06.08.2013

Kolumna dyskusyjna: literatura a "literatura"

Zdjęcie znalezione na Google Grafika

Dzień dobry we wtorkowe popołudnie!

Popularność tematów Kolumny dyskusyjnej, szczerze mówiąc, mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się, że jesteście aż tak chętni do wymieniania poglądów. W związku z tym nie czekamy nie wiadomo na co - rozmawiamy dalej!

Wczorajsza dyskusja ponownie zboczyła z toru. Tak narodził się temat kolejnej. A jest nim: literatura a "literatura", czyli czy każda książka jest tak samo wartościowa? Czy nie jest ważne, co się czyta, najważniejszy jest sam fakt czytania? Na te pytania spróbujemy dziś udzielić jednoznacznej odpowiedzi - mam nadzieję też, że podsuniecie temat kolejnego wpisu, dobrze Wam to idzie. Gotowi? Jedziemy.

Jeżeli o mnie chodzi, oczywiste jest, że książka książce nierówna. Nie ma co porównywać, przykładowo, dzieł Mickiewicza do książek autorstwa Cabot. Istnienia podziału na literaturę ambitną i lekką nikt nie da rady zanegować. Bo wszystko widać w treści czytanego przez nas tytułu. Nie wszystko, co czytamy, wnosi coś do naszego życia. Nie wszystko skłania nas do refleksji. Nie o wszystkim myślimy jeszcze długo po skończeniu lektury. Dlaczego tak jest? Ponieważ gdybyśmy mieli czytać same ambitne dzieła - te typu Pana Tadeusza czy Potopu - zwariowalibyśmy. Powiedzcie sami, ilu z Was nie miało problemu z przeczytaniem tych pozycji? Ja miałam. I miał prawie każdy, kogo znam. Jeżeli ktoś się interesuje historią, lubi się natrudzić przy czytaniu - będzie zachwycony. Nie trafi to jednak do każdego. A i nie można zapomnieć, że co za dużo, to niezdrowo. Co z tego, że coś lubimy, skoro będziemy się tym otaczać na aż zbyt dużą skalę? Wszystko można sobie obrzydzić.

Dość duża grupa ludzi czyta po to, żeby się zrelaksować. Wręcz pośmiać. Stąd istnienie dzieł lekkich i przyjemnych, w sam raz na przeczytanie w jeden wieczór.

Jednak, czy naprawdę liczy się to, że ktoś czyta? Czy to jest najważniejsze? Otóż... Nie, choć większość ludzi myśli o, ten czyta. Musi być oczytany! Nie, moi kochani. Wcale nie musi.

Nie neguję czytania określonych gatunków literatury. Każdy czyta to, co mu pasuje. Ja nie przepadam za fantastyką, ale Ty możesz ją uwielbiać. I to jest OK. Tylko czy naprawdę można przyrównywać osobę czytającą same pozycje typu Dziennik Bridget Jones do kogoś, kto czyta zarówno poważniejsze, jak i lżejsze dzieła?

Bądźmy szczerzy - tytuły pisane pod publiczkę, ku ucieszy i relaksowi czytelników, bogactwem językowym nie grzeszą. Zawiłą, wymagającą skupienia fabułą, też nie. Zatem co mamy z zaczytywania się w takich dziełach? Jedynie radość. Uczucie zapełnienia wolnego czasu, którego, być może, w inny sposób nie mogliśmy spożytkować, nie mieliśmy pomysłu.

A teraz spójrzmy na drugą stronę. Książki z przesłaniem. Mały książę - lektura lekka w formie, a jednak zawierająca wartości uniwersalne, aktualne zawsze. Nie wierzę, że po przeczytaniu czegoś z tego pokroju człowiek nie zyskuje nic. No chyba, że się nie skupia na tym, co robi (a co tam - w końcu Mały książę to lektura, najważniejsze jest, by ją przeczytać i nie dostać jedynki ze sprawdzianu z treści - a to ze zrozumieniem sensu całości mało ma wspólnego).

Jedynym czynnikiem, który może pełnić rolę wspólnego mianownika (pozdrawiam wszystkich matematyków!) dla osób lubiących czytać książki ambitne i tych, którzy jednak stawiają relaks na pierwszym miejscu, jest sam fakt, że w ogóle czytają. Nic więcej ich nie łączy. Nie sposób więc ich porównywać. I nie jest ważne, że ktoś czyta w ogóle - wypadałoby, żeby coś z tego mieć. Co z tego, że ktoś czyta, skoro dotyka samych książczyn pokroju 50 twarzy Greya?

Moi kochani, jakie macie zdanie na ten temat? Uznajecie sam fakt czytania za coś absolutnie najważniejszego? Czy może patrzycie jeszcze na to, co dana osoba czyta? Książka to książka, czy istnieją książki i "książki"?

