02.09.2013

Kolumna dyskusyjna: rewolucja w kanonie lektur - czy to naprawdę zaniżanie poziomu?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w poniedziałek!

Już dziś dla wielu z Was ponownie zaczął się rok szkolny. Mam nadzieję, że nie przejmujecie się tym za bardzo? 
Nawiązując do przypadającego dziś rozpoczęcia roku szkolnego, uważam, że idealnie wpasowałam się z tematem, na który chciałabym z Wami porozmawiać. A pogawędzimy o... lekturach.

Wczorajszego popołudnia, dzięki uprzejmości jednej z blogerek, autorki bloga Książka od kuchni, natknęłam się na bardzo ciekawy w mojej opinii artykuł. Dotyczy on zmian w kanonie lektur, które od tego roku będą obowiązywały w gimnazjach i liceach ogólnokształcących. Wywołał on - co zaobserwowałam w komentarzach dotyczących wpisu, zarówno bezpośrednio pod nim, jak i na portalach społecznościowych - wiele emocji. Największe poruszenie, oburzenie nawet bym powiedziała, wywołała informacja, że z gimnazjum znika obowiązek omawiania Pana Tadeusza w całości bądź we fragmentach, lektura tej epopei narodowej będzie zaś obowiązkowa tylko w liceum ogólnokształcącym. Licealiści natomiast, wedle reformy, nie będą już poznawać Potopu Sienkiewicza. Klasyka usuwa się w cień, robiąc miejsce autorom takim jak Agatha Christie, Andrzej Sapkowski czy Ursula K. Le Guin.

Przyznam szczerze i otwarcie, że nie rozumiem szumu, jaki powstał wokół tej sprawy.
Nie biorąc już pod uwagę tego, że dopiero co zakończyłam edukację w liceum, od zawsze byłam zdania, że lista lektur, którą obdarza się uczniów, powinna ulec choć lekkiej przemianie. Wobec tego gorąco kibicuję tym, którzy wreszcie się za to zabrali i mówię to całkowicie szczerze.

Nie jestem, broń Boże, zdania, że obowiązek czytania w szkole powinien zniknąć w ogóle. Uważam natomiast, że jeżeli można młodzieży pomóc go znieść w miarę bezboleśnie, powinno się to uczynić. Osobiście w gimnazjum poznałam jedynie Inwokację Pana Tadeusza, której miałam wyuczyć się na pamięć. Całość dzieła poznałam dopiero w liceum. Potopu nigdy nie przeczytałam - uzgodniliśmy z polonistką, że poświęcimy kilka lekcji na obejrzenie filmu. I co? Nic się nie stało, nikt nie ucierpiał.
Wczoraj czytałam wpisy, że ta zmiana to zaniżanie poziomu, robienie sobie przysłowiowych jaj ze szkolnictwa, dostosowywanie się do leniwych głąbów. A ja się pytam: w jakim stopniu i w którym momencie?
Na lekcji języka polskiego nadal będą przerabiane fragmenty wielu dzieł, w tym klasyki. Dlatego uczniowie nie zostaną kompletnie pozbawieni możliwości obcowania z nią. Co więcej, jeżeli dany uczeń wyrazi chęć zapoznania się z całością danej lektury, nikt mu tego nie zabroni, a wręcz przeciwnie - będzie to tylko z korzyścią dla niego. Do tej pory był obowiązek czytania klasyki, ale tak naprawdę, co to znaczy obowiązek? Czy możemy używać tej definicji w momencie, kiedy powinność bardzo łatwo jest ominąć i nie ściągnąć tym na siebie zbyt bolesnych konsekwencji? Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś nie zdał z języka ojczystego, bo nie czytał tego, co kazał mu nauczyciel. Za to wielokrotnie widziałam, jak młodzież migała się od czytania, przyswajała treść streszczeń bądź polegała na filmie. Przyznaję bez bicia, że sama nie zapoznałam się z treścią kilku lektur. Wszyscy żyjemy i mamy się dobrze.

