samo, co my.

O tym, że to istoty żyjące i ich stosunek do współtowarzyszy są odpowiedzialni za to, jakie stosunki panują między państwami wspominać, mam nadzieję, nie muszę. Bardzo ważne jest, by nie zamykać się na to, co dla nas nieznane, a tym bardziej nie kreować w sobie postawy -anty. Wręcz przeciwnie, powinniśmy wyjść na przeciw temu, co wydaje się dla nas barierą i spróbować to poznać, zaakceptować, a nawet - polubić. Bo to ludzie odpowiadają za tragedie swoje i innych. Cierpieć nie lubi nikt. Dlatego trzeba pielęgnować w sobie postawę mówiącą tak, chcę poznać nową kulturę, jej obyczaje i tradycje!. I o tym wszystkim, w sposób niezwykle ciekawy przekonuje nas Kapuściński. Język, którym się posługuje, jest bardzo lekki i przyjemny w odbiorze, co sprawia, że za lekturę spokojnie mogą zabrać się wszyscy zainteresowani, nieważne czy studenci, czy uczniowie, czy ludzie starsi. 

Ten Inny to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć, warto ją poznać, a już w ogóle super by było, gdybyśmy wszyscy starali się stosować do tego, co - w oparciu o swoje własne doświadczenia i obserwacje - przekazał nam autor. To mądry człowiek był, a jego słowa, gdyby je wziąć na poważnie i stosować wysunięte przez niego rady na co dzień na pewno sprawiłyby, że nasze funkcjonowanie na tym świecie byłoby daleko przyjemniejsze niż obecnie. Kusząca perspektywa, prawda?

I na koniec...
Wystawiam najwyższą notę, pięć gwiazdek. Choć próbowałam - nic nie poradzę na to, że lubię się czepiać - nie znalazłam absolutnie nic, co mogłoby obniżyć ocenę przedmiotu dzisiejszego wpisu. No nie da się, wszystko jest idealne. Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć Wam: polecam. A sama, jak tylko będę miała okazję, przyjrzę się twórczości tego człowieka bliżej.

12.10.2014

Harlan Coben "Na gorącym uczynku"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Harlan Coben
Tytuł: Na gorącym uczynku
Tytuł oryginału: Caught
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Cena: 11,99 zł
Liczba stron: 479

W poszukiwaniu zaginionej nastolatki...

Haley McWaid ma siedemnaście lat. Jest nastolatką, o której wychowywaniu marzy każdy rodzic: grzeczna, porządna, ambitna, ze świetnymi wynikami w nauce. Pewnego dnia matka dziewczyny zauważa jej zniknięcie. Zaczynają się poszukiwania, które przez długi czas nie przynoszą żadnego rezultatu. 
Dan Mercer, kolejny bohater powieści, to pracownik opieki społecznej. Mający za sobą trudną przeszłość mężczyzna oddaje całe swoje serce pracy z potrzebującymi dziećmi. Co za ironia losu - to właśnie ten, wydawać by się mogło, człowiek-anioł wpada w pułapkę zastawioną przez dziennikarkę tropiącą przestępców. Oskarżony o pedofilię nagle traci wszystko, co ma. Mimo że koniec końców został oczyszczony z zarzutów, społeczność nadal podejrzewa, że może on mieć coś wspólnego z zaginięciem córki McWaidów. Wkrótce domniemany zboczeniec i tak ponosi surową karę za winę, której nikt mu nie udowodnił. 
Wendy Tynes, reporterka, która namierzyła zagrażającego dzieciom - w jej mniemaniu - potwora musi rozwikłać zagadkę i ustalić, co się stało. Jej działania mają nie tylko potwierdzić lub zanegować prawdziwą naturę Mercera, ale i pomóc odnaleźć zaginioną dziewczynę oraz ustalić, co w tej całej historii jest prawdą, a co kłamstwem mającym ukryć przed światem przerażające fakty...

Dobrze, moi kochani. Szlag trafił nie tylko kolejkę książek czekających na przeczytanie, która uformowała się w dość dużym stosie na regale, ale i ostatni przystanek mojej podróży do lat dzieciństwa i wczesnego -naście będzie kiedy indziej. Nie wiem kiedy, może za kilka tygodni. 

A wszystko dlatego, że po lekturze Zachowaj spokój zakochałam się w twórczości Cobena i mam do niej trochę za duży dostęp. Co mam na myśli - w jednym z większych sklepów są stoiska z przecenionymi książkami. Mnóstwo Kinga, mnóstwo Cobena za śmieszne jak na literaturę pieniądze. No grzech to by był ciężki, gdybym nie korzystała z okazji, nie? Tak więc do domu przytargałam ostatnio ze sobą Na gorącym uczynku i kompletnie nie mając siły na walkę z własną silną (słabą) wolą od razu zabrałam się do czytania.

