26.09.2013

Lilian J. Braun "Kot, który bawił się w listonosza"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Lilian J. Braun
Tytuł: Kot, który bawił się w listonosza
Tytuł oryginału: The Cat Who Played Post Office
Wydawnictwo: Elipsa
Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
Cena: 12 zł
Liczba stron: 189

Zagadka tajemniczego zniknięcia młodej dziewczyny...

Kiedy Jim Qwilleran niespodziewanie zostaje jedynym spadkobiercą wielkiego domu i znacznej sumy pieniędzy przyjaciółki swojej zmarłej matki, zgodnie z warunkami jej testamentu sprowadza się do małego, ale uroczego miasteczka. Tam, niemal od samego początku, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Główny bohater pada ofiarą nieszczęśliwego wypadku - no właśnie: czy to naprawdę był wypadek? Samozwańczy detektyw, wraz ze swoim nader inteligentnym kotem, wyciąga też na światło dzienne sprawę zaginięcia młodej dziewczyny sprzed lat...

Do Kota, który bawił się w listonosza podeszłam bardzo sceptycznie, a to za sprawą zawodu, który sprawił mi poprzedni tom serii - Kot, który lubił Brahmsa (o tym z kolei możecie przeczytać tutaj). Zawsze wychodzę z założenia, że jeżeli tom kolekcji, który czytam, okazuje się być słabym, po kolejnych nie można spodziewać się cudów, znacznej zmiany na lepsze pod względem, który kulał. Nie macie nawet pojęcia, jak ja się cieszę, że w przypadku Kota, który bawił się w listonosza to twierdzenie nie ma racji bytu!

Wprawdzie nadal uważam, że porównanie tych książeczek do perły literatury z gatunku kryminałów, która wyszła spod pióra Christie, jest nietrafione i - przynajmniej u mnie - wywołuje lekką konsternację. Nie mogę jednak pominąć milczeniem tego, że historia przedstawiona w przedmiocie dzisiejszego wpisu, jest dużo lepiej zarysowana i wciągająca, niż poprzednia. 

Styl pisania nadal jest lekki i przyjemny, co zawsze traktuje się jako plus, tutaj jednak mający jeszcze jedną, dodatkową wartość: w połączeniu z wciągającą, wartką akcją, powoduje, że człowiek ma problem z oderwaniem się od lektury. To może być problematyczne dla ludzi, którzy nie dysponują dużą ilością wolnego czasu. Mnie jednak póki co kończą się wakacje, więc bez żalu i uczucia, że coś zaniedbuję mogłam przenieść się do świata wykreowanego przez Braun.

Jak w przypadku każdego kryminału, i teraz próbowałam wytypować winnego, czarny charakter. Choć właściwie w pewnym momencie byłam pewna, że każdy bohater miał swój - mniejszy lub większy - udział w zbrodni. Dlatego też ostateczne wyjaśnienie całej sprawy wprawiło mnie w niemałe zdumienie. 

Czuję, że będę próbowała zdobyć jeszcze co najmniej jeden tytuł tej serii. W końcu, jak możecie przeczytać w zakładce Autorka, nowy dla mnie autor ma 3 szanse, a póki co z Braun spotkałam się 2 razy. Jestem ciekawa poziomu reszty jej dzieł (hej, cały zbiór kryminałów Kot, który..., liczy aż 30 książek, będzie w czym wybierać!). Ale tak naprawdę powód mam jeszcze jeden, choć mało znaczący: jestem znana z ogromnej słabości do kotów.

Ocena końcowa to...
Cztery gwiazdki. Jest naprawdę dobrze, mimo że to nie jest Christie.

22.09.2013

Stephen King "Pokochała Toma Gordona"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Stephen King
Tytuł: Pokochała Toma Gordona
Tytuł oryginału: The girl who loved Tom Gordon
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Cena: 24 zł
Liczba stron: 187

Strzeż się schodzenia ze ścieżki...

Lasy, choć piękne, przez naszą nieuwagę mogą stać się śmiertelnie wręcz niebezpieczne. Doskonale przekonała się o tym mała, dziewięcioletnia dziewczynka o imieniu Trisha. Schodząc z wyznaczonej ścieżki, oddalając się od matki i brata, poznała ona przerażającą prawdę, o której istnieniu nie powinno wiedzieć żadne dziecko: świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce...