7 komentarzy:

  1. Moim zdaniem wartością książki jest to jakie ma przesłanie - wspomniany tutaj "Mały książę" jest książką lekką, o dość prostym języku ale nie jest książką prostacką! Właśnie dlatego że niesie za sobą pewne prawdy i ciekawe obserwacje ujęty w prosty do przyjęcia język. Z mojego doświadczenia nie mogę tego powiedzieć np. o "Zmierzchu" (oraz wspomnianych wcześniej 50 twarzy Greya), który uznaje za przykład właśnie takiej złej literatury. Najlepiej jak dla mnie wypowiedział się na ten temat Stephen King porównując Zmierzch do Harrego Potter'a:

    "Harry Potter is about confronting fears, finding inner strength and doing what is right in the face of adversity. Twilight is about how important it is to have a boyfriend"

    Oczywiście każdy może mieć swoją granicę tolerancji na to co uznaje dobrą, a co złą książką, dlatego tak ciężko o wspólny mianownik. Jednak uważanie samego faktu czytania już za zaletę to jednak posunięcie się zbyt daleko. Wszyscy potrafimy czytać, ciągle nasze oczy mielą jakieś treści. To nie średniowiecze że człowiek czytający był elitą ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Samo czytanie książek nie uczyni człowieka oczytanym i bogatym w słownictwo. Ważne jest to, co taki mól książkowy czyta. Książka pisana lekkim językiem, która nie niesie w sobie głębokiego przesłania, nie ubogaci języka i mądrości czytelników. Ja uważam, że ambitna i lekka literatura są dobre, bo nie można ciągle czytać mądrych arcydzieł. Czytanie jest też formą relaksu i warto czasem odpocząć od poważnej tematyki, aby oderwać się od rzeczywistości. Ja osobiście preferuję książki z przesłaniem, wymagające refleksji, ale niekoniecznie w stylu Sienkiewicz itd. Podoba mi się jak w jakiejś powieści poruszane są trudne
    tematy lub bohaterowie są po
    przejściach, bo lubię jak coś zmusza mnie do zastanowienia się, oceny
    itd. Jednak nie gardzę lekkimi tematami, ponieważ lubię się zrelaksować i pośmiać. Według mnie czytadła godne pogardy, to takie które są napisane stylem chaotycznym, z błędami i tematyką dla kogoś, kto może mieć inteligencję ślimaka.

    OdpowiedzUsuń
  3. Książki również mogą być bezwartościowe, to tak jak w telewizji, czasem puszczają ambitny film fabularny czy dokument, a czasem odmóżdżającą papkę.

    Druga rzecz, że książka może być wręcz szkodliwa. Np. Młot na czarownice czy Mein Kampf te książki trafiwszy na podatny grunt uczyniły wiele złego, przy czym warto zauważyć, że innej opcji nie było. Inaczej sprawa ma się z dziełami Marksa, które chociaż miały posłużyć dobru również przyczyniły się do wielkiej tragedii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry! Myślę, że samo czytanie jest wartościowe, a jeśli nawet ktoś czyta tandetę, to i tak ma większe szanse przejść poziom wyżej niż ten kto wcale nie czyta. Gatunki literackie powstały po to żeby zadowalać różne gusty. Zgodzę się z głosem Autorki wstępu do dyskusji, że książka książce nierówna, jak i z tym, że gdybyśmy chcieli czytać same ambitne rzeczy to groziłoby nam pomieszanie zmysłów. Jednak jestem daleka od krytykowania i dzielenia czytelników na tych co czytają ambitną i kiczowata literaturę. Jest masę książek z literatury popularnej, które kupiłam i leżą sobie i wiem, że nie zajrzę do nich, bo wystarczyła mi pierwsza strona, żeby stracić apetyt. Ale jeżeli ktoś podejmuje trud żeby składać literaty i czytać to już jest ktoś! jeżeli będziemy potępiać tych co lubują się w literaturze lekkiej, nastawionej tylko na rozrywkę to stworzymy sztuczna granicę. Po co? To tak, jakby mówić, że ci co czytają poezję (i jeszcze ją rozumieją) są lepsi od tych, co tylko prozę. Dlaczego? Czytajmy, dajmy czytać innym, to co chcą i cóż, dobrego dnia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nikogo nie potępiam ;) Uważam jednak, że zadowalanie się TYLKO książkami nastawionymi na dawanie przyjemności nie jest tym samym, co czytanie różnych, również i tych ciężkich, gatunków.

      Usuń
  5. Czyli że co, ludzie czytający same książki relaksujące bez sięgania po ambitniejsze i zmuszające do refleksji mogliby równie dobrze przestać, bo i tak to im nic nie daje? Mądrości nie przysporzy, słownictwa nie wzbogaci, refleksji nie da? Nie dzieliłabym czytelników na tych lepszych i na tych gorszych, czy też po prostu głupszych, jak wynika z Twojego postu, bo wtedy jeszcze mniej ludzi by czytało niż czyta. Zostaliby kompletnie zniechęceni. Każdy czyta to, co lubi, jeśli książki pokroju Greya dają komuś przyjemność, niech czyta. Fakt, nie będzie oczytany. Nie będzie mądrzejszy. Ale ja też się nie będę czuła od takiej osoby lepsza, bo studiuję filologię polską i obcuję z ambitną literaturą, bo wiem dużo o historii literatury, bo przekopałam się przez kilogramy książek o książkach ludzi naprawdę mądrych. Będę doceniała sam fakt, że jednak szuka czegoś dla siebie w słowie pisanym, chce w ten sposób sprawiać sobie przyjemność, zamiast oddawać się odmóżdżającej telewizji publicznej z milionem reklam. :]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, nie mówię, że jak ktoś czyta same mało (bądź w ogóle nie-) ambitne książki, to może równie dobrze przestać, bo i tak to nic mu nie da. Jednak dla mnie takie książki to nic innego jak papierowa wersja odmóżdżającej telewizji publicznej, więc nie byłabym taka skora do mówienia, że lepiej, że czyta ;)

      Usuń

Drogi Czytelniku!

Jestem wdzięczna za każdy komentarz - nawet krytykę, ważne, by była ona konstruktywna (nie podoba mi się + powód poważniejszy niż 'bo nie'). Chcesz, bym odwiedziła Twoją stronę? Wysil się i napisz sensowny komentarz.