15.09.2013

Glenn Cooper "Biblioteka umarłych"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Glenn Cooper
Tytuł: Biblioteka umarłych
Tytuł oryginału: Library of the dead
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Cena: brak informacji
Liczba stron: 463

Na tropie seryjnego mordercy...

Nowy Jork, rok 2009. To tutaj ma miejsce seria zabójstw przypadkowych osób. Ofiary przed śmiercią dostawały pocztówki z wyrysowaną trumną oraz datą swojego odejścia. Policja nie szczędzi sił, by ująć sprawcę makabrycznych czynów. Nie jest to jednak proste; morderca nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Okazuje się, że śmierć tych ludzi ma swoje źródła w dalekiej historii...

Czy możliwe jest rozwiązanie zagadki morderstw doskonałych?

Biblioteka umarłych to debiutancki thriller amerykańskiego pisarza, Glenna Coopera. Znów powiem, że gdyby nie przypadek - tutaj: prezent - zapewne nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu takiej książki. A że ja opowieści o zabójcach lubię, choć do tej pory czytałam tylko te autorstwa Christie, pomyślałam cholera, czemu nie? Przeczytam, porównam z poziomem królowej kryminałów, horyzonty poszerzę... i tak zabrałam się w najbliższym wolnym czasie do czytania. Niestety, jestem kompletnie zawiedziona!

Swoją opinię zacznę, jak zwykle, od fabuły. Jest ona podzielona na 3 części: jedną, zaczynającą się w roku 777, przy zapoznawaniu się z którą nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Kodem Leonarda da Vinci. Tutaj też mamy do czynienia ze sprawami religii, tajemnicą. I miałam nadzieję, że tylko to. Niestety, szybko okazało się, że dwie kolejne wspólne cechy też łatwo znaleźć: i rozdziały w przedmiocie dzisiejszego wpisu, i Kod... były nudne, a co za tym idzie - ciężkie do przebrnięcia. 

Dalej mamy rok 1947, okres nieco lepiej opisany, jednak nadal nieco nużący. I ostatnia część: rok 2009, porywająca akcja i emocje w gratisie. Przyznam, że dopiero pod koniec lektury zrozumiałam, co łączy wszystkie te okresy. Gdyby nie różnice w stylach, jakimi zostały opisane, czytałoby się naprawdę przyjemnie - mimo że ja nie lubię klimatów w stylu Kodu... 

A tak czytało się co najwyżej znośnie. I długo. Mało mi było wątków osadzonych we współczesności, stanowczo zbyt mało. Je poznawałam z prawdziwą przyjemnością, wręcz nie chciałam się od nich odrywać, to był kawał dobrego thrillera. Cała reszta - rozumiem, że jakoś trzeba było wytłumaczyć tę zagadkę, jednak można było to zrobić dużo lepiej, ciekawiej. Za to duży minus, bo nie lubię się zmuszać do przebrnięcia przez tekst.

Co do samego tekstu natomiast się tyczy... Ja w życiu nie widziałam tak źle, niedbale wydanej pozycji! Podczas lektury natykałam się regularnie na najróżniejsze błędy: brak niektórych liter w wyrazie, błędne zakończenia wyrazów, brak przecinków lub za duża ich ilość (tak, ja sama mam z interpunkcją problemy, jednak mowa tu o miejscach, w których te znaki interpunkcyjne i ich obecność czy też nieobecność była czymś oczywistym), kropki tam, gdzie powinny być znaki zapytania, znaki zapytania tam, gdzie powinny być kropki, niekiedy też błędnie stawiany wykrzyknik, brak ogonka w literach "ę" i "ą", czasem w ogóle inny wyraz niż ten, który powinien zostać napisany... Tragedia, prawdziwa kpina!

Ja naprawdę rozumiem, że pomylić się może każdy - chyba nie natrafiłam jeszcze na tytuł idealny, który nie zawierałby ani jednego błędu, jednak tutaj od błędów się roiło, występowały regularnie, tak na oko co 3-5 stron. Chwilami się zastanawiam, czy w Albatrosie w ogóle zatrudnieni zostali korektorzy. I dochodzę do smutnego wniosku, że chyba nie. Albo są bardzo nieuważni. Wydanie publikacji z taką ilością błędów to po prostu skandal. Dobrze chociaż, że ortografia była w porządku, bo chyba "ździwienia" zamiast "zdziwienia" bym już nie zdzierżyła, po prostu bym zatrzasnęła książkę i do niej już nie wróciła. Porażka. A niby literatura ma uczyć poprawnej pisowni i tak dalej...

Nie wydaje mi się, żebym miała coś więcej do dodania, tak więc pozostaje ocena...
Dwie gwiazdki, bardzo słabo. Sama fabuła mogłaby jeszcze ujść i dostać miano przeciętnej, ale braku jakiejkolwiek estetyki w wydaniu nie potrafię puścić płazem. Nie, kiedy cały czas mam nadzieję, że to tylko malutkie potknięcia, które się już nie powtórzą, a dalej jest to samo, o ile nie gorzej.

4 komentarze:

  1. A już, już, miałam zabrać się do czytania:-). Cóż, pewnie i w wydawnictwach "tnie się koszty" we wszelki możliwy sposób. Ze szkodą dla walorów estetycznych, oraz, co gorsza, edukacyjnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat do przeczytania zachęcam ;) Nie ma to jak opinia zbudowana od podstaw na własnych doświadczeniach. Mnie się nie podobało, ale może Tobie przypadnie do gustu?

      Usuń
  2. Mi akurat "Kod Leonarda da Vinci" autorstwa Dana Browna bardzo się spodobał. Przeczytałam wszystkie wydane dotychczas książki z serii o Robercie Langdonie. Myślę, że i ta książka wpasowałaby się w mój gust, ale liczne błędy napawają mnie przerażeniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się, czy to możliwe, żebym ja miała jakiś feralny egzemplarz po prostu...

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.