Czy to możliwe, by dziewięciolatka dała radę samotnie stawić czoła niebezpieczeństwom czyhającym w dzikim lesie? Stephen King w swojej powieści udowadnia nam, że wcale nie jest to łatwe, ale jak najbardziej wykonalne.

Na początku przyznam szczere - to jest moje drugie podejście do tej książki. Wcześniej, około roku temu, już próbowałam ją przeczytać, jednak z jakiegoś powodu - nie pamiętam już, jakiego - przerwałam lekturę w połowie. Teraz postanowiłam się zmobilizować i poznać całość. Powiem jedno: ach, jak mi brakowało prawdziwego horroru spod pióra tego autora!

Po małych i większych zawodach, których powodami były dwie z trzech opisywanych przeze mnie powieści Kinga (jeżeli nie pamiętacie lub nie wiecie, o czym mówię, zapraszam tutaj i tutaj), wreszcie w moje szpony trafiło coś, co król horrorów napisał dobrze. Pokazał w tym momencie, że naprawdę zasługuje na tytuł, którym jest nazywany.

Bo co może być bardziej przerażającego od opowieści o dziecku, które samotnie tuła się po miejscu, które może się okazać śmiertelnie niebezpieczne? Kiedy obok nie ma rodziców, tylko systematycznie kończące się zapasy jedzenia i picia, walkman oraz kąsające owady? Kiedy to maleństwo musi radzić sobie ze wszystkim samo przez wiele dni? Dla mnie nic. Nic, dlatego że dzieciaki są słabe, potrzebują opieki, nie powinny być, tak jak Trisha, zmuszone do udawania dorosłych i odpowiedzialnych, by przeżyć.

Historia o dzielnej uczennicy szkoły podstawowej poruszyła mną do głębi. Owszem, zdarzało się jej płakać: w końcu miała tylko dziewięć lat, miała prawo się bać. Ba, powiem więcej: jestem starsza od niej o całe 10 lat, a bałam się razem z nią. Bałam się o nią, choć może to brzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę fakt, że mowa o bohaterce literackiej. Jednak ta mimo wszystko poradziła sobie doskonale z sytuacją. A sytuacja wcale nie była godna pozazdroszczenia: daleko od domu, w niebezpiecznym lesie, wkrótce bez jedzenia i picia, za to z coraz bardziej podupadającym zdrowiem.

King zadbał, byśmy ani przez chwilę się nie nudzili. Kiedy już, już myślimy, że będzie dobrze, nagle małej przydarza się kolejna niemiła niespodzianka. Ja osobiście w pewnym momencie przestałam mieć nadzieję, że wszystko skończy się szczęśliwie. Bo jakim cudem dziewięciolatka miałaby wyjść żywa z takich tarapatów?

Jedyny minus, jaki widzę w Pokochała Toma Gordona to to, że całość jest taka krótka. A mogłaby być dłuższa, tym samym, na przykład, zawierać więcej opisów niepokoju rodziny o córkę i siostrę - tego mi było bardzo mało, mimo faktu, że wiem, że nie ten aspekt w książce miał być najważniejszy.

Sama nie wierzę, że to robię, ale...
Daję pięć gwiazdek. Zbyt krótka historia nie jest w tym przypadku wystarczającym powodem do odebrania całej jednej gwiazdki. Poprzednie tytuły, do recenzji których podałam linki wyżej, mocno nadwerężyły mój stosunek do Stephena. Potrzebowałam czegoś, co go uratuje. I znalazłam!

17.09.2013

James Herriot "Jeśli tylko potrafiłyby mówić"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: James Herriot
Tytuł: Jeśli tylko potrafiłyby mówić
Tytuł oryginału: If only they could talk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Irena Doleżal-Nowicka i Zbigniew A. Królicki
Cena: 29,90 zł
Liczba stron: 265

O pracy wiejskiego weterynarza słów kilka...