Muszę przyznać, że mina, w porównaniu do pierwszej styczności z dziełami tego autora, trochę mi zrzedła. Nie bardzo, ale jednak.

Przedmiot dzisiejszego wpisu to klasyczny przykład powieści, które lubię najbardziej. Wszystko jest tu dopracowane, dopięte na ostatni guzik, nie ma żadnych nieścisłości. Tematyka także mnie usatysfakcjonowała - zagrożenia związane z korzystaniem z internetu, niepewność co do intencji drugiej osoby i chyba największa - a w każdym razie jedna z największych, przynajmniej według mnie - zbrodnia, której można dokonać: pedofilia. Wydawać by się mogło, że wszystko będzie super, lektura będzie dla mnie nieziemskim przeżyciem, które na długo pozostanie w mojej pamięci. Ale nie.

I to nie jest tak, że sam autor zrobił coś nie tak, nie wiem, spisał całość ciężkim do przebrnięcia stylem, niepotrzebnie przeciągał jakieś wątki, żeby inne, ciekawsze, skrócić bądź pominąć, nic z tych rzeczy. 

Nie, ja pozdrawiam osobę, która tworzyła tekst na tylną okładkę wydania. Serio, zdradzać aż tyle fabuły? Poraziło mnie to. Poraziło, ale przede wszystkim zabrało mi dość znaczną cząstkę radości płynącej z samego faktu obcowania z tytułem. Wiedziałam, co stanie się z człowiekiem podejrzanym o krzywdzenie najmłodszych. Wiedziałam, że właściwie jedynym problemem, który czeka na rozwiązanie, jest to, jak to wszystko łączy się ze sobą i czy naprawdę ten posądzony o największe świństwo zrobił to, co mu zarzucono. Źle!! Wolałabym sama odkrywać, kawałek po kawałku, poszczególne zagadnienia, dochodzić, jak to się mówi, po nitce do kłębka. Ta możliwość została mi odebrana, tak jak i spora dawka napięcia. Nie było: mój Boże, co się z nim stanie dalej, jestem taka ciekawa, że aż nie mogę odłożyć książki i iść na obiad. To boli, moi drodzy. Ja lubię dreszczyk emocji. Jeśli czyta ten wpis człowiek, który zawodowo zajmuje się streszczaniem fabuły na obwolutach: proszę tak nie robić, nigdy. Dobro czytelników powinno być priorytetem. A czytelnik, przed którym odkryje się za dużo już na starcie, to czytelnik nieszczęśliwy. Ach, i niech mi nikt teraz nie wysuwa argumentu pod tytułem no to nie czytaj następnym razem tych streszczeń, bo zamorduję śmiechem. Jakoś trzeba się dowiadywać, o czym jest dana historia, prawda? Osobiście nie przepadam za kupowaniem kota w worku. Trudno, może to jest jakieś upośledzenie, z którym muszę sobie radzić. I sobie radzę, proszę mnie za to nie karać zdradzaniem pikantnych szczegółów. W skrócie: żyjmy i dajmy żyć innym. Wypadałoby się też szanować nawzajem.

Już odchodząc od tej kwestii, bo widzę, że rozpisałam się o niej aż za długo, reszta w miarę gra. Dobrze chociaż, że pozostała nam trzymająca w napięciu zagadka, gdzie jest dziewczyna, co się z nią stało i czy wróci do domu do tęskniącej rodziny. Po raz kolejny ogromne brawa dla autora za zakończenie. Wiecie, intryga niby zawiła, mnóstwo tropów, już, już się wydaje, że rozwiązanie mamy na wyciągnięcie ręki i... bach! Nie ma. Za to okazuje się, że wszystko jest w rzeczywistości dużo prostsze niż nam się wydawało. Powiedziałabym nawet, że śmiesznie niewymyślne. Kilka razy musiałam czytać fragment, w którym wyjaśniło się, co z tą nastolatką się stało. Nie mogłam po prostu uwierzyć. Coben to mistrz. Choć trochę żałuję, że styl, jakim się posługuje, jest tak prosty, bo z powodzeniem można jedną książkę pokonać w może dwa dni  maksymalnie - fajnie byłoby spędzić nad nią trochę więcej czasu. W sumie mi się to udało, ale to przez studia i dużo mniejszą ilość czasu, jaką mogę poświęcić na poznawanie tych wszystkich wykreowanych światów. Jeszcze z 3 tygodnie temu 5-6 godzin i byłoby po wszystkim. Niby super, ale z drugiej strony - za szybko się z bohaterami też nie lubię rozstawać. A odrywania się na siłę już w ogóle nie trawię. Ja w ogóle jestem wybredna i ciężko mi dogodzić. Taki mój ciężki los. No cóż, muszę z tym żyć. Wy też, jeśli macie zamiar czytać mnie dalej. Narzekania, myślę, zawsze było tu dość dużo, nawet na najmniejsze pierdoły. To się nie zmieni. Czasem mogę być tak sfrustrowana - uczelnianymi sprawami na przykład - że będzie jeszcze gorzej niż kiedykolwiek. Nie, ja Was nie straszę, ja Was ostrzegam i informuję, bo właściwie Was lubię.