Jasne, że nie należy dopuścić do sytuacji, w której w placówkach edukacyjnych dzieciaki i młodzież nie będzie miała w ogóle do czynienia z klasyką. Jednak, tak naprawdę, ten cały kanon lektur jest czymś tylko i wyłącznie umownym. Nauczyciel może być bardzo surowy i wymagający, a i tak to od dzieciaków zależy, co zrobią ze swoim życiem. Podzielą się na dwie grupy: tych, którzy klasyki liznęli (bądź przynajmniej próbowali) i tych, którzy tego nie zrobili w ogóle. Jestem zdania, że najmłodszych należy do czytania, nawet tej trudnej literatury, zachęcać, ale to wszystko. Jeżeli ktoś nie chce czytać mimo wszystko, nie będzie tego robił. I będzie to tylko i wyłącznie jego problem, jego wstyd, że kiedyś, gdy usłyszy nazwisko Henryk Sienkiewicz, będzie się zastanawiał, o którego sąsiada chodzi.

Czytałam opinie, których autorzy wyrażali przekonanie, że owszem, młody człowiek może sam sięgnąć po ambitniejszą literaturę, jednak są dwie wyraźne przeszkody ku temu. Pierwszą jest to, że książek trudnych prawie nikt nie chce czytać. Drugą, że nawet, jeżeli już się sięgnie po takiego Konrada Wallenroda, to i tak nie zrozumie się z samodzielnej lektury tyle, ile za pomocą nauczyciela polonisty. Przecież te wszystkie tytuły mają dużą wartość. Są wręcz naszpikowane różnorakimi kontekstami. Tylko że ludzie, którzy wyrażają podobne opinie, nie widzą dwóch podstawowych rzeczy - po pierwsze, klasyka charakteryzuje się tym, że mało kto po nią sięga, mało kto odczuwa prawdziwą - taką, jak przy czytaniu książek lżejszych, odpowiadających zainteresowaniom danej jednostki - przyjemność z czytania, mało kto ją rozumie. Po drugie zaś, nikt mi, dziewczynie, która dopiero skończyła szkołę i widziała sporo przekrętów kolegów, nie wmówi, że nie jest możliwe, żeby człowiek naprawdę zdeterminowany, żeby nic z danej lektury nie mieć, jednak coś będzie miał. U mnie na języku polskim lektury były szczegółowo omawiane, a jednak było sporo osób, które nie chciały nic z tych lekcji wynieść. I konsekwentnie nie wynosiły.

Ostatnią kwestią, którą chciałabym poruszyć, jest fakt, że od szkół i nauczycieli wymaga się zbyt wiele. Owszem, szkoła zwiększa szanse, że młode pokolenia poznają Mickiewicza, Sienkiewicza i podobnych autorów, których wykształconym ludziom znać wypada. Ale czy te młode pokolenia nie posiadają rodziców, dziadków? Nikogo, kto mógłby im pokazać perłę literatury? Nauczyciel może, ba, powinien wymagać - ale on nie dopilnuje wszystkiego. Nie będzie stał nad swoimi uczniami z batem, by mieć pewność, że na pewno przeczytali to, co im nakazał. Bo ma też swoje życie, swoją rodzinę, swoje dzieci. I to powinno się liczyć najbardziej.

Dlatego też otrzymujemy to, co otrzymujemy: lżejszą, łatwiejszą do przebrnięcia listę lektur i być może w końcu mniejsze utyskiwanie uczniów. Lektura ambitniejszych dzieł mogłaby ewentualnie być obowiązkiem klas typowo humanistycznych, bo tam ludzie z założenia czytają.

A jak Wy zapatrujecie się na tą sprawę? Całość artykułu, który skłonił mnie do napisania tego posta, jest dostępna tutaj.