Po skończeniu studiów, świeżo upieczonemu weterynarzowi Jamesowi Herrietowi nie pozostaje nic, jak tylko znalezienie pracy. Zważywszy na jego profesję nie jest to łatwe, jednak wkrótce los się do niego uśmiecha i młody mężczyzna dostaje pracę w małej wiosce o nazwie Darrowby. Bohater jest pełen obaw o to, jak potoczą się jego losy...

Czy możliwe jest szczere kochanie swojej pracy mimo związanego z nią braku komfortu? A tym bardziej: czy w takiej sytuacji da się opowiadać o swoim zajęciu z humorem? 

James Herriot, autor podmiotu dzisiejszego wpisu, a w życiu prawdziwym weterynarz, przekonuje nas, że odpowiedź na obydwa postawione przeze mnie wyżej pytania może być twierdząca. 

Jeśli tylko potrafiłyby mówić, ta licząca 265 stronic książeczka, to rodzaj pamiętnika Herriota. Pamiętnika, w którym zapisuje on najróżniejsze przygody ze swojego zawodowego życia. Co ważne, robi to z niezwykłą łatwością, operując stylem pisania, który nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Wydarzenia, które poznajemy, są opisane z dużą dawką humoru. 

Osobiście bałam się bardzo, że to jest jakaś bajeczka dla dzieci, że mi się nie spodoba etc - i faktycznie, może całość jest trochę dziecinna, a jeżeli nie dziecinna, to zwyczajnie prosta, mająca za zadanie tylko i wyłącznie przyjemnie wypełnić czas człowiekowi, jednak, co zauważyłam ze zdziwieniem, przypadła mi do gustu. Chyba potrzebna mi była taka łatwa w odbiorze historyjka po porażce, jaką była Biblioteka umarłych.

Niekwestionowanym plusem dla mnie jest to, o czym pisałam już wyżej - autor faktycznie zajmował się tym, o czym pisał, nie było w tym nic zmyślonego. A, jak chyba już zdążyliście zauważyć, ja bardzo cenię powieści pisane na faktach. I choć nie do końca pasowała mi tematyka tytułu, nie mogę powiedzieć, że zmarnowałam czas, czytając.

Podsumowując...
Herriot zasługuje na trzy gwiazdki, nie jest ani przesadnie źle, ani też wspaniale. Ot, po prostu, w sam raz. Pozycja idealnie nadaje się dla ludzi, którzy w książce szukają wytchnienia, nie oczekują od niej niczego poza uczuciem odprężenia w trakcie poznawania świata wykreowanego przez twórcę. Styl, w jakim wspomnienia autora zostały spisane, powoduje, że całość czyta się łatwo i doskonale pasuje ona na - obecnie coraz częstsze - zimne, a już niedługo jesienne wieczory. 

15.09.2013

Glenn Cooper "Biblioteka umarłych"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Glenn Cooper
Tytuł: Biblioteka umarłych
Tytuł oryginału: Library of the dead
Wydawnictwo: Albatros
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski
Cena: brak informacji
Liczba stron: 463

Na tropie seryjnego mordercy...

Nowy Jork, rok 2009. To tutaj ma miejsce seria zabójstw przypadkowych osób. Ofiary przed śmiercią dostawały pocztówki z wyrysowaną trumną oraz datą swojego odejścia. Policja nie szczędzi sił, by ująć sprawcę makabrycznych czynów. Nie jest to jednak proste; morderca nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Okazuje się, że śmierć tych ludzi ma swoje źródła w dalekiej historii...

Czy możliwe jest rozwiązanie zagadki morderstw doskonałych?

Biblioteka umarłych to debiutancki thriller amerykańskiego pisarza, Glenna Coopera. Znów powiem, że gdyby nie przypadek - tutaj: prezent - zapewne nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu takiej książki. A że ja opowieści o zabójcach lubię, choć do tej pory czytałam tylko te autorstwa Christie, pomyślałam cholera, czemu nie? Przeczytam, porównam z poziomem królowej kryminałów, horyzonty poszerzę... i tak zabrałam się w najbliższym wolnym czasie do czytania. Niestety, jestem kompletnie zawiedziona!