Dobra, na dziś to koniec, bo zaczynam odchodzić od tematu...
Wybacz, Harlan, że ponosisz odpowiedzialność za okładkę, której nie zaprojektowałeś, ale dzisiaj jest przeciętnie. Podejrzewam, że inne pozycje, jeśli się w twoją twórczość jeszcze bardziej zagłębić, są dużo lepsze. Będę ich szukać, obiecuję. Jak czas pozwoli. A Wam, Czytelnikom, Na gorącym uczynku mimo wszystko polecam. Może Wy tak pluć jadem nie będziecie. Albo traficie na inne, lepsze wydanie, czego Wam życzę z całego serca.

06.10.2014

Inicjatywa społeczna: bądź frajerem, bloguj o książkach

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Cześć!

Wiecie, tego posta w ogóle nie miałam w planach. Dziś powinna pojawić się recenzja Na gorącym uczynku, jednak weny na nią mi brak. Dodatkowo - stwierdziłam, że to, co chciałam pominąć milczeniem, mimo wszystko zasługuje na komentarz. Może i podobne wpisy pojawiły się tonami na innych blogach - choć ja osobiście widziałam tylko jeden taki - ale nie można też przesadzać w drugą stronę. Jeśli jesteś członkiem jakiejś społeczności, to czasami po prostu musisz powiedzieć parę słów. Zwłaszcza, jeśli w stronę tego środowiska ktoś zaczyna kierować jakieś śmieszne, a czasami nawet oburzające czy obrażające zarzuty. I tak jest teraz.

Jeśli jesteście na bieżąco z tym, co się dzieje w blogosferze - książkowej przede wszystkim - albo chociaż zaglądacie do internetowego wydania Gazety Wyborczej, to z całą pewnością mignął Wam przed oczami ten artykuł. Publikacja, z której ironia wypływa strumieniami już przy tytule (Reckę napisałaś miodzio...) i która od samego początku w niekoniecznie dobrym świetle stawia nas, osoby, które pasjonują się czytaniem i które tą pasją chcą dzielić się z innymi, więc wykorzystują do tego celu Internet. 

Przyznam, że kiedy czytałam ten tekst, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, a może jednak wykorzystać trzecie wyjście i wystawić głowę za okno, krzycząc: Boże, zatrzymaj świat, bo ja wysiadam!. Takiego steku bzdur to ja już dawno nie widziałam, naprawdę, a różne głupoty zdarza mi się czytać.

Już pierwsze zdanie tego... czegoś sprawiło, że złapałam się za głowę. Blogerzy piszący o książkach zdają sobie sprawę, że reszta blogerskiego światka ma ich za prawdziwych frajerów? Serio? Jakoś ja jestem blogerką piszącą o książkach właśnie i inni piszący, poruszający zupełnie inne tematy na swoich stronach, nigdy w życiu nie dali mi odczuć, że w ich mniemaniu jestem gorsza. Zastanawiam się więc, skąd tak daleko idący wniosek. Ach, moment. W kolejnych linijkach widzimy coś, co wygląda jak uzasadnienie postawionej przez autora wpisu tezy: 
Takie na przykład szafiarki, robiące sobie zdjęcia w coraz to nowych ciuchach, są w stanie wyciągnąć od sponsorów dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Na cudzy koszt jeżdżą na luksusowe wakacje, a ich księgowe wystawiają faktury nawet za ich pojawienie się na imprezie dla celebrytów.
Bloger książkowy może liczyć na książkę od wydawnictwa. Zwykle są to jednak egzemplarze recenzenckie, czyli bez okładek, jeszcze w roboczej wersji, czasem jedynie w formacie PDF.