6 komentarzy:

  1. Z jednej strony logiczne jest uwspółcześnianie listy obowiązkowych lektur. Z drugiej zaś, należy wziąć pod uwagę, że wykształconego człowieka obowiązuje znajomość ojczystej literatury. Przekrojowa choćby znajomość. Dlatego też z uznaniem przyjmuję wiadomość o weryfikacji szkolnych lektur. Należy wziąć pod uwagę cały dorobek i proporcjonalnie skierować uwagę na dzieła o określonym "ciężarze gatunkowym". Prawdopodobnie okaże się, że część pozycji, które zwykliśmy zaliczać do kanonu, trąci już myszką i warto omawiać je wyłącznie w kontekście historii literatury.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżeli chodzi o szkolne lektury, to najważniejsze, żeby uczniowie je czytali, bo najróżniej to wygląda ;)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie - blog uzupełniam o vlogi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Te zmiany zostały już jakiś czas temu wprowadzone, a dziś znowu zauważyłam hałas z tego powodu. To dobrze że uwspółcześnia się kanon lektur i kropka. Po co dwa razy czytać Pana Tadzia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zostały wprowadzone - podobno - ale na pewno nie respektowane. Ja o tych zmianach, które zostały przeprowadzone niby już dawno temu, dowiedziałam się...trzy tygodnie temu? Także jestem za tym, by uwspółcześniać kanon. Dzieciakom trzeba też pokazać coś fajnego, a nie tylko poważnego i pożytecznego. Nikt samymi obowiązkami i poważnymi rzeczami nie żyje.

      Usuń
  4. Wow, początek roku szkolnego to dla mnie był dość gorący okres w pracy, więc te zmiany przegapiłam. I straciłam całkiem przyzwoitą okazję do świętowania: przetrzebienie klasyki i trochę więcej miejsca dla literatury współczesnej takiej jak Sapkowski chociażby? Toż to powód, aby się napić szampana ;).
    Problem z kanonem, szczególnie kanonem lektur, jest taki, że to w zasadzie kwestia polityczna. Dobór pozycji, które się w takowym znajdują, to wybór wizji świata, którą się dzieciom, uczniom przedstawia - książka pełni tu rolę instrumentalną, jest narzędziem do krzewienia pewnych postaw, ma dostarczyć przykładów do naśladowania, ugruntować określony światopogląd (z jakim skutkiem to już inna sprawa). Przynajmniej tak było za moich szkolnych czasów. Oczywiście do lektur można podchodzić także w inny sposób - ich dobór może zachęcać do czytelnictwa w ogóle. Albo być sposobem na zmierzenie się z uniwersalnymi problemami tego świata. I jako takie mogłyby być bardziej atrakcyjne dla młodych.
    Oczywiście mesjanizm to ważna część naszej historii i powinno to mieć swoje odzwierciedlenie w liście lektur - ale książek w tym nurcie było w niej po prostu za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lektury mają uczyć i kształcić. Znajomość kanonu, szczególnie ojczystego, to podstawa dla kogoś kto chce się w przyszłości zaliczać do ludzi wykształconych. Jeżeli młodzież chce bezboleśnie znosić czytanie, to niech lekkie i przyjemne lektury czyta sobie po szkole. Po to jest nauczyciel od polskiego, żeby pomóc przebrnąć przez niezrozumiałe lub zbyt trudne fragmenty, zmusić do myślenia i dyskusji. To jest JEGO PRACA! Płacą mu za to. Jeżeli rodzina, dom, jego prywatne życie koliduje mu z pracą, to niech ją porzuci i dołączy do swoich byłych uczniów na budowie w Londynie.
    Brak znajomości klasyki, to brak znajomości kodu kulturowego, brak odniesienia do przeszłości. Przecież te wszystkie książki powstawały w określonych ramach historycznych, co też było istotne dla ich ostatecznego kształtu.
    Całe mnóstwo obrazów, piosenek, filmów powstało nawiązując do klasyki literatury. Nikt nie bierze na poważnie narodu, który sam sobą pogardza i nie zna własnej kultury.
    Teraz szkoły wypuszczają wtórnych analfabetów, którzy pod piosenką Grechuty piszą komentarze na youtubie: piosenka Bednarka (czy jak się tam zwie kolejny produkt TV), ale wykonanie lepsze.

    OdpowiedzUsuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.