Swoją opinię zacznę, jak zwykle, od fabuły. Jest ona podzielona na 3 części: jedną, zaczynającą się w roku 777, przy zapoznawaniu się z którą nie mogłam pozbyć się skojarzenia z Kodem Leonarda da Vinci. Tutaj też mamy do czynienia ze sprawami religii, tajemnicą. I miałam nadzieję, że tylko to. Niestety, szybko okazało się, że dwie kolejne wspólne cechy też łatwo znaleźć: i rozdziały w przedmiocie dzisiejszego wpisu, i Kod... były nudne, a co za tym idzie - ciężkie do przebrnięcia. 

Dalej mamy rok 1947, okres nieco lepiej opisany, jednak nadal nieco nużący. I ostatnia część: rok 2009, porywająca akcja i emocje w gratisie. Przyznam, że dopiero pod koniec lektury zrozumiałam, co łączy wszystkie te okresy. Gdyby nie różnice w stylach, jakimi zostały opisane, czytałoby się naprawdę przyjemnie - mimo że ja nie lubię klimatów w stylu Kodu... 

A tak czytało się co najwyżej znośnie. I długo. Mało mi było wątków osadzonych we współczesności, stanowczo zbyt mało. Je poznawałam z prawdziwą przyjemnością, wręcz nie chciałam się od nich odrywać, to był kawał dobrego thrillera. Cała reszta - rozumiem, że jakoś trzeba było wytłumaczyć tę zagadkę, jednak można było to zrobić dużo lepiej, ciekawiej. Za to duży minus, bo nie lubię się zmuszać do przebrnięcia przez tekst.

Co do samego tekstu natomiast się tyczy... Ja w życiu nie widziałam tak źle, niedbale wydanej pozycji! Podczas lektury natykałam się regularnie na najróżniejsze błędy: brak niektórych liter w wyrazie, błędne zakończenia wyrazów, brak przecinków lub za duża ich ilość (tak, ja sama mam z interpunkcją problemy, jednak mowa tu o miejscach, w których te znaki interpunkcyjne i ich obecność czy też nieobecność była czymś oczywistym), kropki tam, gdzie powinny być znaki zapytania, znaki zapytania tam, gdzie powinny być kropki, niekiedy też błędnie stawiany wykrzyknik, brak ogonka w literach "ę" i "ą", czasem w ogóle inny wyraz niż ten, który powinien zostać napisany... Tragedia, prawdziwa kpina!

Ja naprawdę rozumiem, że pomylić się może każdy - chyba nie natrafiłam jeszcze na tytuł idealny, który nie zawierałby ani jednego błędu, jednak tutaj od błędów się roiło, występowały regularnie, tak na oko co 3-5 stron. Chwilami się zastanawiam, czy w Albatrosie w ogóle zatrudnieni zostali korektorzy. I dochodzę do smutnego wniosku, że chyba nie. Albo są bardzo nieuważni. Wydanie publikacji z taką ilością błędów to po prostu skandal. Dobrze chociaż, że ortografia była w porządku, bo chyba "ździwienia" zamiast "zdziwienia" bym już nie zdzierżyła, po prostu bym zatrzasnęła książkę i do niej już nie wróciła. Porażka. A niby literatura ma uczyć poprawnej pisowni i tak dalej...

Nie wydaje mi się, żebym miała coś więcej do dodania, tak więc pozostaje ocena...
Dwie gwiazdki, bardzo słabo. Sama fabuła mogłaby jeszcze ujść i dostać miano przeciętnej, ale braku jakiejkolwiek estetyki w wydaniu nie potrafię puścić płazem. Nie, kiedy cały czas mam nadzieję, że to tylko malutkie potknięcia, które się już nie powtórzą, a dalej jest to samo, o ile nie gorzej.

05.09.2013

Jane Austen "Duma i uprzedzenie"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Autor: Jane Austen
Tytuł: Duma i uprzedzenie
Tytuł oryginału: Pride and Prejudice
Wydawnictwo: Bellona
Tłumaczenie: Magdalena Gawlik-Małkowska
Cena: brak informacji
Liczba stron: 360

Miłość, ach, ta miłość...

O szczęśliwej miłości i w miarę dostatnim życiu marzy każdy z nas. W dawnych czasach jednak wizja żywota prowadzonego na przyzwoitym poziomie znacznie odbiegała od dzisiejszej. Przekonać się o tym możemy sięgając po Dumę i uprzedzenie autorstwa Jane Austen...