Błagam, czy tylko mi ten tekst śmierdzi Kominkiem? Postawa: jeśli piszesz bloga i nie zarabiasz na tym grubej forsy albo chociaż nie próbujesz zdobyć za to super ekstra profitów, to jesteś jełopem? Bo my, drodzy państwo, jesteśmy tacy biedni. Za to, co robimy, dostajemy co najwyżej książkę od wydawnictwa i słowo podziękowania, jeśli opublikujemy o niej wpis, ba - nawet na to nie wszyscy i nie zawsze mogą liczyć. Mało tego! Pokuśmy się o stwierdzenie, że bloger książkowy to idiota, bo nie dość, że nie domaga się gadżetów, darmowych wakacji czy pieniędzy, to jeszcze bywa stratny, jeśli jakiś tytuł kupi za swoje własne pieniądze. No naprawdę, powinniśmy używać trochę więcej mózgu. Kto dziś robi coś za darmo, kto w ogóle widzi sens w robieniu czegoś bez zapłaty... Tak, na pewno takie postępowanie świadczy, że nie mamy do siebie szacunku. Wstydźmy się.
Czekajcie! Dalej czytamy, że na blogu o kulturze można jednak zarobić, tylko że pieniędzy w takim przypadku starcza jedynie na nowe książki i bilety do kina, a także jako zawód ta praca się nie opłaca, bo gdy pojawia się przymus, znika frajda, a stawki są tak niskie, że tego nie rekompensują. 
To teraz mi coś wyjaśnijcie, bo może ja półinteligentna jestem, może nie potrafię czytać ze zrozumieniem. Kto w ogóle gdziekolwiek napisał, że blogowanie to absolutnie MUSI być praca? Że człowiek, który zakłada stronę, na pewno od razu myśli o tym, jak się na niej wzbogaci? I kto twierdzi, że potrzebujemy górę forsy, bo byle czego nie weźmiemy? Inną sprawą jest to, że jeśli jeszcze raz usłyszę, że praca nie może być frajdą, to naprawdę, chyba się wykończę. Tak, moi drodzy, wesoła prawda jest taka, że to, na czym zarabiamy, przymus, na który się decydujemy, może sprawiać nam frajdę. Tylko trzeba myśleć. I wybierać to, co do czego jesteśmy pewni, niewzruszenie pewni, że się to nam nie znudzi.

Kwestii pisania recenzji i otrzymywania za to jakiegokolwiek wynagrodzenia, pozwólcie, ale dalej ciągnąć nie będę, bo mi się nóż w kieszeni otwiera. Przejdźmy do ciekawszych fragmentów.

Otóż, już wkrótce dowiemy się, że poziom naszych tekstów nie jest za wysoki. Wyjaśnienie Jarka Czechowicza, właściciela Krytycznego Oka, jest krótkie i zrozumiałe: za blogowanie biorą się także ci, którzy nie mają kompetencji, by pisać o książkach. I nie chodzi tu tylko o kierunkowe wykształcenie, ale przede wszystkim o umiejętność dostrzegania w omawianej książce jej cech dystynktywnych i akcentowania ich. Milion procent racji. Rzeczywiście, jakby się tak zastanowić, popytać w środowisku, to okazałoby się, że mamy może garstkę krytyków literackich, którzy piszą blogi. Reszta? Reszta robi to, bo lubi. Fakt, czasem włos się jeży na głowie, jak się posty widzi, ale... w tym jest nasza siła. Jarek ma odpowiednie wykształcenie, zna się na tym, o czym pisze, i na szczęście styl, którym się posługuje, sprawia, że może go bez trudu czytać każdy. Czechowicz to specjalista, ale taki, który nie daje odczuć, że jest fachowcem. I to samo robią przeciętni blogerzy. Nie mając odpowiedniej wiedzy, po prostu piszą o tym, jakie odczucia wywołała u nich dana pozycja. Nie robią nikomu krzywdy. Wręcz przeciwnie - dzięki temu, że nie siedzą w tym zawodowo, wiedzą, czego poszukuje szary czytelnik, który czyta, bo lubi. I mają większe szanse na dotarcie do takich ludzi niż osoba, która do sprawy podejdzie fachowo. Grzech? Nie sądzę. Tym bardziej, że społeczeństwo ma tendencję do podchodzenia do książek jak do jeża albo dynamitu, który ma nam wybuchnąć w twarz. Moim zdaniem trzeba cieszyć się, że ktokolwiek promuje w jakiś sposób czytanie, zamiast narzekać, "bo on robi to nieprofesjonalnie". Nie wszystko musi być profesjonalne. Nie musimy pisać kwiecistym językiem, jeśli go nie czujemy. Nie musimy każdego elementu danego tytułu rozkładać na najmniejsze cząstki. I wreszcie: nie musimy pisać postów na bloga pod dyktando tego, co nam kiedyś podano w szkole. Nie bronię teraz kompletnych idiotyzmów, jakie się zdarzają na blogach. Twierdzę jednak, że odchodzenie od schematów nie jest czymś złym.

Mały apel na dziś: bądźmy frajerami. Jeśli uwielbiamy czytać, piszmy o tym blogi. Nie przejmując się tym, czy mamy odpowiednie wykształcenie. Nie dbając o to, czy dostaniemy za to cokolwiek. Zwyczajnie róbmy coś, do cholery, tylko dlatego, że to lubimy robić, a przy okazji możemy poznać podobnego do nas świra.