Po Dumę i uprzedzenie sięgnęłam z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że klasyfikuje się ten tytuł do romansu, a więc gatunku, z którym nie miałam zbyt wiele do czynienia - postanowiłam więc, że czas wcielić w życie operację poszerzam horyzonty. Drugą zachęcającą mnie kwestią był fakt, że dzieło to uważa się za klasykę swojego gatunku, perłę literatury - a klasyka jest zawsze czymś, co wypada znać. Jakie są moje wrażenia?

Przyznam szczerze, że jestem zdumiona. Do tej pory byłam przekonana, że historyjki miłosne to zdecydowanie nie moja broszka. Okazało się jednak, że opisywana dziś przeze mnie pozycja wyjątkowo przypadła mi do gustu.

Historia przedstawiona przez Austen jest wręcz przepełniona humorem i ironią. Ułatwia to - i umila - wgłębianie się w lekturę.

Książka ta obfita jest w doskonałe portrety ówczesnych kobiet. Ujawnia ich denerwujące i bezmyślne - w mojej opinii - działanie, jednak ze względu na wspomniany wcześniej humor i ironię czyta się o tym z niekłamaną przyjemnością.

Niezmiernie cieszy mnie fakt, że całość pozbawiona jest zbędnej ckliwości - a może to ja jestem nieczuła i jej nie zauważyłam? Nieważne - jakby nie było, ja jestem usatysfakcjonowana. Nie lubię romansów-wyciskaczy łez.

Nie potrafię powiedzieć, co, ale styl pisania autorki, prócz wcześniej wymienionych cech, ma w sobie coś, że całość czyta się bardzo szybko. Człowiek po prostu nie ma zbytniej ochoty choć na chwilę się oderwać, ciekaw, co stanie się z bohaterami.

Jednym słowem...
Pięć gwiazdek. Mimo prób, usilnego zastanawiania się, nie jestem w stanie dopatrzeć się ani jednej wady przedmiotu dzisiejszego wpisu. Nieczęsto mi się to zdarza, naprawdę.

02.09.2013

Kolumna dyskusyjna: rewolucja w kanonie lektur - czy to naprawdę zaniżanie poziomu?

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w poniedziałek!

Już dziś dla wielu z Was ponownie zaczął się rok szkolny. Mam nadzieję, że nie przejmujecie się tym za bardzo? 
Nawiązując do przypadającego dziś rozpoczęcia roku szkolnego, uważam, że idealnie wpasowałam się z tematem, na który chciałabym z Wami porozmawiać. A pogawędzimy o... lekturach.

Wczorajszego popołudnia, dzięki uprzejmości jednej z blogerek, autorki bloga Książka od kuchni, natknęłam się na bardzo ciekawy w mojej opinii artykuł. Dotyczy on zmian w kanonie lektur, które od tego roku będą obowiązywały w gimnazjach i liceach ogólnokształcących. Wywołał on - co zaobserwowałam w komentarzach dotyczących wpisu, zarówno bezpośrednio pod nim, jak i na portalach społecznościowych - wiele emocji. Największe poruszenie, oburzenie nawet bym powiedziała, wywołała informacja, że z gimnazjum znika obowiązek omawiania Pana Tadeusza w całości bądź we fragmentach, lektura tej epopei narodowej będzie zaś obowiązkowa tylko w liceum ogólnokształcącym. Licealiści natomiast, wedle reformy, nie będą już poznawać Potopu Sienkiewicza. Klasyka usuwa się w cień, robiąc miejsce autorom takim jak Agatha Christie, Andrzej Sapkowski czy Ursula K. Le Guin.

Przyznam szczerze i otwarcie, że nie rozumiem szumu, jaki powstał wokół tej sprawy.
Nie biorąc już pod uwagę tego, że dopiero co zakończyłam edukację w liceum, od zawsze byłam zdania, że lista lektur, którą obdarza się uczniów, powinna ulec choć lekkiej przemianie. Wobec tego gorąco kibicuję tym, którzy wreszcie się za to zabrali i mówię to całkowicie szczerze.

Nie jestem, broń Boże, zdania, że obowiązek czytania w szkole powinien zniknąć w ogóle. Uważam natomiast, że jeżeli można młodzieży pomóc go znieść w miarę bezboleśnie, powinno się to uczynić. Osobiście w gimnazjum poznałam jedynie Inwokację Pana Tadeusza, której miałam wyuczyć się na pamięć. Całość dzieła poznałam dopiero w liceum. Potopu nigdy nie przeczytałam - uzgodniliśmy z polonistką, że poświęcimy kilka lekcji na obejrzenie filmu. I co? Nic się nie stało, nikt nie ucierpiał.
Wczoraj czytałam wpisy, że ta zmiana to zaniżanie poziomu, robienie sobie przysłowiowych jaj ze szkolnictwa, dostosowywanie się do leniwych głąbów. A ja się pytam: w jakim stopniu i w którym momencie?
Na lekcji języka polskiego nadal będą przerabiane fragmenty wielu dzieł, w tym klasyki. Dlatego uczniowie nie zostaną kompletnie pozbawieni możliwości obcowania z nią. Co więcej, jeżeli dany uczeń wyrazi chęć zapoznania się z całością danej lektury, nikt mu tego nie zabroni, a wręcz przeciwnie - będzie to tylko z korzyścią dla niego. Do tej pory był obowiązek czytania klasyki, ale tak naprawdę, co to znaczy obowiązek? Czy możemy używać tej definicji w momencie, kiedy powinność bardzo łatwo jest ominąć i nie ściągnąć tym na siebie zbyt bolesnych konsekwencji? Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś nie zdał z języka ojczystego, bo nie czytał tego, co kazał mu nauczyciel. Za to wielokrotnie widziałam, jak młodzież migała się od czytania, przyswajała treść streszczeń bądź polegała na filmie. Przyznaję bez bicia, że sama nie zapoznałam się z treścią kilku lektur. Wszyscy żyjemy i mamy się dobrze.

Jasne, że nie należy dopuścić do sytuacji, w której w placówkach edukacyjnych dzieciaki i młodzież nie będzie miała w ogóle do czynienia z klasyką. Jednak, tak naprawdę, ten cały kanon lektur jest czymś tylko i wyłącznie umownym. Nauczyciel może być bardzo surowy i wymagający, a i tak to od dzieciaków zależy, co zrobią ze swoim życiem. Podzielą się na dwie grupy: tych, którzy klasyki liznęli (bądź przynajmniej próbowali) i tych, którzy tego nie zrobili w ogóle. Jestem zdania, że najmłodszych należy do czytania, nawet tej trudnej literatury, zachęcać, ale to wszystko. Jeżeli ktoś nie chce czytać mimo wszystko, nie będzie tego robił. I będzie to tylko i wyłącznie jego problem, jego wstyd, że kiedyś, gdy usłyszy nazwisko Henryk Sienkiewicz, będzie się zastanawiał, o którego sąsiada chodzi.

Czytałam opinie, których autorzy wyrażali przekonanie, że owszem, młody człowiek może sam sięgnąć po ambitniejszą literaturę, jednak są dwie wyraźne przeszkody ku temu. Pierwszą jest to, że książek trudnych prawie nikt nie chce czytać. Drugą, że nawet, jeżeli już się sięgnie po takiego Konrada Wallenroda, to i tak nie zrozumie się z samodzielnej lektury tyle, ile za pomocą nauczyciela polonisty. Przecież te wszystkie tytuły mają dużą wartość. Są wręcz naszpikowane różnorakimi kontekstami. Tylko że ludzie, którzy wyrażają podobne opinie, nie widzą dwóch podstawowych rzeczy - po pierwsze, klasyka charakteryzuje się tym, że mało kto po nią sięga, mało kto odczuwa prawdziwą - taką, jak przy czytaniu książek lżejszych, odpowiadających zainteresowaniom danej jednostki - przyjemność z czytania, mało kto ją rozumie. Po drugie zaś, nikt mi, dziewczynie, która dopiero skończyła szkołę i widziała sporo przekrętów kolegów, nie wmówi, że nie jest możliwe, żeby człowiek naprawdę zdeterminowany, żeby nic z danej lektury nie mieć, jednak coś będzie miał. U mnie na języku polskim lektury były szczegółowo omawiane, a jednak było sporo osób, które nie chciały nic z tych lekcji wynieść. I konsekwentnie nie wynosiły.

Ostatnią kwestią, którą chciałabym poruszyć, jest fakt, że od szkół i nauczycieli wymaga się zbyt wiele. Owszem, szkoła zwiększa szanse, że młode pokolenia poznają Mickiewicza, Sienkiewicza i podobnych autorów, których wykształconym ludziom znać wypada. Ale czy te młode pokolenia nie posiadają rodziców, dziadków? Nikogo, kto mógłby im pokazać perłę literatury? Nauczyciel może, ba, powinien wymagać - ale on nie dopilnuje wszystkiego. Nie będzie stał nad swoimi uczniami z batem, by mieć pewność, że na pewno przeczytali to, co im nakazał. Bo ma też swoje życie, swoją rodzinę, swoje dzieci. I to powinno się liczyć najbardziej.

Dlatego też otrzymujemy to, co otrzymujemy: lżejszą, łatwiejszą do przebrnięcia listę lektur i być może w końcu mniejsze utyskiwanie uczniów. Lektura ambitniejszych dzieł mogłaby ewentualnie być obowiązkiem klas typowo humanistycznych, bo tam ludzie z założenia czytają.

A jak Wy zapatrujecie się na tą sprawę? Całość artykułu, który skłonił mnie do napisania tego posta, jest dostępna tutaj.

01.09.2013

Głosowanie na książkę miesiąca - sierpień 2013

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry w ostatnią wakacyjną niedzielę!

Już jutro wielu z Was ponownie zawita w szkolnych murach. Mam jednak nadzieję, że nie martwicie się tym bardziej niż to warte oraz że - mimo obowiązków, które Was czekają - nadal znajdziecie czasem chwilę dla blogosfery. To wszystko od jutra, a już dziś w Internetowej Biblioteczce kolejna odsłona zabawy Książka miesiąca. 

Krótkie przypomnienie zasad:
1. W głosowaniu może wziąć udział każdy, oddanie głosu w ankiecie nie zobowiązuje nikogo do stania się obserwatorem bloga/polubienia fanpage'a na Facebooku (choć przyznam, że obie opcje sprawiłyby mi niekłamaną przyjemność, jednak tak samo, jak cieszyłabym się z nowych czytelników i komentatorów, gardzę żebraniem o uwagę i cenię sobie przede wszystkim szczerość użytkowników, w żadnym razie nie zależy mi na osobach, dla których czytanie mojego bloga jest pewnego rodzaju przymusem), czy czegokolwiek innego. Nie. Panuje zasada: chcesz głosować - głosujesz. A czy zrobisz coś dodatkowego - zależy tylko od Ciebie.
2. Każdy użytkownik ma do dyspozycji tylko jeden głos w całej zabawie.
3. Głosujemy w specjalnie przygotowanej ankiecie, znajdującej się po prawej stronie. Głosy oddawane gdziekolwiek indziej nie będą brane pod uwagę.
4. Sami wymyślacie kryteria oddania głosu. Nie musicie głosować na książkę, którą przeczytaliście i która Was oczarowała. Każdy powód, który wymyślicie, jest dobry, by wziąć udział w zabawie.
5. Wśród pozycji, na które można głosować, znajdują się tylko tytuły, które zrecenzowałam od pierwszego do ostatniego dnia ubiegłego miesiąca (od dziś próbujemy wyłonić książkę miesiąca spośród pozycji, które zostały zrecenzowane na blogu od 1 do 31 sierpnia 2013).
6. Czas trwania zabawy wynosi tydzień, od pierwszego do ósmego dnia miesiąca, do godziny 23.59.
7. W przypadku, gdy po zakończeniu głosowania okaże się, że kilka książek ma tę samą, najwyższą liczbę głosów, zostanie zorganizowana tygodniowa dogrywka. Również będzie to ankieta, tym razem składająca się tylko z tytułów, które miały identyczną liczbę punktów.

Gotowi do zabawy? 
Czas start!

Głosujemy od dziś, 1 września 2013, do 8 września 2013, godz. 23.59!